środa, 4 lipca 2018

Termopile

Są kwestie, o które trudno się sprzeczać. Są i takie, o które sprzeczać się warto. Do pierwszej z tych kategorii należy konstatacja, że egzystencja jednostki jest na tyle krótka, że sam jej fakt może pozostać niezauważony i w większości przypadków takim pozostaje. Nie umniejsza to jednak wadze żadnego z istnień, gdyż (…) czymże jest każdy ocean jeśli nie morzem kropel? (David Mitchell, Atlasie chmur). Tyle tylko, ze w tym krótkim zdaniu kryje się pułapka. Bo czyż ową kroplą nie stajemy się dopiero wówczas, gdy działamy? Tak jak chciałby tego Albert Schweitzer, gdy pisze: To, co możesz uczynić, jest tylko maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym, co nadaje znaczenie Twojemu życiu. Na czym ma polegać to działanie? I czy o działanie zawsze tu chodzi? Bo czyż podobnego znaczenia, w pewnych sytuacjach, nie nabiera odmowa działania, czy też inna, bierna forma sprzeciwu wobec tego, co nas przytłacza?

I to jest właśnie ta druga strona medalu. Pytanie, odpowiedź na które nasuwa przypuszczenie, że nie każde zwycięstwo jest zwycięstwem, a klęska – klęską, że pokonany bywa zwycięzcą, a zwycięzca – pokonanym. Nie trzeba jakichś nadzwyczajnych uzdolnień, by móc wyobrazić sobie, że to, co dzisiaj wydaje nam się porażką, z upływem czasu jawi się jako sukces, zaś to, co bylibyśmy skłonni uznać za wygraną, po pewnym czasie jawi się, jako porażka. Chronos, jako wielki sędzia, rozstrzygający, po której stronie leży racja. Powiedzcie to Leonidasowi… Ręczę, ze Was nie zrozumie. Jego porażka, była dla niego realną przegraną, bez względu na to, jak widzimy dzisiaj Termopile. To zaś, że postrzegamy je w taki, a nie inny sposób, jest wynikiem tego, że miał odwagę stanąć do nierównej walki, ze świadomością, że zostanie pokonany. Bo czasem przegrać warto.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

O zadośćuczynieniu

Stredoeurópsky sochár:
Ukrižovaný Kristus (Morový krucifix).
Po 1709. SNG, Bratislava
Ale Bóg [naucza Anzelm Kantuareński] jest nie tylko sprawiedliwością, lecz zarazem miłością, a z nią nie da się pogodzić wieczne potępianie całej ludzkości. Istnieje zatem konflikt między sprawiedliwością i miłością bożą. Jedynym wyjściem z tego konfliktu jest zadośćuczynienie dane przez kogoś, który sam będąc człowiekiem, przecież jest bez winy, a zarazem dać może zadośćuczynienie nieskończenie wielkie. Warunki te może jednoczyć w sobie tylko ktoś taki, co jest równocześnie niewinnym człowiekiem i nieskończonym Bogiem, więc Bóg-człowiek, urodzony bez zmazy grzechu.

(Kazimierz Twardowski, O filozofii średniowiecznej wykładów sześć, paragraf 89)

Życzę wspaniałej Wielkanocy!

wtorek, 21 lutego 2017

Świat według Dalego

Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji,
ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie.
Salvador Dali


Równo rok temu swój urodzinowy wpis opatrzyłem zdjęciem przedstawiającym mnie w Raju. Chciałbym dzisiaj kontynuować ten wątek. Nie żeby się jakoś szczególnie na nim koncentrować. Raczej traktując go jako pretekst. Poza tym zamiast słowa „raj” pojawi się „niebo”. Aktualna nadal pozostaje konstatacja, że najciekawszym elementem tych postów są zawarte w nich cytaty. Idąc tym tropem cały dzisiejszy wpis – pominąwszy wstęp – składał będzie się z fragmentów Mojego sekretnego życia Salvadora Dalego*.

Moją ulubioną lekturą był Kant, z którego nic nie rozumiałem, co napełniało mnie dumą i satysfakcją. Uwielbiałem gubić się w labiryncie jego rozumowania, które nabrzmiewało we mnie jak niebiańska muzyka. Człowiek taki jak Kant, który pisał książki równie ważne i równie bezużyteczne, mógł być jedynie aniołem! Zapamiętanie, z jakim czytałem to, czego nie rozumiałem, musiało brać się z jakiegoś potężnego głodu duchowego i podobnie jak brak wapnia w organizmie sprawia, iż dzieci zdrapują i zjadają wapno i gips ze ścian, tak samo mój umysł potrzebował owego imperatywu kategorycznego, który przeżuwałem całymi latami nie mogąc go przełknąć. Wszelako pewnego dnia mi się udało. Jakieś drzwi się otworzyły i zrozumiałem (str. 119-120).

