Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

Wyimki wielkanocne



Kiedy zobaczyłem ten tryptyk z klasztoru św. Katarzyny na Synaju (XII wiek) przypomniała mi się jedna z książek ks. prof. Wacława Hryniewicza, a dokładniej Nasza Pascha z Chrystusem. Autor wywodzi w niej m.in., że wprawdzie śmierć Jezusa nastąpiła w przemijającym czasie historii, ale zawiera w sobie zarazem koniec czasów(1). Tego samego stwierdzenia nie da się już użyć w stosunku do Zmartwychwstania, gdyż dokonało się ono poza zasięgiem czasu, niejako na styku z wiecznością(2). W rzeczywistości nie jest już ono wydarzeniem należącym do ziemskiego sposobu egzystencji. Granicą czasu jest bowiem śmierć, początek wieczności(3).

Wszystkim życzę dobrych świąt! Alleluja!

(1) W. Hryniewicz, Nasza Pascha z Chrystusem. Zarys chrześcijańskiej teologii paschalnej, t. 2, Lublin 1987, s. 269.
(2) Tamże, s. 271.
(3) Tamże.

Szerzej: S. Anna Murawska, Kosmiczny wymiar pełni zbawienia w Chrystusie Paschalnym w ujęciu ks. Wacława Hryniewicza, „Teologia w Polsce”, nr 9,2 (2015), s. 131-147.



czwartek, 2 kwietnia 2015

Wielkanoc A.D. 2015

Tam, skąd pochodzę, ludzie w niedzielę i poniedziałek wielkanocny pozdrawiają się słowami:
- Chrystus zmartwychwstał!
- Prawdziwie z martwych powstał!

Czasem żałuję, że tylko w okresie Świąt Wielkanocnych, tak wyraziście uświadamiamy sobie tę fundamentalną dla wszystkich chrześcijan prawdę… Dlatego życzę Wszystkim, by towarzyszyła Nam każdego dnia!




Ilustracja:
1268, Hromkla monastery, Cilicia 
Written and illuminated by Toros Roslin

niedziela, 15 czerwca 2014

Bloomsday AD 2014



Z nieistnienia w istnienie
jednostka przychodzi ku wielu
i zostaje przyjęta jako jeden:
jako istnienie wobec istnienia
jest wobec każdego jak każdy wobec każdego:
z istnienia w nieistnienie odszedłszy
będzie przez wszystkich dostrzeżona jako nikt.

(James Joyce, Ulisses)

 
Przypadkowa wizyta w Jamie Michalika robi dzisiaj dość przygnębiające wrażenie. Nie miałbym nic przeciwko klienteli z przewodnikami turystycznymi pod pachą, a nawet oprawie menu w stylu czasów słusznie minionych; nie czepiałbym się też jakości podawanych dań, czy utyskiwał na poziom cen serwowanych tu specjałów; nawet ludyczni Krakowiacy, zabawiający - z towarzyszeniem konferansjerki w łamanej angielszczyźnie - owo mocno przypadkowe towarzystwo, nie byliby w stanie sprawić, że będę utyskiwał tu na to magiczne miejsce, gdyby nie fakt, że magiczne już ono nie jest. Pomimo nadludzkiego wysiłku mojej wyobraźni, wspomaganej zupełnie wyjątkowym wystrojem lokalu, nie jestem w stanie odnaleźć chociażby cienia atmosfery, która musiała tworzyć to miejsce w czasach Zielonego Balonika, gdy na sofach, przy szklaneczce absyntu, zasiadali Tadeusz Boy-Żeleński, Stasinek Sierosławski, Karol Frycz, Rudolf Starzewski, Teofil Trzciński, Edward Leszczyński, Jan Szczepkowski, Karol Frycz, Franciszek Mączyński, Kazimierz Sichulski, Henryk Uziębło, Jan Stanisławski, Henryk Szczygliński, Leon Wyczółkowski, Witold Wojtkiewicz, Stanisław Dębicki, Alfons Karpiński, Stefan Filipkiewicz, Tomasz Weiss, Jacek Malczewski, Józef Pankiewicz, Józef Mehoffer, Xawery Dunikowski, Artur Górski, Stanisław Przybyszewski, Lucjan Rydel, Włodzimierz Tetmajer, Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy Stanisław Wyspiański i wielu im współczesnych, których nazwiska zdobią dziś karty rozlicznych podręczników. W opasłych tych woluminach jednakowoż sporo mówi się o ich artystycznym kunszcie i niedościgłych osiągnięciach, przemilczając zazwyczaj wszystko to, co sprawiało, że zwana dziś Jamą Michalika Cukiernia Lwowska była tym, czym w rzeczy samej była. A że słowami oddać tego chyba niepodobna odsyłam do obrazka zdobiącego jeden z podcieniowych filarów pierwszej sali, na którym kamienice Floriańskiej tańczą, jak gdyby to one właśnie wracały do
domu nad ranem, nad nimi zaś przedporanne niebo zdobi się zielonymi balonami. Jedynie Brama Floriańska trzyma się w miarę, choć niezbyt konsekwentnie, równo, niczym Wieża Martello przypominająca Stefanowi Dedalusowi, a i bez wątpienia Leopoldowi Bloomowi, że gdzieś tam jest dom, gdzieś tam czeka połowica, pozostawiło się współlokatorów i towarzyszy ostatniego śniadania, gdzieś tam jest miejsce, do którego powrócić trzeba i warto. Każdy, komu dane było wracać Floriańską przed pierwszym brzaskiem, kto zaznał owego mgławego tańca kamienic, kto uląkł się majestatu Bramy, komu myśli i promile ulatywały do nieba niczym zielone balony, wie o czym nikczemnie i bez polotu próbuję teraz napisać. Ten właśnie i ów nie zdziwi się także, że konstatacje takie zmusić potrafią, by jeszcze raz ująć w dłonie Ulissesa, bo choć on taki nie krakowski, to jednak krakowski bardzo. A że składa się dość wyjątkowo, że akurat dzisiaj zacne grono admiratorów Jamesa Joyce’a obchodzi, jak co roku, Bloomsday, nie przyczynię się chyba zanadto do wzmożenia inflacji świąt wszelakich, jak i ja się do nich dołączę, dukając sobie pod nosem, losowo wybrane fragmenty...

