Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

O zadośćuczynieniu

Stredoeurópsky sochár:
Ukrižovaný Kristus (Morový krucifix).
Po 1709. SNG, Bratislava
Ale Bóg [naucza Anzelm Kantuareński] jest nie tylko sprawiedliwością, lecz zarazem miłością, a z nią nie da się pogodzić wieczne potępianie całej ludzkości. Istnieje zatem konflikt między sprawiedliwością i miłością bożą. Jedynym wyjściem z tego konfliktu jest zadośćuczynienie dane przez kogoś, który sam będąc człowiekiem, przecież jest bez winy, a zarazem dać może zadośćuczynienie nieskończenie wielkie. Warunki te może jednoczyć w sobie tylko ktoś taki, co jest równocześnie niewinnym człowiekiem i nieskończonym Bogiem, więc Bóg-człowiek, urodzony bez zmazy grzechu.

(Kazimierz Twardowski, O filozofii średniowiecznej wykładów sześć, paragraf 89)

Życzę wspaniałej Wielkanocy!

wtorek, 21 lutego 2017

Świat według Dalego

Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji,
ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie.
Salvador Dali


Równo rok temu swój urodzinowy wpis opatrzyłem zdjęciem przedstawiającym mnie w Raju. Chciałbym dzisiaj kontynuować ten wątek. Nie żeby się jakoś szczególnie na nim koncentrować. Raczej traktując go jako pretekst. Poza tym zamiast słowa „raj” pojawi się „niebo”. Aktualna nadal pozostaje konstatacja, że najciekawszym elementem tych postów są zawarte w nich cytaty. Idąc tym tropem cały dzisiejszy wpis – pominąwszy wstęp – składał będzie się z fragmentów Mojego sekretnego życia Salvadora Dalego*.

Moją ulubioną lekturą był Kant, z którego nic nie rozumiałem, co napełniało mnie dumą i satysfakcją. Uwielbiałem gubić się w labiryncie jego rozumowania, które nabrzmiewało we mnie jak niebiańska muzyka. Człowiek taki jak Kant, który pisał książki równie ważne i równie bezużyteczne, mógł być jedynie aniołem! Zapamiętanie, z jakim czytałem to, czego nie rozumiałem, musiało brać się z jakiegoś potężnego głodu duchowego i podobnie jak brak wapnia w organizmie sprawia, iż dzieci zdrapują i zjadają wapno i gips ze ścian, tak samo mój umysł potrzebował owego imperatywu kategorycznego, który przeżuwałem całymi latami nie mogąc go przełknąć. Wszelako pewnego dnia mi się udało. Jakieś drzwi się otworzyły i zrozumiałem (str. 119-120).

(...) pragnąłem się podobać eleganckim kobietom (...). A kto to jest kobieta elegancka? To kobieta, która tobą gardzi i nie ma włosów pod pachami (str. 145).

Nasza epoka zdycha z moralnego sceptycyzmu i duchowej nicości! Lenistwo wyobraźni, zawierzywszy powojennemu pseudopostępowi technicznemu, doprowadziło do uwiądu umysłu, rozbroiło go i zniesławiło. Mechaniczna cywilizacja zostanie unicestwiona przez wojnę, a masy, które ją zbudowały, posłużą za mięso armatnie (str. 256).

Ja osobiście nigdy nie interesowałem się polityką. Uważam ją za dziedzinę anegdotyczną i godną pożałowania, a nawet niebezpieczną. Studiowałem natomiast historię religii, zwłaszcza zaś religii katolickiej, z dnia na dzień dochodząc do co raz głębszego przekonania, że to „architektura doskonała” (str. 286).

Europa okresu powojennego gotowa jest już zdechnąć od swoich „izmów”, od ich anarchii, braku ścisłości w polityce, w estetyce, moralności. Europa zdycha od sceptycyzmu, arbitralności, bezwoli, bezkształtności, braku syntezy i Wiary. Ponieważ odgryzła kawałek zakazanego owocu specjalizacji, uznała, że wszystko wie, i zaufała anonimowej gnuśności wszystkiego co „kolektywne”. Nasze ekskrementy są tym, co zjedliśmy. Europa żywiła się "izmami" i rewolucjami. Jej odchody muszą więc mieć kolor wojny i cuchnąc śmiercią. Zapomniała, że szczęście to rzecz indywidualna i subiektywna i że jej nieszczęsna cywilizacja pod pretekstem, iż pragnie obalić wszelkiego rodzaju ograniczenia, stawała się w istocie niewolnicą swojej wolności. Karol Marks napisał: „Religia to opium dla ludu”, lecz Historia miała szybko dowieść, że materializm stanie się najbardziej skoncentrowaną trucizną nienawiści, z powodu której wszystkie ludy w końcu pomrą zduszone w obskurnych, śmierdzących, bombardowanych korytarzach metra współczesnego życia (str. 298) [+ przypis: Marksizm jest w równym stopniu odpowiedzialny za bolszewizm rosyjski co za narodowy socjalizm, który był liryczną sentymentalną reakcją na komunizm, lecz obarczoną przecież pierworodnym grzechem kolektywizmu, systemu mechanistycznego i antykatolicyzmu].

Ta książka dobiega końca. Zazwyczaj pisarze spisują pamiętniki pod koniec życia, gdy już zgromadzą życiowe doświadczenia. Na przekór wszystkim mądrzejszym wydało mi się najpierw napisać pamiętniki, a potem dopiero je przeżyć. Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji, ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie. Zabiłem swoją przeszłość, aby pozbyć się jej, jak wąż pozbywa się starej skóry, którą w moim przypadku było bezkształtne rewolucyjne życie po wojnie (str. 328).

Moją metamorfozą jest tradycja, albowiem  tradycja to właśnie zmiana i wymyślenie nowej skóry. Nie chodzi o chirurgię plastyczną czy okaleczenie, lecz o odrodzenie. Nie wyrzekam się niczego. Kontynuuję. A kontynuuje od początku, ponieważ zacząłem od końca. Czy ja się wreszcie zestarzeję? Zawsze zaczynałem od śmierci. Śmierć i zmartwychwstanie, rewolucja i renesans, takie są dalijskie mity mojej tradycji (str. 329).

