Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2014

AfterParty

Nie tak dawno, modne było u nas stwierdzenie, że kabaret przeżywa głęboki kryzys, gdyż nie jest w stanie nadążyć za, zwłaszcza tą polityczną, rzeczywistością. Głęboko się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. Kabaret komentuje rzeczywistość przedstawiając ją w krzywym zwierciadle, a tacy chociażby Łowcy.B udowodnili, że nie ma tak wykrzywionej rzeczywistości, której nie można by wykrzywić jeszcze bardziej. Przyznam, że poetyka współczesnego kabaretu, zapewne przez jego medialną nadreprezentację, mocno mnie od pewnego czasu nuży. Nuży, ale nie definitywnie zniechęca. Czuję nawet czasami coś w rodzaju szacunku do rodzimej sceny kabaretowej, za to, że próbuje na bieżąco komentować to, co w istocie stanowi przedmiot naszych zbiorowych fobii. A komentując, wyśmiewa się m.in. ze wszechobecnej hipokryzji, zagospodarowując tym samym przestrzeń, która winna być chyba przypisana czwartej władzy. Ta ostatnia zdaje się nie tyle z ową hipokryzją walczyć, co staje się jej głównym rozsadnikiem.
Przy okazji mojego ostatniego wpisu, kabaret skojarzył mi się z Ulissesem. Rzadko które arcydzieło literackie rozprawia się z hipokryzją swego czasu tak dosadnie, jak ta właśnie książka Joyca. A że niedosyt też pewien czuję ze względu na dobór fragmentów, które przytoczyłem wówczas, dzisiaj uzupełniam ten zestaw kilkoma jeszcze. Niech to będzie takie małe, spóźnione AfterParty. Po resztę trzeba sięgnąć do dzieła.

***

- Chciałem tylko powiedzieć, powiedział. Irlandia, powiadają, ma zaszczyt być jedynym krajem, który nigdy nie prześladował Żydów. Czy wie pan o tym? Nie. A czy wie pan dlaczego?
Zmarszczył się surowo pośród świetlistego powietrza.
- Dlaczego, proszę pana? zapytał Stefan, zaczynając się uśmiechać.
- Dlatego, że nigdy ich nie wpuściła, powiedział pan Deasy uroczyście. Kulka roześmianego kaszlu wyskoczyła z jego gardła, wlokąc za sobą grzechoczący łańcuszek flegmy. Szybko zawrócił, kaszląc, śmiejąc się, wymachując w powietrzu uniesionymi ramionami.
- Nie wpuściła ich nigdy, zawołał znowu przez śmiech, stąpając obciągniętymi w getry stopami po żwirze ścieżki. To dlatego.
Poprzez szachownicę liści słońce obrzuciło lśniącymi, tańczącymi monetami jego mądre ramiona.

***

Usłyszał go Terencjusz 0'Ryan i, nie zwlekając, podał mu puchar kryształowy, wypełniony po brzegi piwem pienistym, ciemnym jako heban, które szlachetni bracia bliźni Bungiveagh i Bungardiiaun warzą wiekuiście w swych boskich kadziach, przemyślni jako synowie nieśmiertelnej Ledy. A gromadzą oni soczyste jagody chmielu i ugniatają je i przesiewają i tłuką i warzą je a mieszają z kwaśnymi sokami, za czym zawieszają moszcz nad ogniem świętym i nie ustają dniem ni nocą w trudzie swym, owi przemyślni bracia, kadzią władający.

***

Znakomity uczony Herr Professor Luitpold Blumenduft przedłożył świadectwa medyczne na dowód, że gwałtowne pęknięcie kręgów szyjnych i następujące jako skutek przerwanie rdzenia wytwarzają u osobnika ludzkiego zgodnie z przyjętymi zasadami wiedzy medycznej gwałtowny bodziec zwojowy w ośrodkach nerwowych, powodując nagłe nabrzmiewanie ciałek w corpora cavernosa w sposób, który ułatwia natychmiastowy dopływ krwi do części ludzkiego ciała znanej pod nazwą penis, czyli organ męski, i daje w rezultacie fenomen, który określono naukowo jako chorobliwą pionowo-poziomo filorozrodczą erekcję in articulo mortis per diminu-tionem capitis.

***

Ale to był tylko jeden z tych sprośnych jankeskich obrazków, które Terry pożycza od Corny Keliehera. Sekreciki do powiększania waszych ukrytych członków. Złe prowadzenie się pięknotki z towarzystwa. Norman W. Tupper, zamożny chicagowski przedsiębiorca, znajduje swą przystojną, ale niewierną żonę w objęciach oficera Taylora. Pięknotka w majtkach źle się prowadzi, jej zalotnik szuka gdzie ma największe łaskotki, a Norman W. Tupper wpada ze swoją pukawką akurat na czas, żeby się spóźnić, bo już zdążyła wykonać szpagat z oficerem Taylorem.
- O, Joasiu, powiada Joe, jakże krótką masz koszulkę!
- Owłosiona, Joe, powiadam. Dałoby się wyciąć ładny kawał peklowizny z tej krowy, co?

***

Nie miała najmniejszej chęci być na ich skinienie i zawołanie. Jeśli mogły pędzić jak postrzelone, ona mogła posiedzieć sobie, tak powiedziała, bo widzi stąd, gdzie siedzi. Oczy wpatrzone w nią sprawiły, że krew zaczęła pulsować w jej skroniach. Przez chwilę patrzyła na niego, napotykając jego spojrzenie i nagle spłynęło na nią światło. Rozpalona do białości namiętność była w tej twarzy, namiętność niema jak grób. I ona to uczyniła, że stała się jego. Pozostali wreszcie sami, bez tamtych, którzy mogli podglądać ich i rzucać uwagi, i wiedziała, że może mu zaufać do śmierci, temu rzetelnemu, mocnemu człowiekowi, człowiekowi o niezachwianym honorze, od stóp do głów. Jego twarz i ręce drgały i dreszcz przebiegł ją. Odchyliła się głęboko do tyłu, spoglądając na fajerwerki, i ujęła kolano w dłonie, aby nie przewrócić się do tyłu, gdy tak spoglądała w górę, i nie było naokół nikogo, kto mógłby widzieć, tylko on i ona, gdy ukazała całe swe pięknie ukształtowane nogi, miękko i delikatnie zaokrąglone, i wydało się jej, że słyszy gwałtowne bicie jego serca i przyspieszony oddech, ponieważ wiedziała o takiej namiętności mężczyzn, gorącokrwistych, bo Bertha Supple powiedziała jej raz w największej tajemnicy i kazała przysiąc, że nigdy, o tym sublokatorze z Wydziału dla Przeludnionych Dzielnic, który miał wycięte z pism obrazki tych baletnic w krótkich spódniczkach i unoszących wysoko nogi, i powiedzała, że robił on coś nie bardzo ładnego, jak się można było domyślać, w łóżku. Ale to było zupełnie coś innego niż tamto, bo czuła niemal, jak przyciąga on jej twarz ku swojej, i pierwsze szybkie dotknięcie jego pięknych warg. Poza tym miało się rozgrzeszenie, jeżeli się nie robiło tamtej rzeczy przed ślubem i powinny być kobiety księża, które rozumiałyby bez tłumaczenia im, a Cissy Caffrey też miała czasem ten senny wyraz oczu, a więc ona też, moje kochanie, i Winny Rippingham, tak zwariowana na punkcie fotografii aktorów, a poza tym, to było też przez tę drugą rzecz, która też nadchodziła.

***

I nie spieszyło się jej. Zawsze szukają faceta, kiedy się. Nigdy nie zapominają o spotkaniu. Wyszła pewnie na zwiady. Wierzą w przypadek, bo jest podobny do nich. A tamte były skłonne dociąć jej od czasu do czasu. Przyjaciółki w szkołach, obejmują się za szyję ramionami albo dziesięć paluszków splecionych, całują się i szepczą sobie sekrety o niczym w ogrodach pensji klasztornych. Zakonnice z mleczno-białymi twarzami, chłodne kornety, a różańce wędrują w górę i w dół, mściwe także za to wszystko, czego nie mogą otrzymać. Drut kolczasty. Ale teraz na pewno do mnie napisz. A ja napiszę do ciebie. Napiszesz, prawda? Molly i Josie Powell. Póki nie pojawi się Pan Właściwy, odtąd spotykają się raz koło Wielkiej-nocy. Tableau! Och, spójrzcie, kto to nadchodzi, mój Boże! Jak się masz, kochanie? Co się z tobą działo? Całuję i cieszę się, całuję, całuję, że cię spotkałam. Wyłuskują nawzajem skazy swojej powierzchowności. Świetnie wyglądasz. Siostrzane dusze szczerzą ku sobie zęby. Ile ci ich zostało? Nie pożyczyłaby jedna drugiej szczypty soli.
Ach!
Są jak diablice, kiedy to nadchodzi. Mroczny, diabelski wygląd.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Między kazaniem, lekturą i polityką


I znów odwieczny dylemat. Pisać czy nie pisać? Gdyby tak milczeć, można by zasłużyć na miano filozofa. Tym jednakowoż nie jestem, a stanu rzeczy w żaden sposób poprawić nie może fakt, iż od kilku lat, konsekwentnie pozwalam sobie być brodaczem. Najwyraźniej broda nie ma nic wspólnego z filozofią. Fakt jej posiadania lub nieposiadania pozostaje dla niej okolicznością obojętną. Żywymi ilustracjami tego stanu rzeczy mogą być z jednej strony niżej podpisany, z drugiej zaś - konsekwentnie bezbrody minister sprawiedliwości, ikona polskiego konserwatyzmu - Jarosław Gowin.
 
Ustaliliśmy więc, że nie jestem filozofem. Wbrew obiegowej opinii, z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że - przynajmniej z tytułu specjalizacji naukowej - nie jest nim też obecny Minister Sprawiedliwości. Do ustalenia w ramach wstępu pozostaje nam jeszcze jedno: czy ja, niegodny, mam takie samo prawo wypowiadać się w danej sprawie, jak minister rządu Rzeczypospolitej? Pytanie ze wszech miar zasadne. Mam bowiem w swoim bagażu doświadczeń również wspomnienie sprzed kilku lat, telefonu od jednego z ministrów, który takie pozytywne przeświadczenie kwestionował. Otóż, przyjmując za dobrą monetę zadekretowany konstytucyjnie ustrój Najjaśniejszej, mam! Wszak, jak pisał Henry Francois Becque "Być może demokrację należy rozumieć w ten sposób, że wady niektórych są dostępne dla wszystkich".

No to się wypowiem. I to nie o byle czym, a o Konwencji Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Ten, liczący zaledwie 31 stron tekst, stał się ostatnio jądrem ideologicznego sporu, swego rodzaju cezurą oddzielającą przeciwnych jej ratyfikacji, zatroskanych o przyszłość małżeństwa i rodziny w gnijącej Europie "konserwatystów" i ogarniętych filohomoseksualnym amokiem, antyrodzinnych, skażonych lewicowym myśleniem "postępowców". Po lekturze tego tekstu dochodzę do wniosku, że wygenerowanie takiego dyskursu było możliwe wyłącznie przy przyjęciu założenia, że nikt z publiczności nie zada sobie trudu, by dokument ten przeczytać. Tymczasem jego lektura każe zadać sobie pytanie o sens takich chociażby wypowiedzi ministra Gowina: "To konwencja służąca zwalczaniu tradycyjnego modelu rodziny i promowaniu związków homoseksualnych". Wypowiedzi opartych niewątpliwie na lekturze art. 12 ust. 1 Konwencji, który głosi: "Strony stosują konieczne środki, aby promować zmiany w społecznych i kulturowych wzorcach zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i wszelkich innych praktyk opartych na pojęciu niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn". I chyba wyłącznie tego przepisu. Bo gdyby przeczytać tak całą Konwencję okazałoby się, że istotą tego zapisu jest wola zmierzenia się z takimi zjawiskami, jak ubezwłasnowolnianie, molestowanie, katowanie, okaleczanie i mordowanie kobiet, które często bywa podyktowane względami kulturowymi. Część tych zjawisk egzystuje na gruncie tradycji europejskiej. Z innymi (zwłaszcza okaleczaniem i "honorowymi" morderstwami) mamy do czynienia od stosunkowo niedawna, w związku z rosnącą w Europie rzeszą imigrantów. Ani słowa o homoseksualizmie i innych tego typu zjawiskach! Dużo natomiast o ofiarach przemocy domowej i dzieciach, które są tego przymusowymi świadkami; okaleczeniach kobiecych narządów płciowych; przymusowych małżeństwach itp.; oraz metodach zwalczania tych patologii.

Nie jest tak, że niektóre zapisy Konwencji nie budzą moich wątpliwości. Czytam je jednak w kontekście całego dokumentu i trudno jest mi uznać je za zagrażające tradycyjnie pojętemu małżeństwu (o ile za tradycyjne nie uznamy systematycznego pastwienia się domowego damskiego boksera nad pozbawioną czci i racji małżonką) czy rodzinie. Jednym z nich jest przepis art. 39, który za przestępstwo uznaje jedynie "przeprowadzanie aborcji bez uprzedniej i świadomej zgody kobiety" nie zaś zabójstwo nienarodzonego dziecka w ogóle. Przyjmuję jednak, że my - Europejczycy, ciągle jeszcze dojrzewamy. Już nie wyżynamy w pień sąsiadów (choć nie tak znowuż odległa w czasie wojna na Bałkanach może przeczyć tej optymistycznej opinii) i nie wysyłamy do komór gazowych całych narodów. Być może więc kiedyś dorośniemy i do wniosku, że życie człowieka jest wartością, którą chronić jesteśmy zobowiązani bez względu na fazę, w jakiej się znajduje.