  ***

W jakim ostatecznym zadowoleniu zbiegły się te antagonistyczne uczucia i rozmyślania, zredukowane do swych najprostszych form?

W zadowoleniu z wszechobecności, na wschodniej i zachodniej półkuli ziemskiej, na wszystkich zamieszkałych lądach i wyspach, zbadanych i nie zbadanych (na lądzie słońca o północy, na wyspach błogosławionych, na wyspach greckich, w ziemi obiecanej), pokrytych warstwą tłuszczu zadnich półkul żeńskich, miodem i mlekiem pachnących, wydzielających krwiste i nasienne ciepło, przypominających odwieczne rody obfitych wypukłości, nie podlegających kaprysom, wrażeniom i sprzecznościom uczuć, wyrażających niemą niezmienną dojrzałą zwierzęcość.

Widoczne oznaki przedzadowolenia?

Niemal erekcja: niespokojny zwrot ku: stopniowe wznoszenie się: ostrożne odkrywanie: ciche wpatrywanie się.

Później?

Ucałował wonne miękkie miłe miodne melony jej zadu, obie melonomiękkie półkule w ich miłą miodną bruzdę, długim ciemnym nawołującym miodnowonnym pocałunkiem.

Widoczne oznaki pozadowolenia?

Ciche wpatrywanie się: ostrożne zakrywanie: stopniowe opadanie: niespokojne odwrócenie się od: niemal erekcja.

Co nastąpiło po tym cichym działaniu?

Senne wezwanie, mniej senne rozpoznanie, rodzące się podniecenie, katechetyczne zadawanie pytań.


***

Czy znacie opowiadanie Manninghama o żonie rajcy, która gdy ujrzała Dicka Burbage'a w Ryszardzie III, zaprosiła go do swego łoża, i o tym jak Shakespeare podsłuchawszy to, nie czyniąc wiele hałasu o nic, wziął krowę za rogi i, gdy Burbage zapukał do bramy, odpowiedział z pościeli rogacza: William Zdobywca przybył przed Ryszardem III. A wesoła dzierlatka, panna Fitton, wskocz na mnie i wio, i jego delikatny ptaszek, lady Penelopa Rich, czysta dystyngowana kobieta nadaje się dla aktora, i owe dziewki z nadbrzeża, po pensie od jednego razu.


***

BLOOM: (Bełkocze.) Szanowni panowie, w oczekiwaniu waszych przyszłych zamówień, pozostajemy z szacunkiem...

BELLO: (Patrzy twardym, bazyliszkowym wzrokiem, mówi barytonem.) Haniebny psie!

BLOOM: (W ekstazie.) Cesarzowo!

BELLO: (Obwisają mu ciężkie policzki.) Czcicielu cudzołożnej dupy!

BLOOM: (Żałośnie.) Potęgo!

BELLO: Gównojadzie!

BLOOM: (Zgina kolana.) Wspaniałość.

BELLO: Padnij! (Uderzają w ramię swym wachlarzem.) Zegnij nogi! Cofnij lewą stopę o krok, a upadniesz. Padasz. Na ręce!

BLOOM: (Ma ona oczy na pół przymknięte i uniesione z czcią.) Trufle! (Z rozdzierającym, epileptycznym okrzykiem opada na czworaki, chrząka, sapie, ryje u jego stóp, potem leży, udając nieżywą, mając zamknięte oczy, drgające powieki, rozpłaszczona na ziemi w postawie najdoskonalszego mistrza.)

BELLO: (Ma krótko przycięte włosy, czerwoną grdykę, duży wąs unosi mu się ponad wygolonymi wargami; ubrany jest w góralskie onuce, zieloną kurtkę ze srebrnymi guzikami, tyrolski kapelusz z piórkiem kurki wodnej. Ręce wsunął głęboko w kieszenie spodni; stawia obcas na jej szyi i naciska.) Poczuj całą moją wagę. Kłoń się, niewolna sługo, przed tronem wspaniałych obcasów twego tyrana, lśniących w swej dumnej wyniosłości.

 
***

 
BELLO: (Bezlitośnie.) Nie, Leopoldzie Bloom, wszystko zmieniło się z woli kobiety od chwili, gdy usnąłeś na wznak w Kotlinie Drzemki i przespałeś noc trwającą lat dwadzieścia. Cofnij się i spójrz.

(Dawna Kotlina Drzemki woła ponad pustkowiem.) KOTLINA DRZEMKI: Rip Van Winkle! Rip Van Winkle!