Europa międzywojenna zdychała w swej starej skórze, zdychała z powodu bezwoli, lenistwa, orgii psychologicznych, materialistycznego sceptycyzmu, monstrualnej specjalizacji, braku wiary. Obudzi się bardziej świadoma z obeschniętymi łzami. Kataklizm pochłonie rewolucje, a realna siła francuskiego katolicyzmu filozoficznego i walczącego katolicyzmu hiszpańskiego zatriumfuje, doprowadzając do jedności Europy. Watykan pozostaje symbolem niepodzielności starego kontynentu (str. 329).

Szczegółowe nauki naszych czasów wyspecjalizowały się w badaniu trzech stałych elementów życia: instynktu seksualnego, odczucia śmierci i czasoprzestrzennej trwogi. Po przeanalizowaniu tych wartości należy je wysublimować: instynkt seksualny w estetyce, odczucie śmierci w miłości i czasoprzestrzenna trwoga w metafizyce religii. Koniec z negacją! Potrzebna jest afirmacja! Koniec z pragnieniem uzdrawiania. Trzeba sublimować, uwznioślać. Styl zastąpi automatyzm, technika - nihilizm, wiara - sceptycyzm, ścisłość - bylejakość, indywidualizm i hierarchia - kolektywizm i uniformizację, tradycja - eksperymentowanie. Po Reakcji i Rewolucji - Renesans (str. 330).

Od roku 1929 bez ustanku badałem postęp i odkrycia nauki dokonane w ciągu stu ostatnich lat. Chociaż niemożliwe okazało się zgłębienie wszystkich jej tajników, a to z powodu co raz bardziej monstrualnej specjalizacji, niemniej intuicyjnie pojąłem kierunek, w jakim zmierza, i jej ontologiczne znaczenie. Pomiędzy tyloma rzeczami, które pozostaną dla nas na zawsze tajemne i niezgłębialne, jedna tylko prawda nie przestaje błyszczeć z równą siłą i wielkością: żadne z filozoficznych, moralnych, estetycznych czy biologicznych odkryć nie pozwala zanegować Boga. Co więcej, świątynia, której mury wzniosły nauki szczegółowe, nie może mieć innego dachu prócz Boskiego nieba (str. 332-333).

A czym jest Niebo? (...) Niebo nie znajduje się ani wysoko, ani nisko, ani na prawo, ani na lewo, Niebo jest dokładnie pośrodku piersi człowieka, który ma Wiarę (str. 333).


*Salvador Dali, Moje sekretne życie, Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2001.

(Dali, jak sam napisał w Epilogu, zakończył pracę nad tą książką 30 lipca 1941 roku, w samo południe, przebywając wówczas w Hampton Manor). 

piątek, 8 kwietnia 2016

JAWEN SASTE BAHTAŁE SARENGE ROMA PE DA SWETO!

Od początku tego roku moja biblioteczka romologiczna powiększyła się o 3 pozycje. Jakoś nie było dotąd okazji, by o tym wspomnieć. Lepszej, niż przypadający na dzisiaj Międzynarodowy Dzień Romów - długo nie będzie. Przejdźmy więc do rzeczy.

Pierwszą z nich jest wydana przez Muzeum Okręgowe w Tarnowie książeczka autorstwa Adama Bartosza pt.: Małopolski szlak martyrologii Romów (Tranów 2015). Najlepszą rekomendację dla tej pracy stanowi sama postać jej twórcy. Pozycja nie jest obszerna, nie można jej uznać za pracę naukową, ale niewątpliwie trzeba przypisać jej walor znacznie wyższy niż pracy stricte popularyzatorskiej. Poza kilkoma wstępnymi paragrafami, prowadzi nas ona przez miejsca pamięci o zagładzie Romów w czasie II wojny światowej znajdujące się na terenie obecnego województwa małopolskiego, a następnie w innych rejonach Polski.

Druga ze wspomnianych pozycji również związana jest z osobą Adama Bartosza. Tym razem jako redaktora naczelnego rocznika Studia Romologica. Dotarł do mnie mianowicie 8 numer tego pisma (Tarnów 2015). W nim zaś teksty takich autorów jak Marushiakowa, Popov, Szyszlak, Popieliński, Kapralski, van Baar, Szewczyk, Grzymała-Kazłowski, Mirga-Wójtowicz, Kocój, Krinkovà czy Odrzywołek. W Części III – Recenzje – Opinie zamieszczony został również tekst mojego pióra pt.: O europejskich Cyganach. Bez upiększeń poświęcony książce Rolfa Bauerdicka – Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem (Warszawa, Grupa Wydawnicza Foksal, 2015), którą z czystym sumieniem każdemu z PT czytelników niniejszego posta polecam.

I w końcu ostatnia praca, o której chciałbym dzisiaj wspomnieć. Jest nią Przyszłość – Odasojawła, czyli to co będzie (Bytom 2015) zredagowana przez Dorotę Żuber i wydana przez Szkołę Podstawową nr 16 im. Marii Konopnickiej w Bytomiu. Stanowi ona poszerzoną dokumentację niezwykle cennego projektu, ukierunkowanego na budowanie pozytywnych wzorców związanych z pracą, zrealizowanego przez działającą przy wspomnianej placówce świetlicę integracyjną Amaro Strychos. Jej koordynatorką, a zarazem nauczycielem wspomagającym zatrudnionym w bytomskiej SP nr 16 jest pani Agata Kołodziejczyk. To jej zawdzięczam, że mogłem do tej publikacji przygotować krótki, propedeutyczny wstęp.

wtorek, 28 października 2014

Wieści z rynku księgarskiego

Z wielką przyjemnością śpieszę donieść, że na rynku księgarskim pojawiała się właśnie praca zbiorowa, pod redakcją Tadeusza Lewowickiego, Barbary Chojnackiej–Synaszko i Gabrieli Piechaczek–Ogierman, zatytułowana: Edukacja dzieci i młodzieży w środowiskach zróżnicowanych kulturowo (Cieszyn-Warszawa-Toruń 2014) . A w niej osobny paragraf romologiczny, w którym obok tekstów Jaroslava Baldvina i Lenki Haburajovej Ilavskiej oraz Łukasza Kwadransa, także mój – Romskie dziecko w polskiej szkole (szeroki abstrakt: tutaj).

