niedziela, 2 stycznia 2011

Iluminacja

Naukowcy twierdzą, że widzialny wszechświat, jest jak piana morska. Pod nią jest ocean. W wymiarze kosmicznym – ciemna materia. Wszechświat rozszerza się dzięki ciemnej energii. O ile siła grawitacji przyciąga do siebie ciała niebieskie, o tyle ciemna energia powoduje ich oddalanie się wzajemne. Pewnego dnia na tyle zdominuje ona siły przyciągania, że wszechświat nie tyle będzie się rozszerzał, co po prostu się rozpadnie.
Poza ciemną materią i ciemną energią jest jeszcze ciemna masa. Owa ciemna masa jeździ, bez względu na warunki atmosferyczne, z włączonymi światłami przeciwmgielnymi. Halogeny z przodu idealnie oślepiają nadjeżdżających z naprzeciwka. Światełko z tyłu zmusza każdego, kto do ciemnej masy się zbliża, do szybkiego jej wyprzedzenia. Długo za czymś takim jechać się nie da.
Ciemna masa w masie krytycznej pojawia się na naszych drogach na zakończenie długich weekendów. Po przejechaniu 300 km iluminacja gwarantowana. A że przejechałem ciut więcej, czuję się ciut więcej niż oświecony.
Pewnie dlatego dotarło do mnie, że poza ciemną materią, ciemną energią i ciemną masą istnieją jeszcze siły ciemności. Teraz zastanawia mnie, czy dysponują czołgami i helikopterami. Bo jeśli w rzeczy samej, to ich doczesna emanacja mogłaby wyglądać tak:


środa, 29 grudnia 2010

Do siego roku!