BLOOM: (W podartych mokasynach, niosąc zardzewiałą strzelbę myśliwską, skrada się na palcach, a jego wynędzniałe, kościste, brodate oblicze zerka przez romboidalne szkła, wykrzykuje.) Widzę ją! To ona! Pierwszy wieczór u Mata Diiiona! Ale ta sukienka, ta zieleń! I włosy ma ufarbowane na złoty kolor, a on...

BELLO: (Śmieje się szyderczo.) To twoja córka, ty sowo, w towarzystwie studenta z Mullingar.

 
***

NIMFA: Podczas ciemnych nocy słyszałam, jak wychwalałeś mnie.

BLOOM: (Pospiesznie.) Tak, tak. Chcesz powiedzieć, że ja... Sen odkrywa najgorsze cechy każdego z wyjątkiem może dzieci. Wiem, że wypadłem z łóżka, a raczej zostałem wypchnięty. Mówią, że chrapanie można usunąć wyciągiem z liści cola. Jeżeli chodzi o resztę, to istnieje ten angielski wynalazek, którego opis otrzymałem kilka dni temu, omyłkowo zaadresowany. Twierdzi, że umożliwia bezszelestną, bezwonną went. (Wzdycha.) Zawsze tak było. Słabości, na imię ci małżeństwo.

NIMFA: (Zatyka uszy palcami.) I słowa. Nie ma ich w moim słowniku.

BLOOM: Zrozumiałaś je?

ŻYDĘBY: Sza.

 
***

 
Zacytuj treść tekstu, w którym prospekt zachwalał zalety tego taumaturgicznego remedium.

Goi i łagodzi podczas twego snu, w wypadku kłopotów z oddawaniem wiatrów wspomaga on naturę jak najpotężniej, zapewniając natychmiastową ulgę w wydalaniu gazów, nie zanieczyszcza organów płciowych i ułatwia naturalne wypróżnienie, początkowa wpłata w wysokości 7 szylingów i 6 pensów, uczyni z pani nowego człowieka, a życie twoje godnym tej nazwy. Damy znajdują Cudotwórcę szczególnie użytecznym, stanowi on miłą niespodziankę, gdyż odczuwają przemiłe skutki podobne do owych po zażyciu chłodnego napoju ze świeżego wiosennego źródła w parny letni dzień. Polecajcie go waszym przyjaciółkom i przyjaciołom, wystarcza na przeciąg całego życia. Wsuńcie dłuższy zaokrąglony koniec. Cudotwórca.

Czy dołączono świadectwa?

Liczne. Od duchownego, od oficera brytyjskiej marynarki wojennej, znanego autora, człowieka interesu, pielęgniarki szpitalnej, damy, matki pięciorga, roztargnionego włóczęgi.

Jak kończyło się ostatnie świadectwo, roztargnionego włóczęgi? Co za szkoda, że rząd nie wyposażył naszych chłopców w Cudotwórcę podczas kampanii południowoafrykańskiej! Jakąż ulgę by to stanowiło!

 
***

(…) Boże zbaw ten świat gdyby wszystkie kobiety były do niej podobne przeciw kostiumom kąpielowym i niskim dekoltom oczywiście nikt by nie chciał żeby ona nosiła myślę że była nabożna bo żaden mężczyzna nie popatrzyłby na nią dwa razy obym nigdy nie była taka jak ona cud że nie chciała żebyśmy sobie zakrywały twarze ale z pewnością była osobą wykształconą a jej ględzenie o panu Riordan tu i panu Riordan tam myślę że był szczęśliwy kiedy to wieko odgrodziło go od niej a jej pies ciągle obwąchiwał moje futro i ciągle wspinał się żeby się dostać pod moje halki a szczególnie wtedy jednak lubię w nim to uprzejmy jest dla takich staruszek i kelnerów i żebraków i nie pyszni się z byle czego ale nie zawsze gdyby przydarzyło mu się kiedyś coś poważnego dużo lepiej dla nich kiedy idą do szpitala gdzie wszystko jest czyste ale myślę że musiałabym to mu wmawiać chyba z miesiąc tak a potem mielibyśmy na tapecie pielęgniarkę szpitalną i siedziałby tam póki by go nie wyrzucili albo siostrę zakonną może jak na tej świńskiej fotografii którą ma nie jest ona siostrą bardziej niż ja tak bo oni są tacy słabi i mazgajowaci kiedy chorują potrzebują kobiety żeby wyzdrowieć kiedy mu idzie krew z nosa pomyślałabyś że to jest Och jaka tragedia i ten wyraz umieram oczu kiedy zjeżdżaliśmy z South Circular po tym jak sobie skręcił nogę w czasie święta chóru na Sugarloaf Mountain w ten dzień kiedy nosiłam tę suknię panna Stack przynosiła mu kwiaty najgorsze z najstarszych jakie udało jej się znaleźć na dnie koszyka wszystko żeby tylko dostać się do sypialni mężczyzny i ten jej staropanieński głos wyobrażała sobie że on umiera dla niej już nigdy nie ujrzę twojej twarzyczki chociaż wyglądał bardziej jak mężczyzna kiedy mu ta broda trochę urosła w łóżku ojciec był taki sam poza tym nienawidzę bandażować i odmierzać kiedy się zaciął w wielki palec u nogi brzytwą wtedy kiedy przycinał sobie odciski bał się zakażenia krwi ale żebym to ja była chora wtedy zobaczylibyśmy jaką opiekę tylko że oczywiście kobieta to ukrywa żeby nie robić tych wszystkich kłopotów które oni robią (…)

