Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małopolska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małopolska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 listopada 2014

Anatomia strachu

Cztery strachy będą w najbliższym czasie wpływały na obrót spraw politycznych w Krakowie i Małopolsce. Pierwszy ma wymiar szerszy. Dotyczy całego kraju. To strach o skutki totalnego blamażu, jaki zafundowała nam wszystkim Państwowa Komisja Wyborcza – a obecnie wyzyskują do swoich celów niektóre środowiska polityczne - podważając zaufanie obywateli do podstawowej instytucji demokracji, jaką są wybory. Drugi ma również wymiar ponadregionalny, a jest nim strach przed PiS. Wyhodowany przez media, nie bez znaczącego udziału samych przedstawicieli tej partii, w czasach, gdy sprawowała ona w Polsce władzę, nadal skutecznie zniechęca do niej sporą rzeszę potencjalnych wyborców, zmęczonych już rządami Platformy i nieufnie patrzących lub niedostrzegających alternatywy dla binarnego układu sił dwóch głównych graczy politycznych. Trzeci strach ma typowo krakowski charakter. To strach przed jakąkolwiek zmianą. Bo trudno tu mówić o konserwatyzmie. Konserwatyzm ma swój wyraz ideowy. Krakowski strach jest bezideowy i bezimienny. I w końcu trzeba powiedzieć o strachu, który opanował część – opozycyjnie nastawionej do Grzegorza Lipca – krakowskiej PO. Fakt, iż partia ta uzyskała lepsze niż się spodziewano wyniki w wyborach samorządowych, niewątpliwie wzmacnia pozycję szefa struktur regionalnych Platformy, co może być groźne dla tych sił w tej partii, które za Lipcem – delikatnie sprawę ujmując – nie przepadają.

Pierwszym z tych strachów zajmował się nie będę. Trzeba poczekać na wyniki II tury wyborów samorządowych, by móc formułować w tej kwestii jakieś oceny. Ale o trzech pozostałych warto skreślić kilka zdań. 

Wynik zmagań, których stawką jest fotel Prezydenta Miasta, nie wydaje się w Krakowie wcale taki oczywisty, jak zdaje się o tym sądzić spora część miejscowego mainstreamu. W rzeczy samej Marek Lasota ma poważne szanse na sukces. Jest w Krakowie postacią rozpoznawalną, ze sporym dorobkiem, akceptowaną przez wiele środowisk i popieraną przez ugrupowanie polityczne, które jednoznacznie chce być kojarzone z „jakąś” jakościową zmianą. Piszę „jakąś”, bo dociec na czym ta zmiana miałaby polegać, po dokładniejszym przyglądnięciu się dokumentom programowym i wypowiedziom polityków PiS – nie sposób. Jedno jest jednak pewne. Lasota może liczyć na wierny elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego oraz głosy tej części mieszkańców Krakowa, którzy „jakiejś” zmiany oczekują.

Czy rzeczywiście jednak w Krakowie czeka się na zmiany? Czy nie jest to miasto, które bardziej ceni to, co znane, a czego upostaciowieniem jest Jacek Majchrowski? Przemawiają za nim niewątpliwe pomnikowe osiągnięcia. Nie sposób bowiem zgodzić się z krytykami obecnego Prezydenta, którzy zarzucają mu brak inicjatywy. Miasto pod jego rządami zmienia się sukcesywnie. Ilość gminnych inwestycji jest co najmniej satysfakcjonująca. Jackowi Majchrowskiemu można by więc (i należałoby) zarzucać nie tyle ich brak, co chaos w tym obszarze. Trudno bowiem dociec, jaką wizję Krakowa w ten sposób realizujemy.

Profesor Majchrowski może więc liczyć na głosy zadowolonych z obrotu krakowskich spraw. W jeszcze większej mierze jednak przypadną mu w udziale głosy tych wszystkich, którzy boją się zmian w ogóle, a zmian kojarzonych z PiS w szczególności. Marek Lasota, jako człowiek którego pisowska afiliacja jest bardzo świeżej daty, ów lęk wprawdzie łagodzi, ale całkowicie go nie znosi. Pojawiające się w debacie publicznej głosy, że jest człowiekiem bez zaplecza, o którego dalszym bycie politycznym decydować będzie środowisko partii Jarosława Kaczyńskiego, nie są pozbawione swoich racji.

Przyglądając się wynikom I tury wyborów prezydenckich w Krakowie, można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż ostateczne wyniki, jakie uzyskają 30 listopada obydwaj kontrkandydaci, będą mocno do siebie zbliżone. Bez względu jednak na to, który z nich stanie się gospodarzem Pałacu Wielopolskich można przyjąć, że bez większych problemów ułoży on sobie relacje z Radą Miasta. Marek Lasota może liczyć wszak na klub PiS – partii, która wygrała wybory samorządowe w mieście. Niewątpliwie może też liczyć na współpracę z klubem Jacka Majchrowskiego, który w przypadku przegranej swojego lidera, będzie musiał poszukiwać możliwości obrony swoich przyczółków. W przypadku wygranej tego ostatniego, prawdopodobna jest kontynuacja dotychczasowej koalicji z PO, która do Rady Miasta wprowadziła jedynie jednego radnego mniej, niż PiS.