Trochę przypadkiem wpadła mi też w ręce publikacja Instytutu Obywatelskiego stanowiąca zapis debaty pt. Przyszłość Romów w Polsce, która odbyła się 15 października 2010 roku w Krakowie. Przyczynkiem do niej stała się dyskusja, która w 2010 roku przetoczyła się przez media europejskie, a dotyczyła działań rządów francuskiego i włoskiego wobec mniejszości romskiej. Całość publikacji – jak się okazuje – można znaleźć w sieci (PDF – tutaj). Znajdziecie w niej także mój głos (Przekraczając barierę nieufności, s. 32-35). Szerzej na ten temat pisałem już na blogu w kilku miejscach. Zainteresowanym przypominam zwłaszcza wpis: Polityki publiczne wobec Romów. Garść refleksji.

niedziela, 15 czerwca 2014

Bloomsday AD 2014



Z nieistnienia w istnienie
jednostka przychodzi ku wielu
i zostaje przyjęta jako jeden:
jako istnienie wobec istnienia
jest wobec każdego jak każdy wobec każdego:
z istnienia w nieistnienie odszedłszy
będzie przez wszystkich dostrzeżona jako nikt.

(James Joyce, Ulisses)

 
Przypadkowa wizyta w Jamie Michalika robi dzisiaj dość przygnębiające wrażenie. Nie miałbym nic przeciwko klienteli z przewodnikami turystycznymi pod pachą, a nawet oprawie menu w stylu czasów słusznie minionych; nie czepiałbym się też jakości podawanych dań, czy utyskiwał na poziom cen serwowanych tu specjałów; nawet ludyczni Krakowiacy, zabawiający - z towarzyszeniem konferansjerki w łamanej angielszczyźnie - owo mocno przypadkowe towarzystwo, nie byliby w stanie sprawić, że będę utyskiwał tu na to magiczne miejsce, gdyby nie fakt, że magiczne już ono nie jest. Pomimo nadludzkiego wysiłku mojej wyobraźni, wspomaganej zupełnie wyjątkowym wystrojem lokalu, nie jestem w stanie odnaleźć chociażby cienia atmosfery, która musiała tworzyć to miejsce w czasach Zielonego Balonika, gdy na sofach, przy szklaneczce absyntu, zasiadali Tadeusz Boy-Żeleński, Stasinek Sierosławski, Karol Frycz, Rudolf Starzewski, Teofil Trzciński, Edward Leszczyński, Jan Szczepkowski, Karol Frycz, Franciszek Mączyński, Kazimierz Sichulski, Henryk Uziębło, Jan Stanisławski, Henryk Szczygliński, Leon Wyczółkowski, Witold Wojtkiewicz, Stanisław Dębicki, Alfons Karpiński, Stefan Filipkiewicz, Tomasz Weiss, Jacek Malczewski, Józef Pankiewicz, Józef Mehoffer, Xawery Dunikowski, Artur Górski, Stanisław Przybyszewski, Lucjan Rydel, Włodzimierz Tetmajer, Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy Stanisław Wyspiański i wielu im współczesnych, których nazwiska zdobią dziś karty rozlicznych podręczników. W opasłych tych woluminach jednakowoż sporo mówi się o ich artystycznym kunszcie i niedościgłych osiągnięciach, przemilczając zazwyczaj wszystko to, co sprawiało, że zwana dziś Jamą Michalika Cukiernia Lwowska była tym, czym w rzeczy samej była. A że słowami oddać tego chyba niepodobna odsyłam do obrazka zdobiącego jeden z podcieniowych filarów pierwszej sali, na którym kamienice Floriańskiej tańczą, jak gdyby to one właśnie wracały do
domu nad ranem, nad nimi zaś przedporanne niebo zdobi się zielonymi balonami. Jedynie Brama Floriańska trzyma się w miarę, choć niezbyt konsekwentnie, równo, niczym Wieża Martello przypominająca Stefanowi Dedalusowi, a i bez wątpienia Leopoldowi Bloomowi, że gdzieś tam jest dom, gdzieś tam czeka połowica, pozostawiło się współlokatorów i towarzyszy ostatniego śniadania, gdzieś tam jest miejsce, do którego powrócić trzeba i warto. Każdy, komu dane było wracać Floriańską przed pierwszym brzaskiem, kto zaznał owego mgławego tańca kamienic, kto uląkł się majestatu Bramy, komu myśli i promile ulatywały do nieba niczym zielone balony, wie o czym nikczemnie i bez polotu próbuję teraz napisać. Ten właśnie i ów nie zdziwi się także, że konstatacje takie zmusić potrafią, by jeszcze raz ująć w dłonie Ulissesa, bo choć on taki nie krakowski, to jednak krakowski bardzo. A że składa się dość wyjątkowo, że akurat dzisiaj zacne grono admiratorów Jamesa Joyce’a obchodzi, jak co roku, Bloomsday, nie przyczynię się chyba zanadto do wzmożenia inflacji świąt wszelakich, jak i ja się do nich dołączę, dukając sobie pod nosem, losowo wybrane fragmenty...

  ***

W jakim ostatecznym zadowoleniu zbiegły się te antagonistyczne uczucia i rozmyślania, zredukowane do swych najprostszych form?

W zadowoleniu z wszechobecności, na wschodniej i zachodniej półkuli ziemskiej, na wszystkich zamieszkałych lądach i wyspach, zbadanych i nie zbadanych (na lądzie słońca o północy, na wyspach błogosławionych, na wyspach greckich, w ziemi obiecanej), pokrytych warstwą tłuszczu zadnich półkul żeńskich, miodem i mlekiem pachnących, wydzielających krwiste i nasienne ciepło, przypominających odwieczne rody obfitych wypukłości, nie podlegających kaprysom, wrażeniom i sprzecznościom uczuć, wyrażających niemą niezmienną dojrzałą zwierzęcość.

Widoczne oznaki przedzadowolenia?

Niemal erekcja: niespokojny zwrot ku: stopniowe wznoszenie się: ostrożne odkrywanie: ciche wpatrywanie się.

Później?

Ucałował wonne miękkie miłe miodne melony jej zadu, obie melonomiękkie półkule w ich miłą miodną bruzdę, długim ciemnym nawołującym miodnowonnym pocałunkiem.

Widoczne oznaki pozadowolenia?

Ciche wpatrywanie się: ostrożne zakrywanie: stopniowe opadanie: niespokojne odwrócenie się od: niemal erekcja.

Co nastąpiło po tym cichym działaniu?

Senne wezwanie, mniej senne rozpoznanie, rodzące się podniecenie, katechetyczne zadawanie pytań.