 
***

 
(…) miał napisać te podróże które ci mężczyźni muszą odbywać na koniec świata i z powrotem najmniejsze co im się należy to uścisk albo dwa od kobiety kiedy im się uda wypływają żeby zatonąć albo wylecieć w powietrze gdzieś weszłam na Windmill Hill na płaskowyż tej niedzieli rano z lunetą nieżyjącego Kapitana Rubios taką jak miał wartownik powiedział że spojrzy raz czy dwa razy z pokładu miałam na sobie tę sukienkę z B Marche Paris i koralowy naszyjnik cieśnina lśniła mogłam widzieć aż po Maroko białą zatokę Tangeru i górę Atlas ze śniegiem na szczycie a cieśnina przezroczysta jak rzeka Harry Molly Kochanie myślałam o nim na morzu przez cały czas po mszy kiedy halka ześliznęła mi się w dół w czasie podniesienia przez całe tygodnie i tygodnie trzymałam chusteczkę pod poduszką bo tam był jego zapach nie było żadnych przyzwoitych perfum do kupienia w tym Gibraltarze tylko tanie peau despagne które wietrzały i pozostawiały na tobie więcej smrodu niż czego innego chciałam dać mu coś na pamiątkę on dał mi ten niezdarny Ciaddagh pierścionek na szczęście który dałam Gardnerowi kiedy jechał do Południowej Afryki gdzie go ci Boerzy zabili tą swoją wojną i tyfusem ale dobrze im przyleli za to mimo to jakby niósł z sobą nieszczęście jak opal albo perła musiało to być czyste karatowe złoto bo był bardzo ciężki widzę jeszcze jego twarz gładko ogoloną (…)



 

wtorek, 15 kwietnia 2014

... niech będzie uczczone milczeniem...

Zaginiony krucyfiks mistyczny z Ciećmierza
Pozostaje do zbadania czynność i punkt wiary, na który większość ludzi nie zwraca uwagi, lecz ja wiele się nad tym zastanawiałem, mianowicie: kto zyskał na tym, że za nas wylana została krew wielka i bezcenna, krew Boga, równocześnie arcykapłana i ofiary, a kto był tego przyczyną? Tymi słowami zaczyna się „Mowa na święto Paschy” (22) św. Grzegorz z Nazjanzu. Lata temu, gdy po raz pierwszy przeczytałem te słowa uznałem, że musi w nich tkwić coś na kształt intelektualnej prowokacji. Bo jakże to (…) większość ludzi nie zwraca uwagi (…), skoro pytanie wydaje się dotykać istoty chrześcijaństwa? Sądzę, że stawia je sobie większość wierzących, zwłaszcza teraz, w przededniu Wielkanocy. Odpowiedź, jaką daje na nie św. Grzegorz, jest na tyle sugestywna, że przytoczę ją w całości:

Otóż trzymał nas zły duch w swej mocy, zaprzedani byliśmy grzechowi, a za cenę nieprawości cieszyliśmy się rozkoszą. Jeżeli więc okup należy się nie komu innemu, tylko temu, który trzyma w niewoli, to pytam, komu on został wypłacony i w jakim celu? Jeżeli na przykład złemu duchowi, to hańba! Przecież ten łotr nie tylko otrzymuje okup od Boga, lecz samego Boga w okupie. Wartość okupu znacznie jest wyższa niż wartość uciskanych istot. Jeżeli okup miał być tak wysoki, można było z góry nam przebaczyć. Jeżeli zaś Ojcu, to [pytam się] najpierw, na jakiej podstawie? Przecież nie On trzymał nas w niewoli! Po wtóre, z jakiej racji krew Jednorodzonego miałaby cieszyć Ojca, który nie przyjął  nawet ofiary Izaaka z rąk jego ojca, lecz zamienił ją przez podstawienie barana na miejsce rozumnej istoty (Rdz 22, 13)?

Otóż jest rzeczą jawną, że Ofiara jest skierowana do Ojca, ale On jej nie żądał, ani nie potrzebował. Po prostu taki jest Boży plan zbawienia, że człowiek ma doznać uświęcenia przez wejście Boga w rzeczywistość ludzką, aby On sam nas wybawił dzięki zwycięstwu nad naszym tyranem i za pośrednictwem Syna doprowadził nas znów do siebie. Syn zaś to czyni na cześć Ojca, któremu we wszystkim jest posłuszny.

Tyle o Chrystusie, a co wykracza ponad to, niech będzie uczczone milczeniem
.

Myślę, że rzeczywiście dobrze jest pomilczeć, zanim w świątyniach rozlegnie się:

Witaj, dniu uroczysty! Najbogatszy – W nieśmiertelną sławę, - W którym Bóg zgromił piekło, - Wziął niebo w dzierżawę. - Przez Twoje święte zmartwychpowstanie

To głosi z grobu wiosną – Zbudzony świat cały: - Zmartwychwstałego Pana - Wita zmartwychwstały.- Przez Twoje święte zmartwychpowstanie

W triumfie Zbawiciela – Wdział weselne szaty, – Przyniósł różdżki zielone, – Różnobarwne kwiaty. - Przez Twoje święte zmartwychpowstanie
*

 
Życzę Wam dobrych świąt!!!