Swoją drogą fakt, iż to PiS a nie PO wygrało w Krakowie wybory do Rady Miasta, wydaje się niezwykle – z politologicznego punktu widzenia – ciekawy. Zestawiając go bowiem z wynikami głosowania, w tym samym okręgu, do Sejmiku Województwa Małopolskiego (wygrana PO z PiS stosunkiem mandatów 5 do 3), trzeba zdecydowanie odrzucić tezę, że oto Kraków staje się kolejnym pisowskim bastionem. W jakim procencie o wyniku tym zadecydowała technika wyborcza (numer Komitetu Wyborczego), trudno orzec.  Niewątpliwie jednak zasadnicze znaczenie miała w tym przypadku słaba kampania Marty Pateny. Kandydatka PO na urząd Prezydenta Miasta Krakowa prowadziła kampanię, dla której określenia znajduję tylko jedno słowo – defensywa. Odnosiłem bowiem wrażenie, że nawet przez moment nie wierzyła w możliwość uzyskania dobrego wyniku, a tak w ogóle to bardziej interesowało ją utrzymanie mandatu radnej, niż zasiadanie w fotelu szefa Miasta. PO ma więc przed sobą poważne zadanie na przyszłość. Jeżeli nie chce zaliczyć za cztery lata kolejnej wpadki w krakowskich wyborach samorządowych, musi wykreować kandydata na Prezydenta, który będzie wierzył w swoje możliwości. Chociaż tyle…

Czy PO ma zdolność wykreowania takiego kandydata? Myślę, że tak. Obserwując tegoroczną kampanię wyborczą zauważyć można co najmniej dwie postaci, które walczyły o mandat radnego Sejmiku Województwa Małopolskiego, a które mają odpowiedni potencjał, by za cztery lata ubiegać się o fotel gospodarza Krakowa. Dobry wynik Platformy w tych wyborach to też całkiem przyzwoity prognostyk szans takiego kandydata. Na chwilę obecną partia ta jednak musi poradzić sobie z odium „przegranych wyborów”. Piszę w cudzysłowie, bo mówienie o przegranej Platformy w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest jakimś nieporozumieniem. Wystarczy spojrzeć na sondaże przedwyborcze, by jasno stwierdzić, że PO wykonała po raz kolejny w Małopolsce rzecz teoretycznie niewykonalną. Bo choć utraciła w Sejmiku kilka mandatów – nadal rządzić będzie Województwem.

Od lat przyglądam się preferencjom wyborczym Małopolan. I od lat kolejne porażki PiS są dla mnie poważnym zaskoczeniem. Zauważmy, że w roku 2006 partia ta – w koalicji ze Wspólnotą Małopolską - była w stanie wygrać wybory do Sejmiku, by chwilę później utracić władzę w Województwie wskutek nieudolnie prowadzonego przewrotu, którego celem miała być zmiana na stanowisku Marszałka. Otworzyło to Platformie drogę do współrządzenia Małopolską. Cztery lata temu z kolei, PiS wykreował listy wyborcze, które nie tyle stanowiły odpowiedź na oczekiwania elektoratu, co były wynikiem przygotowań do wewnętrznych frond. Wygrana wówczas PO była w dużej mierze efektem słabości kandydatów wystawionych przez Zbigniewa Ziobrę. W tym roku, PiS zaprezentowało się już jako ugrupowanie skonsolidowane, a jego listy wyborcze trzeba uznać za mocne. W takiej sytuacji wygrana tej partii w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest czymś oczywistym. Tyle tylko, że wobec braku aktualnie zdolności koalicyjnej, wygrana taka miałaby sens jedynie wówczas, gdyby gwarantowała w nim większość umożliwiającą samodzielny wybór Marszałka.

Fakt ten to zapewne jedna z przyczyn, dla której małopolskie struktury Prawa i Sprawiedliwości dość oszczędnie chełpią się sukcesem i raczej jedynie półgębkiem wspominają o „porażce” Platformy Obywatelskiej. W tym ostatnim, wystarczająco wyręczają je niektórzy działacze PO odsłaniając przy okazji, jak przebiega obecnie linia zasadniczego podziału wewnątrz tego ugrupowania. Szereg czołowych jej postaci, które w zeszłorocznych wyborach partyjnych musiały ustąpić pola Grzegorzowi Lipcowi, najwyraźniej potrzebowały owej przegranej własnej opcji, by pozbyć się świeżo upieczonego lidera. To dlatego zapewne ostrze krytyki – której wyrazicielem stały się niektóre media – skierowane jest wyłącznie w jego kierunku. Całkowicie zaś pomija się odpowiedzialność Marka Sowy, który nie tylko – jako Marszałek Województwa – był twarzą PO przez ostatnie cztery lata, ale także odpowiadał za regionalną kampanię tej partii. Ani słowem nie wspomina się o nikłym wsparciu centrali czy też słabym zaangażowaniu w kampanię większości platformianych parlamentarzystów. Obiektywnie dobry wynik, jaki w Krakowie zanotowała lista PO w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego i ewidentność ataku wymierzonego w Lipca, na dłuższą metę umocni pozycję tego ostatniego, co ma szczególne znaczenie w kontekście przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Tym niemniej atak ten – jak sądzę – zapewne chwilowo osłabi zdolności negocjacyjne Platformy, co nie pozostanie bez skutku dla sposobu, w jaki wykreowane zostaną gremia decyzyjne w Krakowie i w Małopolsce.