***

Czy znacie opowiadanie Manninghama o żonie rajcy, która gdy ujrzała Dicka Burbage'a w Ryszardzie III, zaprosiła go do swego łoża, i o tym jak Shakespeare podsłuchawszy to, nie czyniąc wiele hałasu o nic, wziął krowę za rogi i, gdy Burbage zapukał do bramy, odpowiedział z pościeli rogacza: William Zdobywca przybył przed Ryszardem III. A wesoła dzierlatka, panna Fitton, wskocz na mnie i wio, i jego delikatny ptaszek, lady Penelopa Rich, czysta dystyngowana kobieta nadaje się dla aktora, i owe dziewki z nadbrzeża, po pensie od jednego razu.


***

BLOOM: (Bełkocze.) Szanowni panowie, w oczekiwaniu waszych przyszłych zamówień, pozostajemy z szacunkiem...

BELLO: (Patrzy twardym, bazyliszkowym wzrokiem, mówi barytonem.) Haniebny psie!

BLOOM: (W ekstazie.) Cesarzowo!

BELLO: (Obwisają mu ciężkie policzki.) Czcicielu cudzołożnej dupy!

BLOOM: (Żałośnie.) Potęgo!

BELLO: Gównojadzie!

BLOOM: (Zgina kolana.) Wspaniałość.

BELLO: Padnij! (Uderzają w ramię swym wachlarzem.) Zegnij nogi! Cofnij lewą stopę o krok, a upadniesz. Padasz. Na ręce!

BLOOM: (Ma ona oczy na pół przymknięte i uniesione z czcią.) Trufle! (Z rozdzierającym, epileptycznym okrzykiem opada na czworaki, chrząka, sapie, ryje u jego stóp, potem leży, udając nieżywą, mając zamknięte oczy, drgające powieki, rozpłaszczona na ziemi w postawie najdoskonalszego mistrza.)

BELLO: (Ma krótko przycięte włosy, czerwoną grdykę, duży wąs unosi mu się ponad wygolonymi wargami; ubrany jest w góralskie onuce, zieloną kurtkę ze srebrnymi guzikami, tyrolski kapelusz z piórkiem kurki wodnej. Ręce wsunął głęboko w kieszenie spodni; stawia obcas na jej szyi i naciska.) Poczuj całą moją wagę. Kłoń się, niewolna sługo, przed tronem wspaniałych obcasów twego tyrana, lśniących w swej dumnej wyniosłości.

 
***

 
BELLO: (Bezlitośnie.) Nie, Leopoldzie Bloom, wszystko zmieniło się z woli kobiety od chwili, gdy usnąłeś na wznak w Kotlinie Drzemki i przespałeś noc trwającą lat dwadzieścia. Cofnij się i spójrz.

(Dawna Kotlina Drzemki woła ponad pustkowiem.) KOTLINA DRZEMKI: Rip Van Winkle! Rip Van Winkle!

BLOOM: (W podartych mokasynach, niosąc zardzewiałą strzelbę myśliwską, skrada się na palcach, a jego wynędzniałe, kościste, brodate oblicze zerka przez romboidalne szkła, wykrzykuje.) Widzę ją! To ona! Pierwszy wieczór u Mata Diiiona! Ale ta sukienka, ta zieleń! I włosy ma ufarbowane na złoty kolor, a on...

BELLO: (Śmieje się szyderczo.) To twoja córka, ty sowo, w towarzystwie studenta z Mullingar.

 
***

NIMFA: Podczas ciemnych nocy słyszałam, jak wychwalałeś mnie.

BLOOM: (Pospiesznie.) Tak, tak. Chcesz powiedzieć, że ja... Sen odkrywa najgorsze cechy każdego z wyjątkiem może dzieci. Wiem, że wypadłem z łóżka, a raczej zostałem wypchnięty. Mówią, że chrapanie można usunąć wyciągiem z liści cola. Jeżeli chodzi o resztę, to istnieje ten angielski wynalazek, którego opis otrzymałem kilka dni temu, omyłkowo zaadresowany. Twierdzi, że umożliwia bezszelestną, bezwonną went. (Wzdycha.) Zawsze tak było. Słabości, na imię ci małżeństwo.

NIMFA: (Zatyka uszy palcami.) I słowa. Nie ma ich w moim słowniku.

BLOOM: Zrozumiałaś je?

ŻYDĘBY: Sza.

 
***

 
Zacytuj treść tekstu, w którym prospekt zachwalał zalety tego taumaturgicznego remedium.

Goi i łagodzi podczas twego snu, w wypadku kłopotów z oddawaniem wiatrów wspomaga on naturę jak najpotężniej, zapewniając natychmiastową ulgę w wydalaniu gazów, nie zanieczyszcza organów płciowych i ułatwia naturalne wypróżnienie, początkowa wpłata w wysokości 7 szylingów i 6 pensów, uczyni z pani nowego człowieka, a życie twoje godnym tej nazwy. Damy znajdują Cudotwórcę szczególnie użytecznym, stanowi on miłą niespodziankę, gdyż odczuwają przemiłe skutki podobne do owych po zażyciu chłodnego napoju ze świeżego wiosennego źródła w parny letni dzień. Polecajcie go waszym przyjaciółkom i przyjaciołom, wystarcza na przeciąg całego życia. Wsuńcie dłuższy zaokrąglony koniec. Cudotwórca.

Czy dołączono świadectwa?

Liczne. Od duchownego, od oficera brytyjskiej marynarki wojennej, znanego autora, człowieka interesu, pielęgniarki szpitalnej, damy, matki pięciorga, roztargnionego włóczęgi.

Jak kończyło się ostatnie świadectwo, roztargnionego włóczęgi? Co za szkoda, że rząd nie wyposażył naszych chłopców w Cudotwórcę podczas kampanii południowoafrykańskiej! Jakąż ulgę by to stanowiło!