* Tłumaczenie Salve festa dies według Leopolda Staffa.

wtorek, 31 grudnia 2013

Bo pewnego dnia będę stary...

Umowność kalendarza wydaje się czymś nie nazbyt oczywistym przede wszystkim przez wzgląd na jego cywilizacyjną nieodzowność. Przyzwyczajeni do życia z planerem w ręku wyczekujemy więc ostatniego dnia w roku, by odpalić petardy, odkorkować szampana i poczuć się o rok starszymi. Nowe plus minus 365 dni witamy zazwyczaj już nieubłaganie nieumownym bólem głowy i uczuciem zwiększonego łaknienia. Gdzieś pomiędzy odpalaniem petard i odkorkowywaniem szampana, a owym syndromem noworocznego zmęczenia znajduje się czas na życzenia i rozmowy o sprawach mniej lub bardziej aktualnych. A aktualnym na dzisiaj tematem jest – za sprawą Episkopatu – gender, o którym traktował ostatni biskupi list do wiernych.
 

Z listami na Niedzielę Świętej Rodziny mam osobisty problem. Zazwyczaj dotykają bowiem spraw ważnych, ale jakoś mało mi się z rodziną kojarzących. W roku 2012 – a zapadło mi to głęboko w pamięci – Episkopat skoncentrował się na zagadnieniu handlu niedzielnego. Wysłuchałem listu w pokorze, by tydzień później, w jednym z krakowskich opactw skonstatować, iż przesłanie to wypaść musiało raczej blado, jako że ojcowie tolerują trzy punkty handlowe czynne przez całą niedzielę w obrębie murów ich klasztoru. List tegoroczny wywołał zaś kontrowersje na tyle duże, że część proboszczów nie zdecydowała się nawet na jego odczytanie. W diecezji krakowskiej zaś, decyzją Jego Eminencji Księdza Stanisława Kardynała Dziwisza, czytany był jego skrót, w którym – co rozumiem i z czym się solidaryzuję – wycięto m.in. fragmenty o Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. 

Daleko mi do krytykowania zamysłu i poglądów Episkopatu, choć dziwię się, że biskupi nie chcą wykorzystać pretekstu, jakim jest wspomnienie Świętej Rodziny, by zmusić nas do głębszej refleksji nad jakością naszego życia codziennego. Stać za tym mogą różne względy. Ot choćby wyraziste biblijne tło liturgii. Każde z czytań bowiem to swoisty drogowskaz, nie wymagający nadzwyczajnych zdolności egzegetycznych. Weźmy na to słowa z Listu św. Pawła do Kolosan. I nawet nie te, które stanowić mają podstawowe zasady życia chrześcijańskiej rodziny (3,18-21), ale inne, owe zasady poprzedzające: „(…) obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni!” (3,12-15).
 

Jak się dobrze zastanowić proste w realizacji to i to nie jest, ale na postanowienie noworoczne (bo któż ich nie czyni?) nadaje się znakomicie. Jeśliby zaś komu postanowień było mało, zachęcam do przemyślenia – równie dla przełomu lat adekwatnej – modlitwy św. Tomasza z Akwinu:

Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary.
Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania,  że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.
Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym; czynnym lecz nie narzucającym się.
Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół.
Wyzwól mój umysł od nie kończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy.
Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień w miarę jak ich przybywa a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza.
Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich.
Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większa pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi.
Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.
Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać.
Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy; to jeden ze szczytów osiągnięć szatana.
Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach; daj mi Panie łaskę mówienia im o tym.