W najbliższym czasie czekają nas więc w Małopolsce rządy koalicji PO i – poważnie wzmocnionego – PSL. To właśnie to ostatnie ugrupowanie może mówić o niekwestionowanym sukcesie. Podwojenie liczby mandatów oznacza nieproporcjonalnie większe możliwości wpływu na zarządzanie Regionem. Co więcej. Przy ewentualnej zmianie koalicji rządowej w końcówce przyszłego roku zapewnia swobodę wymiany partnera także w Małopolsce. W przypadku wygranej Jacka Majchrowskiego w II turze wyborów prezydenckich partia ta utrzyma też swoje wpływy w Mieście. Jeśli wygra Marek Lasota - będzie zapewne podobnie. W tym przypadku bowiem liczyć się będzie ewentualność zmiany koalicji rządzącej Małopolską. To dobra karta przetargowa także w kontekście polityki gminnej. O tym, czy ten scenariusz będzie miał jakieś widoki na sukces zdecydują jednak wyborcy w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Nie zdziwiłbym się, gdyby za rok do wyborów poszli jedynie najbardziej zdyscyplinowani spośród nich…

środa, 3 września 2014

Społeczność romska jako podmiot procesu integracji europejskiej

Kiedy większość z nas cieszyła się wakacjami, niektórzy w pocie czoła pracowali. Byli wśród nich drukarze, którzy zadbali, by nie zabrakło nam lektury na długie jesienne i zimowe wieczory. Dzięki ich mrówczej pracy możemy cieszyć się m.in., wydanym przez Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego, tomem: Kierunki integracji małopolskich Romów, zredagowanym przez Małgorzatę Leśniak i Stanisława Sorysa.

Miło mi, że zostałem zaproszony do grona osób współtworzących tę książkę. Zamieściłem w niej tekst pt: Społeczność romska jako podmiot procesu integracji europejskiej. Dowodzę w nim, że upodmiotowienie społeczności romskiej w przestrzeni debaty politycznej Unii Europejskiej jest najpierw efektem lęku przed możliwymi migracjami Romów z państw postkomunistycznych do państw starej Piętnastki, następnie zaś próbą reakcji na to zjawisko i w końcu wynikiem refleksji o nieskuteczności podejmowanych dotychczas działań. W tym sensie zmagania związane z podnoszeniem poziomu edukacji społeczności romskiej, próbami poprawy jej położenia na rynku pracy, zabiegami zmierzającymi do polepszenia stanu zdrowia tej populacji, czy w końcu radykalnego podniesienia poziomu warunków socjalnobytowych w jakich egzystuje – należy traktować jako wtórne do owego lęku, który pojawił się jeszcze w latach 90. XX wieku, a związany był z antycypowanymi problemami społecznymi. Ta negatywna motywacja leży również u podstaw nieskuteczności dotychczasowych działań instytucji wspólnotowych. Także obecna, choć jakościowo nowa, aktywność instytucji unijnych, skoncentrowana na problematyce operacjonalizacji i koordynacji strategii i polityk zmierzających w założeniu do poprawy położenia społeczności romskiej, wobec faktu pominięcia w niej refleksji o charakterze aksjologicznym, nie stwarza wystarczających perspektyw dla osiągnięcia założonych w nich, przynajmniej deklaratywnie, celów.