Jak wytłumaczyć pięciolatce, co to jest rok? Bierzesz pomarańczę. Może być też większa mandarynka. Bo już wie, że ziemia jest kulą. Przyda się jeszcze lampka. Najlepiej taka na nóżce. Ustawiasz owoc pod odpowiednim kątem. Obracasz wokół jego osi i wokół lampki. Doba i rok w całej pełni! Potem jeszcze trudne pytania o księżyc. Wychodzisz z opresji i wdajesz się w dyskusję o zaćmieniach. W kwadrans sprawa z głowy. Znacznie trudniej jest wytłumaczyć ile tak naprawdę trwa pięć dni. „To kiedy wrócisz tati?”. „Za pięć dni”. „To znaczy kiedy?”. „W piątek”. „Kiedy będzie piątek?”. „Za pięć dni”. „Za pięć dni? A policzysz ze mną?” …
365 dni, 12 miesięcy, 52 tygodnie, 8760 godzin, 525600 minut 2010 roku już prawie za nami. Tyle samo będzie miał 2011. Tak mniej więcej. Bo ponoć wybuch wulkanu na Islandii był na tyle silny, że poprzestawiał ziemi lekko bieguny i rok trwa mniej/więcej 8 sekund. Tych 8 sekund – myślę – można sobie odpuścić. Choć jeśli tak popatrzyć na to w większej skali… No właśnie. Rzeczy na pozór nieistotne, gdy spojrzymy na nie inaczej, nabierają jednak swojego znaczenia. Czasem trudno je przecenić.
Jakby na to nie patrzeć nadszedł czas podsumowań. Pełno ich w mediach. Tu ranking polityczny, tam towarzyski. Zdarzają się i naukowe. W sumie ciekawe. Choć z drugiej strony dość oczywistym jest dla nas, że wszystkie opisywane wydarzenia stoją w cieniu 10 kwietnia. Katastrofa smoleńska przyćmiła nawet tragedię tysięcy rodzin nękanych w mijającym roku powodziami. I w odróżnieniu od powodzi jeszcze długo będzie rozpalała emocję na szeroką skalę. Bo wszak do powodzi zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Do katastrof lotniczych, w których ginie tyle osób „z pierwszych stron gazet” – nie.
Pozostaje tylko żałować, że jak zwykle nie wyciągniemy wniosków z katastrof, które stały się naszym udziałem. Że o marnowaniu kapitału społecznego nie wspomnę. A w sumie dlaczego nie..? Może warto? Bo przecież, choć naiwnością było sądzić, że nasza – tak szeroko manifestowana – wspólnotowość, której zaczynem stała się katastrofa smoleńska, będzie zjawiskiem trwałym, to mieliśmy prawo wierzyć, iż stanie się ona początkiem końca postpolityki w polskim wydaniu. Tymczasem gorsząca awantura o krzyż na Krakowskim Przedmieściu i dzisiejszy żenujący spektakl, którego istotą jest spór o prawo do nowego mitu założycielskiego, przekreśliły te nadzieje w sposób dokumentny.
Szukam w pamięci jakichś pozytywów mijającego roku. Znajduję kilka. Ot chociażby ten, że nasza reprezentacja wygrała w końcu mecz. Wybrzeże Kości Słoniowej to wszak godny nas przeciwnik. Szczerze powiedziawszy piłka nożna nie stanowi szczególnego obiektu moich westchnień. Tym niemniej czasem oglądnięcie meczu może stać się początkiem pięknej przygody. Ja uświadomiłem sobie, że nic nie wiem o kraju, o tak wdzięcznej nazwie. Wróć! Nic nie wiedziałem. Bo jeszcze w trakcie meczu to i owo sobie wygooglałem. A teraz z zapartym tchem śledzę wszystkie doniesienia z tamtego rejonu. No i martwię się trochę. Ot chociażby powyborczym patem w ojczyźnie kakao. Jeszcze bardziej martwi mnie jednak los Buszmenów w innym rejonie Afryki, w Botswanie.
Na szczęście mamy nie tylko polityków, ale i naukowców. Ci w końcu wymyślą coś żeby pogodzić interesy Buszmenów i amatorów diamentów. Mijający rok dowiódł, że na wiele świat nauki stać. Taki np. dr Alexandry Burt z Michigan State University odkrył, że „Żonaci panowie, najogólniej mówiąc, zachowują się lepiej niż single. Po pierwsze dlatego, że małżeństwo łagodzi męskie obyczaje. Po drugie mężczyźni z mniejszą ilością paskudnych cech charakteru żenią się w pierwszej kolejności”. Epokowe odkrycie! Nieprawdaż?!? Szczerze powiedziawszy osobiście wolałbym odkryć, na ile opiewał grant badawczy Pana Doktora i dlaczego to ja go nie dostałem. Jeśli z tego powodu pogorszy mi się jakość snu, zadzwonię do innego światowej klasy specjalisty. Pomóc pewnie nie pomoże, ale ile to się człowiek dowie!
Dzięki naukowcom i dziennikarzom wiemy nie tylko jaki ten świat był, i jest, ale także jaki będzie. Niebawem więc wszelkie dyskusje o parytecie odejdą zasłużenie na śmietnik historii. Świat zdominują kobiety, gdyż dziewczynki czytają więcej niż chłopcy. Pewnie niewiele będzie mnie to interesowało. Będę już wówczas staruszkiem. Innymi słowy będę szczęśliwy. A czyż to nie o szczęście w życiu chodzi? Może nawet przestanie mnie interesować kurs franka i deficyt finansów publicznych. Oj chyba nie… Dostałem ostatnio liścik z ZUS, z którego wynika, że emeryturkę to ja będę miał lichą. Pewnie nie tylko ja… taki uroczy liścik ostatnio dostałem.
Pomimo, że ZUS mnie straszy (za dobrze sypiam, czy co?), miniony rok – osobiście – muszę uznać za bardzo udany. Oswoiłem się z nowym otoczeniem. Nauczyłem się żyć „w rozkroku” pomiędzy Krakowem a Warszawą. Ukazały się trzy nowe książki do których dołożyłem swoich 5 groszy. Dwie kolejne są w druku. Przełamałem się i zacząłem udzielać się na FB. Okazało się, że nie jestem wielbłądem. Ba! Mam nawet na to papiery. Zyskałem kilku nowych przyjaciół. Innych odnalazłem po latach. Basia rośnie, że aż miło patrzeć. No i zdarzyły mi się rzeczy, o których przez ostatnie 10 lat nawet pomyśleć nie śmiałem. Co tu dużo pisać. Dobry rok. I tak sobie życzyłem, by następny nie był tylko gorszy, aż zadzwonił Tomasz z życzeniami „miłości atakującej ze wszech stron”. Strach się bać!!!
Wszystkim, których znam, i tych których jeszcze nie, życzę tego samego. A przynajmniej tego, czego życzę sam sobie. Do siego roku!

poniedziałek, 27 grudnia 2010

New York

Wspominałem już, że lubię New York?