sobota, 26 października 2013

Romskie dziecko w polskiej szkole

Na początek chciałbym wytłumaczyć się z tytułu tego posta [1].
Po pierwsze: przymiotnik “polskiej” można by zapewne zastąpić innym — “czeskiej”, “węgierskiej”, “słowackiej”, po prostu “nie-romskiej”. Bo bez względu na to, jak bardzo szkoła powszechna nie byłaby dziecku romskiemu przyjazna, albo przynajmniej przyjazną by być chciała, pozostanie szkołą nieromską. A owa nieromskość dotyczyć będzie w zasadzie wszystkich aspektów funkcjonowania dziecka w realiach szkolnych.
Po drugie: posługuję się przymiotnikiem “romski”. Wydaje się to o tyle oczywiste, że podmiotem moich rozważań są przecież Romowie. Tymczasem pisanie o jakichś, bliżej nieokreślonych Romach, bez uczynienia zastrzeżenia, że mamy tu do czynienia z dużym uogólnieniem, byłoby poważnym nadużyciem. Europejska Cygańszczyzna to bowiem – w dużym uproszczeniu - Khale, Manusze, Shinto i Romowie. Na terenie współczesnej Polski Khale i Manusze pojawiają się jedynie przejazdem, wywołując swoim pojawieniem się spore poruszenie wśród garstki polskich romologów. Shinti reprezentowani są przez kilka zaledwie rodzin. Romowie zaś dzielą się na cztery główne grupy: Polska Roma, Lowari, Kelderasze i Bergitka Roma. ”Szczepy” te poważnie między sobą się różnią; bywa, że nie czują między sobą żadnej łączności, a nawet są ze sobą zantagonizowane. Jeśli więc myślimy o Cygańszczyźnie, o Romach, to musimy mieć świadomość, że posługujemy się kategorią, dla której bliższą prawdy będzie analogia ze Słowiańszczyzną niż Polakami.
Jednak i takie porównanie jest swego rodzaju nadużyciem, bo przecież jest coś, co sprawia, że jesteśmy uprawnieni do posługiwania się tak poważnym uogólnieniem, jak kategoria “Romowie” czy “Cyganie”. Tym czymś jest “romaniphen”, który określić możemy jako ogół romskiej tradycji, niepisany kodeks postępowania oraz wzajemnych relacji w tradycyjnej społeczności romskiej, nieobejmujący stosunków z nie-Romami (gadziami). Na kodeks ten składają się wszystkie zwyczajowe prawa, tabu oraz sankcje grożące za ich złamanie. Centralny element tego systemu stanowi pojęcie ”skalania”, które jest sankcją za przekroczenie zasad ”romaniphen”. Uznanie kogoś za winnego przekroczenia tabu czyni taką osobę ”skalaną”, czyli rytualnie nieczystą, co wiąże się z różnym stopniem i formą wykluczenia jej z życia społecznego.
Pojęcie ”romaniphen” bywa też interpretowane jako po prostu ”cygańskość”. W tym znaczeniu jest ono istotą romskiej tożsamości, co implikuje często manifestowanie swej identyfikacji z romskim etnosem, uznawanie go za wartość najwyższą, publiczne i demonstracyjne używanie języka romani, solidarność z członkami własnej zbiorowości oraz celebrowanie tradycyjnych obrzędów i rytuałów.
Wśród rozmaitych grup romskich istnieją różne instytucje stojące na straży przestrzegania tradycji, opiniujące i wydające wyroki. Dla Polska Roma jest to Szero Rom i jego pomocnicy, dla Lowarów i Kełderaszy rada zwana Kris, zaś w przypadku Bergitka Roma rolę tę pełni szerszy konsensus społeczny. I choć Romowie różną się co do instytucji stojących na straży ”romaniphen”, a nawet nieco inaczej postrzegają jego rozliczne elementy, to nie sposób zaprzeczyć, że kodeks ten stanowi rodzaj rezerwuaru wartości wspólnych dla całej Cygańszczyzny. Słowa ”rezerwuar” używam tu z premedytacją. Zasób ten bowiem jest pilnie strzeżony: tak przed nie-Romami, jak i przed każdą zmianą, zaś przekazywanie kolejnym pokoleniom przechowywanych tam wartości gwarantuje przetrwanie romskiego etnosu. Kluczowym z punktu widzenia przedmiotowych rozważań pytaniem jest więc kwestia, czy nieromska szkoła sprzyja, jest obojętna, czy uniemożliwia ten proces.
I jeszcze jedna uwaga wstępna. Post ten, choć rości sobie pretensje do akademickości, w rzeczy samej jest zbiorem nieco zaledwie uporządkowanych refleksji praktyka, który swe uczestniczące obserwacje wykonywał wcielając w życie programy, których celem było m.in. skłonienie Romów do uczestnictwa w polskim systemie szkolnictwa powszechnego; następnie zaś zaczął przyglądać się tego typu działaniom z większego dystansu, przez co z pozycji zaangażowanego optymisty przeszedł na pozycje zdecydowanego sceptyka zadającego sobie pytanie, czy osiągnięcie sukcesu zaplanowanych działań nie oznacza zarazem przesunięcia kolejnej grupy etnicznej do kategorii etnograficznych ciekawostek rodem z Cepelii.
Nie jest to pytanie nowe. Pojawia się w rozlicznych rozważań o ”Innym”, czy o ”mniejszości” w cywilizacyjnym zderzeniu z większością. W sposób najbardziej wymowny zaś dylemat ten opisują literaci. I tak - dla przykładu - Stanisław Lem, bohaterów ”Edenu” (wydanie pierwsze: 1959 rok) stawia wobec konieczności rozstrzygnięcia dylematu, czy wobec dostrzeżonej niesprawiedliwości mogą oni podjąć interwencję na obcej, całkowicie nieznanej im planecie. W trakcie ich dyskusji jeden z nich, Koordynator, wypowiada takie oto znamienne słowa: ”Pomóc, mój Boże, cóż znaczy pomóc? To, co się tu dzieje, to co widzimy, to owoce określonej konstrukcji społecznej, należałoby ją złamać i stworzyć nową, lepszą – i jakże my to mamy zrobić? Przecież to są istoty o innej fizjologii, psychologii, historii niż my. (…)”. Stanowisko to popiera Doktor stwierdzając: ”Obawiam się, że w przypływie szlachetności zechcecie zrobić tu >porządek<, co przetłumaczone na praktykę będzie oznaczało terror”[2].