czwartek, 14 czerwca 2012

Pamięć i wdzięczność

25 maja minęła pierwsza rocznica śmierci Marka Nawary. Nie sądzę, by komukolwiek, komu nieobojętne są sprawy publiczne, trzeba było przybliżać, kim był Marszałek. A jednak… Po roku od odejścia Marka wiem o nim więcej, niż dowiedziałem się przez kilkanaście lat naszej znajomości. O wiele bardziej też go rozumiem. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Wiedza przyszła wraz ze wspomnieniami, które przybrały postać książki: „Marek Nawara. Pamięć i wdzięczność. Księga wspomnień przyjaciół, znajomych i współpracowników” (red. M. Karlińska-Nawara, Kraków 2012). Lektura nie tylko dla tych, którzy Nawarę na swojej drodze spotkali, ale może przede wszystkim dla tych, którym nie było to dane.
Zrozumienie… Ono zawsze przychodzi z czasem. Zwłaszcza wtedy, kiedy można dostrzec, że mimo braku człowieka, jego dzieło żyje i wzrasta. A ma co wzrastać. W szczególny sposób dotarło to do mnie, kiedy słuchałem prelegentów* na poświęconej pamięci marszałka Marka Nawary, zorganizowanej przez Wyższą Szkołę Biznesu w Nowym Sączu, konferencji: „Rozwój regionalny - Małopolska dzisiaj i jutro”. Zresztą… Nie trzeba specjalnych sympozjów, by zobaczyć ślady Marka głęboko odciśnięte na małopolskich ścieżkach. I choć czasem próbuje się przemilczać jego rolę, nie zmienia to faktów. Te ślady są zbyt wyraźne, by można je było zatrzeć.
Długo wspominał będę tegoroczne uroczystości. Sądecką konferencję, mszę świętą odprawioną w Bazylice Mariackiej pod przewodnictwem księdza Kazimierza kardynała Nycza, wieczór wspomnień w Sali Fontany Pałacu Krzysztofory i w końcu odsłonięcie tablicy pamiątkowej w gmachu przy ul. Basztowej 22 w Krakowie, dzielonym przez Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego oraz Małopolski Urząd Wojewódzki. Zawisła ona naprzeciwko tablicy poświęconej pamięci wojewody Tadeusza Piekarza. A to symboliczne sąsiedztwo mówi więcej niż tysiące słów.


*Prelegenci i tematy wystąpień:
Prof. Jerzy Buzek, (b. Premier Rządu RP, b. Przewodniczący Parlamentu UE, euro poseł) -„Perspektywa budżetowa 2007-2013 i 2014 -2020 a rozwój Małopolski”
Dr hab. Stanisław Mazur (AE w Krakowie, Wydział Ekonomii i Stosunków Międzynarodowych, współautor raportu „Kurs na innowacje”, opracowanego pod kierunkiem prof. J. Hausnera) – „Kurs na innowacje”
Krzysztof Wnęk, Monika Kamińska (Miasteczko Multimedialne sp. z o.o.)
„Park Naukowo-Technologiczny Brainville jako katalizator rozwoju subregionu Sądeckiego”
Dr Jerzy Jedliński, (b. Doradca Marszałka M. Nawary, Pełnomocnik rektora AGH ds. współpracy regionalnej i rozwoju) - „Regiony wiedzy w polskich warunkach – miraż, pułapka czy wehikuł rozwoju”

środa, 25 maja 2011

Pro memoria

Zmarł Marek Nawara. Samorządowiec z krwi i kości. Wieloletni wójt Gminy Zielonki, poseł na Sejm RP i Marszałek Województwa Małopolskiego dwóch kadencji. Mój były szef. Człowiek nietuzinkowy. Pełen pomysłów i woli, by je realizować. Trudno przecenić Jego wkład w wielki projekt, jakim jest Małopolska.
Świeć Panie nad Jego duszą!