(...) pragnąłem się podobać eleganckim kobietom (...). A kto to jest kobieta elegancka? To kobieta, która tobą gardzi i nie ma włosów pod pachami (str. 145).

Nasza epoka zdycha z moralnego sceptycyzmu i duchowej nicości! Lenistwo wyobraźni, zawierzywszy powojennemu pseudopostępowi technicznemu, doprowadziło do uwiądu umysłu, rozbroiło go i zniesławiło. Mechaniczna cywilizacja zostanie unicestwiona przez wojnę, a masy, które ją zbudowały, posłużą za mięso armatnie (str. 256).

Ja osobiście nigdy nie interesowałem się polityką. Uważam ją za dziedzinę anegdotyczną i godną pożałowania, a nawet niebezpieczną. Studiowałem natomiast historię religii, zwłaszcza zaś religii katolickiej, z dnia na dzień dochodząc do co raz głębszego przekonania, że to „architektura doskonała” (str. 286).

Europa okresu powojennego gotowa jest już zdechnąć od swoich „izmów”, od ich anarchii, braku ścisłości w polityce, w estetyce, moralności. Europa zdycha od sceptycyzmu, arbitralności, bezwoli, bezkształtności, braku syntezy i Wiary. Ponieważ odgryzła kawałek zakazanego owocu specjalizacji, uznała, że wszystko wie, i zaufała anonimowej gnuśności wszystkiego co „kolektywne”. Nasze ekskrementy są tym, co zjedliśmy. Europa żywiła się "izmami" i rewolucjami. Jej odchody muszą więc mieć kolor wojny i cuchnąc śmiercią. Zapomniała, że szczęście to rzecz indywidualna i subiektywna i że jej nieszczęsna cywilizacja pod pretekstem, iż pragnie obalić wszelkiego rodzaju ograniczenia, stawała się w istocie niewolnicą swojej wolności. Karol Marks napisał: „Religia to opium dla ludu”, lecz Historia miała szybko dowieść, że materializm stanie się najbardziej skoncentrowaną trucizną nienawiści, z powodu której wszystkie ludy w końcu pomrą zduszone w obskurnych, śmierdzących, bombardowanych korytarzach metra współczesnego życia (str. 298) [+ przypis: Marksizm jest w równym stopniu odpowiedzialny za bolszewizm rosyjski co za narodowy socjalizm, który był liryczną sentymentalną reakcją na komunizm, lecz obarczoną przecież pierworodnym grzechem kolektywizmu, systemu mechanistycznego i antykatolicyzmu].

Ta książka dobiega końca. Zazwyczaj pisarze spisują pamiętniki pod koniec życia, gdy już zgromadzą życiowe doświadczenia. Na przekór wszystkim mądrzejszym wydało mi się najpierw napisać pamiętniki, a potem dopiero je przeżyć. Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji, ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie. Zabiłem swoją przeszłość, aby pozbyć się jej, jak wąż pozbywa się starej skóry, którą w moim przypadku było bezkształtne rewolucyjne życie po wojnie (str. 328).

Moją metamorfozą jest tradycja, albowiem  tradycja to właśnie zmiana i wymyślenie nowej skóry. Nie chodzi o chirurgię plastyczną czy okaleczenie, lecz o odrodzenie. Nie wyrzekam się niczego. Kontynuuję. A kontynuuje od początku, ponieważ zacząłem od końca. Czy ja się wreszcie zestarzeję? Zawsze zaczynałem od śmierci. Śmierć i zmartwychwstanie, rewolucja i renesans, takie są dalijskie mity mojej tradycji (str. 329).

Europa międzywojenna zdychała w swej starej skórze, zdychała z powodu bezwoli, lenistwa, orgii psychologicznych, materialistycznego sceptycyzmu, monstrualnej specjalizacji, braku wiary. Obudzi się bardziej świadoma z obeschniętymi łzami. Kataklizm pochłonie rewolucje, a realna siła francuskiego katolicyzmu filozoficznego i walczącego katolicyzmu hiszpańskiego zatriumfuje, doprowadzając do jedności Europy. Watykan pozostaje symbolem niepodzielności starego kontynentu (str. 329).