Fakt, że mamy rozliczne wątpliwości, nie może jednak usprawiedliwiać braku polskiego akcesu do tej Konwencji. W ostateczności bowiem, wobec okoliczności, że wykluczone jest składanie do niej - poza "drobnymi" wyjątkami (art. 78 ust. 2) - zastrzeżeń (art. 78 ust. 1) jej ratyfikacji towarzyszyć może przyjęcie deklaracji interpretacyjnej. Skoro można było tak zrobić przy okazji przystępowania do Konwencji ramowej Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych, zapewne można to samo zrobić i w tym przypadku, wskazując granice do jakich można się w Polsce posunąć kreatywnie czytając przedmiotowy dokument. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że spór z Konwencją Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w tle nie ma na celu wypracowania nie tylko takiego, ale jakiegokolwiek kompromisowego rozwiązania. Tym bardziej jego celem nie jest ochrona tradycyjnie pojmowanego małżeństwa i rodziny czy też wręcz przeciwnie: podważenie tradycyjnych podstaw współczesnych społeczeństw. Spór ten ma cele stricte polityczne. W jakiejś mierze lokujące się w wewnątrzpartyjnym układaniu stosunku sił. W innej – petryfikacji sceny politycznej w odmienny, niż tego by chciała część opozycji sposób. Wszystkie te opcje prowadzą jednakowoż do dyskredytacji konserwatyzmu, który niebawem będzie kojarzył się z biciem kobiet i ochroną mężczyzn zabijających swoje siostry z powodów „honorowych”. W działania te opinia publiczna wyjątkowo łatwo daje się – w dużej mierze dzięki bezkrytycznym (?) relacjom mediów - wmanewrować. Jest na to tylko jedno remedium. Trzeba czytać zamiast słuchać "kazań".


wtorek, 16 sierpnia 2011

20 lat polskiego Internetu


20 lat. Piękny wiek. Z rozrzewnieniem wspominam czasem te lata. Hasło „Internet” mówiło mi mniej więcej tyle, co podróże na Marsa. Niby wiedziałem o co chodzi, ale w realność projektu trudno było – w krótszej perspektywie czasowej - uwierzyć.  Tymczasem pierwsze połączenie sieciowe Warszawy z Kopenhagą (17 sierpnia 1991 roku) uznawane za dzień narodzin polskiego Internetu, rozpoczęło prawdziwą rewolucję. Już kilka lat później, korzystając z różnorakich „koneksji”, można było zacząć z niego korzystać. Dla możliwości swobodnego surfowania po sieci podjąłem się nawet opieki nad rachityczną pracownią komputerową w moim instytucie. No po prostu łezka w oku się kręci.
Przy okazji warto zauważyć, jak przedziwnym tworem jest ludzka pamięć. Bo jakże trudno dzisiaj uwierzyć, że życie offline  było w ogóle możliwe. Podobne uczucia towarzyszą nam, kiedy popatrzymy na nasz telefon komórkowy (żeby jeden…) i szereg innych gadżetów, bez których dzisiaj trudno byłoby się nam obyć. A jednak. 40 wiosen na karku zobowiązuje do pamiętania o czasach, kiedy znalezienie sprawnej budki telefonicznej graniczyło z cudem, a cnotę cierpliwości ćwiczyło się czekając na swoją kolej do słuchawki wmontowanej w ścianę.
Internet, jako specyficzne osiągnięcie XX wieku, nabiera szczególnego znaczenia w stuleciu kolejnym. Wykorzystywany początkowo do celów naukowych, szybko zawładnięty został przez świat rozrywki, by obecnie wyewoluować także do postaci potężnej gałęzi gospodarki. Wystarczy zauważyć, że sklepy z elektroniką (dla przykładu) w realu, stają się powoli wielkimi wzorcowniami. Idziemy tam, by pooglądać, ale kupujemy – taniej – w necie. Zachwyt nad fenomenem Internetu nie może nam jednak przysłaniać faktu, że poza możliwościami sieci pozostaje całkiem spora rzesza ludzi.
Zjawisko to ma dwojaki charakter. Technologiczny i kompetencyjny. Po pierwsze bowiem nie wszędzie jeszcze sieć ma swoje końcówki lub ze względów ekonomicznych jest powszechnie dostępna, po drugie zaś istnieją całe grupy społeczne, którym brak wystarczających kompetencji do wykorzystania możliwości, jakie daje Internet. Wraz z jego rozwojem wyrosło nam nowe zjawisko, zwane wykluczeniem cyfrowym. Zjawisko, o bardzo poważnych konsekwencjach.
Od kilku lat staram się obserwować polskie zmagania z tym problemem. Nie można powiedzieć, że jesteśmy względem niego bezczynni. Powstają wszak projekty budowy regionalnych sieci szerokopasmowych, które mają zapewnić tani dostęp do szybkiego Internetu w najdalszych zakątkach kraju. Powstają też strategie walki z wykluczeniem cyfrowym w obszarze kompetencyjnym. W obydwu przypadkach zakłada się wykorzystanie możliwości finansowych związanych z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ich realizacja przebiegała sprawniej, niż ma to miejsce obecnie.
Regionalne sieci szerokopasmowe powstają z bardzo dużymi problemami. Warto wspomnieć, że do notyfikacji w Komisji Europejskiej zgłoszono dotychczas bodajże (a mówimy o perspektywie finansowej 2007-2013) jedynie warty 300 milionów euro projekt sieci szerokopasmowej dla Polski Wschodniej. Pozostałe, jak sądzę, są daleko w lesie, choć niektórzy z moich znajomych - zaangażowani w te przedsięwzięcia – mówią, że przesadzam. Oby mieli rację. Niezbyt optymistycznie wygląda też wykorzystanie środków przeznaczonych na upowszechnianie Internetu w ośrodkach peryferyjnych. Tu – jak sądzę – zasadniczym powodem jest brak świadomości wagi tego problemu oraz przytłaczający ciężar „dziur w drogach”.
Znacznie lepiej mogłoby być także z wdrażaniem strategii walki z wykluczeniem cyfrowym. Obecne działania postrzegam jako rozproszone i pozbawione jakiejkolwiek koordynacji. Z drugiej strony cieszę się, że swoje miejsce w ich realizacji odnalazły biblioteki publiczne. Warto tutaj przypomnieć chociażby implementację programu „Ikonka”, czy – dla przykładu – działania podejmowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie na rzecz zwalczania wykluczenia cyfrowego wśród seniorów.
Pomimo tych niedociągnięć przyszłość polskiego Internetu widzieć można w jasnych barwach. Wydarzenia tego roku pokazały siłę Internautów. Mam więc nadzieję, że władze publiczne nie będą podejmowały więcej prób ograniczania swobody w przestrzeni globalnej sieci (przykładów tego typu działań daleko w świecie szukać nie trzeba), skupiając się raczej na rozwoju e-administracji. Im więcej swobody, tym więcej innowacji. Bez swobody w Internecie nie mielibyśmy dzisiaj chociażby boomu w zakresie crowdsourcing’u. Owszem. Internet ma też swoje ciemne strony. Ale wszak ze względu na grupę idiotów na katedrach nie ogranicza się swobody badań naukowych. Od tego, jak wykorzystamy możliwości stwarzane przez rozwój sieci, w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądał XXI wiek.
Urodzinowe – wszystkiego najlepszego! Szczerze!

piątek, 12 sierpnia 2011

Wirus kampanijny

Bardzo powoli rozkręca się tegoroczna kampania wyborcza. Po falstarcie ochrzczonym mianem „kampanii informacyjnych” przyszedł czas zwierania szyków na powakacyjne, skomasowane uderzenie. Im bliżej będzie 9 października, tym uderzenie będzie mocniejsze, a przeciętnemu wyborcy trudniej będzie uniknąć ciosu. A że ciosy będą padały dokładnie ze wszystkich stron, trudno mu będzie nawet zorientować się od kogo dostał w papę. Podpowiadam więc – dopóki jeszcze panuje jako taki spokój warto zadbać o dobre skojarzenia. A w tym zakresie najprzydatniejsze są virale. Dobrze przemyślany viral podgrzewa temperaturę kampanii i znacząco obniża jej koszty. Poza tym pozwala dotrzeć do praktycznie nieskończonej ilości wyborców. To nic, że często spoza swojego okręgu wyborczego. Praca na rzecz marki ugrupowania też ma swoje znaczenie. Zwłaszcza w kontekście obowiązującej w Polsce ordynacji wyborczej.
Do lamusa odchodzą już virale tekstowe, przekazywane za pomocą maila lub sms-a. Szkoda, bo tkwił w nich duży potencjał. Niektóre z nich były tyleż zabawne, co inspirujące. Spełniać musiały jedynie trzy warunki: mieć jakiś przekaz, rym i rytm. Celem ilustracji, niżej niezaangażowana po żadnej stronie sporu politycznego rymowanka, w której podmiot liryczny zatroskany nad dziejami parlamentaryzmu w III RP rozważa tak istotny ich aspekt, jak nietykalność poselska:

Siąść okrakiem na równiku,
powywracać biurka w NIK-u,
zrobić zdjęcie papilotu,
zebrać pełną szklankę potu,
głupio gadać po próżnicy,
wydzierżawić wóz pszenicy,
wypić całe piwo Jeża,
gdy się ten kumplowi zwierza,
wrzucić swoje ekskrementy,
w zimnej, pitnej wód odmęty,
nawet w mordę strzelić drwala
immunitet mi pozwala.

Z viralami tekstowymi jest jednak pewien problem. Po pierwsze bowiem jego potencjalny odbiorca musi umieć czytać. Po drugie – czytać ze zrozumieniem. I w końcu: nie drażnią one wystarczającej ilości zmysłów, by zadowolić rasowego marketera. Z tego punktu widzenia znacznie lepszym narzędziem są internetowe (możliwe do wykorzystania także w innych mediach) spoty. Ostatnie, zalewające sieć,  przeróbki oficjalnych spotów partyjnych, to niezbyt udany przykład tego segmentu. Lada moment pojawią się zapewne bardzie wyrafinowane, choć nie wiem, czy komuś uda się przebić klasyka tego gatunku, spot starosty bocheńskiego – Jacka Pajątka.


Ale próbować warto. Niżej kilka przykładów, jak to się robi poza polityką:





środa, 10 sierpnia 2011

nieczytający inaczej koniecznie tajni


Krótki telefon wybił mnie z błogiego letargu:
- Cześć! Co robisz?
- Czytam.
- Bardzo szlachetne zajęcie. Ale wiesz… Przeczytałem właśnie w „Polityce”, że już nikt nie czyta…
- Patrz. A jednak coś piszą. I jeszcze to sprzedają – chciałem powiedzieć. Zamiast tego wyszło – Jak to nikt? Ty to wszak przeczytałeś. Czy to nie przeczy podstawowej tezie?
Pisanie o tym, że nikt nie czyta, to rzeczywiście hit sezonu. Wrzućcie w Google dowolną kombinację słów z tego tematu. Przekonacie się sami. Czasem boję się, że „nikt” to w rzeczy samej nie słowo samo w sobie, ale jakiś tajemniczy skrót. Coś na kształt: „nieczytający inaczej koniecznie tajni”. Albo jakoś tak.
Tak czy inaczej strudzony deszyfranckim wysiłkiem zapragnąłem zażyć relaksu. Telewizja odpada. Programowo oglądam jedynie w weekendy. Mam wrażenie, że lepiej w związku tym sypiam…
Płyty? Oklepane. Nowe dwie, które przyniosłem dzisiaj (Akurat i The Clasch) też zdążyłem już przesłuchać. Pozostało radio. W Trójeczce potrafią dobrze zagrać. O każdej porze. Pech chciał – pełna godzina. Serwis informacyjny. Hit środowego wieczoru – ktoś strzelał do kogoś pod Dworcem Wileńskim w Warszawie. Tym drugim „kimś” był Ormianin. Policja szuka pierwszego „ktosia”. W dodatku z użyciem helikoptera.
Nie wiem, czy już dla prasy nie za późno trochę na zmianę pierwszych stron. Bo wszak w przeciwnym wypadku czołówki dzienników zajęłaby jutro „ormiańska mafia”. Nie ma wszak lepszej okazji by włączyć się w antyimigrancki chór obrońców europejskiego stylu życia. Już widzę oczyma wyobraźni te wszystkie dyżurne autorytety, które sypią szerokim wachlarzem informacji na temat cudzoziemskiego podziemia przestępczego w Polsce. Wszak Pana Boga też nikt nie widział, a tyle można o nim powiedzieć…
Pojutrze temat umrze. Przynajmniej w prasie. Ktoś pewnie popełni samobójstwo, gdy kurs franka przekroczy 4,30 zł. To dopiero będzie jazda. Dostanie się spekulantom i Szwajcarom. Kto wie? Może i jakąś krucjatę w tej sprawie da się wymyślić. Potem wrzucamy to do Internetu, a 700.000 Polaków (minus jeden, bo się zabił) zadłużonych w tej walucie chwyta się tej idei jak tonący brzytwy.
A za dwa dni? Jakieś podsumowanie zniszczeń w Londynie i utyskiwanie na mokre lato w tym roku. Takie tam tematy rezerwowe na wypadek, gdyby CBA akurat nikogo poprzedniego popołudnia nie zatrzymało, albo NIK zapomniałby ogłosić swój kolejny raport, o tym jak to źle się dzieje, bo dziury są w drogach, a w serze ich brak.
Po rozstaniu się z telewizją i radykalnym ograniczeniu słuchania radia, za podstawowe źródło informacji służy mi prasa. Ale i w tym przypadku rozważam rozwód. Płycizna, doraźność, ferowanie opinii bez opamiętania i rzucanie oskarżeń bez dania racji, to tylko kilka z przyczyn, które – jak sądzę – leżą u podstaw spadku jej czytelnictwa. W zasadzie nieźle trzymają się przede wszystkim tabloidy. Trudno się więc dziwić, że będzie ich przybywać. A afery takie jak z „News of the Word” tylko napędzą im dodatkowych czytelników. A… Zapomniałem jeszcze o tzw. prasie kobiecej. Ale ta wszak od tabloidów różni się jedynie inaczej dobranym targetem.
W tym kontekście lekko zdziwiła mnie radykalnie negatywna ocena ETS sytuacji dziennikarzy w Polsce. Fakt. Prawo mamy nad wyraz względem różnych nieprawości ostre. Ale kto by tam w Polsce prawem zanadto się przejmował. Wie o tym każdy, kto próbował opublikować sprostowanie…
Cóż mi pozostaje? Internet? W tym akurat przypadku nad wyraz szybko spełnia się proroctwo Stanisława Lema, który łaskaw był onegdaj stwierdzić: „Im bardziej zaawansowane technologicznie (doskonalsze!) medium, tym bardziej prymitywne, błahe i bezużyteczne wiadomości są przy jego pomocy przekazywane”. Dał temu ostatnio świetlany przykład Radek Sikorski. Nie żebym był przeciwko dyskutowaniu trudnych chwil naszej historii (a były jakieś łatwe?). Ale w rzeczy samej strzelił, jak gołąb na parapet.
Całkiem ze światem newsów rozstać się nie mogę. Pustelnia to kusząca perspektywa. Gliniane tabliczki także. Tyle że nie dla mnie. Pomarzę więc sobie, że ktoś ważny od mediów, wpadnie kiedyś na jakiś krótki tekst sokratejski, albo przynajmniej na jakąś anegdotę o Sokratesie. Ot chociażby tę z trzema sitami w roli głównej.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Niby-polszczyzna

Trochę dziwnie się wczoraj poczułem. Najpierw Herkules zrzucający ulotki. Wyglądał całkiem jak Liberator. Przy wyjściu z metra harcerze rozdają patriotyczne śpiewniki. O 17.00 miasto staje na baczność. Wyją syreny. Nad głową przelatuje mi F-16. Ciarki przechodzą po plecach.
Nie poszedłem ani na Powązki, ani na Plac Piłsudskiego, ani w żadne z tych miejsc, gdzie oficjalnie czczono rocznicę. Wystarczył mi krótki spacer przez Mokotów. Jak zwykle wyschnięte wieńce i niedopalone znicze przy tablicach. Tu 10, tam 15 w innym miejscu 7 ofiar ludobójstwa. W sumie 150.000. Różne rzeczy przechodzą mi przez głowę, kiedy widzę te zwiędnięte gałązki jedliny w mieście, gdzie wyrzuca się do śmieci palące się jeszcze znicze…
Dzisiaj, po całym dniu spędzonym ze specami od reklamy internetowej, mądrzejszy jestem o arsenał „myków”, na które nie powinienem dać się nabrać i bogatszy o kilka kolejnych siwych włosów. Bo skoro powstanie wybuchło w TYSIĄC DZIEWIĘĆSET czterdziestym czwartym roku, to dlaczego jego sześćdziesiątą siódmą rocznicę obchodzimy w roku DWUTYSIĘCZNYM jedenastym? I czy to aby nie oznacza, że dwieście sześćdziesiątą siódmą rocznicę nasze prawnuki obchodzić będą w roku DWUTYSIĘCZNYM DWUSETNYM jedenastym, a bitwa pod Grunwaldem miała miejsce w roku TYSIĘCZNYM CZTERECHSETNYM dziesiątym, a nie – jak mnie uczono w socjalistycznej szkole – TYSIĄC CZTERYSTA dziesiątym?
Słucham speców od reklamy, dziennikarzy i polityków, którzy gremialnie WŁANCZAJĄ się do dyskusji, żeby w CUDZYSŁOWIU (w CUDZYSŁOWIE dodam, że zapewne w dupiu brzmi bardziej kulturalnie niż w dupie) stwierdzić, że choć II wojna światowa wybuchła w TYSIĄC DZIEWIĘĆSET TRZYDZIESTYM DZIEWIĄTYM roku, to koniec świata, albo jakiś inny kataklizm nastąpi zapewne w roku DWUTYSIĘCZNYM DZIEWIĘĆSETNYM TRZYDZIESTYM DZIEWIĄTYM. No i jak to słyszę chce mi się wyć i WYŁĄCZAM radio. Mam płyty. Jestem szczęściarzem. Posłucham „Iwony” i od razu lepiej…
Coraz gorzej mówimy po polsku. Trudno się temu dziwić. Niby-polszczyzna zalewa nas zewsząd. Język debaty politycznej, język mediów – to przedziwne twory pełne DWUTYSIĘCZNYCH JEDENASTYCH WŁANCZANYCH W CUDZYSŁOWIU. Trudno się dziwić, że nasiąkamy tym wszyscy. Ale dziwić pewnie się trzeba. Podobnie jak zdjąć wyschniętą jedlinę z tablic upamiętniających miejsca tragicznej historii sześćdziesięciu trzech dni powstania. I może nie kłaść już nowych, a zamiast tego, w hołdzie i ku pamięci, zadbać o to jak mówimy.