Jeszcze dosadniej dylemat ten przedstawia Roland Topor w jednym z prześmiewczych opowiadań ze zbioru ”Cztery róże dla Lucienne”[3]. Kreśli on w nim wizję eksploracji nieznanej planety przez misję Ziemian. Znajdują oni w tym odległym zakątku wszechświata człekopodobne istoty uwięzione w klatkach, a wiedzeni ludzkim wyczuciem sprawiedliwości i humanitaryzmu natychmiast przystępują do ich uwalniania. Niestety, po przepiłowaniu pierwszej kraty, wyswobodzona istota umiera. Nie zniechęca to jednak bohaterskich Ziemian do dalszego działania. Piłują klatki, a uwalniani umierają. Kiedy przepiłowują ostatnią, lekarz ekspedycji, który prowadził oględziny ofiar humanitaryzmu, informuje dowódcę, że te konstrukcje to w rzeczy samej nie więzienia, a kręgosłupy autochtonów. Nie mam wątpliwości, że opowiadaniem tym Topor stawia nam wszystkim pytanie o prawomocność naszych, często dyktowanych szlachetnymi pobudkami, działań, których celem jest zmienianie ”Innych”. W kontekście interesującego mnie zagadnienia zmusza do zadania sobie pytania, jakie skutki - działania nakierowane na włączenie Romów do systemu powszechnej edukacji – wywrą w zakresie ich tożsamości. Czy nadal pozostaną oni Romami, czy też będą nimi tylko z nazwy, zepchnięci na pozycje folklorystycznej ciekawostki.
Sądzę, że podobne pytania zadawać musieli sobie twórcy rządowych programów na rzecz społeczności romskiej w Polsce. Pewnie dlatego starają się za wszelką cenę tak formułować cele swoich działań, by uniknąć zarzutu, że mają one charakter asymilacyjny. W ”Pilotażowym programie rządowym na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003”, a następnie w ”Rządowym programie na rzecz społeczności romskiej w Polsce na lata 2004-2013” celem tym było włączenie Romów w nurt życia społeczeństwa obywatelskiego. Z kolei w projekcie ”Programu integracji społecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020” problem ten ujęto w następujący sposób: ”Celem głównym Programu (…) jest zwiększenie poziomu integracji społecznej Romów w Polsce poprzez działania w obszarze edukacji, aktywizacji zawodowej, ochrony zdrowia oraz poprawy sytuacji mieszkaniowej. Celem Programu (…) nie jest [więc – A.P.] doraźna pomoc w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się społeczność romska, ale wypracowanie takich mechanizmów, które pozwoliłyby na osiągnięcie celów nakreślonych powyżej”[4]. Jednocześnie autorzy ”Programu” podkreślają: ”W niniejszym dokumencie przez termin >integracja< rozumie się proces wspólnie wypracowanych i uzgodnionych niezbędnych zmian, zmierzających do nabycia umiejętności korzystania przez społeczność romską z dostępu do istniejących praw, usług i możliwości sprawnego funkcjonowania we współczesnym społeczeństwie. Procesu integracji nie należy utożsamiać ze zjawiskiem asymilacji – integracja rozumiana tu jest jako zjawisko ze sfery społeczno-ekonomicznej, a nie jako związane z tożsamością kulturową”[5]. Problem w tym, że jest to próba zaczarowania rzeczywistości. Niewyobrażalną jest bowiem dla mnie sytuacja, w której to udałoby się dokonać integracji Romów ze społeczeństwem większościowym na płaszczyźnie społeczno-ekonomicznej bez zmiany ich sposobu myślenia o sobie i otaczającym ich świecie, czyli bez zmian w obszarze tożsamości. To bowiem wyznawane wartości, tradycja, ”romaniphen” stanowią podstawowe kryterium bycia Romem, a więc także tego, jak należy zachowywać się w zakresie działań ekonomicznych (jakie zawody wolno wykonywać, a jakich nie itp.) i funkcjonować w szerszym społeczeństwie (jakie standardy zachowań obowiązują w stosunku do ”swoich”, a jakie w stosunku do ”obcych”).
Zakreślony powyżej cel ”Programu integracji społecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020” osiągnięty ma zostać dzięki wsparciu udzielanemu w czterech dziedzinach: edukacji (w tym edukacji kulturowej, historycznej i obywatelskiej), mieszkalnictwa, zdrowia oraz działań prozatrudnieniowych[6], przy czym to właśnie edukacja postrzegana jest jako klucz do sukcesu ”Programu”[7]. W obszarze tym za najważniejszy efekt planowanych działań przyjęto zwiększenie uczestnictwa uczniów oraz studentów pochodzenia romskiego w polskim systemie edukacji. Działania te to z kolei[8]:
- wspieranie i promowanie edukacji wczesnoszkolnej dzieci romskich,
- organizowanie zajęć wyrównawczych z języka polskiego w przedszkolach i szkołach, szczególnie na wczesnym etapie edukacji,
- pomoc w wyposażeniu uczniów romskich w wyprawki szkolne, w tym głównie w podręczniki,
- pomoc w ubezpieczaniu uczniów,
- egzekwowanie realizacji obowiązku szkolnego,
- promowanie wysokiej frekwencji m.in. poprzez nagradzanie uczniów o najwyższej frekwencji dofinansowaniem udziału w zorganizowanym wypoczynku letnim,