Szczegółowe nauki naszych czasów wyspecjalizowały się w badaniu trzech stałych elementów życia: instynktu seksualnego, odczucia śmierci i czasoprzestrzennej trwogi. Po przeanalizowaniu tych wartości należy je wysublimować: instynkt seksualny w estetyce, odczucie śmierci w miłości i czasoprzestrzenna trwoga w metafizyce religii. Koniec z negacją! Potrzebna jest afirmacja! Koniec z pragnieniem uzdrawiania. Trzeba sublimować, uwznioślać. Styl zastąpi automatyzm, technika - nihilizm, wiara - sceptycyzm, ścisłość - bylejakość, indywidualizm i hierarchia - kolektywizm i uniformizację, tradycja - eksperymentowanie. Po Reakcji i Rewolucji - Renesans (str. 330).

Od roku 1929 bez ustanku badałem postęp i odkrycia nauki dokonane w ciągu stu ostatnich lat. Chociaż niemożliwe okazało się zgłębienie wszystkich jej tajników, a to z powodu co raz bardziej monstrualnej specjalizacji, niemniej intuicyjnie pojąłem kierunek, w jakim zmierza, i jej ontologiczne znaczenie. Pomiędzy tyloma rzeczami, które pozostaną dla nas na zawsze tajemne i niezgłębialne, jedna tylko prawda nie przestaje błyszczeć z równą siłą i wielkością: żadne z filozoficznych, moralnych, estetycznych czy biologicznych odkryć nie pozwala zanegować Boga. Co więcej, świątynia, której mury wzniosły nauki szczegółowe, nie może mieć innego dachu prócz Boskiego nieba (str. 332-333).

A czym jest Niebo? (...) Niebo nie znajduje się ani wysoko, ani nisko, ani na prawo, ani na lewo, Niebo jest dokładnie pośrodku piersi człowieka, który ma Wiarę (str. 333).


*Salvador Dali, Moje sekretne życie, Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2001.

(Dali, jak sam napisał w Epilogu, zakończył pracę nad tą książką 30 lipca 1941 roku, w samo południe, przebywając wówczas w Hampton Manor). 

piątek, 8 kwietnia 2016

JAWEN SASTE BAHTAŁE SARENGE ROMA PE DA SWETO!

Od początku tego roku moja biblioteczka romologiczna powiększyła się o 3 pozycje. Jakoś nie było dotąd okazji, by o tym wspomnieć. Lepszej, niż przypadający na dzisiaj Międzynarodowy Dzień Romów - długo nie będzie. Przejdźmy więc do rzeczy.

Pierwszą z nich jest wydana przez Muzeum Okręgowe w Tarnowie książeczka autorstwa Adama Bartosza pt.: Małopolski szlak martyrologii Romów (Tranów 2015). Najlepszą rekomendację dla tej pracy stanowi sama postać jej twórcy. Pozycja nie jest obszerna, nie można jej uznać za pracę naukową, ale niewątpliwie trzeba przypisać jej walor znacznie wyższy niż pracy stricte popularyzatorskiej. Poza kilkoma wstępnymi paragrafami, prowadzi nas ona przez miejsca pamięci o zagładzie Romów w czasie II wojny światowej znajdujące się na terenie obecnego województwa małopolskiego, a następnie w innych rejonach Polski.

Druga ze wspomnianych pozycji również związana jest z osobą Adama Bartosza. Tym razem jako redaktora naczelnego rocznika Studia Romologica. Dotarł do mnie mianowicie 8 numer tego pisma (Tarnów 2015). W nim zaś teksty takich autorów jak Marushiakowa, Popov, Szyszlak, Popieliński, Kapralski, van Baar, Szewczyk, Grzymała-Kazłowski, Mirga-Wójtowicz, Kocój, Krinkovà czy Odrzywołek. W Części III – Recenzje – Opinie zamieszczony został również tekst mojego pióra pt.: O europejskich Cyganach. Bez upiększeń poświęcony książce Rolfa Bauerdicka – Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem (Warszawa, Grupa Wydawnicza Foksal, 2015), którą z czystym sumieniem każdemu z PT czytelników niniejszego posta polecam.