środa, 6 lipca 2011

Kap, kap, kap...

Dziwnym trafem, kiedy tylko przez więcej niż dwa dni, w głowie huczy mi monotonny stukot kropli wody o parapet, popadam w stan dziwnego odrętwienia. Nawet skoki przez kałuże w drodze do lub z pracy nie są w stanie wybić mnie z tego intelektualnego stuporu. Bywa, że zadaję sobie pytanie czy li tylko mnie trapi taka dolegliwość? A może to zaraza jakaś na przykład? I uczepiwszy się tej myśli jak pijany latarni zacząłem w pamięci szukać uzasadnienia dla tej tezy. No bo wszak smutno być samemu w kosmosie.
I jest! Jak nic musi być to chyba choroba ludzkość trapiąca, przy czym w niektórych regionach świata deszcz musi padać permanentnie, co niewątpliwie jest objawem, że rację maja zwolennicy tezy o dramatycznym ociepleniu klimatu. Bo wszak w innym przypadku czy ktokolwiek zastanawiałby się nad związkiem jaki zachodzi pomiędzy długością palca wskazującego i serdecznego a rozmiarami penisa?
Penis, co oczywiste, stanowi niezwykle istotny punkt odniesienia dla każdej sprawy (nie żartuję – nawet uzyskanie azylu politycznego może od niego zależeć). Dlatego dzień bez istotnej o nim informacji to niewątpliwie dzień stracony. No bo przecież jak nic opinię publiczną zelektryzować musiał fakt, że oto da się go jednak bezoperacyjnie powiększyć, a poza tym lubi on sportowe samochody. Przy tej okazji warto zaznaczyć, że już prawie połowa Polaków ma samochód. Źródła niestety milczą jaki procent z nich posiada sportowe zabawki.
A skoro o penisie, to musi być też o seksie. W Holandii musiało lać niedawno w ekstremalny sposób. Jedynie tak bowiem wytłumaczyć można chyba wypowiedź przełożonego tamtejszych salezjanów, który stwierdzić, że dzieci od 12. roku życia mogą uprawiać seks z dorosłymi i wcale nie musi to być dla nich szkodliwe. Oj bardzo, bardzo się pomylił!!! Naukowcy wszak ogłosili jakiś czas temu – o czym doniosła CNN -, że uprawianie seksu (bez względu na wiek), picie kawy, wysiłek fizyczny i inne codzienne czynności mogą spowodować wzrost ciśnienia krwi i tym samym znacząco zwiększyć ryzyko pęknięcia tętniaka w mózgu . Zaiste – przełom w medycynie!!! Podobnie jak komunikat Światowej Organizacji Zdrowia, że telefony komórkowe „prawdopodobnie powodują raka”. Na szczęście są jeszcze na świecie tacy, do których te ważne komunikaty zapewne nie docierają. Jedynie to tłumaczy fakt, że choć nie uprawiają sportu, jedzą tłuste jedzenie, nie stronią od papierosów i alkoholu - to dożywają 100 lat.
Pewnie w ogóle mało interesują ich media. I dlatego ciśnienia nie podnosi im fakt, że Duńczycy postanowili rozwiązać problem narkomanii rozdając za darmo heroinę, a (równie tolerancyjni) Holendrzy problemy społeczne tworząc getta dla niedostosowanych społecznie. Tych jednak przebili Szwedzi, którzy problem seksizmu postanowili zlikwidować kasując płeć.
Czy da się jakoś skasować ten deszcz?

wtorek, 5 lipca 2011

Polska według X

Jeśli szukasz czegoś inspirującego polecam raporty. Jeśli nie masz siły, by przebrnąć przez setki, czasem mało zrozumiałych, stron – poczytaj chociaż o raportach. A ostatnio mamy szczególny na nie urodzaj. Dzisiaj dla przykładu dotarła do mnie informacja o publikacji „Life in transition. After the crisis”. Wynika z niego niezbicie, że Polacy są najbardziej zadowolonym z życia narodem w Europie. No i nie ma się w rzeczy samej czemu dziwić. Wyjaśnienie tego fenomenu przynoszą bowiem inne raporty. Ot chociażby najnowsze dane GUS, które mówią, iż przeciętne wynagrodzenie miesięczne w I kwartale br. było wyższe od takiegoż w I kwartale 2010 r. o 4,5%, zaś siła nabywcza przeciętnego wynagrodzenia wzrosła o 0,8%.
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych.  Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej  (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa,  opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!

poniedziałek, 23 maja 2011

Bełkot



Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem

Na fali ogólnonarodowej debaty o chamstwie w Internecie i ja postanowiłem zagłębić się w jego przestworzach. A że koszula najbliższa ciału wygooglowałem siebie. A co! No dobrze. Nie tylko wygooglowałem. Zajrzałem też w kilka miejsc „poleconych” mi ostatnio przez znajomych. Zaglądają tam regularnie. Ja od wielkiego dzwonu. No i zagrzmiał. A głos jego donośny jak cholera.
Czego to się człowiek nie dowie o sobie w sieci. Zabawa pyszna. Doprawdy. Choć i przykro się robi, że Matka Ziemia tylu frustratów musi nosić na swoich spracowanych barkach. No cóż. 4,5 mld lat temu przetrwała uderzenie planety wielkości Marsa (stąd mamy księżyc), a i mniejsze obiekty kosmiczne – przez ostatnich 4,6 mld lat - nie szczędziły jej razów. Równie mocno jej wytrzymałość testowali amatorzy przyspieszonego Armagedonu częstując ją serią eksplozji nuklearnych. Wytrzymała? A jakże. Przetrwała sobotni koniec świata punkt o 18.00,  więc przetrwa też zmasowany atak frustratów w cyberprzestrzeni.
Trzy rzeczy uderzyły mnie szczególnie podczas tej wycieczki w głąb ludzkich resentymentów. Pierwsza to trwałość niektórych tematów. Powiedzmy, że brałem udział w jakimś konkursie, który – tak bywa – wygrałem. Zawsze wówczas zdarzy się jakiś kontrkandydat twierdzący jeszcze niemal dekadę później, że konkurs musiał być ustawiony. No bo przecież – a jakże – w przeciwnym wypadku zakończyłby się zgoła innym werdyktem. Druga to różnorodność form. Przeważają wpisy na forach, ale zaraz po nich plasuje się multiplikowanie nieprzychylnych opinii w każdym możliwym miejscu. Ale to, co dostałem ostatnio mailem (publikacja w sieci jest dopiero zapowiadana) przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Stałem się ja oto – marny żuczek – bohaterem (negatywnym oczywiście) opowiadania. Ba! Powieści w odcinkach! Ukazał się dopiero pierwszy. Z niecierpliwością oczekuję następnych. Mam nawet kilka pomysłów, jak mogłaby się rozwinąć akcja.
No i w końcu rzecz trzecia. Określę ją jednym słowem: bełkot. Tym, którzy nie do końca wiedzą, co to takiego, polecam wygooglowanie ostatnich uchwał Zarządu Województwa Małopolskiego dotyczących Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (odwołanie mnie ze stanowiska dyrektora, cofnięcie pani Annie Wiśniewskiej „powierzenia obowiązków dyrektora”, ogłoszenie konkursu na dyrektora). Zachęcam zwłaszcza do przeczytania ich uzasadnień. Istny kabaret. To że podawane w nich fakty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (pomyłka w dacie powołania mnie na to stanowisko sięga 4 lat!) to nic w porównaniu ze stylem w jakim powstały. Dadaiści spaliliby się ze wstydu czytając te bzdury.
Dwie refleksje na koniec. Widząc jakim błotem obrzucany bywam w sieci zastanawiam się, czy warto silić się na jakąś reakcję. Publikować polemiki? Po co? Przecież nie jest to rodzaj krytyki, a ordynarny atak. Krytykę można przyjąć, albo – nie zgadzając się z nią – przedstawić kontrargumenty. Ale polemizować z bełkotem? A może użyć środków prawnych? Anonimowych (choć nie zawsze) autorów wpisów na formach można namierzyć. Tylko po co? Włóczenie się po sądach to zajęcie niezwykle przykre. Potrzebne mi jeszcze te dodatkowe przykrości? Może lepiej niech problemem zajmą się Ci, którzy najlepiej się na tym znają. Psychiatrzy. Kilka doktoratów kategoryzujących sieciowych frustratów widzę już oczyma wyobraźni.
Jeśli mam się już włóczyć to najlepiej po świecie. Ot chociażby tam, gdzie o zasięg globalnej sieci trudno. Dla przykładu – można wsiąść na prom i popływać po Bałtyku. Przy okazji zajrzeć do Sztokholmu i Tallina, albo zapuścić się i głębiej. Pooglądać kamienie runiczne w Sigtunie, albo zadumać się nad grobem Linneusza w Uppsali. Szwedzi – jak tylko zaświeci słońce - to bardzo radośni ludzie. Nieco gorzej sprawa ma się z Estończykami. Kryzys daje im się mocno we znaki. Zastąpienie narodowej waluty Euro spowodowało wzrost cen. I choć z uśmiechem opowiadają np. o swojej malutkiej armii, w której ostatnio zlikwidowano kompanię rowerową, aż strach się bać zaglądać na estońskie forma internetowe…

czwartek, 7 kwietnia 2011

O Romach w polityce i literaturze

Głośno było swego czasu o determinacji z jaką francuskie władze próbowały pozbyć  się ze swojego terytorium rumuńskich i bułgarskich Romów. Później o sprawie przycichło. Oburzenie działaczy organizacji społecznych, obrońców praw człowieka czy wysokich przedstawicieli Unii Europejskiej najwyraźniej nie zrobiło na Francuzach szczególnego wrażenia. Świadczyć może o tym fakt, że nie tak dawno minister spraw wewnętrznych Brice Hortefeux poinformował, że od lipca 2010 r. Francja przymusowo odesłała do krajów pochodzenia 3,7 tys. Romów. Wypowiedź tą natychmiast skontrowały organizacje pozarządowe twierdząc, że Romów jest tyle samo co przed rozpoczęciem działań władz, tylko żyją w jeszcze gorszych warunkach. Wnosząc z moich doświadczeń ze społecznością romską daję tym twierdzeniom wiarę.
Nie jest jednak tak, że polityka rządu Nicolasa Sarkozy'ego nie przyniosła żadnych pozytywnych skutków, choć nie sądzę, że akurat takie efekty gabinet ten założył. Jednym z nich było uznanie przez Prezydencję Węgierską poprawy losu Romów i zatrzymania narastającej ksenofobi za jeden z jej priorytetów. Viktor Orban zadeklarował nawet, że do końca czerwca br. Unia będzie miała wspólną strategię w tym obszarze. Niestety media nie przynoszą (albo ja się ich nie  doszukałem) dalszych informacji w tej sprawie. Dopiero ostatnio pojawiła się wiadomość, że Komisja Europejska zajęła się tym problemem uznając za priorytet poprawę sytuacji w zakresie edukacji Romów. Podjęła również decyzję, że kraje Unii mają wpisać swe szczegółowe plany pomocy Romom w programy reform, które zatwierdzi szczyt UE.
Sprawy idą więc w dobrym kierunku, a i Polska może w tym względzie kilka ciekawych rozwiązań zaproponować. Realizacja najpierw Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003, następnie zaś ogólnopolskiego i zaplanowanego na 10 lat (z możliwością kontynuacji po tym okresie) rządowego Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce pozwoliła sprawdzić skuteczność wielu rodzajów działań. Także w zakresie edukacji, gdzie notujemy całkiem przyzwoite wyniki.
Program pozwala na realizowanie wielu działań w bardzo różnych obszarach. Część z nich – jak chociażby podyplomowe studia romologiczne – służy poprawianiu poziomu wiedzy o Romach wśród nie-Romów. Inne wspierają refleksje naukową i popularyzują ustalenia badawcze. Przykładem takich działań jest m.in. jutrzejsza konferencja w Willi Decjusza: Romowie w literaturze. Kto może niech wybierze się koniecznie. Warto!

środa, 23 marca 2011

Horror w bibliotece

Pewnie mało kto z Was wie, że wśród wielu wydawanych przez Bibliotekę Narodową pozycji znajdują się i horrory. Czytuję je od lat i przyznaję, że z roku na rok stają się co raz to bardziej drastyczne. Kilka z nich chciałbym dzisiaj zarekomendować. Nosiłem się z tym od pewnego czasu, ale dopiero dziś – jak się wydaje - jest najbardziej właściwy wieczór, by parę słów na ich temat skreślić.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej,  jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc  tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Jeśli przypomnieć, że adaptacja zawilgoconego poddasza na tę czytelnię stała się powodem odsądzania mnie (i nie tylko mnie) od czci i wiary, a po jej uruchomieniu biblioteka nie uzyskała środków umożliwiających jej bezpieczne realizowanie podstawowych zadań, to wnioski nasuwają się same. Trudno zakładać, że bez zmiany mentalności polityków i świadomości mediów będziemy mogli przekształcić nasze biblioteki w instytucje efektywnie promujące czytelnictwo. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni nadal będą one li tylko listkiem figowym maskującym naszą bierność, zaś te, którym uda się wybić ponad przeciętną – łakomym kąskiem politycznym.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.

środa, 16 marca 2011

Światopoglądowe podstawy ideologii konfederackiej

***

Poza książkami do przeczytania gromadzę też gazety, których nie uda mi się na bieżąco przestudiować, a w których dostrzegłem coś interesującego. Prędzej czy później przychodzi taka chwila, w której doczekują się one swoich pięciu minut. Ostatnio padło na „Plus Minus” – dodatek do „Rzeczypospolitej” z 9-10 października 2010 roku, gdzie moją uwagę przykuła ciekawa polemika Bronisława Wildsteina („Świat na głowie czyli Tyrmand politruk”) z opublikowanym tydzień wcześniej na łamach tego samego tytułu tekstem Krzysztofa Masłonia pt.: „Tyrmand dla dorosłych”. Szczególnie zainteresował mnie wątek poboczny w tekście Wildsteina, a mianowicie stwierdzenie, że Bolesław Piasecki stworzył przed wojną „nazistowską organizację ONR-Falanga”. Żeby być precyzyjnym należy zaznaczyć, że zapewne chodzi Wildsteinowi o RNR (Ruch Narodowo-Radykalny) – Falanga. Ale to tylko szczegół. Ważniejszym jest aby podkreślić, że określanie tego ugrupowania przymiotnikiem „nazistowskie” jest grubym nadużyciem.
Myśli tej rozwijał nadzwyczajnie nie będę. Zamiast tego niżej zamieszczam szkic dotyczący ideologii okupacyjnego wcielenia RNR – Falanga, jakim była Konfederacja Narodu. Jako że i ona pojawia się w „Świat na głowie czyli Tyrmand politruk” będzie to chyba uzasadnione. Mniemam, że pozwoli on zainteresowanym wyrobić sobie zdanie, czy mam rację pisząc o „grubym nadużyciu”.
Publikowany tekst to wersja sprzed korekty i opracowania redakcyjnego szkicu opublikowanego w II tomie „MYŚL I POLITYKA. KSIĘGA PAMIĄTKOWA DEDYKOWANA PROFESOROWI JACKOWI MARII MAJCHROWSKIEMU” pod redakcją naukową prof. Bogdana Szlachty (Kraków 2011), pod tym samym tytułem co niniejszy post (s. 143-163). Dlatego należy go traktować wyłącznie poglądowo.