środa, 22 grudnia 2010

Dobrych Świąt!!!

Jutro ostatni dzień przedświątecznego szaleństwa. Nie takie ono straszne, jak na nie utyskujemy. Śpieszymy się przecież, by sprawić radość najbliższym. Stajemy w długich kolejkach. Opatuleni szczelnie pocimy się obficie, bo na zewnątrz zawierucha. Godzinami wystajemy przy kuchennych blatach, by nie zabrakło żadnej z wigilijnych potraw. Sam zakup choinki, jej transport, a zwłaszcza osadzenie w stojaku, to czyny heroiczne niemalże.
Zmęczeni, czasem znużeni czekaniem, zasiadamy do stołu. Najmłodsi wypatrują pierwszej gwiazdy. Jakiż zawód rysuje się na ich twarzach, gdy niebo jest tak pochmurne, że nie sposób jej dostrzec. W końcu jednak i oni dają się przekonać, że już czas.
Opłatek. Jakoś tak czasem nieswojo. Po tych wszystkich spotkaniach z obcymi stanąć twarzą w twarz z tymi, co nam najbliżsi i powiedzieć im szczerze, od serca. Dobrze jeśli pamiętamy jeszcze, jak to się robi. Modlitwa, kolędy, jedzenie. Albo krępująca cisza. Albo telewizor. Znowu „Kevin sam w domu”. Jutro będzie już w Nowym Jorku. A ja lubię Nowy Jork…
Czasem dociera do nas na co czekamy. Oczywiście nie wcześniej niż rozpakujemy prezenty. Wszak to po nie pociliśmy się w kolejkach. I czekamy… Pasterka. Woń alkoholu w przedsionku kościoła. Boże Narodzenie. Wreszcie. Jakoś tak lżej. Jutro wizyta rodziny. Wizyta u rodziny. Kolędnicy. Dziś już raczej rzadko.
Drugi dzień świąt to znajomi. W sumie ciężko powiedzieć po co on tak naprawdę. Żeby nie zmarnowało się nic z tego, co tak wytrwale przygotowywaliśmy wystając przy kuchennym blacie? A może po to, by wypocząć po przedświąteczno-świątecznym maratonie. Czy to ważne? Ważne, że jest! Szkoda, że w tym roku to niedziela…
Kiedy myślę o świętach przypominam sobie co czułem wypatrując pierwszej gwiazdy. Smakuję zapach siana, którym obficie wyłożona była podłoga pod stołem u Wujny Józkowej. I czekanie na pasterkę. A potem to wielkie zdziwienie, że już świta. Kolędowanie u Wujny Frankowej. Dziadka, który w skupieniu wpatruje się w obraz Świętej Rodziny. Opowieści, jak kiedyś na wigilię przychodzili grekokatolicy. Już ich nie ma. Gdzieś w lesie rosną jeszcze jabłonie. Wszystko, co po nich zostało.
W Boże Narodzenie lubię poczuć się jak dziecko. Ufny. I wszystkim życzę tej ufności w jego sens!