 
***

(…) Boże zbaw ten świat gdyby wszystkie kobiety były do niej podobne przeciw kostiumom kąpielowym i niskim dekoltom oczywiście nikt by nie chciał żeby ona nosiła myślę że była nabożna bo żaden mężczyzna nie popatrzyłby na nią dwa razy obym nigdy nie była taka jak ona cud że nie chciała żebyśmy sobie zakrywały twarze ale z pewnością była osobą wykształconą a jej ględzenie o panu Riordan tu i panu Riordan tam myślę że był szczęśliwy kiedy to wieko odgrodziło go od niej a jej pies ciągle obwąchiwał moje futro i ciągle wspinał się żeby się dostać pod moje halki a szczególnie wtedy jednak lubię w nim to uprzejmy jest dla takich staruszek i kelnerów i żebraków i nie pyszni się z byle czego ale nie zawsze gdyby przydarzyło mu się kiedyś coś poważnego dużo lepiej dla nich kiedy idą do szpitala gdzie wszystko jest czyste ale myślę że musiałabym to mu wmawiać chyba z miesiąc tak a potem mielibyśmy na tapecie pielęgniarkę szpitalną i siedziałby tam póki by go nie wyrzucili albo siostrę zakonną może jak na tej świńskiej fotografii którą ma nie jest ona siostrą bardziej niż ja tak bo oni są tacy słabi i mazgajowaci kiedy chorują potrzebują kobiety żeby wyzdrowieć kiedy mu idzie krew z nosa pomyślałabyś że to jest Och jaka tragedia i ten wyraz umieram oczu kiedy zjeżdżaliśmy z South Circular po tym jak sobie skręcił nogę w czasie święta chóru na Sugarloaf Mountain w ten dzień kiedy nosiłam tę suknię panna Stack przynosiła mu kwiaty najgorsze z najstarszych jakie udało jej się znaleźć na dnie koszyka wszystko żeby tylko dostać się do sypialni mężczyzny i ten jej staropanieński głos wyobrażała sobie że on umiera dla niej już nigdy nie ujrzę twojej twarzyczki chociaż wyglądał bardziej jak mężczyzna kiedy mu ta broda trochę urosła w łóżku ojciec był taki sam poza tym nienawidzę bandażować i odmierzać kiedy się zaciął w wielki palec u nogi brzytwą wtedy kiedy przycinał sobie odciski bał się zakażenia krwi ale żebym to ja była chora wtedy zobaczylibyśmy jaką opiekę tylko że oczywiście kobieta to ukrywa żeby nie robić tych wszystkich kłopotów które oni robią (…)

 
***

 
(…) miał napisać te podróże które ci mężczyźni muszą odbywać na koniec świata i z powrotem najmniejsze co im się należy to uścisk albo dwa od kobiety kiedy im się uda wypływają żeby zatonąć albo wylecieć w powietrze gdzieś weszłam na Windmill Hill na płaskowyż tej niedzieli rano z lunetą nieżyjącego Kapitana Rubios taką jak miał wartownik powiedział że spojrzy raz czy dwa razy z pokładu miałam na sobie tę sukienkę z B Marche Paris i koralowy naszyjnik cieśnina lśniła mogłam widzieć aż po Maroko białą zatokę Tangeru i górę Atlas ze śniegiem na szczycie a cieśnina przezroczysta jak rzeka Harry Molly Kochanie myślałam o nim na morzu przez cały czas po mszy kiedy halka ześliznęła mi się w dół w czasie podniesienia przez całe tygodnie i tygodnie trzymałam chusteczkę pod poduszką bo tam był jego zapach nie było żadnych przyzwoitych perfum do kupienia w tym Gibraltarze tylko tanie peau despagne które wietrzały i pozostawiały na tobie więcej smrodu niż czego innego chciałam dać mu coś na pamiątkę on dał mi ten niezdarny Ciaddagh pierścionek na szczęście który dałam Gardnerowi kiedy jechał do Południowej Afryki gdzie go ci Boerzy zabili tą swoją wojną i tyfusem ale dobrze im przyleli za to mimo to jakby niósł z sobą nieszczęście jak opal albo perła musiało to być czyste karatowe złoto bo był bardzo ciężki widzę jeszcze jego twarz gładko ogoloną (…)



 

sobota, 9 kwietnia 2011

10 kwietnia rok później

Obejrzałem „W milczeniu”. Mądry film. Nie rozdrapując ran pokazuje indywidualny wymiar tragedii jaka dotknęła rodziny ofiar katastrofy prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem. To pierwszy film dotykający problemów związanych z wydarzeniami sprzed roku, jaki zdecydowałem się obejrzeć. „Mgła” i „Lista pasażerów” ciągle czekają na właściwy moment. Zresztą niebawem pewnie pojawią się kolejne.
„Katastrofa smoleńska” stała się też tematem wielu książek. Jeśli którąś z nich miałbym przeczytać to zapewne „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie” Joanny Racewicz. Jak większość Polaków i ja zmęczony jestem całym tym politycznym zgiełkiem wokół wydarzeń z 10 kwietnia ubiegłego roku. To zmęczenie jednak – jak mi się wydaje – nie przeszkadza nam w byciu solidarnym z tymi, którzy stracili przyjaciół i najbliższych.
W jednym z niedawnych wywiadów kardynał Stanisław Dziwisz zauważył, że „przechodziliśmy już "wiele innych, może większych nieszczęść" niż katastrofa samolotu pod Smoleńskiem, i nie może nas ona zatrzymać w przeszłości”. To bardzo wyważona i raczej reprezentatywna dla „oficjalnego Kościoła” wypowiedź wskazująca na konieczność zakończenia żałoby. Kościół zapewne dołoży starań, by odbyło się to godnie, zwłaszcza że sam, w „polityczny zgiełk” po katastrofie został dość boleśnie wplątany. Boleśnie chociażby dlatego, że do politycznej awantury, wykorzystano najważniejszy dla niego symbol – krzyż.
Zakończenie żałoby nie oznacza ani końca pamięci o ofiarach katastrofy, ani zamknięcia procesu dochodzenia do prawdy o jej przyczynach. Nie wierzę też, by przyczyniło się do zmniejszenia jej udziału w bieżącej walce politycznej. Temat jest zbyt – w tym sensie – nośny, by w roku wyborczym można było na to liczyć. Przestałem także wierzyć w to, że tak katastrofa, jak i ta chwila jedności, jaka po niej nastąpiła, nauczyły nas czegokolwiek.
Miłość mądra i miłość zaślepiona: Barbara Skarga i Leszek Kolakowski o patriotyzmie.