***



Konfederacja Narodu (KN), okupacyjne wcielenie Ruchu Narodowo-Radykalnego (RNR) "Falanga", a raczej środowiska, z których się ona wyłoniła, rozpoczęły swą działalność już późną jesienią 1939 r. (1). Właściwa Konfederacja, w swej ostatecznej formie, ukształtowała się dopiero w połowie 1941 r. Obok Bolesława Piaseckiego, który pełnił w niej rolę niekwestionowanego "wodza", do głównych postaci tego środowiska ideowopolitycznego zaliczyć należy Jerzego Hagmajera, Włodzimierza Pietrzaka, Wojciecha Kętrzyńskiego, Mieczysława Kurzynę, Ryszarda Reiffa, Jerzego Horodyńskiego, Jerzego Cybichowskiego i Leszka Niżyńskiego (2).
W skład KN weszli przede wszystkim ludzie młodzi (3). Zresztą to właśnie w młodzieży działacze tej organizacji, czy też "ruchu społecznego" (jak się sami określali) pokładali nadzieję na realizację swoich zamierzeń programowych. Z myślą o niej to właśnie stworzono odrębną komórkę organizacyjną "Teren Młodzieży KN", którą początkowo kierował M. Kurzyna, a po jego śmierci (tj. od wiosny 1942 r.) J. Cybichowski (4).
KN nigdy nie należała do organizacji najliczniejszych, choć przez cały okres okupacji przewinęło się przez jej szeregi kilka tysięcy osób (5). Było to jednak środowisko wyjątkowo aktywne ideologicznie, o czym świadczy chociażby prowadzona przez nie działalność wydawnicza (kierował nią znany krytyk literacki, prozaik i poeta, W. Pietrzak). Zaowocowała ona nie tylko znaczną ilością wydawnictw zwartych, ale także całą plejadą tytułów prasowych. Znajdziemy wśród nich pisma ogólnoinformacyjne o charakterze środowiskowym, takie jak: "Nowa Polska", "Nowa Polska Wieś", "Ziemia Nowa", "Do Broni!", "Młodzież Imperium"; teoretyczno-polityczne: "Fakty na Tle Idei", "Biuletyn Słowiański", "Agencja", "Blok Środkowo-Europejski"; czy w końcu kulturalno-literacką "Sztukę i Naród".
Za koniec działalności KN uważa się jej rozbicie w Powstaniu Warszawskim i aresztowanie, w listopadzie 1944 r., jej przywódcy - B. Piaseckiego przez władze sowieckie. W okresie PRL część jej działaczy, na czele z Piaseckim, tworzyła najpierw redakcję pisma "Dziś i Jutro", a następnie Stowarzyszenie PAX.
Konfederaci uznawali swoją organizację za awangardę szerzej pojmowanego "ruchu społecznego" o charakterze katolickim i narodowym (6). Trzon ich wizji ideologicznej stanowiła wypracowana w tym środowisku koncepcja narodu i jego odrębności opartej na: z jednej strony specyficznie pojętych czynnikach biologiczno-genetycznych, z drugiej zaś na czynniku swoistego światopoglądu, rozumianego jako światopogląd narodowy. Naród był dla nich przede wszystkim wspólnotą krwi, a nawet wspólnotą rasy oraz wspólnotą światopoglądu i wynikających z niego zadań, których realizacja przyczynić się miała do budowy wspólnego, narodowego (czy też ogólnosłowiańskiego lub nawet europejskiego) dobra (7). Na czynniki pozabiologiczne, społeczne, ideologowie KN pozornie zwracali mniejszą uwagę, nigdy nie negując jednak ich istotowości, ich wpływu na rozwój osobowości jednostki, osobowości specyficznej, bo determinowanej przez przynależność do określonej grupy narodowej (8). Stąd też olbrzymia waga, przypisywana przez publicystów KN zagadnieniu "czystości krwi". Przywódca tej grupy pisał m.in.: "Na terenie bazy-matki polskości musi być prowadzona intensywna polityka populacyjna celem osiągnięcia rdzennie polskiej podstawy biologicznej ekspansji. Założenia populacyjne winny się opierać na zasadzie zdrowej, katolickiej rodziny, do którego to celu należy wykorzystać silne instynkty rodzinne Polaków. Tutaj też przede wszystkim winien być rozwiązany drogą planowej polityki wychowawczej problem przemiany mas potencjalnych Polaków w świadomych członków Narodu [podkr. A.P.]. Przemiana ta musi być dokonana w tempie rewolucyjnym, nadrabiającym wiekowe błędy przeszłości i uzdalniającym Polskę do stania się podmiotem dziejów” (9).
Tak często przytaczana kwestia "czystości krwi", jak się wydaje, ujmowana była przez KN nie z pozycji rasistowskich, czy antropologicznych - była to bardziej kategoria metafizyczna. Konfederaci podkreślali bowiem, iż "(...) na naszą jedność narodową złożyli się Polacy, Litwini, Rusini, wielu Niemców, sporo Czechów, grupy Tatarów i Ormian” (10). Jeden z czołowych przedstawicieli myśli konfederackiej, jezuita, ks. Józef Warszawski tak definiował naród: "Zespoły plemienno-ludowe, które poznały treść sobie pisaną, zadania sobie zlecone, które je sobie postawiły jako świadomy cel, jako wielkość do realizacji, a siebie samych stopiły w jeden podmiot dziejowy, w jedną wielką przyczynę sprawczą - te zespoły zwiemy narodami. Jak widać powyższe ujęcie narodu uwypukla nadzwyczaj plastycznie dwa powszechnie przyjęte współczynniki narodu: bios i logos, krew i ideę, przyczynę sprawczą i przyczynę celową” (11). Tak więc czynniki biologiczne istotne są tylko o tyle o ile stanowią potencjalną możliwość rozwoju na ich gruncie prawdziwego narodu - wspólnota pochodzenia, podobnie jak wspólnota zamieszkiwanego terenu jest istotna tylko o tyle o ile stanowi czynnik autoidentyfikacji jednostki ze swoim narodem. Zasadniczą zaś determinantą jest duchowość wyrosła na gruncie wspólnoty dziejów i celów, a więc dnia wczorajszego, współczesności i przyszłości - wyrażająca się we wspólnocie czynu i wiary. Wszelkie więc określenia typu "krew", "wspólnota krwi", "rasa" itp. należy rozumieć w tym kontekście jako swoistą metaforę odnosząca się bardziej do logosu niż biosu (12).
Zagadnienie tzw. "czystości krwi" wyrażało się m.in. w postulacie, by narodem kierować mogła jedynie elita, tj. ci jego przedstawiciele, którzy posiadają cechy charakterystyczne dla "ducha narodu", gdyż tylko oni potrafią dostrzec zgodne z nim cele i sposoby ich osiągnięcia. Nie mogła więc być ona utożsamiana z żadną partią lub organizacją. "W jej skład - jak pisali - wchodzi na równi chłop z wojewodą, szewc z profesorem. Obejmuje ona całość produktywnego życia” (13). Wizję tak formułowanego przywództwa określali oni mianem korporacjonizmu, co niewątpliwie stanowiło próbę odwołania się do katolickiej nauki społecznej, w tym przede wszystkim encykliki Leona XIII "Rerum novarum", z pewnymi jednak innowacjami. Jedną z nich jest fakt zastąpienia przez ideologów KN solidaryzmu społecznego opartego na więzi religijnej podobnie pojętym solidaryzmem narodowym (14).
Do najważniejszych zadań elity należeć miało "modelowanie" narodu, tzn. rozwijanie cech najbardziej pożądanych (tj. typowo polskich) i tłumienie tych niezgodnych z interesem narodowym (15). Postulat, by narodem kierowała elita, wynikał tak z przyjęcia określonej koncepcji narodu, jak i z założenia, iż jednostka może funkcjonować tylko w określonej precyzyjnie szerszej wspólnocie (narodzie) (16), która z kolei, by móc realizować swe cele - rozumiane jako realizacja dobra wspólnego - musi posiadać najbardziej funkcjonalną organizację. Dla konfederatów mogła to być jedynie organizacja hierarchiczna. W swych rozważaniach na ten temat ideologowie KN często uciekali się do argumentacji o wyraźnie religijnym charakterze (17).
Poszczególne narody różnią się między sobą, zdaniem konfederatów, właśnie ze względu na tą podstawową dyspozycję, jaką jest specyficznie pojęta wewnętrzna "wspólnota krwi" - warunkuje ona zasadniczą odmienność ich cech, a co za tym idzie także celów, jakie przed sobą stawiają. Cele te nie mogą być, ze względu na wspomniane zróżnicowanie, zbieżne ze sobą. Wprost przeciwnie - kolidują ze sobą i wzajemnie się wykluczają. Efektem takiego stanu rzeczy jest wzajemne ścieranie się narodów. W trakcie tej walki (dzieje ludzkości przedstawiane są w publicystyce KN jako historia ścierania się różnych nacjonalizmów) naród wzmacnia swoją tożsamość, co pozwala mu w sposób zdecydowany odróżnić siebie i własne interesy od innych. Pozwala mu ona też na ciągłe ulepszanie sposobów działania w tej nieustającej konkurencji, sposobów, których ciągłe doskonalenie służyć ma jego przetrwaniu oraz rozwojowi materialnemu i duchowemu (18). Temu celowi służyć mogą w zasadzie wszelkie działania. Metody jego realizacji ograniczają jedynie "dobro narodu" (19) i zasady etyki katolickiej (20).
Obok narodu więc, centralną kategorią ideologii KN był katolicyzm - katolicyzm pojmowany bardzo specyficznie, deklaratywnie uznawany za najwyższy miernik wartości moralnych i regulator stosunków międzyludzkich (21). Wydaje się, iż owa specyfika polskiego katolicyzmu miała - zdaniem konfederatów - polegać na jego zdecydowaniu i sile. W religii szukali oni oparcia dla realizacji bardzo ambitnych celów politycznych, dlatego też eksponowali tylko te elementy doktryny, które mogły im sprzyjać. Postulowali także zmianę charakteru polskiej religijności, co miało pociągnąć za sobą zmiany w polskim charakterze narodowym i w systemie wyznawanych przez naród wartości. Pisali: "(...) Nasz Naród dlatego ponosi ciągłe klęski, że bawimy się w filozoficzne rozważania, że tworzymy plany, ale nie czujemy powołania, aby je realizować" (22).
Inne, nie oparte na katolicyzmie światopoglądy, konfederaci stanowczo odrzucali oświadczając, iż jedynie Polak-katolik jest prawdziwym Polakiem, a z drugiej strony najbardziej wartościowym chrześcijaninem, który nie uległ skażeniu przez protestancki kult pieniądza, pozostając wiernym katolickim (tj. prawdziwie chrześcijańskim) korzeniom kultury europejskiej (23). W związku z tym to właśnie Polakom, jako "narodowi wybranemu" przypada misja społeczno-moralnej przebudowy współczesnego świata. Misja ta pozwala im na nieliczenie się, a nawet na ograniczanie specyfiki i odrębności innych narodów (24), także przy użyciu siły, którą konfederaci uznawali za godny środek służący realizacji ich celów (25). Gloryfikowanie katolicyzmu i jego znaczenia w dziejach narodu nie wykluczało jednak subtelnej krytyki samej instytucji Kościoła lub chociażby pomijania milczeniem jego roli (26) oraz otwartej krytyki ugrupowań politycznych i ruchów społecznych, które określały się jako katolickie, zaś swój program opierały na nauczaniu społecznym Kościoła (27). Więcej niż o nim pisano w tym środowisku o umiejętności Polaków do łączenia "(...) transcendentalizmu religijnego z interesem narodowym" (28).
Należy zaznaczyć, iż wszelkie działania (szczególnie zaś te służące realizacji celów narodowych) powinny mieć - zdaniem publicystów KN - charakter spontaniczny i wynikać z odczuć i woli, z osobistego przeżycia właściwości i potrzeb narodu (29). Podstawową więc zasadą w tym przypadku powinno być opieranie się na subiektywnych odczuciach i wrażeniach, na osobistym zdaniu o danym zjawisku, a nie analizie jego sensu (30). Wszelkie bowiem dociekania istoty rzeczy ograniczone są interesem narodowym i poprzez jego pryzmat powinny być weryfikowane. Dlatego ich odczytywanie powierzone winno być elicie narodowej, która najlepiej rozumie naród i jego potrzeby. Tej to awangardzie narodu każdy Polak powinien się bezwzględnie podporządkować, gdyż naród powinien działać jak jeden organizm, organizm, którego wszyscy są członkami, elita zaś mózgiem (31).
Zarysowane powyżej podejście charakteryzuje także ogólny stosunek ideologów KN do racjonalizmu. Za praktycznie niemożliwe uznali oni zbudowanie na jego podstawie pozytywnego programu społecznopolitycznego, a tym bardziej wydajnego ustroju. Koncepcje oparte na surowym rozumowaniu mogą, ich zdaniem, przyczyniać się jedynie do dalszego pogłębiania chaosu we współczesnym świecie (32). Stąd też w publicystyce KN bierze się zapewne ostra krytyka inteligencji, jako warstwy bezproduktywnej i oderwanej od rzeczywistości (33), której wiedzę, czy umiejętności należy podporządkować raczej realizacji celów narodowych (34), tj. przede wszystkim skierować jej energię na prace nad narodowym uświadomieniem warstw ludowych (35).
Wartościowe, zdaniem konfederatów, jest jedynie emocjonalne podejście do rzeczywistości społecznej - podejście takie powinno charakteryzować przede wszystkim stosunek jednostki do narodu (36). Stosunki na tej linii nie mają, jak twierdzili konfederaccy ideologowie, nic wspólnego z relacjami podległości. Nie może tak być, gdyż przyjęto przecież w tym środowisku koncepcję, iż naród jest zbiorem jednostek o podobnej mentalności i cechach, a więc interesy narodowy i jednostkowe powinny się ze sobą po prostu pokrywać. Prawdziwy Polak utożsamia się z narodem przyjmując zarazem za swoje jego cele i interesy. Jak pisze S. Faliński "(...) tożsamość ma polegać na wyzbyciu się tej tożsamości i indywidualności, ponieważ indywidualność ma polegać na przyjęciu i realizowaniu, emocjonalnych, a w sposób metafizyczny określonych ideałów" (37). Innymi słowy ujmując, naród ma być "rojem" (38) tak samo myślących, a co więcej tak samo czujących "pszczół" (39).