I w końcu ostatnia praca, o której chciałbym dzisiaj wspomnieć. Jest nią Przyszłość – Odasojawła, czyli to co będzie (Bytom 2015) zredagowana przez Dorotę Żuber i wydana przez Szkołę Podstawową nr 16 im. Marii Konopnickiej w Bytomiu. Stanowi ona poszerzoną dokumentację niezwykle cennego projektu, ukierunkowanego na budowanie pozytywnych wzorców związanych z pracą, zrealizowanego przez działającą przy wspomnianej placówce świetlicę integracyjną Amaro Strychos. Jej koordynatorką, a zarazem nauczycielem wspomagającym zatrudnionym w bytomskiej SP nr 16 jest pani Agata Kołodziejczyk. To jej zawdzięczam, że mogłem do tej publikacji przygotować krótki, propedeutyczny wstęp.

sobota, 26 marca 2016

Wyimki wielkanocne



Kiedy zobaczyłem ten tryptyk z klasztoru św. Katarzyny na Synaju (XII wiek) przypomniała mi się jedna z książek ks. prof. Wacława Hryniewicza, a dokładniej Nasza Pascha z Chrystusem. Autor wywodzi w niej m.in., że wprawdzie śmierć Jezusa nastąpiła w przemijającym czasie historii, ale zawiera w sobie zarazem koniec czasów(1). Tego samego stwierdzenia nie da się już użyć w stosunku do Zmartwychwstania, gdyż dokonało się ono poza zasięgiem czasu, niejako na styku z wiecznością(2). W rzeczywistości nie jest już ono wydarzeniem należącym do ziemskiego sposobu egzystencji. Granicą czasu jest bowiem śmierć, początek wieczności(3).

Wszystkim życzę dobrych świąt! Alleluja!

(1) W. Hryniewicz, Nasza Pascha z Chrystusem. Zarys chrześcijańskiej teologii paschalnej, t. 2, Lublin 1987, s. 269.
(2) Tamże, s. 271.
(3) Tamże.

Szerzej: S. Anna Murawska, Kosmiczny wymiar pełni zbawienia w Chrystusie Paschalnym w ujęciu ks. Wacława Hryniewicza, „Teologia w Polsce”, nr 9,2 (2015), s. 131-147.



niedziela, 21 lutego 2016

A gdzież tam!

Całe życie żyliśmy jakby na walizkach. Tysiące przejść, niepewności, załamań. Ciągła prowizorka, tymczasowość, byle do jutra. A kiedyś zacznie się prawdziwe życie. No i masz. Przychodzi starość i gdzie to prawdziwe życie?
(Tadeusz Konwicki, Zwierzoczłekoupiór)

Zacznę od autodenuncjacji. Uroczyście oświadczam, że nie mam w zwyczaju czytać tych spośród swoich tekstów, które dostąpiły zaszczytu publikacji. Bez względu na czas i miejsce, w którym ujrzały światło dzienne, pozostają one zasadniczo własnością PT Czytelników. Z zasadami jest jednak tak, że kochają wyjątki. Te zdarzają się również i mi. Rzadko, bo rzadko. Ale jednak. Jeden z takich wyjątków wydarzył się dzisiaj. Przejrzałem mianowicie swoje wpisy na blogu datowane na 21 lutego. I choć nie znalazłem w nich nic szczególnie wartego uwagi, już sam fakt, że chciało mi się je czytać sprawił, iż poczułem się zdecydowanie skonfundowany. Mam więc już na co zwalić winę za ewentualnie dziwne samopoczucie, które – kto wie – może dotknąć mnie tego właśnie dnia AD 2016.

Było usprawiedliwienie (częściowo prewencyjne), czas więc rozwinąć, ledwie wyżej zasygnalizowaną, autokrytykę. Jak się okazuje, najciekawszymi elementami tych wpisów są przytaczane w nich cytaty. Zdaje się to potwierdzać tezę, że choć żyjemy w czasach, gdy wszyscy piszą, ale mało kto czyta (chyba jako pierwszy fakt ten stwierdził Tadeusz Konwicki), tendencji tej utrwalać nie należy. Zwłaszcza że, jak był łaskaw obwieścić w „Nędznikach” Wiktor Hugo: „Nie można bezkarnie czytać głupstw”. A przecież skoro są piszący, znajdą się też jacyś czytelnicy. Zważywszy, że niniejszy tekst, drogi Czytelniku, ma wszelkie szanse nie być mądrzejszy od innych mych wpisów z 21 lutego, zastanów się proszę, czy warto czytać dalej. W razie gdybyś się na to zdecydował, pamiętaj, ostrzegałem.