wtorek, 5 kwietnia 2011

22

Czasem zastanawiam się, co zrobiłbym z wolnym czasem, gdyby akurat zdarzyło się tak, że będę go miał przed godziną 22. Wiele rzeczy przychodzi mi wówczas do głowy. Ot np. żeby powłóczyć się po Polach Mokotowskich. Kilka dni temu wmurowano tam tablicę upamiętniającą fakt, że w 1981 r. przy ul. Batorego 14 w Warszawie mieściła się redakcja „Tygodnika Solidarność”, pierwszego w PRL pisma w pełni niezależnego od komunistycznych władz. Kto pamięta pierwsze numery „Tysola” pamiętać musi też wypieki na twarzy, które towarzyszyły jego lekturze. Pacholęciem będąc uczyłem się na nim nie tyle polityki, co trudnych słówek (jak dziś pamiętam moje osłupienie wobec „dezawuować”). Obecnie patrzę na archiwalne numery bardziej już okiem historyka, niż świadka tamtych dni.
Mógłbym też pójść do kina. A jest na co. „Czarny czwartek” Antoniego Krauzego już widziałem. Film może mną nie wstrząsnął, ale że go widziałem – nie żałuję.
Pewnie nie pożałuję też wyprawy na „Niepokonanych”, film Petera Weira oparty na motywach „Długiego Marszu” Stanisława Rawicza,
czy „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego.
Po takim seansie nie od rzeczy byłoby zajrzeć 16 kwietnia na Służew, gdzie o godz. 20, po zachodzie słońca, rozpocznie się monumentalne Misterium Męki Pańskiej. Poprzedzi je msza św. o 17.30 w pobliskim kościele pw. św. Maksymiliana Kolbe przy ul. Rzymowskiego.
Żeby nie było żem taki święty przyznam otwarcie, że marzy mi się też krótki wypad do Włoch i to bynajmniej nie na beatyfikację Jana Pawła II. W rzymskim Palazzo Venezia ma bowiem miejsce - zamykająca obchody 400. lecia śmierci malarza - wystawa „Caravaggio. Warsztat geniusza”, której „Rzeczpospolita” poświęciła tekst pod wiele mówiącym tytułem: „Bachus przez soczewkę”.
Ale skąd tu wziąć jakiś wolny czas przed 22? Na otarcie łez pozostają mi więc książki. A jest w czym przebierać. Po tym, jak zobaczyłem swego czasu „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha
bierze mnie co jakiś czas na wspominki. Materiał poglądowy jest. Ukazały się ostatnio przynajmniej trzy pozycje, które ułatwiają odświeżanie pamięci. O dwóch z nich – „Buntownicy. Polskie lata 70. i 80.” Anki Grupińskiej i Joanny Wawrzyniak oraz „Obok albo ile procent Babilonu” mr’a makowskiego i Michała Szymańskiego – doniosła ostatnio „Wyborcza”. Trzecią: „Artyści, wariaci, anarchiści” autorstwa Pawła Konnaka, Jarosława Janiszewskiego i Krzysztofa Skiby mam już za sobą.
Nie tylko wspomnieniami jednak człowiek żyje. Rozejrzeć trzeba się też za jakąś przyzwoitą lekturą dla młodszego pokolenia. Coś mi mówi, że audiobooki dziecku rodzicielskiego czytania wieczorem nie zastąpią. A rozglądać trzeba się dobrze. Bo o podróbkę teraz znacznie łatwiej niż o oryginał.
Na szczęście na polu walki z tandetą zanotowaliśmy właśnie duży postęp. Swe podwoje otworzył Instytut Bajki w Europejskim Centrum Bajki im. Koziołka Matołka w Pacanowie. Uff!

środa, 23 marca 2011

Horror w bibliotece

Pewnie mało kto z Was wie, że wśród wielu wydawanych przez Bibliotekę Narodową pozycji znajdują się i horrory. Czytuję je od lat i przyznaję, że z roku na rok stają się co raz to bardziej drastyczne. Kilka z nich chciałbym dzisiaj zarekomendować. Nosiłem się z tym od pewnego czasu, ale dopiero dziś – jak się wydaje - jest najbardziej właściwy wieczór, by parę słów na ich temat skreślić.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej,  jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc  tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Jeśli przypomnieć, że adaptacja zawilgoconego poddasza na tę czytelnię stała się powodem odsądzania mnie (i nie tylko mnie) od czci i wiary, a po jej uruchomieniu biblioteka nie uzyskała środków umożliwiających jej bezpieczne realizowanie podstawowych zadań, to wnioski nasuwają się same. Trudno zakładać, że bez zmiany mentalności polityków i świadomości mediów będziemy mogli przekształcić nasze biblioteki w instytucje efektywnie promujące czytelnictwo. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni nadal będą one li tylko listkiem figowym maskującym naszą bierność, zaś te, którym uda się wybić ponad przeciętną – łakomym kąskiem politycznym.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.

środa, 9 marca 2011

Popielec

Moje krakowskie podwórko ocieniają mury dwóch klasztorów. Z jeden strony góruje tynieckie opactwo benedyktynów, z drugiej – eremy i kościół kamedułów na Srebrnej Górze. I mimo że oddziela je Wisła, jej - w odróżnieniu od nich - na co dzień nie dostrzegam. Dudni mi za to w uszach raz to „ora et labora”, kiedy zaś indziej „memento mori”.
Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z łaciną. Szkoła podstawowa. Lekcja języka polskiego. Literatura renesansu. „Carpe diem”. Zrobiło na mnie wrażenie. Wymowne. I o ileż łatwiejsze niż sentencje mnichów. Podobnie jak one, nadaje się na program na życie. Jeśli odrzeć te słowa z epikurejskiego kontekstu, w zestawieniu z nimi – tak na dobrą sprawę – nie musi nawet kolidować…
Doczesność to przecież nie „coś innego”, nie „przedsionek”, a fragment wieczności. Śmierć nie jest zaś jej bramą, a jedynie momentem, kiedy zaczyna się jej nowy etap. No chyba, że wraz z nią wszystko się kończy. Że nie ma żadnej kary i nagrody. Że nie ma nic. W sumie łatwiej jest wierzyć w owo „nic” niż w konieczność odpokutowania za „coś”.
Myśl o śmierci, wieczności i drodze do niej w Środę Popielcową to nic nadzwyczajnego. Kto wie jednak, gdzie pogoniłyby moje myśli gdyby nie przypadek. Wpadły mi dzisiaj w ręce „Listy starego diabła do młodego” Clive’a Staplesa Lewisa. Książeczka do połknięcia na raz (wyszedł też audiobook). Świetne mini-rekolekcje. Bez względu na to, czy się wierzy i w co.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Władca koni