Innym kluczowym zagadnieniem ideologii KN było niewątpliwie pojęcie wroga, czyli czynnika zakłócającego konstruktywne dążenia narodu. Dla konfederatów wrogiem takim był, przez wieki istnienia Polski, "żyd" (40), będący mistycznym uosobieniem kosmopolityzmu (41). To właśnie przedstawicieli tego narodu obciążali oni winą za powstanie wszelkich szkodliwych, ich zdaniem, dla narodu idei, światopoglądów i organizacji - przede wszystkim komunizmu, socjalizmu, liberalizmu i masonerii (42). W tym świetle jasnymi stają się, tak często występujące w publicystyce omawianego ugrupowania, hasła typu: "Niemcy i żydzi podpalili świat, razem muszą spłonąć", "Żyd nie wróci", czy "Hitleryzm i komunizm [tzw. żydo-komuna - A.P.] to jedno" (43). Bardziej zrozumiałymi stają się też i takie słowa, napisane w okresie likwidacji getta warszawskiego: "Polska zostanie odżydzona. Pozbędziemy się elementu pod każdym względem szkodliwego, elementu, który w życiu politycznym był zawsze wrogo do Polski nastawiony, który zabagniał nasze życie kulturalne, i którego rola w życiu społeczno-gospodarczym była również niezmiernie szkodliwa, powodując między innymi zwichnięcie struktury socjalnej Narodu Polskiego" (44). Należy niewątpliwie zgodzić się z S. Falińskim, że ta "irracjonalna konstrukcja Żyda wydaje się niezbędna dla utrzymania spójności (...)” światopoglądu budowanego przez KN (45).
KN, jako ugrupowanie o antyracjonalistycznym nastawieniu, z dużą niechęcią odnosiła się do wszelkich konstruktów społecznych i gospodarczych wyrosłych na gruncie tego prądu umysłowego. Krytyce poddało to środowisko zarówno liberalizm, jak i komunizm; demokrację i totalizmy. W zamian konfederaci proponowali zupełnie nowy, korporacyjny ustrój oparty na nowej koncepcji filozoficznej, na "uniwersalizmie” (46).
Liberalizmowi ideologowie KN zarzucali brak zdolności do takiego działania, które umożliwiłoby właściwe funkcjonowanie i rozwój narodów (47) - kapitalizm zaś postrzegali jako formację sztucznie dzielącą naród na klasy (48). Z drugiej strony komunizm oskarżali o to, iż wielu kapitalistów zastąpił jednym - państwem, które wykorzystuje robotników z jeszcze większą bezwzględnością, dążąc przy tym do unicestwienia samego narodu jako podstawy przedkomunistycznej cywilizacji (49).
Konfederaci, odrzucając liberalizm i komunizm, pragnęli stworzyć dla swojego narodu zupełnie nowy system społecznogospodarczy - system sprawiedliwy i wydajny, którego fundamentem byłby naród, jako "(...) historyczna i zasadnicza forma więzi społecznej" (50). Wszelkie grupy tworzące się w narodzie, ze względu na podział ról społecznych, miały w tym celu podporządkować się dobru wspólnemu, czyli narodowi (51). Oczywiście pojednanie takie mogli zakłócić wrogowie narodu, za których uznano wszelkie grupy obce etnicznie (przede wszystkim te nastawione kosmopolitycznie) (52). Z tego też powodu postulowali dążenie do stworzenia społeczeństwa jednonarodowego, którego pełnoprawnymi członkami byliby jedynie ci Polacy, którzy należeliby do organizacji politycznej stworzonej przez KN (53). W celu zorganizowania owego jednolitego narodowo społeczeństwa planowano ograniczenie w prawach obywatelskich, bądź usunięcie z Polski, wszystkich Żydów i Niemców oraz asymilację pozostałych mniejszości narodowych, uznawanych zresztą, jak to miało miejsce np. w przypadku Białorusinów, za "szczep", część narodu polskiego (54). Należy jednak podkreślić, iż choć KN bardzo niechętnie odnosiła się do mniejszości narodowych, w tym przede wszystkim do Żydów, to nie planowała wzorować się na hitlerowcach w sposobach "rozwiązania kwestii żydowskiej". W publicystyce konfederackiej nie odnajdziemy żadnych śladów projektów eksterminacji tego narodu. Myślano natomiast bądź to o jego izolacji (getta (55)), bądź o przesiedleniu nad Wołgę (56).
W budowie jednonarodowego społeczeństwa szczególną rolę miało, według konfederatów, odegrać chłopstwo (57) jako grupa "(...) najbardziej biologicznie polska" (58), ta część narodu, która przechowała, w nieskażonej formie, polskie obrzędy, podania, legendy, pieśni i stroje (59) - a ponadto stanowiąca przeważającą część narodu (60). Jedynie przez całkowite zespolenie nacjonalizmu z ruchem chłopskim - jak uważali konfederaci - można doprowadzić w Polsce do rozbudzenia, tak jej potrzebnej, "dynamiki społecznej" (61). Warstwa ta jest ponadto ostoją, podstawowej dla istnienia narodu wartości, jaką jest rodzina.
Zagadnienie rodziny jest kolejnym osiowym problemem ideologii konfederackiej, gdyż to właśnie jej kształt ma decydować o obliczu całego narodu. Musi więc znaleźć się ona, co naturalne, w centrum zainteresowania przyszłego państwa polskiego (62). Ma być ona katolicka (oczywiście jej katolicyzm powinien być zgodny z rozumieniem tego terminu przez KN) i patriarchalna, gdyż "(...) kobieta jest równa mężczyźnie tylko pod tym względem, że posiada tą samą naturę ludzką, że jest człowiekiem. Różni się natomiast całą tęczą właściwości zarówno fizycznych jak i psychicznych. Psychika [bowiem - A.P.] kobiety nie jest ani niższą, ani wyższą niż u mężczyzny - jest inna" (63). Dlatego też w rodzinie konieczny jest ścisły podział ról. Mężczyzna z racji swych predyspozycji ma zabiegać o środki na jej utrzymanie, zaś kobieta, zgodnie ze swoją naturą i powołaniem zabiegać o "ciepło domowego ogniska" i taką atmosferę, by umożliwić mężowi, poza pracą zawodową, także udział w życiu publicznym narodu. Najważniejszym obowiązkiem matki i żony ma być jednak wychowanie swojego potomstwa w odpowiednim, tj. narodowokatolickim duchu, gdyż od tego zależy przyszłość narodu (64).
Nie tylko jednak na kobietach spoczywa obowiązek wychowania młodych Polaków. Zadaniem tym ma zajmować się także państwo, którego rolą jest dbanie o wykształcenie w młodzieży odpowiedniego i jednolitego światopoglądu oraz rozwijanie w niej typowo polskich cech, silnego charakteru i wszelkich właściwości warunkujących siłę i energię (65). Celem takiego wychowanie miało być ukształtowanie człowieka bezwzględnie realizującego interesy narodowe (tożsame zresztą z jego własnymi celami) i przez to dążącego do samorealizacji (66). Tak więc jednostki, które mają tworzyć naród, mają być silne zarówno fizycznie, by mogły sprostać zadaniom stawianym im przez społeczeństwo, jak i duchowo, co wyrażać się miało bezkrytycznym i bezwzględnym przyjęciem narodowego światopoglądu za własny. Tak wymodelowany człowiek, zdaniem konfederatów, będzie potrafił samodzielnie znaleźć i zastosować środki do realizacji narodowych celów (67). Należy jeszcze raz podkreślić, iż konfederaci postulowali takie wymodelowanie sylwetki moralnej Polaka, by umiał on utożsamiać cele ogólne z celem indywidualnym, a utożsamienie to wynikałoby z przyjęcia "jednolitego poglądu na świat", tj. światopoglądu, który jednostka uznawałaby za własny. Miało to być tym prostsze, że naród miał składać się z jednostek podobnych pod względem biologicznym i jednolicie wychowanych - jednostki te więc musiałyby podobnie myśleć i odczuwać. Ważnym łącznikiem miał być też, jednolicie i irracjonalnie postrzegany, cel wszystkich działań narodowych - czyli dobro narodu, który tym łatwiej będzie osiągnąć im bardziej we wszystkich jednostkach uwidoczni się specyficzna i jednolita "dusza polska" (68).
Nie należy zapominać jednak, iż konfederaci wymagali od Polaków nie tylko zdecydowania i jednolitości w działaniu, ale też przestrzegania pewnych standardów moralnych w dążeniu do osiągnięcia celów narodowych. Podstawą tego systemu aksjologicznego miało być, rzecz jasna, chrześcijaństwo. Oczywiście chrześcijaństwo w rozumieniu KN, tj. takie, które zaakceptowałoby apologizowane przez to ugrupowanie "(...) odwieczne pragnienie walki właściwe każdemu mężczyźnie" (69) i "specyficznie polską cechę charakteru" – imperializm (70).
Można więc stwierdzić, iż "nowy Polak", w rozumieniu KN, miał być człowiekiem czynu, pełnym energii, chęci i umiejętności praktycznego działania, działania służącego realizacji celów narodowych. Miał rozwinąć się w nim instynkt walki i poczucie mocy oraz zdolność działania w grupie i dla grupy. Wszelkie jego postępowanie powinno wynikać nie z przymusu, czy z konieczności wypełniania rozkazów, ale z uwewnętrznionego uprzednio światopoglądu (jednolitego w jednolitym narodzie), który nakazuje działanie dla dobra narodu, dobra, do osiągnięcia którego wieść mają zalecenia najlepszej jego części - elity. Sylwetka taka miała w pełni oddawać, głoszony przez konfederatów, "ideał rycerski" (71).
Obok rodziny bardzo ważną rolę w życiu narodowym miała odgrywać armia rozumiana nie tylko jako formacja zbrojna, ale także jako określona światopoglądowo struktura społeczna, będąca z jednej strony istotnym czynnikiem życia społecznego, a z drugiej nawet jego animatorem. Wyłącznym więc celem owej "armii ideowej", "narzędzia imperialnego Polski" (72) miała być służba dobru narodu, realizowanie "dogmatów polskiej racji stanu", do czego przyczynić miał się walnie, ogarniający ją "duch twórczej agresji" (73). W sytuacji braku niepodległego bytu narodowego zawiązką przyszłej armii narodowej miały stać się Oddziały Uderzenia (74). Do zadań tej formacji zbrojnej należała nie tylko orężna walka o niepodległość, ale także kształtowanie nowego typu Polaka, jako człowieka, "(...) który nie uznaje żadnych przeszkód psychicznych, który wie, że wolą można łamać wszystko. Typ człowieka, który żyje aby realizować ideę. Jeżeli do realizacji potrzebna śmierć - to śmierć. Uderzenie [tj. przenikający Oddziały Uderzenia "duch Uderzenia" - A.P.] daje nie tylko dowódcę liniowego lub sztabowego, daje świadomego idei organizatora rzeczywistości przez osiągnięcia w polu. Uderzenie uczy: walczyć należy i można we wszystkich warunkach. Nic nie zostaje na barkach losu. Los to modlitwa, wola i pistolet maszynowy [podkr. - A.P.]" (75).
Innym ważnym czynnikiem budowania jedności i spójności narodu miała być kultura, zgodnie zresztą ze słowami Cypriana Kamila Norwida: "Artysta jest organizatorem wyobraźni narodowej" (76). Tak więc i twórcy kultury mieli przyczyniać się do budowania jednolitego poglądu na świat - podporządkowując swoje działania, definiowanym przez elitę narodową, celom ogólnym. Postulat taki wyklucza oczywiście jakąkolwiek wielokierunkowość w kulturze (77) (szczególnie niepożądane są jakiekolwiek wpływy obce (78)). Cała twórczość w przyszłej Polsce miała, według konfederatów, być inspirowana przez "(...) jedną dominantę, wyłonioną z jednej, przyjętej przez świadomy siebie Naród misji światopoglądowej" (79).
Powyższe dyrektywy odnoszące się do kultury i jej twórców skutkowały podobnymi postulatami odnośnie całej inteligencji, warstwy, która przecież mogła chcieć myśleć inaczej, co oczywiście było nie do przyjęcia. Dlatego konfederaci pragnęli "(...) doprowadzić do tego, by otrząsnęła się [ona - A.P.] z dekadencji psychicznej, tchnąć w nią nowoczesną wiarę narodową, która ujmując wiekuisty proces życia potrafi uzdolnić ją do właściwego działania" (80).
KN pragnęła więc zbudować naród od nowa. Miała by to być społeczność jednolita biologicznie i duchowo. Nie byłoby w niej miejsca na dyskusje światopoglądowe, czy polityczne, podobnie jak na jakiekolwiek podziały wewnętrzne. Jednym słowem konfederaci dążyli do przekształcenia narodu w monolit, u którego podstaw leżałaby rodzina.
Rodzina, jako podstawa narodu, miała być także podstawą systemu gospodarczego planowanego przez konfederatów. Swoją wizję w tym zakresie oparli oni na powszechnej własności prywatnej, która miała zapewnić większą wydajność i stanowić podstawę wolności jednostki. Miał to być jednak system różny od kapitalizmu (ze względu właśnie na powszechność własności), gdyż likwidowałby rozdzielność własności i pracy (81). Podstawą tego systemu miało stać się indywidualne, rodzinne gospodarstwo-warsztat, a wszystkie warsztaty tworzyłyby ogólną gospodarkę narodową (82). Część tych warsztatów miała zostać przejęta od - z założenia przeznaczonych do wysiedlenia - Żydów i Niemców (83). Podobnie planowano urządzić wieś. Produkcja rolna miała być bowiem oparta o duże, pełnorolne, posiadające jednego właściciela i niepodzielne gospodarstwa (84). Powstało jednak pytanie skąd wziąć ziemię na obdzielenie chłopstwa. Zdaniem konfederatów sama parcelacja wielkiej własności ziemskiej nie mogła rozwiązać sprawy (85). Poza tym niezgodna byłaby z zasadą solidaryzmu narodowego. Dlatego też wysunięto program zdobycia, czy też raczej odebrania ziemi (86) oraz komasacji gruntów na terenie II RP i przesiedlenia na nowe ziemie wywłaszczonych w ten sposób chłopów (87). Nie bez znaczenia i w tym przypadku okazały się argumenty natury historiozoficznej oraz religijnej. Pisali bowiem: "Naród polski przez stulecia bronił Europy i chrześcijaństwa przed najazdami dzikich hord ze wschodu (...). Ta nasza wielka zasługa, to dziedzictwo krwi przelanej za dobrą sprawę daje nam wielkie prawa. Daje nam prawa do opustoszałych ziem na wschodzie, daje nam prawa do odebrania ziem podstępnie nam wydartych" (88).