Skoro powiedziało się „a”, trzeba powiedzieć też „b”. Czas więc na autodiagnozę. Banalność moich urodzinowych wpisów musi mieć przecież jakąś przyczynę, a przyczyna ta musi gdzieś tkwić. Najpewniej we mnie samym. Kto wie, czy nie jest nią zwykła bezradność w obliczu mijającego czasu? Żaden tam ze mnie jednak Proust. Nie czuję w jakiś szczególny sposób, bym go utracił. Nie poczuję więc, jakby co, że go odnalazłem. Być może więc jest nią zupełna wobec tego faktu obojętność, pełne pogodzenie się z rzeczywistością, w której nawet wzrastanie jest formą przemijania? Sam nie wiem jednak, czy rzeczywiście jestem wobec tej oczywistości tak bardzo niewzruszony... Klucz do rozwiązania tej zagadki leży zapewne gdzieś blisko. Znacznie bliżej niż mogłoby się wydawać. Podobnie jak zima, którą odnaleźliśmy wczoraj nie gdzieś w okolicach bieguna, ale w sąsiednim powiecie…

Na razie jednak nie znam właściwej odpowiedzi. Autodiagnoza więc mi się nie udała. Czas więc odwołać się do innego „a”. Niech nim będzie autoironia. Powodów do niej jest wystarczająco dużo. Ot choćby i ten: wyczytałem mianowicie jakiś czas temu, że niezwykle ważna, międzynarodowa organizacja uznała, że świat zmienił się na tyle, iż należy przesunąć grancie poszczególnych okresów życia. I tak młodość kończy się obecnie wraz z 45 rokiem życia. Spierać się z ważnymi, międzynarodowymi organizacjami można. Ale co to da? Czyż nie lepiej uznać, trawestując Wieszcza, że oto skończyła się ma „młodość górna i durna”, a zaczął się dla mnie „wiek męski, wiek klęski”? A gdzież tam:-)!


niedziela, 26 kwietnia 2015

Bezradność

Kathmandu
Wielka Stupa
W sumie brakuje mi słów. Piszę chyba jedynie po to, by zwalczyć dojmujące poczucie bezradności. Może też po to, by poszukać w głowie tych właściwych.

Pod świątynią Annapurny
w Kathmandu

Nepal to przecież gdzieś bardzo daleko. Niewiele nas na co dzień interesuje. Słyszymy o nim zazwyczaj przy okazji relacji z wypraw w Himalaje. Ostatnio, co raz częściej, także w momentach, kiedy przydarzy się tam coś dramatycznego.
A takich dramatycznych wydarzeń ostatnio nie brakuje. Zwłaszcza w okolicach Annapurny i Mount Everestu. Jednak trzęsienie ziemi, które miało miejsce wczoraj, to wydarzenie o zupełnie innej skali. A dramatu, jaki przeżywają obecnie Nepalczycy, nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Bhaktapur

Śledzę media. Relacje są skąpe, a materiały filmowe częstokroć z Indii, a nie z Nepalu…  Dzięki Internetowi wiem, że niektórzy moi znajomi są cali i zdrowi, ale stracili dach nad głową. Co z innymi, dowiem się pewnie za kilka dni. Z tego, co do mnie dociera, wyłania się bardzo ponury obraz. Tysiące ofiar, dziesiątki tysięcy ludzi, którzy stracili cały swój dobytek, zrujnowane miasta (wiem o dużych zniszczeniach w Kathmandu i Bhaktapur).

Pokhara

 
Zastanawia mnie brak informacji z Pokhary. To przecież w okolicach pasma Annapurny znajdowało się epicentrum wstrząsów. Tymczasem w Pokharze znajduje się duży zbiornik wodny, a w jej sąsiedztwie – kolejny. 
Pokhara

 
 
 
 
 
 
Nie chcę nawet myśleć o tym, co mogłoby wydarzyć się w położonych niżej dolinach, gdyby uszkodzeniu uległy urządzenia hydrotechniczne utrzymujące te masy wód w ryzach sztucznych zalewów.

Okolice Annapurna BC
 
 
 
Nepalczycy to dzielni i niezwykle ciepli ludzie. Ich egzystencja w przytłaczającej mierze zależy od ruchu turystycznego. Jego załamanie się, co w obecnej sytuacji wydaje się być bardzo prawdopodobne, może mieć bardzo dalekosiężne skutki. Warto pamiętać o tym już teraz, kiedy skupiamy się na kwestiach związanych z doraźną pomocą w obliczu dramatu, jaki ich dotknął. No właśnie. Pomoc i pamięć. To chyba dobre słowa... I z nimi Was zostawiam.