Jakoś nie mogę w necie znaleźć zapowiedzi tego spotkania. A warto byłoby się na nim pojawić. Szkoda, że nie będzie mnie wtedy w Krakowie. Tym, którzy są w lepszej sytuacji niż ja rekomenduję: 4 marca godz. 19.00, Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”, ul. Szczepańska 1, spotkanie autorskie i promocja najnowszej powieści Janiny L. Cunnelly „Władca koni”. Spotkanie poprowadzi red. Włodzimierz Knap.
Janina L. Cunnelly debiutowała w londyńskich „Wiadomościach” i współpracowała z tym literacko-kulturalnym pismem aż do jego zamknięcia, gdzie publikowała eseje, krytykę literacką, opowiadania. Po powrocie do Polski kontynuowała swoją twórczość i zainteresowania kulturą. Pracowała w Starym Teatrze i napisała kilka adaptacji teatralnych – w tym „W oczach zachodu” Josepha Conrada i „Anginę Pectoris”, sztukę opartą na twórczości Marka Hłaski (pierwsza adaptacja twórczości Marka Hłaski w Polsce). Jest też autorką sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych („Orle gniazdo”), opowiadań a także kilku powieści: „Ogon rajskiego ptaka”, „Julia”, „Toksyny”.

wtorek, 14 grudnia 2010

W prasie i w Przemyślu

Nie mam dzisiaj serca do prasówki. Ale jak tu nie czytać?!? Jakiś dzień dobrych wiadomości dzisiaj, czy co? Po pierwsze polskim bankom nic nie grozi. Wprawdzie może to oznaczać zbliżającą się stabilizację cen mieszkań, co dla potencjalnie zainteresowanych kupnem oznacza, że tańsze już raczej nie będą, ale może chociaż o kredyt będzie łatwiej? Po drugie we Wrocławiu (jakoś nie dziwi mnie, że właśnie tam) rośnie konkurencja dla Googla. Lubię Googla. Za Microsoftem nie przepadam. Ale wrocławianom kibicował będę.
Żeby nie było tak miło postanowiłem poszukać newsów, o których „nie wiedzieć co myśleć”. No i jest. Anna Streżyńska, prezes Urząd Komunikacji Elektronicznej, wbija kij w kolejne mrowisko. Tym razem chce obciążyć kosztami budowy infrastruktury nie tylko operatorów.
No i coś z mojej polskiej natury. Oczywiście nie wytrzymałem. Musiałem się dogrzebać jakichś koszmarków. Dwoma się podzielę. Jeden dość oczywisty. Prawo antydopalaczowe – jak można było się spodziewać - jest dziurawe jak ser szwajcarski dzięki czemu internetowe sklepy z dopalaczami, a także zwykli handlarze są poza zasięgiem policji i inspekcji sanitarnej. Drugi także nie wydaje się być zaskoczeniem. Okazuje się bowiem, że Niemcy wypełniają swoje luki w rynku pracy bazując na niegdysiejszej decyzji naszych władz o likwidacji zawodówek.
Żeby jednak nie było, że tylko u nas dzieją się rzeczy niepokojące polecam tekst pt. „Żydzi, uciekajcie z Holandii!” Bartosza T. Wielińskiego z dzisiejszej „GW” stanowiący kolejny przyczynek do dyskusji o fiasku liberalnej koncepcji integracji.
A na koniec, to co cieszy. „Świat według Henryka Berezy to jest - jak sądzę - coś w rodzaju biblioteki. Nie całkiem typowej, bo można w niej i zjeść coś, i napić się, może nawet zdrzemnąć nad lekturą, no a przede wszystkim spotkać przechadzających się między regałami pisarzy” pisze w tekście „Bereza: Czytam, więc jestem” Joanna Szczęsna. Zdrzemnąć raczej nie zdołam się czytając powieściowy debiut Łukasza Saturczaka „Galicyjskość”. Bo jak tu drzemać, gdy na tapecie Przemyśl?

piątek, 22 października 2010

Czytajmy!!!

Zdarzyło mi się kiedyś być w Madrycie. Pierwszy kontakt z tym miastem to lotnisko i znajdująca się pod nim stacja metra. Po kilku chwilach mogłem już przesiąść się na linię docelową. Widok jaki zobaczyłem na stacji pośredniej sprawił, że oniemiałem. Centralny jej punkt stanowiła… biblioteka! Mała, nowoczesna, dobrze zaopatrzona. Ten obraz prześladuje mnie za każdym razem, kiedy czytam kolejne dane dotyczące czytelnictwa w Polsce i przypominam sobie stan polskich bibliotek publicznych.

Ostatni, roczny raport Instytutu Książki i Czytelnictwa przynosi informację, że jedynie 38% Polaków ma jakikolwiek kontakt z książką. To najniższa wartość tego wskaźnika od początku prowadzenia tych badań – czyli od 1992 roku. Systematyczny spadek tej wielkości też nie napawa optymizmem. Jeszcze w 2004 roku ten sam wskaźnik był dokładnie 20% wyższy (58%).

Jeśli już czytamy, sięgamy przede wszystkim po popularne powieści: obyczajowo-romansowe (18%) i sensacyjno-kryminalne (15%) oraz książki encyklopedyczno-poradnikowe (14%). Czytamy również literaturę faktu (11%), książki dla dzieci i młodzieży (10%), fantastykę (10%) oraz lektury szkolne i podręczniki (10%). Nieco rzadziej zdarza nam się zagłębiać w lekturę książek religijnych (7%) i opracowań fachowych (7%). Niektórzy lubią eseistykę i publicystykę (2%) oraz literaturę ezoteryczną (1%).