poniedziałek, 23 maja 2011

Bełkot



Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem

Na fali ogólnonarodowej debaty o chamstwie w Internecie i ja postanowiłem zagłębić się w jego przestworzach. A że koszula najbliższa ciału wygooglowałem siebie. A co! No dobrze. Nie tylko wygooglowałem. Zajrzałem też w kilka miejsc „poleconych” mi ostatnio przez znajomych. Zaglądają tam regularnie. Ja od wielkiego dzwonu. No i zagrzmiał. A głos jego donośny jak cholera.
Czego to się człowiek nie dowie o sobie w sieci. Zabawa pyszna. Doprawdy. Choć i przykro się robi, że Matka Ziemia tylu frustratów musi nosić na swoich spracowanych barkach. No cóż. 4,5 mld lat temu przetrwała uderzenie planety wielkości Marsa (stąd mamy księżyc), a i mniejsze obiekty kosmiczne – przez ostatnich 4,6 mld lat - nie szczędziły jej razów. Równie mocno jej wytrzymałość testowali amatorzy przyspieszonego Armagedonu częstując ją serią eksplozji nuklearnych. Wytrzymała? A jakże. Przetrwała sobotni koniec świata punkt o 18.00,  więc przetrwa też zmasowany atak frustratów w cyberprzestrzeni.
Trzy rzeczy uderzyły mnie szczególnie podczas tej wycieczki w głąb ludzkich resentymentów. Pierwsza to trwałość niektórych tematów. Powiedzmy, że brałem udział w jakimś konkursie, który – tak bywa – wygrałem. Zawsze wówczas zdarzy się jakiś kontrkandydat twierdzący jeszcze niemal dekadę później, że konkurs musiał być ustawiony. No bo przecież – a jakże – w przeciwnym wypadku zakończyłby się zgoła innym werdyktem. Druga to różnorodność form. Przeważają wpisy na forach, ale zaraz po nich plasuje się multiplikowanie nieprzychylnych opinii w każdym możliwym miejscu. Ale to, co dostałem ostatnio mailem (publikacja w sieci jest dopiero zapowiadana) przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Stałem się ja oto – marny żuczek – bohaterem (negatywnym oczywiście) opowiadania. Ba! Powieści w odcinkach! Ukazał się dopiero pierwszy. Z niecierpliwością oczekuję następnych. Mam nawet kilka pomysłów, jak mogłaby się rozwinąć akcja.
No i w końcu rzecz trzecia. Określę ją jednym słowem: bełkot. Tym, którzy nie do końca wiedzą, co to takiego, polecam wygooglowanie ostatnich uchwał Zarządu Województwa Małopolskiego dotyczących Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (odwołanie mnie ze stanowiska dyrektora, cofnięcie pani Annie Wiśniewskiej „powierzenia obowiązków dyrektora”, ogłoszenie konkursu na dyrektora). Zachęcam zwłaszcza do przeczytania ich uzasadnień. Istny kabaret. To że podawane w nich fakty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (pomyłka w dacie powołania mnie na to stanowisko sięga 4 lat!) to nic w porównaniu ze stylem w jakim powstały. Dadaiści spaliliby się ze wstydu czytając te bzdury.
Dwie refleksje na koniec. Widząc jakim błotem obrzucany bywam w sieci zastanawiam się, czy warto silić się na jakąś reakcję. Publikować polemiki? Po co? Przecież nie jest to rodzaj krytyki, a ordynarny atak. Krytykę można przyjąć, albo – nie zgadzając się z nią – przedstawić kontrargumenty. Ale polemizować z bełkotem? A może użyć środków prawnych? Anonimowych (choć nie zawsze) autorów wpisów na formach można namierzyć. Tylko po co? Włóczenie się po sądach to zajęcie niezwykle przykre. Potrzebne mi jeszcze te dodatkowe przykrości? Może lepiej niech problemem zajmą się Ci, którzy najlepiej się na tym znają. Psychiatrzy. Kilka doktoratów kategoryzujących sieciowych frustratów widzę już oczyma wyobraźni.
Jeśli mam się już włóczyć to najlepiej po świecie. Ot chociażby tam, gdzie o zasięg globalnej sieci trudno. Dla przykładu – można wsiąść na prom i popływać po Bałtyku. Przy okazji zajrzeć do Sztokholmu i Tallina, albo zapuścić się i głębiej. Pooglądać kamienie runiczne w Sigtunie, albo zadumać się nad grobem Linneusza w Uppsali. Szwedzi – jak tylko zaświeci słońce - to bardzo radośni ludzie. Nieco gorzej sprawa ma się z Estończykami. Kryzys daje im się mocno we znaki. Zastąpienie narodowej waluty Euro spowodowało wzrost cen. I choć z uśmiechem opowiadają np. o swojej malutkiej armii, w której ostatnio zlikwidowano kompanię rowerową, aż strach się bać zaglądać na estońskie forma internetowe…

sobota, 16 kwietnia 2011

96. rocznica ludobójstwa Ormian

Przeglądam właśnie zaproszenia. Jedno szczególnie przykuwa uwagę. 30 kwietnia 2011 r. o godz. 16:00 w  kościele św. Mikołaja  w Krakowie przy ul. Kopernika 9 odbędzie się uroczysta msza św. w 96. rocznicę ludobójstwa Ormian. Po mszy będzie można złożyć kwiaty i zapalić znicze pod ustawionym obok kościoła kilka lat temu Chaczkarem. Więcej informacji na ten temat (i nie tylko) znaleźć można na stronie Ormiańskiego Towarzystwa Kulturalnego. Przy okazji polecam również witrynę Centrum Badań Ormiańskich oraz Cyfrową Bibliotekę Ormiańską.


środa, 23 marca 2011

Horror w bibliotece

Pewnie mało kto z Was wie, że wśród wielu wydawanych przez Bibliotekę Narodową pozycji znajdują się i horrory. Czytuję je od lat i przyznaję, że z roku na rok stają się co raz to bardziej drastyczne. Kilka z nich chciałbym dzisiaj zarekomendować. Nosiłem się z tym od pewnego czasu, ale dopiero dziś – jak się wydaje - jest najbardziej właściwy wieczór, by parę słów na ich temat skreślić.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej,  jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc  tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Jeśli przypomnieć, że adaptacja zawilgoconego poddasza na tę czytelnię stała się powodem odsądzania mnie (i nie tylko mnie) od czci i wiary, a po jej uruchomieniu biblioteka nie uzyskała środków umożliwiających jej bezpieczne realizowanie podstawowych zadań, to wnioski nasuwają się same. Trudno zakładać, że bez zmiany mentalności polityków i świadomości mediów będziemy mogli przekształcić nasze biblioteki w instytucje efektywnie promujące czytelnictwo. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni nadal będą one li tylko listkiem figowym maskującym naszą bierność, zaś te, którym uda się wybić ponad przeciętną – łakomym kąskiem politycznym.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.

wtorek, 15 marca 2011

Słowiańska Atlantyda

Lada dzień rozpoczyna się  MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HUCULSKI „Słowiańska Atlantyda” –  ośmiomiesięczna wędrówka przez przygotowane - zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie - wydarzenia festiwalowe. Obecna edycja Festiwalu przypada w roku 40. rocznicy śmierci wybitnego Polaka, filozofa, pisarza, autora jednej z największych epopei dotyczących Huculszczyzny – Stanisława Vincenza.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Władca koni