wtorek, 14 grudnia 2010

W prasie i w Przemyślu

Nie mam dzisiaj serca do prasówki. Ale jak tu nie czytać?!? Jakiś dzień dobrych wiadomości dzisiaj, czy co? Po pierwsze polskim bankom nic nie grozi. Wprawdzie może to oznaczać zbliżającą się stabilizację cen mieszkań, co dla potencjalnie zainteresowanych kupnem oznacza, że tańsze już raczej nie będą, ale może chociaż o kredyt będzie łatwiej? Po drugie we Wrocławiu (jakoś nie dziwi mnie, że właśnie tam) rośnie konkurencja dla Googla. Lubię Googla. Za Microsoftem nie przepadam. Ale wrocławianom kibicował będę.
Żeby nie było tak miło postanowiłem poszukać newsów, o których „nie wiedzieć co myśleć”. No i jest. Anna Streżyńska, prezes Urząd Komunikacji Elektronicznej, wbija kij w kolejne mrowisko. Tym razem chce obciążyć kosztami budowy infrastruktury nie tylko operatorów.
No i coś z mojej polskiej natury. Oczywiście nie wytrzymałem. Musiałem się dogrzebać jakichś koszmarków. Dwoma się podzielę. Jeden dość oczywisty. Prawo antydopalaczowe – jak można było się spodziewać - jest dziurawe jak ser szwajcarski dzięki czemu internetowe sklepy z dopalaczami, a także zwykli handlarze są poza zasięgiem policji i inspekcji sanitarnej. Drugi także nie wydaje się być zaskoczeniem. Okazuje się bowiem, że Niemcy wypełniają swoje luki w rynku pracy bazując na niegdysiejszej decyzji naszych władz o likwidacji zawodówek.
Żeby jednak nie było, że tylko u nas dzieją się rzeczy niepokojące polecam tekst pt. „Żydzi, uciekajcie z Holandii!” Bartosza T. Wielińskiego z dzisiejszej „GW” stanowiący kolejny przyczynek do dyskusji o fiasku liberalnej koncepcji integracji.
A na koniec, to co cieszy. „Świat według Henryka Berezy to jest - jak sądzę - coś w rodzaju biblioteki. Nie całkiem typowej, bo można w niej i zjeść coś, i napić się, może nawet zdrzemnąć nad lekturą, no a przede wszystkim spotkać przechadzających się między regałami pisarzy” pisze w tekście „Bereza: Czytam, więc jestem” Joanna Szczęsna. Zdrzemnąć raczej nie zdołam się czytając powieściowy debiut Łukasza Saturczaka „Galicyjskość”. Bo jak tu drzemać, gdy na tapecie Przemyśl?

piątek, 10 grudnia 2010

Bułgarska Akademia Nauk

Nie dalej jak w listopadzie natknąłem się na informację o proteście pracowników Bułgarskiej Akademii Nauk przeciw jej niedostatecznemu finansowaniu, co grozi ograniczeniem prac badawczych. Dzisiaj, za pośrednictwem znajomej, dotarła do mnie prośba prof. Katii Michajłowej z Instytutu Etnologii i Folklorystyki Bułgarskiej Akademii Nauk następującej treści:
>>Drodzy polscy koledzy i poloniści,
Obecny rząd bułgarski chcę zlikwidować Bułgarską Akademię Nauk, najstarszą i podstawową instytucję naukową w Bułgarii, obchodzącą w tym roku 141 lat istnienia. My, bułgarscy naukowcy od miesięcy protestujemy bez skutku, teraz szukamy poparcia od różnych zagranicznych instytucji naukowych. Prosimy zapoznać się z listem protestującym. Będziemy bardzo wdzięczni za podpisanie petycję. Każdy głos poparcia bułgarskiej nauki jest dla nas bardzo cenny<<.
List znajduje się pod adresem: http://www.science.nauka2010.com/.
Choć niewiele wiem o sytuacji w Bułgarii i BAN, ja podpiszę…