Powyższy program nie zakładał jednak likwidacji wielkiego przemysłu, a jedynie deproletaryzację Polski (89) deproletaryzację, którą postulowały także encykliki społeczne Leona XIII i Piusa XI. Planowano to uzyskać przez dopuszczenie pracowników przemysłowych do zysku, co miało doprowadzić do przekształcenia dużych zakładów pracy w "(...) przedsiębiorstwa gromadzkie, w których robotnik jest nie tylko najemnikiem, ale i bezpośrednim właścicielem" (90). W ten sposób próbowano pogodzić interesy dotychczasowych właścicieli i robotników w imię jedności i jednolitości narodu, szczególnie, że ci pierwsi mieli być dopuszczeni także (niejako w zamian za pozbawienie ich olbrzymiej części zysku) do własności zdobytej w ramach planowanych podbojów, czy wywłaszczeń elementu obcego narodowo (91). Właścicielem (a prawo własności, zgodnie z nauczaniem społecznym Kościoła, traktowano jako jeden z fundamentów wolności) mógłby zostać jedynie Polak, który swoją działalność prowadziłby z uwzględnieniem zasad solidaryzmu narodowego (92), gdyż, jak pisali: "Możliwość trwałego usunięcia krzywdy i wyzysku ekonomicznego zależy w małym stopniu od takiej, czy innej postaci prawa własności. Decyduje, kim jest właściciel, czy odczuwa on nakazy etyczne, obowiązujące go jako członka wspólnoty narodowej" (93).
Z założenia, iż cała gospodarka musi być w pełni podporządkowana interesom narodu konfederaci wywiedli wniosek, iż należy poddać ją ścisłej kontroli państwa, które będzie ją regulować poprzez system podatkowy i politykę banków należących wyłącznie do niego (94). Nie ma więc w tym systemie miejsca na wolną konkurencję. Jest natomiast centralne planowanie, którego podstawowym celem miało być skrócenie drogi produktu od producenta do odbiorcy (eliminacja "nadmiernej" liczby pośredników), co ma doprowadzić do likwidacji nieuzasadnionego, zdaniem konfederatów, zysku (95). Jedynym pośrednikiem miało stać się państwo, które dodatkowo określać miało, co i w jakiej ilości będzie produkowane (96). Z jednej strony więc miało zapewniać dostawy materiałowe i surowcowe, a z drugiej organizować zbyt (97).
W przypadku systemu gospodarczego proponowanego przez KN należy zwrócić szczególną uwagę na dwie jego cechy charakterystyczne. Pierwszą z nich jest ekspansjonizm (98), który zakłada, iż dobro narodu, tak jak je rozumieli konfederaci, usprawiedliwia wywłaszczenia żywiołów obcych narodowo i zdobywanie nowych terenów kosztem innych narodów. Drugą zaś cechą jest dążenie do pełnego podporządkowania sfery gospodarczej państwu, tj. poddania jej kierownictwu najlepszej części narodu, elity (99). Należy też zauważyć, iż w systemie tym jednostka pozbawiona byłaby możliwości swobodnego zrzeszania się w ramach organizacji pozostających poza kontrolą państwa, co zresztą dla człowieka ogarniętego przez ideę narodową, tak jak ją rozumiała KN, nie miało stanowić żadnego problemu.
KN postrzegała państwo jako najwyższy stopień organizacji narodu - zasadnicze narzędzie w jego walce o przetrwanie, w boju z siłami antynarodowymi i innymi nacjonalizmami, które wszak niejako ze swej natury wzajemnie się zwalczają. By wypełnić swoje zadania państwo miało być jak najbardziej jednolite i obejmować całość życia narodu. Miało mieć decydujący głos nie tylko w sferze kultury czy gospodarki, ale też w zakresie wyznawanego przez jednostki światopoglądu. Państwo, jak najbardziej - zdaniem konfederatów - ma do tego prawo, jest przecież swoistą emanacją narodu, taką formą jego bytu, która ma określać środki realizacji jego dobra (dobra ogólnego) (100). Aby móc realizować swoje cele państwo powinno być tak zorganizowane, by działać szybko i sprawnie. Zdaniem konfederatów taki typ organizacji może zapewnić tylko jego zhierarchizowanie (101)
Jak z powyższego wynika konfederaci zdecydowanie odrzucali demokrację, którą uważali za nic innego jak zalegalizowaną anarchię. Wraz z jej odrzuceniem, co oczywiste, w ideologii KN zanegowano wszelkie jej instytucje, w tym m.in. związki zawodowe, które w państwie narodowym (jak wspominałem już wcześniej) nie miały żadnej racji bytu (102). Ich miejsce miały zająć, kontrolowane przez państwo, organizacje korporacyjne, będące - w mniemaniu konfederatów - wyrazicielem interesów całego narodu, a nie poszczególnych jego części. Znikłby bowiem w ten sposób podział na pracodawców i pracobiorców (103).
Nowa Polska miała być więc państwem nie demokratycznym, a "Państwem Narodowym", zhierarchizowanym, silnym i scentralizowanym, państwem, w którym wszelkie organy władzy pochodziłyby z nominacji, a nie z wyborów i gdzie nie istniałby podział na władzę ustawodawczą i wykonawczą, a które kierowałoby się hasłem: "Przez Polskę Narodową do Polski Katolickiej a nie odwrotnie" (104). Na czele tak rozumianego państwa stać miał "Zwierzchnik Państwa" o niezwykle rozległych kompetencjach, który sam określałby długość swojej kadencji i wyznaczałby swego następcę. Władza jego miała mieć charakter "patrymonialny" (105), tzn. miał on pełnić rolę "opiekuna" i "arbitra" (106). Do niego to miało należeć podejmowanie wszelkich ostatecznych decyzji dotyczących państwa i narodu, gdyż to on stanowiłby niejako jego esencję (107). Wywodzić miał się on z samokreującej się elity narodowej, w skład której wyszłyby jednostki najlepiej reprezentujące i realizujące interesy narodowe (108). Objęcie zaś władzy miałby on zawdzięczać czynowi i reprezentowanym przez siebie wartościom (109).
Zgodnie z myślą konfederatów tylko tak zbudowane i rządzone państwo mogło zapewnić narodowi bezpieczeństwo i rozwój. Rozwój ten rozumiano m.in. jako ekspansję i budowanie imperium (110), którego stworzenie uznali oni za nieodzowny warunek przetrwania Polski we współczesnym świecie. Wywiedli oni bowiem z obserwacji aktualnej rzeczywistości wniosek, że istnieć i rozwijać się mogą tylko duże, sprawnie rządzone organizmy państwowe – imperia (111). Stąd też wynikała ich zdaniem konieczność budowy takiego imperium z centrum w Polsce, budowy "Imperium Słowiańskiego" (bloku rasowo-geopolitycznego), które byłoby gwarantem pokoju w Europie zapewniając równowagę sił w południowo-wschodniej jej części - stając się realną siłą zdolną oprzeć się potędze "odwiecznych wrogów Polski i całej słowiańszczyzny", czyli Niemcom i Rosji (112). Państwa te zresztą miały w perspektywie ulec całkowitemu rozbiciu, przy czym Rosję (bez względu na ustrój jaki by w niej nie panował) planowano zamknąć w granicach "etnograficznego Księstwa Moskiewskiego" (113).
Oczywiście główną rolę w budowie "Imperium Słowiańskiego" odegrać mieli Polacy. Są oni do tego, zdaniem konfederatów, szczególnie predestynowani ze względu na swoją wyjątkowość (114), ze względu na fakt, iż są "sumieniem Europy" (115), zaś Polska "Matką Narodów" (116). Jak pisali: "(...) treścią imperializmu polskiego jest służba dobru świata. Mocą jego jest oparcie się na niewzruszonej pewności własnych pobudek moralnych" (117). Dlatego też "Imperium Słowiańskie" powołane być miało przez Polskę i to ona, jako kraj najbardziej "świadomego" narodu, a ponadto państwo panujące nad osią Bałtyk - Morze Czarne (118) - stanowić miała jego centrum polityczne, gospodarcze i kulturalne (119). Widać w tym twierdzeniu wyraźne pierwiastki myśli mesjanistycznej (120). Owo poczucie misji danej pokoleniu konfederatów przez Boga przewija się w wielu publikacjach tego ugrupowania (121).
Obok mesjanizmu, drugim czynnikiem konstytuującym ideę imperialną był zapewne, w szczególny sposób pojmowany przez konfederatów, panslawizm (122). Pansłowiańska misja Polaków wynika przede wszystkim z faktu, iż "(...) noszą [oni - A.P.] w swych piersiach drzemiące nasienie innej kultury, przyszłej słowiańskiej; kultury, która łączy optymizm twórczości przekształcającej świat i kontemplacje najwyższego dobra w jednej zasadzie naśladowania twórczości Bożej" (123).
Warto także zaznaczyć, iż przodownictwo Polski w imperium, w którym katolicyzm byłby "wyznaniem panującym spośród równouprawnionych" (124), miało przyczynić się do odnowienia oblicza moralnego narodów wchodzących w jego skład. Podobną rolę Polska miała odegrać także w stosunku do pozostałej części Europy, która pod jej duchowym przewodnictwem wejść miała w nową, prawdziwie "łacińską" i chrześcijańską, epokę. Była to więc misja dziejowa nazwana przez ideologów KN "ideałem zewnętrznym" (125).
Jak z powyższego wynika konfederaci argumentowali swoje koncepcje imperialne czynnikami natury religijnej. Planowane dzieło porównywali do misji cywilizacyjnej, tj. niesienia narodom słowiańskim, a później całej Europie prawdziwej, tj. katolickiej cywilizacji, prawdziwie chrześcijańskiej kultury. Oczywiście zadawali sobie także pytanie, czy tego typu postępowanie zgodne jest z ogólną linią katolicyzmu. Dylemat ten rozwiązano rzecz jasna na korzyść idei imperialnej. Jeden z publicystów tego obozu pisał: "Imperializm nie jest sprzeczny z katolicyzmem. Imperializm da się pogodzić z pojęciem katolika i jego tezy mogą stanowić wytyczne jego życia politycznego. A to dlatego, ponieważ pomiędzy katolicyzmem a (...) współczynnikami imperializmu (...) nie ma najmniejsze sprzeczności. Raczej sprzeciwie. Katolicyzm bowiem uznaje władzę i władztwo. (...) Wszelka władza pochodzi od Boga (poucza św. Paweł Kościół pierwszych wiernych). (...) I dlatego imperializmowi jako takiemu Kościół nigdy się nie sprzeciwia, jakżeby mógł? Ilekroć zarys jego potęgi wyłaniał się z chaosu dziejów, zawsze usiłował błogosławić mu, nałożyć mu stygmat szlachectwa, świętości. >>In manu tua ... imperium omnium<< tak zawsze się modlił" (126). Dalej zaś kontynuował: "Potępieniu przez Kościół może ulec tylko to, co jest złe, co paczy dobro, co jest zaprzeczeniem, nadużyciem, omamianiem. Jeżeli coś znaleźć można w orzeczeniach Kościoła, to jedynie piętnowanie złego imperializmu, źle pojętego lub nadużytego. O tak, tak samo, jak się znajduje w jego bullach piętnowanie i potępianie religii u katolików, ale źle użytej, względnie nadużytej" (127).
Odwołanie się do religii, poszukiwanie uzasadnienia głoszonych przez siebie tez w oparciu o transcendencje, spowodowane było zapewne wieloma względami. Należy pamiętać, iż KN uważała się i pragnęła być postrzegana jako ugrupowanie katolickie, opierające swoją ideologię polityczną właśnie na religii i prezentowanym przez katolicyzm systemie wartości. Z drugiej strony takie stawianie sprawy miało zapewne także swój wymiar praktyczny. Religię bowiem traktowało to środowiska także nośnik treści patriotycznych, co z jednej strony rozumiano jako depozyt wartości uniwersalnych (uniwesalistycznych), a z drugiej nacjonalistycznych. Wykorzystanie tych aspektów katolicyzmu polskiego miało więc niebagatelne znaczenie, nie tylko zresztą dla KN, w sytuacji gdy Kościół ponownie stał się jedynym miejscem, w którym (co prawda w bardzo ograniczony sposób) mogła manifestować się polskość.
Filozoficzną podstawą głoszonych przez KN tez programowych miała stać się, wypracowywana przez to ugrupowanie, jakościowo nowa teoria społecznoustrojowa - "uniwersalizm". Zarys jej znajdujemy w dwuczęściowej pracy, związanego z konfederatami, wspomnianego już ks. Józefa Warszawskiego pod takim właśnie tytułem. W części pierwszej wspomnianej pracy, autor poddał krytyce wszystkie dotychczasowe ustroje społecznopolityczne i ich podstawy filozoficzne. Ks. Warszawski wyraźnie wskazywał na pierwiastek destrukcyjny i antynarodowy - "żydostwo" jako inspiratora zarówno prądów indywidualistycznych, jak i totalnych. Pisał: "(...) należałoby (...) koniecznie uwzględnić tzw. czynnik zakulisowy dziejów europejskich (a dziś już wszechświatowych) tj. żydostwo, działające kierowniczo czy to przez masonerię, czy bez niej, na ogół wszystkich prądów polityczno-gospodarczych tak indywidualizujących, jak totalizjących i ciągnące z niej zyski dla własnej kieszeni" (128).
Systemy antynarodowe miał więc zastąpić nowy system polityczno-gospodarczy oparty na nowej filozofii społecznej, którą ks. Warszawski określał jako "(...) prąd myślowy [, który - A.P.] wyraża się i oznacza dążność umysłu do obięcia wszystkiego z pominięciem jednostronności. Nakrywać ma się w swej wypadkowej z mądrością, jako nauką całościową w przeciwieństwie do wiedzy, która jest partykularna, fragmentaryczna, częściowa. Jako przedmiot stanowi bezpośrednią naukę o społeczeństwie, którą ujmuje jako nadorganicznie uczłonkowaną całość. Pośrednio zaś jako światopogląd obejmujący wszystkie dziedziny życia i bytu, wszystkie ich naukowe ujęcia, nadając im piętno zwartej, zharmonizowanej syntezy i powszechnej jednolitości" (129). Tak więc miał to być system totalny - system odpowiadający na wszystkie pytania wynikające z bytu, system dający człowiekowi kompletny światopogląd będący uogólnieniem wiedzy cząstkowej - mądrością, system, którego przyjęcie pozwalałoby jednostkom na "luksus" braku wszelkich wątpliwości odnoszących się do świata tu i teraz, czy hierarchii wartości, system pozwalający jednostkom przenikniętym "najbardziej dynamizującą siłą jaką jest nacjonalizm" (130) na realizację, bez najmniejszej wątpliwości słusznych, wynikających z niego celów. Celów, których realizacja służyć miała, rzecz jasna, realizacji dobra wspólnego rozumianego jako dobro narodu (131). Oczywiście system taki musiał mieć swoich twórców, którymi niewątpliwie mieli zostać "najbardziej wartościowi" Polacy - elita narodowa (132).