Głównym źródłem książek są dla Polaków biblioteki (40%), zwłaszcza publiczne (27%), następnie własny księgozbiór (36%), księgozbiory rodziny i znajomych (35%), ostatnie zakupy (35%). Zakup co najmniej jednej książki rocznie deklaruje jedynie 23% Polaków. Jeszcze w 2002 roku było ich 14% więcej. Warto żebyśmy pamiętali, iż część z osób deklarujących, że kupują książki, przyznaje zarazem, że są to podręczniki szkolne dla ich dzieci…

To, że nie czytamy pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje. Mierzy się je m.in. tzw. poziomem piśmienności. Na szeroką skalę badania w tym zakresie przeprowadzono pod auspicjami OECD w 1994 roku. Ich celem było stwierdzenie jaki wpływ ma piśmienność (rozumiana jako sprawność odczytywania ze zrozumieniem różnego typu tekstów) na życie lokalnych społeczności. Badania te wykazały, że piśmienność jest podstawą, która określa jednostki (i całe społeczeństwa) jako zdolne do dostosowywania się do szybko zachodzących zmian w świecie, posiadające umiejętność skutecznego uczenia się, podatne na przyswajanie wiedzy, otwarte na wszelkie zmiany i innowacje, co jest niezmiernie ważne dla zawodowej mobilności. Wyniki tych badań unaoczniły wszystkim, że dobrze pojęty interes ogólny to utrzymanie członków społeczeństwa na wysokim poziomie piśmienności. Jest to bowiem ważny czynnik wzrostu ekonomicznego kraju, warunkujący jego rozwój społeczny i kulturalny. Jednostce natomiast umożliwia właściwe funkcjonowanie w nowoczesnym społeczeństwie.

Efektem tego badania w Polsce są wyniki, które budzą co najmniej niepokój. Około 40% współczesnych Polaków cechuje bardzo niski poziom piśmienności, co oznacza, że nie są oni przygotowani do uczestnictwa w obiegu informacji. Nie poradzili sobie z takimi zadaniami, jak: czytanie ze zrozumieniem tekstów, liczenie podczas zakupów, wypełnianie kwestionariuszy, zażywanie leków zgodnie z zaleceniami na ulotce itp. Jest to równoznaczne z wykluczeniem takich osób poza nawias nowoczesnego, demokratycznego społeczeństwa, gdyż piśmienność traktuje się jako istotny element określający przygotowanie jednostki do uczestnictwa w kulturze i życiu publicznym. A pamiętajmy, że badania te przeprowadzono 16 lat temu. Spadek czytelnictwa w tym czasie jest na tyle dramatyczny, iż można przypuszczać, że dzisiaj wyniki te byłyby jeszcze gorsze.

Niski poziom czytelnictwa przekłada się nie tylko na stan kapitału społecznoekonomicznego Polaków, czy niską świadomość wyborów politycznych, ale także zagraża ich tożsamości, jako wspólnocie. Książka zaspokaja ciekawość poznawczą czytelnika, potrzeby emocjonalne, stanowi kulturalną rozrywkę, rozwija wrażliwość na piękno języka. Jest zarazem taką formą utrwalania informacji, która pozwala powracać do niej wielokrotnie, stanowiąc dzięki temu istotne źródło zdobywania wiadomości i wywoływania różnego rodzaju przeżyć intelektualnych, moralno-społecznych, czy estetycznych. Treści zawarte w czytanych tekstach odgrywają zasadniczą rolę w kształtowaniu się poglądów, systemów wartości, opinii i tożsamości kulturowej człowieka. My, Polacy, powinniśmy to rozumieć w sposób szczególny. "Historii naszego kraju – jak pisze w jednej ze swoich książek prof. Papuzińska - zwłaszcza w XIX wieku towarzyszyło przeświadczenie o wielkiej władzy słowa pisanego nad ludzkimi myślami i czynami, żarliwa wiara w jego moc, w społeczne posłannictwo pisarza. To właśnie literaturze między innymi zawdzięczamy utrzymanie swej narodowej świadomości i zwartości. Książka i prasa przejmowały w okresie zaborów funkcje wielu nie istniejących instytucji publicznych, gorące słowa poetów, filozofów i społeczników mobilizowały całe zbiorowości do społecznych i narodowych zrywów". Czy więc – w tym kontekście – nie jest zasadne pytanie o naszą przyszłość, jako niepodległej wspólnoty, w sytuacji, kiedy przestajemy sięgać po książki?

Kiedy zadaje takie pytania słyszę czasem, że przesadzam. Że w świecie nowych mediów znaczenie książki spada w sposób naturalny. Tymczasem jednak, pomimo intensywnego rozwoju nowoczesnych form utrwalania i wymiany informacji, takich jak telewizja, radio film, czy Internet, książka nadal pozostaje głównym źródłem zdobywania wiedzy o współczesnej rzeczywistości i o naszej przeszłości historycznej. Nowe media są często atrakcyjniejsze, łatwiejsze w odbiorze, bardziej sugestywne, bo atakujące wiele zmysłów jednocześnie. Książka jednak zachowała swą uprzywilejowaną pozycję między innymi dlatego, że daje możliwość indywidualnego wyboru oraz różnorodności form zastosowania, możliwość ingerencji w treść i tempo prezentacji materiału, czy w końcu możliwość przemyślenia czytanego tekstu, jak też i jego utrwalenia przez wielokrotne czytanie. Poza tym pewnych przeżyć, jakie daje książka nic nie jest w stanie zastąpić. Osobliwość kontaktu z nią polega bowiem na tym, że jest ona tylko impulsem dla ludzkiej wyobraźni. Prawdopodobnie dzięki temu czytanie jest jak najbardziej "prywatną, osobistą i podlegającą samokontroli czynnością człowieka".

W naszym dobrze pojętym interesie leży więc wspólny wysiłek, którego celem jest przywrócenie książce należnego jej miejsca - zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym. Uświadomienie sobie po raz kolejny, że "Książka jest – jak czytamy w jednym z dokumentów UNESCO – paszportem do świata, paszport ten pozwala przekraczać granice czasu i przestrzeni, przynosi człowiekowi radość i przyczynia się do jego rozwoju. Dla czytelnika książka może być wiernym towarzyszem życiowym, inspiratorem marzeń albo źródłem mądrości. Czytelnik jest obdarzony wolnością wyboru tematu, jak i wyznaczania celu swej lektury, dzięki temu książka staje się środkiem uprzywilejowanego komunikowania się z innymi ludźmi".


Korzystałem z:

1. E. Malmquist, Nauka czytania w szkole podstawowej, Warszawa 1987

2. J. Papuzińska, Czytanie domowe, Warszawa 1975

3. L. Marszałek, Paszport do świata, Warszawa 1986

4. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku – komunikat z badań Biblioteki Narodowej, dokument elektroniczny

5. T. Zatorska, Rozważania naukowe nad czytelnictwem, dokument elektroniczny