Jakoś nie mogę w necie znaleźć zapowiedzi tego spotkania. A warto byłoby się na nim pojawić. Szkoda, że nie będzie mnie wtedy w Krakowie. Tym, którzy są w lepszej sytuacji niż ja rekomenduję: 4 marca godz. 19.00, Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”, ul. Szczepańska 1, spotkanie autorskie i promocja najnowszej powieści Janiny L. Cunnelly „Władca koni”. Spotkanie poprowadzi red. Włodzimierz Knap.
Janina L. Cunnelly debiutowała w londyńskich „Wiadomościach” i współpracowała z tym literacko-kulturalnym pismem aż do jego zamknięcia, gdzie publikowała eseje, krytykę literacką, opowiadania. Po powrocie do Polski kontynuowała swoją twórczość i zainteresowania kulturą. Pracowała w Starym Teatrze i napisała kilka adaptacji teatralnych – w tym „W oczach zachodu” Josepha Conrada i „Anginę Pectoris”, sztukę opartą na twórczości Marka Hłaski (pierwsza adaptacja twórczości Marka Hłaski w Polsce). Jest też autorką sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych („Orle gniazdo”), opowiadań a także kilku powieści: „Ogon rajskiego ptaka”, „Julia”, „Toksyny”.

środa, 16 lutego 2011

PolskABCD

Media donoszą ostatnio, że na wyczerpaniu są już środki na zakładanie nowych firm w ramach działania 6.2 „Wsparcie oraz promocja przedsiębiorczości i samozatrudnienia” Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. W skali kraju zagospodarowano dotychczas prawie 80% alokowanych tam środków. Całą, przeznaczoną dla siebie, pulę pieniędzy zakontraktowały już województwa: małopolskie, opolskie i podkarpackie. To niewątpliwie dobra informacja, choć rodzi też pytanie, czy nie należało przeznaczyć na ten cel większej kwoty.
Inaczej sprawa ma się z europejskimi funduszami na rozwój przedsiębiorczości na terenach wiejskich. Środkami tymi zarządza centralnie Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Kwota jest niebagatelna – 40 mld zł. Należy je wydać do końca 2013 roku. Dotychczas z tej puli Agencja rozdysponowała jedynie 327 mln zł. W ubiegłorocznym naborze do ARiMR wpłynęło ponad 10,5 tys. wniosków. Rozpatrzenia doczekało się zaledwie 190… Potwierdza to zresztą najgorsze przypuszczenia z początkowej fazy tego okresu programowania. Program Rozwoju Obszarów Wiejskich ruszył jako ostatni i to z wielkimi oporami. Ruszył zresztą nie cały. Ciągle brakowało szczegółowych rozporządzeń Ministra Rolnictwa i stosownych procedur Agencji. Szkoda… To mało powiedziane.
I co się tu później dziwić, że w skierowanej właśnie do konsultacji społecznych koncepcji zagospodarowania przestrzennego kraju, wyraźnie widać utrwalający się podział na Polskę A, B, C i D. Z dokumentu tego wynika, że największy wpływ na rozwój kraju w 2030 r. mają mieć obszary metropolitalne skoncentrowane wokół takich miast jak: Warszawa, Katowice, Kraków, Łódź, Trójmiasto, Poznań, Wrocław, Bydgoszcz i Toruń, Szczecin, Lublin, Białystok oraz Rzeszów. Pozostałe miasta wojewódzkie oraz te większe mają tworzyć regionalne ośrodki rozwoju. Centrami obszarów wiejskich, pozametropolitalnych, ma się stać się z kolei 150 miast powiatowych. Mają one zapewniać jednolity standard dostępu do podstawowych usług publicznych w zakresie edukacji, zdrowia, transportu publicznego, wyposażenia w infrastrukturę wodno-kanalizacyjną, komunikacyjną, bezpieczeństwa itp.
Warto przestudiować ten dokument. Warto też zastanowić się, czy dość ponura wizja obszarów wiejskich nie jest zarysowana w nim – w kontekście sprawności chociażby ARiMR - nazbyt jednak optymistycznie.

środa, 3 listopada 2010

Wybory

21 listopada 2010 roku odbędą się wybory samorządowe. Kandyduję w nich do Sejmiku Województwa Małopolskiego z 16 (ostatniego) miejsca na liście nr 10 Komitetu Wyborczego Wyborców „Wspólnota Małopolska Marka Nawary” (okręg nr 3 obejmujący miasto Kraków). Nie prowadzimy szeroko zakrojonej kampanii. Nie jesteśmy partią polityczną. Nie dysponujemy publicznymi środkami, które można by na ten cel przeznaczyć. Ma to jednak i swoje zalety. Bo choć nie możemy sobie pozwolić na bilbordy i spoty telewizyjne, to nie musimy słuchać rozkazów z Warszawy. KWW „Wspólnota Małopolska Marka Nawary” gromadzi ludzi doświadczonych, samorządowców, przedsiębiorców, społeczników… Ich wybór stanowi gwarancję rzetelnego zajęcia się sprawami Małopolski. Hasło naszej kampanii to: SERCE I WIEDZA DLA MAŁOPOLSKI. Osobiście dodałem do tego jeszcze SOLIDNIE – UCZCIWIE – SKUTECZNIE!