Niezwykle trudno byłoby dać całkowitą wykładnie ideologii stworzonej przez krąg osób związanych z B. Piaseckim w okresie wojny i okupacji. Podstawowym tego powodem jest sama sytuacja w jakiej powstawała. Wojna to czas kiedy zawieszeniu niejako ulegają wszelkie wartości, kiedy rozpada się cały dotychczasowy świat jednostek i społeczeństw - wojna wymaga więc nowych rozwiązań ideologicznych zdolnych przezwyciężyć te trudności. Jako zjawisko dynamiczne, wojna wymaga od polityków, strategów i ideologów szybkiego reagowania na ważkie wydarzenia z nią związane. Stąd stała ewolucja programów i koncepcji. Owa dynamika wspólna jest ogółowi środowisk ideowopolitycznych. Sytuacja KN jest o tyle jednak wyjątkowa, że było to ugrupowanie młode, ugrupowanie, które nie zdążyło, w okresie trwania II Rzeczypospolitej, do końca wykrystalizować własnej ideologii. Braki te musiało nadrabiać już w warunkach skrajnie temu niesprzyjających.
Podobne trudności napotkamy, gdy będziemy chcieli "sięgnąć w głąb", odnaleźć światopoglądowe inspiracje prezentowanej przez KN ideologii. Niewątpliwie w dużej mierze były to inspiracje natury religijnej. Wystarczy wspomnieć tu chociażby negatywny stosunek do racjonalizmu i postulat oparcia rzeczywistości społecznej o pierwiastek irracjonalny, czy duchowy. Wskazuje na to też specyficzna mistyka, którą częstokroć przesycone są publikacje tego ugrupowania i związany z nią mesjanizm. Czy w końcu należy wskazać na deklarowany przez konfederatów, jako podstawa ich ideologii, katolicyzm. Myślę, iż warto zadać sobie pytanie czy rzeczywiście był to katolicyzm, a jeżeli tak to jaki? By móc na nie odpowiedzieć powinniśmy przyjrzeć się relacjom między ideologią narodoworadykalną a katolicyzmem w okresie międzywojennym.
Przełomowym momentem w procesie zbliżania się polskiego nacjonalizmu do katolicyzmu był rok 1925 (133), kiedy to Młodzież Wszechpolska - organizacja endecka, w której szeregach istotną rolę odegrali niektórzy z późniejszych narodowych radykałów - w swej deklaracji ideowej, w miejsce (niedopuszczalnego z katolickiego punktu widzenia) sformułowania, iż naród jest najwyższym dobrem, zaakceptowała stwierdzenie głoszące, iż religia jest ważnym źródłem moralności na ziemi (134). W następnych etapach rozwoju ideologii endeckiej waloryzacja narodu ulegała dalszym zmianom dochodząc wreszcie do stanu, gdy uznano naród, za najwyższe dobro, ale tylko w zakresie społecznym (135), czyniąc niejako zadość podstawowemu postulatowi katolicyzmu, który właśnie absolutyzowanie narodu uznawał za podstawową przeszkodę w zbliżeniu nacjonalizmu do Kościoła (136). To nowe ujęcie otworzyło drogę szeregowi innowacji ideologicznych prowadzących do pełnej symbiozy tego nurtu ideowego z katolicyzmem (137). Swoistą kontynuacją tego procesu miała być, w rozumieniu jej twórców, ideologia narodoworadykalna.
Mimo jednak tych zabiegów, strona katolicka nie czuła się w pełni usatysfakcjonowana. Dostrzegała ona bowiem pewne dwuznaczności w stwierdzeniu, iż naród jest najwyższym dobrem ale tylko na ziemi (138). W praktyce bowiem formuła ta mogła pełnić rolę sztandaru nie tylko dla nacjonalistów katolików, ale także teistów, czy ateistów (139).
Innym punktem spornym, budzącym wątpliwości myślicieli katolickich, było ignorowanie bądź przemilczanie przez ideologów endeckich znaczącego miejsca jednostki w systemie wartości. Uwidoczniło się to szczególnie w myśli narodoworadykalnej, gdzie eksponowano bardziej naród jako "drogę do Boga" (140) pomijano zaś kwestię prymatu jednostki nad narodem i jej autonomii w stosunku do niego. Jak pisze B. Grott "Myśl narodowo-radykalna starała się przede wszystkim ześrodkować uwagę czytelników eksponujących ją pism na narodzie rozumianym jako wartość po prostu bardzo istotna z punktu widzenia praktycznej realizacji zasad chrześcijaństwa w społeczeństwie" (141). Takie ujęcie problemu znalazło też swoje odbicie w narodoworadykalnych koncepcjach państwa, a zarazem jej części składowej, jaką jest obraz relacji między jednostką a zbiorowością. Należy podkreślić, iż mimo szermowania przez oenerowskich teoretyków hasłem personalizmu, cele jakie w tym względzie stawiała sobie ta formacja nie odpowiadały w pełni wymaganiom katolicyzmu (142). Działo się tak dlatego, iż choć narodowy radykalizm głosił potrzebę pozostawienia poza obrębem oddziaływania państwa osobistych spraw człowieka (także jego życia rodzinnego), to jednak zasadnicze postulaty, co do kształtu jego sylwetki duchowej, nie pokrywały się z celami stawianymi przez personalizm katolicki.
Innym ważkim momentem zetknięcia się doktryny narodoworadykalnej z nauczaniem Kościoła katolickiego była jej część gospodarcza. Ideologia ONR-owska, mimo, iż bliska była pod tym względem rozwiązaniom stawianym przez papieży w encyklikach takich jak "Rerum novarum", czy "Quadragesimo anno", nie w pełni odpowiadała ich wymaganiom. Przede wszystkim narodowi radykałowie domagali się znacznie szerszej skali wywłaszczeń niż dopuszczała to społeczna nauka Kościoła, co podyktowane było chęcią pozbycia się z kraju obcego kapitału i społeczności żydowskiej. Natomiast bardzo pozytywnie przyjęli oenerowcy postulat "solidaryzmu społecznego", jako użyteczny w scalaniu poszczególnych klas społecznych narodu.
Generalnie ujmując należy podkreślić, iż mimo szermowania hasłami katolickimi, w rzeczywistości, ideologia narodoworadykalna przed II wojną światową nie pokrywała się w pełni, a nawet w niektórych miejscach daleka była od postulatów katolickiej nauki społecznej. O wiele bliższa katolicyzmowi była doktryna polityczna ONR "ABC" niż RNR "Falanga". Nigdy bowiem nie głosiła ona otwarcie potrzeby wprowadzenia totalizmu w jakiejkolwiek postaci, brak w niej idei "wodzowstwa", proponowała zaś demokratyczne wybory głowy państwa i niezależność sądownictwa, a całe życie społeczne narodu chciała oprzeć na zasadach moralności katolickiej.
Wydaje się, iż mimo zasadniczej ewolucji programowej, jakiej dokonało środowisko KN w warunkach okupacji, wzajemne relacje między prezentowaną przez nie ideologią a katolicyzmem w stosunku do analogicznej relacji z okresu sprzed września 1939 r. nie uległy większej zmianie. Można to zaważyć studiując kilka zasadniczych punktów tej ideologii.
W chrześcijańskiej hierarchii wartości naród nie może zajmować pierwszego miejsca wśród dóbr ziemskich. Czołowa pozycja należy się tu bowiem osobie ludzkiej oraz rodzinie. Naród stanowić ma jedynie "glebę" dla rozwoju człowieka (143). W efekcie - jak pisze A. Szymański - może on zostać uznany za najwyższe dobro ziemskie, ale tylko w swoim zakresie - czyli tylko jako środek do celu (144). Ma on jednak pewne prawa w stosunku do osoby ludzkiej, które w wyjątkowych, szczególnych sytuacjach, pozwalają mu nad nią dominować. Granice takich sytuacji są ściśle wyznaczone. Dobro bowiem narodu nie jest wartością absolutną (145). Należy je np. poświęcić gdyby wymagało przekroczenia norm religijnych. Dlatego też jednostka w żadnym wypadku nie może być środkiem (przedmiotem) w stosunku do narodu (podmiotu) (146). Poświęcenia się dla niego można wymagać od niej, jako osoby samoistnej, jedynie w wypadku, gdy zagrożone są prawa narodu będące zarazem indywidualną realizacja norm religijnych.
Przedwojenna myśl narodoworadykalna nigdy nie zaprzeczyła bezpośrednio tym poglądom, ale też nigdy nie eksponowała w żaden sposób autonomii jednostki i jej prymatu w stosunku do narodu (147). Ideologowie KN zaś, mimo iż wspominali o wolności jednostki w systemie korporacyjnym, nigdy nie ukonkretnili tego stanowiska, a z całości prezentowanego programu możemy raczej wnioskować, że mimo wszystko miała ona stanowić jedynie środek dla realizacji dobra narodowego.
Bez wątpienia koncepcje ustrojowe są kolejnym punktem stycznym między ideologią narodoworadykalną, a myślą katolicką. Oczywiście katolicyzm odrzucał wszelkie koncepcje ustrojów totalnych (148), a na ówczesnym etapie rozwoju społecznego nauczania Kościoła także w dużej mierze koncepcje liberalne (149). Oparty na liberalizmie demokratyzm akcentuje bowiem zbyt mocno indywidualność ludzką. Przyjmuje, że społeczeństwo składa się ze zatomizowanych jednostek łączących się ze sobą jedynie dla realizacji jakichś celów. W takim wypadku pomijane są naturalne więzi międzyludzkie (150). Przeciwnie totalizmy. Posuwają się one do uznania państwa za byt odrębny od zespołu ludzkiego, z jego absolutyzacją włącznie (151). Jeden z czołowych katolików społecznych II Rzeczypospolitej, ks. bp J. Stepa określił stanowisko Kościoła jako pośrednie między tymi dwiema skrajnymi formami ustrojowymi (152). Szczególnie cenne okazały się jego refleksje na temat totalizmu. Wychodząc z pozycji filozofii tomistycznej ks. Stepa stwierdzał, iż człowiek nie może być w całości "objęty" przez państwo i ma prawo dążyć do osobistych celów. Jednostka bowiem, o tyle służyć może celom grupowym, o ile jest to pożyteczne dla wszystkich jednostek. Wynika z tego, że cele jakie stawia sobie grupa społeczna (także naród czy państwo), nie mogą być sprzeczne z celami jednostkowymi, zaś poza zasięgiem ogółu pozostaje szeroka sfera celów indywidualnych (153). Jedynie ustrój, który w ten sposób ująłby relacje między jednostką a ogółem, uznać można - zdaniem tego myśliciela - za zgodny z nauką Kościoła katolickiego. Jak z tego więc wynika ustrój proponowany przez KN był nie do pogodzenia ze społecznym nauczaniem Kościoła katolickiego.
KN dążyła niewątpliwie do zbudowania społeczno-państwowego monolitu. W ujęciu jej ideologów naród miała stanowić społeczność jednolita etnicznie i światopoglądowo, w pełni identyfikująca się ze swoim państwem (154), któremu mają podlegać wszystkie dziedziny życia społecznego. Generalnie, z publicystyki konfederackiej - jak pisze S. Faliński - wyłania się obraz społeczności, czy raczej człowieka odpodmiotowionego (155). Podmiotem ma bowiem być naród, którego najwyższą emanacją miało być państwo, jednostka zaś przedmiotem, środkiem do realizacji celów ogólnych.
Konsekwencją takiego zdefiniowana narodu był postulat usunięcia wszelkich podziałów poziomych społeczeństwa i zastąpienia ich podziałem, wzorowanym na Średniowieczu (a obecnym także w encyklikach społecznych Leona XIII i Piusa XI) pionowym – hierarchią (156). Skutkuje to m.in. innowacjami programowymi w zakresie organizacji życia gospodarczego, politycznego, czy kulturalnego - a przede wszystkim w zakresie światopoglądu, jaki wyznawać mają jednostki.
Przedstawiony powyżej system S. Faliński nazywa nacjonalistycznym totalitaryzmem o charakterze faszystowskim, którego specyfika wynika z głoszonego przez niego katolicyzmu (157). Bez wątpienia należy zgodzić się z nim w dwóch przynajmniej kwestiach. Po pierwsze KN rzeczywiście głosiła pogląd, iż katolicyzm powinien stać się podstawą narodowego, jednolitego światopoglądu. Po drugie zaś niewątpliwym jest, iż postulowany przez nią system społecznopolityczny ma cechy systemu totalitarnego, mimo odżegnywania się od niego wszystkich przedstawicieli tego środowiska. Wątpliwości budzi jedynie stwierdzenie, iż ideologia konfederacka ma charakter faszystowski, charakter ukrywany pod płaszczykiem katolicyzmu. Zapewne stwierdzenia takie wynikają ze zbieżności niektórych proponowanych przez KN rozwiązań i idei z rozwiązaniami stosowanymi w krajach faszystowskich - z wodzowstwem na czele. Należy jednak pamiętać, iż są to tylko instytucje, podobne, ale nie takie same. W rzeczywistości systemy te różnią się w samych swych założeniach. Pragnę wskazać tylko na jedno z nich - na teorię państwa. O ile bowiem w faszyzmie państwo stanowi centrum całego systemu, a naród jest jedynie wytworem życia państwowego, to w systemie proponowanym przez KN mamy sytuację zupełnie odwrotną - to naród stanowi centrum systemu, państwo zaś istotne jest tylko o tyle o ile stanowi jego "emanację".
Koncepcje ideologów kręgu KN bardziej niż faszyzmowi bliższe są poglądom części polskich katolików - zarówno duchownych jak i świeckich. Jednym z ich przedstawicieli był zapewne ojciec Józef Bocheński. Znajdziemy u niego zarówno postulat wypełniania przez państwo misji religijnej (158), jak i bliskie KN dowartościowanie siły (159) i ekspansjonizmu (160), czy w końcu równie jej bliską wizję państwa "jednokierunkowego" (161), zbliżonego swą postacią do państwa średniowiecznego (162). Bocheński poświęca również wiele miejsca uzasadnieniu zgodności z katolicyzmem afirmowania własnego narodu (163) oraz teorii dobra wspólnego (rozumianego jako narodowe) i konieczności pełnego podporządkowania się jednostek wymogom jego realizacji (164). Swoją wizję opiera on na postulacie reformy katolicyzmu polskiego w myśl słów prymasa Augusta Hlonda "Krzyż i miecz prowadziły Polskę przez dzieje" (165). Miał być to więc katolicyzm generujący w narodzie siłę - siłę potrzebną mu do realizacji jego dziejowego posłannictwa jakim jest obrona i szerzenie chrześcijaństwa i opartej na nim kultury (166).