wtorek, 23 listopada 2010

Biblioteki - demokracja

Rys historyczny.
Pierwsze biblioteki powstały już w trzecim tysiącleciu p.n.e. (np. w Egipcie i Chinach). O pierwszych bibliotekach, które można by określić mianem publicznych możemy zaś mówić już w okresie helleńskim. Ich tradycja – w europejskim kręgu kulturowym – zgasła jednak wraz ze starożytnością. W średniowieczu rozwinęły się natomiast biblioteki klasztorne i kościelne (XIII-XIV wiek), a następnie uniwersyteckie. Podstawową funkcją tych pierwszych bibliotek było gromadzenie ksiąg, jak również ich wytwarzanie. Pojawienie się na rynku większej ilości książek, a zwłaszcza wynalazek druku sprawiły, że stały się one bardziej dostępne, co stanowiło początek bibliotek dworskich.
Większa dostępność słowa pisanego nie oznaczała jednak szerokiego do niego dostępu. Cena książki oraz układ warunków społecznych sprawiały, że biblioteki – podobnie zresztą jak wykształcenie – miały charakter elitarny. Stopniowo jednak, od XV wieku, powstały liczne biblioteki humanistów, królów, możnowładców, czy biblioteki mieszczańskie. Okres reformacji bardzo wyraźnie wpłynął na rozwój bibliotek miejskich. W XVII-XVIII wieku niektóre biblioteki (np. możnowładców) znowu zaczęły nabierać charakteru bibliotek publicznych. Pojawiły się wówczas także biblioteki fundacyjne, które ze swej natury służyć miały szerszym kręgom społecznym i przyczyniać się do podnoszenia stanu wiedzy oraz edukacji. W Oświeceniu, przy instytucjach naukowych, zaczęły powstawać pierwsze biblioteki specjalne, a w wraz z kasacją zakonów księgozbiory, które zamknięte były dotychczas w klasztorach, zasiliły biblioteki świeckie.
W XVIII-XIX wieku, kiedy nastąpił gwałtowny rozwój nauki, zaczęły powstawać biblioteki towarzystw naukowych, a w XIX wieku i na początku XX stulecia - jednocześnie z upowszechnieniem się nauki - biblioteki uzyskały rangę instytucji społeczno–kulturalnych o charakterze publicznym.
Biblioteki i ich funkcje stawały się coraz bardziej zróżnicowane. Powstały i rozwijały się biblioteki powszechne. Organizowano biblioteki narodowe, parlamentarne, władz i urzędów, a także biblioteki specjalne (np. biblioteki dla niewidomych, biblioteki szpitalne, czy biblioteki dla dzieci).
Gwałtowny rozkwit nauki, techniki, szkolnictwa, wzrost produkcji wydawniczej – to wszystko spowodowało intensywny rozwój bibliotek i usług bibliotecznych. Wzrastał i różnicował się stan zbiorów oraz ich wykorzystanie. Rozwijały się biblioteki szkół wyższych, naukowe i fachowe. Działalność bibliotek w zakresie udostępniania i udzielania informacji rozszerzała się. Pojawiły się pierwsze wypożyczalnie międzybiblioteczne, doktryna udostępniania zbiorów ewoluowała w kierunku wolnego do nich dostępu, w końcu – wraz z rozwojem Internetu – pojawiły się biblioteki cyfrowe.
Od elitaryzmu do egalitaryzmu.
Dostęp do słowa pisanego, a więc do wiedzy i idei, stanowił od zawsze synonim stopnia udziału w sprawowaniu władzy. Im był dla danej jednostki czy grupy łatwiejszy, tym większy stawał się jej wpływ na sprawy publiczne. Dobrze ilustruje tę tezę historia bibliotekarstwa. Stopniem dostępu do usług bibliotecznych można by de facto mierzyć poziom demokratyzacji społeczeństw. Początkowo księgozbiory były jedynie domeną władcy i dopuszczanej przez suwerena do udziału w sprawowaniu rządów elity. W dalszej kolejności krąg osób dopuszczonych do korzystania z bibliotek poszerzył się o kastę klerków, co oznaczało również wzmocnienie ich wpływu na sprawowanie realnej władzy. Dopiero od dwóch stuleci, powszechny oraz swobodny dostęp do bibliotek i świadczonych przez nie usług wiązać można z demokratyzacją społeczeństw.
Warto podkreślić znaczenie dwóch użytych wyżej pojęć: "powszechny" i "swobodny". Zastosowane w tym kontekście nie są synonimami. "Powszechny" oznacza bowiem fizyczną i faktyczną dostępność zbiorów bibliotecznych dla wszystkich. Bez względu na to, czy owi "wszyscy" pragną z tych zbiorów korzystać - posiadają taką możliwość. "Swobodny" zaś oznacza fakt, że zbiory te kształtowane są w sposób nieskrepowany, wolny od ideologicznych nacisków. W tym kontekście przymiotu "swobodny" należy odmówić bibliotekom publicznym działającym np. w państwach totalitarnych lub autorytarnych, gdzie o zasobach bibliotecznych decyduje de iure lub de facto instytucjonalna, albo nieinstytucjonalna cenzura.