Jest kilka spraw, którym szczególnie chciałbym poświęcić się, jako radny Województwa Małopolskiego. Wierzę bowiem, że od tego, jak będzie rozwijał się Kraków, jako stolica regionu, zależy przyszłość całego województwa. Aby Kraków był metropolią, Sejmik Województwa Małopolskiego musi dołożyć starań, żeby:

* Zapewnić miastu dostępność komunikacyjną. To konieczność dokończenia budowy obwodnicy Krakowa oraz budowy nowego przebiegu dróg wojewódzkich łączących miasto z subregionami. Radni Sejmiku muszą dołożyć wszelkich starań, by połączenie drogowe z Kielcami i Warszawą znalazło się w planach inwestycyjnych na najbliższe lata. Podobne zadania czekają samorząd w sprawie przebudowy szlaków kolejowych oraz budowy sprawnego systemu przewozów regionalnych. Komunikację ze światem musi zapewnić rozbudowane i racjonalnie zarządzane lotnisko w Balicach, które powinno uzyskać dogodne połączenie drogowe i kolejowe z centrum Krakowa.

* Zapewnić miastu bezpieczeństwo powodziowe. W tym zakresie Województwo ma szczególnie dużo do zrobienia. Niezbędne jest dokończenie modernizacji wałów wiślanych, przeprowadzenie prac modernizacyjnych na mniejszych ciekach wodnych, zastąpienie śluz łączących je z Wisłą przepompowniami. Dotyczy to zwłaszcza Potoku Kostrzeckiego, Strugi Rusieckiej, Potoku Sidzinka i Serafy. Dopracowania wymaga też system reagowania na zagrożenie powodziowe służb melioracyjnych oraz instytucji odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysowe.

* Zapewnić miastu dobrze zorganizowaną opiekę medyczną. Wzmocnienia wymaga cały system ratownictwa medycznego - od Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego po sieć Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Szpitalom Wojewódzkim należy stworzyć warunki, w których będą w stanie w pełnym zakresie realizować swoją misję. Oznacza to ich dokapitalizowanie oraz wsparcie dla działań restrukturyzacyjnych i modernizacyjnych. Województwo powinno wspierać też innowacyjne inicjatywy w zakresie służby zdrowia, w tym ideę budowy w Krakowie pierwszego w Europie Centrum Leczenia Szpiczaka.

* Zapewnić wszystkim krakowianom dostęp do kultury. Województwo nie tylko powinno dbać o powstawanie nowych instytucji kultury i nowych obiektów, w których one funkcjonują, ale przede wszystkim mieć wieloletnią strategię ich funkcjonowania, popartą odpowiednimi gwarancjami finansowymi. W szczególny sposób Województwo powinno zadbać o biblioteki publiczne oraz inne inicjatywy zmierzające do promocji czytelnictwa.

* Zapewnić warunki dla rozwoju przedsiębiorczości. Będzie to możliwe dzięki właściwemu wykorzystaniu środków europejskich, a także wydajnemu gospodarowaniu majątkiem Województwa. Oznacza to konieczność włączenia się w działania zmierzające do zapewnienia Polsce jak największego udziału w europejskim budżecie na lata 2014-2020 oraz podjęcie pracy nad innym niż dotychczas sposobem wykorzystywania majątku, którego nasz Region jest właścicielem. Środki europejskie i dochody z majątku służyć muszą wspieraniu powstawania nowych podmiotów gospodarczych oraz innowacyjnych projektów przedsiębiorstw już istniejących.

* Stworzyć warunki dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. To konieczność rozszerzenia zakresu współpracy z organizacjami pozarządowymi poprzez stworzenie funduszu małych i dużych grantów oraz odbiurokratyzowanie sposobu wydatkowania tych środków. Obecnie obowiązujące regulacje paraliżują realizację wielu cennych projektów. Koniecznym jest wykorzystywanie możliwości „powierzania” stowarzyszeniom i fundacjom realizacji zadań publicznych. W wielu przypadkach będą one wykonywały je lepiej i taniej niż administracja.

* Zapewnienie instytucjom publicznym możliwości profesjonalizacji działań i rozwoju. Oznacza to wdrożenie w życie zasad „nowego zarządzania publicznego”. Administracja regionalna i inne podległe Województwu jednostki powinny kierować się jednolitymi (transparentnymi i obiektywnymi) standardami zatrudniania oraz awansu wewnętrznego opartego o kompetencje i zaangażowanie. To one – a nie koneksje polityczne – winny decydować o tym, kto w nich pracuje i nimi zarządza.