Przypisy:
1)                  Zarys historii tego ugrupowania zob.: J. Majchrowski, Geneza politycznych ugrupowań katolickich. Stronnictwo Pracy, grupa "Dziś i Jutro", Paryż 1984.
2)                  S. S. Faliński, Ideologia Konfederacji Narodu, „Przegląd Historyczny” 1985/1, s. 57.
3)                  C. Żerosławski, Katolicka myśl o ojczyźnie. Ideowopolityczne koncepcje klerykalnego podziemia 1939-1944, Warszawa 1987, s. 103.
4)                  S. S. Faliński, dz. cyt., s. 58.
5)                  Tamże.
6)                  Por. Życie i śmierć dla Polski, [Warszawa 1942]; Witold Bukowski, Kultura i granice, "Sztuka i Naród" 1942/3-4; Deklaracja, "Sztuka i Naród" 1943/1944/14-15; Warcisław znad Łaby, Imperializm - katolicyzm, "Nowa Polska" 1942/19 (36).
7)                  Henryk z Kijowa, Założenia naczelne stosunków polsko - słowiańskich, "Nowa Polska" 1941/6; Jan ze Smoleńska, Zasada służby narodowi, "Nowa Polska" 1941/2; Jan ze Szczecina, Realizacja Imperium Słowiańskiego, "Nowa Polska" 1941/14; Kazimierz z Dźwińska, Tylko Polska może pokonać Niemcy, "Nowa Polska" 1942/3 (19); Stanisław z Kijowa, Imperialna wspólnota słowiańska a możliwości nowej cywilizacji, "Nowa Polska" 1942/9 (26); Historia żąda radykalizmu, "Nowa Polska" 1942/10.
8)                  Stanisława z Kijowa, dz. cyt.; Historia żąda...
9)                  L. Całka, Wielka ideologia Narodu Polskiego, Warszawa 1940, s. 11.
10)               Stany Zjednoczone i Polska, "Nowa Polska" 1942/33. Por. też: C. Żerosławski, dz. cyt., s. 133.
11)               J. Warszawski, Uniwersalizm, zarys narodowej filozofii społecznej, cz. I, Warszawa 1942, s. 29.
12)               Tenże, dz. cyt., cz. II, s. 29-30.
13)               Piotr z Rostoki, Treść rewolucji narodowej, [Warszawa] 1942, s. 32.
14)               Por..C. Żerosławski, dz. cyt., s. 145.
15)               Stanisław Łomień, Korzenie i kwiaty myśli współczesnej, "Sztuka i Naród" 1942/5.
16)               J. Warszawski, dz. cyt., cz. II, s. 24.
17)               Por. np. tamże, s. 31.
18)               Imperializm znaczy - istnienie Polski, wielkość Słowian, pokój Europy, Warszawa 1941; Życie i śmierć, [Warszawa] 1942.; Adam z Iławy, Duch odradzającej się Armii Polskiej, "Nowa Polska" 1941/5; Henryk z Kijowa, Idea i struktura stosunków między narodami, "Nowa Polska" 1941/6; Jan ze Szczecina, dz. cyt.; Stanisława z Kijowa, dz. cyt.; Oskar z Mińska, Szkoła wyobraźni Żołnierza Uderzenia, "Do Broni" 1942/12; Zawisza z Garbowa, Imperializm i czyn, "Do Broni" 1943/4 (26).
19)               Skrót ideologii KN, [Warszawa] 1941; Andrzej z Połocka, Prawo do ziemi, "Nowa Polska" 1942/1 (15); dz. cyt.; Warcisław znad Łaby, dz. cyt.; Józef z Wrocławia, Wieś polska się nie da, "Do Broni!" 1942/4; Uderzenie jako cel i środek, "Do Broni!" 1942/6; Jurand z Kamieńca, Nowi ludzie do polityki, "Do Broni!" 1942/10; Mieczysław z Głogowa, Gdzie jest ziemia, "Do Broni!" 1942/10; Oskar z Mińska, Szkoła wyobraźni Żołnierza Uderzenia, "Do Broni!" 1942/11; Jan ze Szczecina, Dlaczego musimy walczyć o granicę, "Do Broni!" 1942/21.
20)               Skrót..., s. 2-3; Życie i śmierć..., s. 1-3; Jurand z Kamieńca, Duch czasów nowych a historia, "Nowa Polska" 1942/39; Witold Bukowski, dz. cyt.; Deklaracja.
21)               Por. przyp. poprzedni.
22)               Imperializm i czyn, "Do Broni!" 1943/4 (26).
23)               Skrót...; Życie i śmierć...; Maciej z Gdańska, Przez Polskę Narodową do Polski Katolickiej, a nie na odwrót, "Fakty na Tle Idei" 1941/3; Jacek z Winnicy, Do firmowych działaczy katolickich, "Fakty na Tle Idei" 1941/7; Anna z Kercza, Polski ideał wychowawczy, "Nowa Polska" 1942/4 (20); Warcisław znad Łaby, dz. cyt.
24)               Skrót..., s. 2; Życie i śmierć...; Henryk z Kijowa, Założenia naczelne...; Maciej z Gdańska, Dzieje polskiego imperializmu, "Nowa Polska" 1941/15; Stanisław z Kijowa, dz. cyt.; Jurand z Kamieńca, dz. cyt.; tenże, Nowi ludzie...; Andrzej z Połocka, Mówią liczby, "Do Broni!" 1943/12 (24); Witold Bukowski, dz. cyt.; Kazimierz z Chocimia, Bez tytułu, "Fakty na Tle Idei" 1941/3; Wojciech z Królewca, Jesteśmy uniwersalistami, "Nowa Polska" nr z 14 V 1941.
25)               Życie i śmierć...; Jan ze Smoleńska, Potrzeba nam nowego człowieka, "Do Broni!" 1942/13; tenże Lekcja racji stanu, "Nowa Polska" 1941/5; Jurand z Kamieńca, Idea nowego pokolenia, "Do Broni!" 1943/8; Zawisza z Grabowa, dz. cyt.; Adam z Iławy, Duch odwetu, "Do Broni!" 1943/4; Stanisław Łomień, dz. cyt.;; Maciej z Gdańska, dz. cyt.; Warcisław znad Łaby, dz. cyt.; Kazimierz z Chocimia, Młodzież musi być w szeregu, "Fakty na Tle Idei" 1941/3.
26)               C. Żerosławski, dz. cyt., s. 110.
27)         Por. Jacek z Winnicy, dz. cyt.
28)               L. Całka, dz. cyt., s. 7-8.
29)               Por. S. S. Faliński, dz. cyt., s. 60.
30)               Bój z sobą i w sobie, "Do Broni!" 1942/16; Stanisław Łomień, dz. cyt.; Nasza modlitwa wieczorna, "Młodzież Imperium" 1943/3; Maciej z Kałuszyna, Tylko czyny budują przyszłość, "Nowa Polska" 1942/32.
31)               Zbylut znad Łaby, Rzecz najważniejsza, "Młodzież Imperium" 1942/7.
32)               Skrót...; Piotr z Rostoki, Konsumpcyjny styl inteligencji polskiej, "Nowa Polska" 1942/7 (25); Stanisław Łomień, dz. cyt.
33)               Piotr z Rostoki, Treść..., s. 23.
34)               Jan ze Smoleńska, Zasada służby...; Piotr z Rostoki, Konsumpcyjny styl...
35)               L. Całka, dz. cyt., s. 6.
36)               Maciej z Gdańska, dz. cyt.
37)               S. S. Faliński, dz. cyt., s. 61.
38)               Określeniem tym, za Markiem Aureliuszem, posłużył się Maciej z Gdańska; por. tenże, dz. cyt.
39)               Skrót...; Jan ze Smoleńska, dz. cyt.; Anna z Kercza, dz. cyt.; Piotr z Rostoki, Osoba a Program, "Nowa Polska" 1942/9 (26); tenże, Uniwersalizm, "Nowa Polska" 1942/13 (30).
40)               Zgodnie z pisownią dominującą w publicystyce KN.
41)               S. S. Faliński, dz. cyt., s. 61.
42)               Skrót...; Życie i śmierć...; Maciej z Gdańska, Czarna sprawa, "Nowa Polska" 1941/11; tenże, Przez Polskę Narodową...; Jacek z Winnicy, dz. cyt.
43)               Por. m.in. "Do Broni!" 1942/9. Można by też przytoczyć tu następujące słowa B. Piaseckiego: "Stan obecnej sytuacji międzynarodowej w Europie wywołany jest przez dwie siły motoryczne: początkową, świadomą decyzję przywódców niemieckich i żydowskich walki o panowanie nad światem, oraz przez dziejową tendencję krystalizowania się bloków rasowo-politycznych" - por. L. Całka, dz. cyt., s. 15.
44)               Likwidacja żydostwa, "Nowa Polska" 1944/14 (31).
45)               S. S. Faliński, dz. cyt., s. 62.
46)               Jerzy z Witebska, Słowa i czyny, "Do Broni!" 1942/14. W innym miejscu pisali: "(...) Ustrój korporacyjny, ustrój wolnych związków wszystkich czynników życia społeczno-gospodarczego urzeczywistnia wolność w tym stopniu, że wolność tą już zaczynamy nazywać władzą; realizuje ona ludowładztwo. Z drugiej strony, ustrój korporacyjny umożliwia wcielenie w życie karności (...)" - Głosy o ustroju, "Nowa Polska" 1942/3 (19).
47)               Skrót...
48)               Szymon z Opola, Podstawy polskiego ustroju społecznego, "Nowa Polska" 1943/7; Mieczysław z Głogowa, Synteza, "Nowa Polska" 1943/50.
49)               Jan ze Szczecina, Walczymy z komunizmem, "Do Broni" 1942/20; Skrót...; Szymon z Opola, dz. cyt.; Mieczysław z Głogowa, dz. cyt.
50)               Tezy programowe i realizacyjne, "Nowa Polska" 1944/69.
51)               Tamże.
52)               Likwidacja żydostwa, "Nowa Polska" 1944/69.
53)               S. S. Faliński, dz. cyt., s. 63.
54)               Wielka Polska to imperium, "Nowa Polska" 1943/24.
55)               Maciej z Gdańska, Czarna sprawa.
56)               Życie i śmierć...
57)               Józef z Wrocławia, O roli i potrzebach wsi polskiej, "Do Broni!" 1942/5.
58)               Jan ze Smoleńska, dz. cyt.
59)               Maciej Skiba, Sprawy wiejskie, "Nowa Polska - Nowa Wieś" 1943/1.
60)               Jan z Humania, Inteligencja i kryzys wsi, "Nowa Polska" 1942/9.
61)               L. Całka, dz. cyt., s. 11. Józef z Wrocławia, dz. cyt.
62)               Tezy programowe...
63)               Anna z Kercza, Udział kobiet w walce o Nową Polskę, "Nowa Polska" 1942/7 (25).
64)               Tamże.
65)               Jan ze Smoleńska, Obrachunek sumienia, "Do Broni!" 1942/12.
66)               Tenże, Zasada służby narodowi; Zbylut znad Łaby, dz. cyt.
67)               S. S. Faliński, dz. cyt.
68)         Anna z Kercza, Polski ideał wychowawczy, "Nowa Polska" 1943/46; Piotr z Rostoki, U źródeł ustrojowej rewolucji, "Nowa Polska" 1942/12 (29); Jan z Humania, Realne postulaty wsi, "Nowa Polska" 1943/46; Włodzimierz z Halicza, Przebudowa społeczno-gospodarcza, "Nowa Polska" 1943/55; Jan ze Smoleńska, dz. cyt.
69)               Jan ze Smoleńska, Potrzeba nam...
70)               Tamże; tenże, Zasada służby narodowi; Kazimierz z Chocimia, dz. cyt.
71)               Anna z Kercza, Polski ideał wychowawczy, "Nowa Polska" 1942/4 (20).
72)               Adam z Iławy, Duch odradzającej się...
73)               Skrót..., s. 1-2; Armia Ideowa, "Do Broni!" 1942/4; Bój z sobą i w sobie, "Do Broni!" 1942/15.
74)               Szerzej na temat formacji zbrojnej KN zob.: K. Krajewski, Uderzeniowe Bataliony Kadrowe 1942 - 1944, Warszawa 1993.
75)               Powstanie - Uderzenie.
76)               Było to motto "Sztuki i Narodu".
77)               Wojciech z Królewca, Rewolucja polskiego realizmu, "Nowa Polska" 1942/14 (21).
78)               tym, co jest kulturowo obce decydować miały oczywiście kompetentne osoby ze ścisłego kierownictwa "Państwa Narodowego" - por. Nałęcz z Niegocic, O powszechności kultury, "Nowa Polska" 1943/51; Jacek z Winnicy, dz. cyt.
79)               Jacek z Winnicy, dz. cyt.
80)               Jan ze Smoleńska, Zasada służby narodowi.
81)               Skrót...; Szymon z Opola, Podstawy polskiego ustroju społecznego, "Nowa Polska" 1943/51; Jan z Humania, dz. cyt.; Tezy programowe...
82)               Szymon z Opola, Podstawy polskiego ustroju społecznego, "Nowa Polska" 1942/40, Skrót.., s. 3.
83)               Bolesław z Wolina, Kupiectwo do szeregów, "Do Broni!" 1942/2.
84)         Skrót..., s. 4; "Ziemia Mówi" 1940/1; O prawa gospodarcze chłopa, "Ziemia Mówi" 1941/5; Mieczysław z Głogowa, Gdzie jest...
85)               Choć, już pod koniec wojny dopuszczano i taką możliwość - por.: Tezy programowe...
86)               Józef z Wrocławia, Wieś polska...; Cele i elementy polityki sowieckiej, "Agencja Blok środkowo-europejski" 1944/1.
87)               Skrót..., s. 4.
88)               Wiesław z Głogowa, Chłop i robotnik w nowej Polsce, [Warszawa] 1942, s. 12. Por. też, Józef z Wrocławia, O roli...; Mieczysław z Głogowa, Siła gospodarcza Polski Nowej, Warszawa 1942, s. 43.
89)               Mieczysław z Głogowa, Uwłaszczenie proletariatu, "Nowa Polska" 1943/51; Piotr z Rostoki, Treść...
90)               Głosy o ustroju; Szymon z Opola, Podstawy polskiego ustroju społecznego, "Nowa Polska" 1942/38; Skrót..., s. 3; Wiesław z Głogowa, dz. cyt., s. 10.
91)               Bolesław z Wolina, dz. cyt.
92)               L. Całka, dz. cyt., s. 12.
93)               Tamże, s. 13.
94)               Wiesław z Głogowa, dz. cyt., s. 25-36.
95)               Jan z Humania, dz. cyt.; tenże, Na drodze do ładu, "Nowa Polska" 1943/48.
96)               Jacek z Winnicy, dz. cyt.
97)               Jan z Humania, Realne postulaty...
98)               S. S. Faliński, dz. cyt., s. 69.
99)               Stanisław Łomień, dz. cyt.
100)           Jan z Humania, Na drodze...
101)           Tamże.
102)           Piotr z Rostoki, Organizacja życia zawodowego, "Nowa Polska" 1942/32.
103)           Tamże.
104)           Maciej z Gdańska, Przez Polskę Narodową...
105)           Jan ze Smoleńska, Uniwersalistyczne podstawy kultury polskiej, "Nowa Polska" 1941/8.
106)           Tamże.
107)           Por. S. S. Faliński, dz. cyt., s. 70.
108)           Stanisław Łomień, dz. cyt.; Piotr z Rostoki, Grupa a ruch u władzy, "Nowa Polska" 1942/35.
109)           Tamże; Andrzej z Płocka, Na drogach wielkości, "Nowa Polska" 1942/33.
110)           Henryk z Kijowa, dz. cyt.; Maciej z Gdańska, Dzieje polskiego imperializmu; Jan ze Smoleńska, Zasada służby narodowi; Piotr z Rostoki, Osoba a Program; Stanisław z Kijowa, dz. cyt.; Skrót...
111)           Imperium znaczy..., s. 2.
112)           Tamże.
113)           Henryk z Kijowa, dz. cyt.; por. też Życie i śmierć..., s. 4; Stany Zjednoczone...; Tylko Polska może pokonać Niemcy, "Nowa Polska” 1942/3 (19).
114)           Henryk z Kijowa, dz. cyt.; Jurand z Kamieńca, Nowi ludzie...; Witold Bukowski, dz. cyt.; Życie i śmierć...
115)           Henryk z Kijowa, dz. cyt.
116)           Witold Bukowski, dz. cyt.
117)           L. Całka, dz. cyt., s. 14-15.
118)           Henryk z Kijowa, dz. cyt. Jeśli chodzi o samą rozpiętość ziem polskich, to konfederaci stworzyli dwa alternatywne programy: a) program maksimum - zob.: Jan z Chociebuża, Nowa granica zachodnia, "Biuletyn Słowiański" 1943/2; i b) program minimum - zob.: Mieczysław z Głogowa, Odra, "Do Broni!” 1941/20; Jan ze Smoleńska, Czy Polska może być niepodległa, "Fakty na Tle Idei" nr z 22 XII 1941; tenże, Obrachunek...;Stanisław z Kijowa, dz. cyt.; Jan ze Szczecina, Nam nie wystarcza niepodległość, "Do Broni!” 1942/19.
119)           Henryk z Kijowa, dz. cyt.
120)           C. Żerosławski, dz. cyt., s. 86.
121)           Por. np. Imperium znaczy..., s. 54.
122)           L. Całka, dz. cyt., s. 16.
123)           Tamże, s. 17.
124)           Imperium znaczy..., s. 2.
125)           L. Całka, dz. cyt., s. 16.
126)           Imperializm - katolicyzm.
127)           Tamże.
128)           J. Warszawski, dz. cyt., cz. I., s. 13.
129)           Tamże, s. 16.
130)           Tamże, cz. II, s. 29 - 30.
131)           Tamże, s. 24 - 29.
132)           Tamże, s. 31.
133)           B. Grott, Rola katolicyzmu w ideologii obozu narodowego w świetle pism jego ideologów i krytyki katolickiej, "Dzieje Najnowsze" 1980/1, s. 73 - 74.
134)           Por. B. Grott, Katolicyzm w doktrynach ugrupowań narodowo - radykalnych do roku 1939, Kraków 1987, s. 110.
135)           Por. Z. Żółtowska, O etyce życia narodowego, Poznań 1927, s. 32.
136)           Por. Nacjonalizm a katolicyzm, opinie biskupów, uczonych, polityków i publicystów współczesnych, Poznań 1927.
137)           Duże znaczenie w tym procesie miała też broszura Romana Dmowskiego pt: Kościół, naród i państwo, Poznań 1927.
138)           Roszkowski, Katolicyzm społeczny. Zarys rozwoju poglądów społeczno-katolickich, Poznań 1932, s. 193. Konfederaci jasno określili, iż ostatecznym celem człowieka i najwyższą wartością jest Bóg - por. Tezy programowe...
139)           Grott, dz. cyt.
140)           Por. np. B. Piasecki, Duch czasów nowych a Ruch Młodych, Warszawa 1935, s. 36.
141)           Grott, dz. cyt., s. 111.
142)           K. Górski, Wychowanie personalistyczne, Poznań 1936, s. 6.
143)           Szymański, Nauki wynikające z potępienia Action Francaise, VI tydzień społeczny Stowarzyszenia Młodzieży Akademickiej "Odrodzenie" w Lublinie w sierpniu 1927 r., Lublin 1928, s. 50.
144)           Tamże.
145)           Tamże.
146)           Tamże, s. 59 - 61.
147)           Grott, dz. cyt.
148)           Por. A. Zwoliński, Kościół a ideologia, Kraków 1991, s. 21 - 72.
149)           Tamże, s. 73 - 108; por. też S. Kowalczyk, Liberalizm i jego filozofia, Katowice 1995, s. 185 - 191.
150)           J. Stepa, Jednostka i grupa w dziejowym konflikcie, [w:] Tydzień Społeczny w Sosnowcu, 15 - 21 kwietnia 1937, Sosnowiec 1937, s. 58.
151)           Tamże, s. 60.
152)           Tamże, s. 58.
153)           Tamże, s. 60.
154)           Prawo ziemi, "Nowa Polska" 1942/1 - czytamy tam m.in.: "Losami państwa i narodów rządzą trzy prawa: prawo ziemi, prawo krwi i prawo idei. Terytorium, ludność i wszystko spajająca idea decyduje o ich roli i znaczeniu w świecie".
155)           Por. S. S. Faliński, dz. cyt., s. 74.
156)           Tamże.
157)           Tamże, s. 75.
158)           J. M. Bocheński, Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim, b.d.m.w., s. 24.
159)           Tamże, s. 25.
160)           Tamże, s. 26.
161)           Tamże, s. 25.
162)           Tamże, s. 32 - 38.
163)           Tamże, s. 28 i ns.
164)           Tamże, s. 29 i ns.
165)           Tamże, s. 31.
166)           Tamże, s. 31 - 32 i ns.