Co ciekawe, tego typu spojrzenie na rozwój zasięgu czytelnictwa i – co stanowi element towarzyszący temu zjawisku, a nawet rodzaj jego katalizatora – oddziaływania bibliotek nie jest dominujące w literaturze przedmiotu. Stawiane przez nią tezy dotyczą przede wszystkim rozwoju i upowszechniania nauki oraz edukacji. W tym kontekście, zmiany charakteru władzy i stopnia udziału w niej mniejszych lub większych grup schodzą na plan dalszy. Musi to zastanawiać, bo zbadanie korelacji między tymi zmiennymi zapewne pozwoliłoby nam odpowiedzieć na szereg pytań, a zwłaszcza te dotyczące związku pomiędzy poziomem edukacji społeczeństw, a dominującym w danym kręgu kulturowym systemem sprawowania władzy. W dalszej kolejności pozwoliłyby określić – w granicach przyjętej koncepcji ustrojowej – zadania, jakie stoją przed bibliotekami różnego typu, w tym także odpowiedzieć na pytanie o potrzebę istnienia bibliotek publicznych i – ewentualnie – rolę jaką powinny odgrywać.
Biblioteki publiczne a demokracja.
Jeśli przyjąć za dopuszczalny powyżej zaprezentowany tok myślenia, należałoby zarazem uznać, że biblioteki publiczne nie tyle są produktem demokracji, co demokracja jest produktem bibliotek. To oczywiście duży skrót myślowy, którego celem jest wskazanie związku pomiędzy szerokim dostępem do idei, których biblioteki są depozytariuszami, a przemianami społecznymi, jakie są pochodną upowszechniania się idei.
Analogicznie – można by uznać -, że jakość bibliotek publicznych stanowi odzwierciedlenie jakości demokracji w danym państwie. Tezę tę da się zresztą zilustrować materiałem empirycznym. Wystarczy bowiem odwiedzić biblioteki publiczne w Skandynawii, Francji, Szwajcarii czy na Wyspach Brytyjskich, a następnie w Polsce, na Ukrainie czy Białorusi, by móc przekonać się czym różni się dojrzała demokracja od demokracji ledwie ugruntowanej, raczkującej, czy iluzorycznej.
Idąc dalej tym tokiem myślenia można założyć, że stosunek ruchów ideowych, partii politycznych, czy konkretnych polityków do bibliotek publicznych stanowi probierz ich rzeczywistego stosunku do idei demokracji. Wiele znaczący w tym kontekście jest także brak jakiegokolwiek stanowiska w sprawie czytelnictwa i bibliotek publicznych. Oznacza on wszak – w rzeczy samej – brak zainteresowania podnoszeniem poziomu świadomości społeczeństwa, a co za tym idzie jakości jego wyborów. W konsekwencji – brak zainteresowania demokracją, rozumianą jako ustrój, w którym świadomi obywatele uczestniczą w sprawowaniu władzy - jako systemem politycznym.
Można więc stwierdzić, że stan polskich bibliotek publicznych stanowi odwzorowanie poziomu polskiej demokracji. Działania zaś, których celem jest podniesienie poziomu świadczonych przez nie usług to działania wzmacniające przemiany demokratyczne w naszym kraju.
Z drugiej strony wiele mówi to o odpowiedzialności samych bibliotekarzy. Muszą być oni bowiem świadomi, że stanowią niezwykle istotny element tego procesu. To od nich bowiem – w decydującej mierze – zależy poziom usług bibliotecznych, a co za tym idzie także zasięg czytelnictwa. A z tym ostatnim – jak doskonale wiemy z corocznych badań Instytutu Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej – dobrze nie jest.
Tymczasem śmiem twierdzić, że polskie biblioteki publiczne stały się instytucjami, których działalność w dużej mierze łagodzi dysfunkcyjność lub realny brak bibliotek szkolnych, a poza tym dostarcza rozrywki niewielkiej grupie osób spoza kręgu dzieci i młodzieży. Skoncentrowanie na zbiorach, a w zasadzie ich braku, spowodowało, że stały się instytucjami wyalienowanymi ze społeczności lokalnych jako takich, a co za tym idzie zmarginalizowanymi, pozbawionymi należnego im szacunku i opuszczonymi.

Jeśli biblioteki rzeczywiście mają odgrywać rolę, jaką przypisuje się im w społeczeństwach demokratycznych, muszą nie tylko być instytucjami zlokalizowanymi w nowoczesnych obiektach, wyposażonymi w najnowszy sprzęt, z dostępem do różnych mediów i szeroką ofertą czytelniczą. Muszą również być instytucjami żyjącymi problemami społeczności, którym służą. Więcej – muszą znaleźć się w centrum tych problemów. Innymi słowy, obok budynku urzędu gminy i miejscowej plebani stać się miejscami, gdzie przeżywa się i rozwiązuje lokalne problemy, świętuje sukcesy i zastanawia nad przyszłością.