Czy potrafię zmierzyć się z tymi problemami? Gwarancją tego, że tak, jest moje dotychczasowe doświadczenie.
Niebawem skończę 40 lat. Od dwudziestu jestem związany z Krakowem. Tutaj studiowałem, założyłem rodzinę, dojrzewałem zawodowo i społecznie. Studia ukończyłem na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie uzyskałem stopień naukowy doktora nauk humanistycznych. Od dziesięciu lat jestem związany z instytucjami publicznymi. Pełniłem funkcje Rzecznika Prasowego Wojewody Małopolskiego, Pełnomocnika Wojewody ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych, Dyrektora Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, Dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego. W ramach licznych projektów i inicjatyw dydaktycznych współpracuję z Małopolską Szkołą Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, Uniwersytetem Pedagogicznym w Krakowie oraz Stowarzyszeniem Willa Decjusza. Jestem członkiem Stowarzyszenia „U siebie – At home”, Korporacji Samorządowej im. Józefa Dietla oraz Małopolskiego Stowarzyszenia Rozwoju Regionalnego, gdzie pełnię funkcję Przewodniczącego Zarządu.
Mam nadzieje, że zetknęli się Państwo z efektami mojej dotychczasowej pracy. Bardzo bym chciał, żeby to one mówiły raczej o mnie niż ja sam. Każdy głos, który uzyskam dzięki temu, że znacie mnie takim jakim jestem, polecił Wam moją kandydaturę ktoś, kto mnie osobiście zna lub zetknął się z tym, co udało mi się dotychczas zrobić to dla mnie wartość, której przecenić nie sposób.
W życiu kieruję się prostymi zasadami - solidność, lojalność, uczciwość i skuteczność. Za konsekwentne ich przestrzeganie czasem muszę płacić bardzo wysoką cenę. Nie zniechęciło mnie to jednak do pracy na rzecz dobra wspólnego. Chciałbym swoją wiedzą i doświadczeniem służyć Państwu jako Radny Województwa Małopolskiego. Dlatego proszę o Państwa głos w wyborach 21 listopada br.


dr Artur, Zygmunt Paszko
kandydat na Radnego Województwa Małopolskiego
Lista nr 10, miejsce 16 (ostatnie)
Komitet Wyborczy Wyborców „Wspólnota Małopolska Marka Nawary”

czwartek, 21 października 2010

Jesteśmy sektą ludzi normalnych

Jeszcze 20 lat temu określenie >normalny< byłem w stanie poczytać za kalumnię. Później przyszyły wątpliwości. Bo co tak naprawdę oznacza to sformułowanie? Czym jest >norma<? Kto ją ustanawia? Jest stała, czy zmienia się w czasie? Jak ma się do >wartości<? Dzisiaj łapię się na tym, że >normą< staje się to, co jeszcze 20 lat temu budziłoby nasz najmocniejszy sprzeciw. Uodporniliśmy się na agresję i obłudę. Nie dziwi nas szczucie na siebie ludzi. Z zaciekawieniem obserwujemy techniki manipulowania masami. Bez zażenowania przechodzimy nad cudem, jakim jest – w czasie wyborczym – przekuwanie każdego >nie< na >tak<.

A propos. Zbulwersowały mnie ostatnio informacje o odłożeniu ad calendas graecas projektu budowy kolejnego odcinka obwodnicy Krakowa i przebudowy drogi krajowej nr 7. Widać nie mnie jednego. Bo dzisiaj już mamy >dzień dobrych wiadomości<. Siódemka jednak zostanie przebudowana! A żeby nam nie było mało dostaniemy jeszcze superszybkie połączenia kolejowe w kierunku Rzeszowa. Może nawet ruszy się coś z układem komunikacyjnym związanym z lotniskiem w Balicach. Mało kto cieszy się z tych news'ów tak jak ja. Ręczę! Ale pewnie nie tylko ja zastanawiam się, co z nich zostanie po wyborach. Na szczęście Opaczność sprawiła, że ostatnio mamy je bardzo, bardzo często!

Żeby zostać przy dzisiejszej prasówce. Ciepło zrobiło mi się na sercu, kiedy czytałem >Rzeczpospolitą<. Małopolska pięknieje; Małopolska dobrze wykorzystuje szansę, jaką są środki z europejskiego budżetu; Małopolska stawia na rozwój – naprawdę dobrze się to czyta. A potem stają mi przed oczami ludzie, którym to zawdzięczamy. Przedsiębiorcy, samorządowcy, urzędnicy. O tych ostatnich zazwyczaj najciszej, kiedy trzeba powiedzieć o kimś coś dobrego. Ale to przecież ich mrówczej często pracy zawdzięczamy sprawne – na miarę możliwości - wdrażanie MRPO, POKL czy PROW. Nie ma ta branża dobrej prasy. Słychać o niej zazwyczaj wtedy, gdy trzeba jakoś dowalić. A to, że pracują w przyzwoitych warunkach, że nagradza się ich za solidną pracę itp., itd… Sukcesy przypiszą sobie politycy.

Co to więc znaczy >normalny<? Nadal nie wiem, ale czuję, że >sekta ludzi normalnych< to coś, co lubię.