- wsparcie zadań skierowanych na kształtowanie i rozwój indywidualnych umiejętności dziecka,
- podejmowanie działań zmierzających do zmniejszenia udziału uczniów romskich w szkołach specjalnych (współpraca z rodzicami, nauczycielami i asystentami, poradniami psychologiczno-pedagogicznymi),
- kontynuację wdrażania programów stypendialnych dla uczniów i studentów romskich,
- objęcie systemowym wsparciem asystentów edukacji romskiej oraz nauczycieli wspomagających edukację uczniów romskich,
- wspieranie edukacji dorosłych – kształcenie ustawiczne,
- nacisk na prowadzenie działań integracyjnych, odchodzenie od zadań mających na celu prowadzenie zajęć wyłącznie dla uczniów romskich,
- wsparcie infrastrukturalne i remontowe lokali pełniących funkcję świetlic środowiskowych lub siedzib romskich organizacji pozarządowych,
- promowanie interaktywnych i innowacyjnych form kształcenia[9].
Ponadto finansowana ma być edukacja kulturalna - rozumiana jako promowanie wiedzy o kulturze, historii i tradycji romskiej - skierowana tak do społeczności lokalnych, jak i samych Romów[10] oraz projekty skoncentrowane na edukacji obywatelskiej, których celem będzie zwiększanie świadomości obywatelskiej Romów. Wsparcie znaleźć mają także działania skierowane do społeczeństwa większościowego nakierowane na budowę pozytywnego wizerunku Romów i zmniejszanie wzajemnego dystansu pomiędzy Romami i nie-Romami. Dominantą tych projektów powinien być czynnik edukacyjny[11].
Analizując powyższy zestaw proponowanych działań można skonstatować dwa zasadnicze fakty. Po pierwsze są to działania sprawdzone, realizowane z różnym natężeniem od roku 2001, czasem nawet wcześniej. Za ich kontynuowaniem przemawia ich skuteczność, którą można wykazać badając poziom realizacji obowiązku szkolnego przez dzieci i młodzież romską. Na dzień dzisiejszy przekracza on 80%, przy średniej frekwencji pomiędzy 62 (województwo wielkopolskie) a 88% (województwo zachodniopomorskie)[12]. Przed rokiem 2001 szacowano ją na poziomie ok. 20%[13]. Ich skuteczność potwierdzają również dwa raporty ewaluacyjne, wykonane w związku z zamiarem wdrażaniem nowych instrumentów wsparcia działań integrujących społeczność romską z nieromską większością[14]. Po drugie zaś, działania te układane są w parę, która sprawia, iż mogą być one akceptowane przez starszyznę romską. Jej stanowisko w bardzo jednoznaczny sposób wyraził, podczas debaty, jaka miała miejsce w 2004 roku w Suwałkach, pan Stanisław Stankiewicz (Stahiro) – późniejszy prezydent Międzynarodowej Unii Romów. Sformułował on mianowicie postulat ”edukacji świadomej”[15]. W swoim wystąpieniu stwierdził m.in.: ”Czy tożsamość jest wzmacniana przez edukację i nabywanie wiedzy, czy też nie? Trzeba powiedzieć, że niekiedy obawy romskich rodziców przed tym, że edukacja naruszy tożsamość ich dzieci, bywają zasadne. Dzieje się tak, ponieważ oni boją się, że chodzenie do szkoły spowoduje asymilację ich dzieci i odejście od romskości. Że zostaną wykorzenione, spolonizowane. Inaczej by było, gdyby rodziców ktoś w szkole – dyrektor, nauczyciel – zapewnił, że dziecko w szkole będzie mogło również uczyć się na temat swojej historii, języka. Gwarantuję, że wtedy dzieci romskie będą chodzić do szkoły”[16]. W innym miejscu kontynuuje ten wątek w następujący sposób: ”(…) oczekiwałbym pomocy we wzmacnianiu tożsamości ze strony instytucji i ludzi zajmujących się edukacją. Aby tak się działo, trzeba nauczycieli pracujących z dziećmi romskimi do tego przygotować, wyposażyć w odpowiednią wiedzę na temat kultury ich uczniów. Ponadto, jeżeli nauczyciel przygotuje nieromskich uczniów na spotkanie z romskimi kolegami, to nikt nie będzie patrzył na dziewczynkę, która nie chce rozebrać się na lekcji wychowania fizycznego, jak na dziwoląga, a ona nie będzie się wstydziła swoich obyczajów”[17].
Słowa te zdawałyby się świadczyć o słabnięciu najważniejszej bariery, odgradzającej dzieci i młodzież romską od edukacji. Jest nią wciąż utrzymujący się brak akceptacji dla zinstytucjonalizowanej edukacji dzieci i młodzieży w środowiskach ortodoksyjnych, skutkujący wysokim stopniem porzucania edukacji szkolnej na wczesnym etapie nauczania, zwłaszcza wśród dziewcząt[18]. Barier tych jest rzecz jasna znacznie więcej. Dostrzegli je m.in. twórcy jednego ze wspomnianych już przeze mnie raportów ewaluacyjnych. W przeprowadzonej przez nich wśród Romów ankiecie, jako najpoważniejsze bariery wskazywano brak odpowiednich środków finansowych na podejmowanie studiów, zakup podręczników i korepetycje (24,3%). Ponadto – brak wystarczającego wsparcia ze strony rodziców (17,1% wskazań), problemy z poprawnym posługiwaniem się językiem polskim (13,3% wskazań) i zły oddźwięk własnego otoczenia (krytyka ze strony starszych Romów za to, że ”tracą czas” ucząc się, czy studiując (11,8% wskazań))[19]. Szczegółowe wyniki tego badania przedstawiają się następująco[20]:

W sposób bardziej ekspercki, systemowy bariery te opisała w tekście, opublikowanym w 2009 roku pod wiele mówiącym tytułem ”Wzory kultury a edukacja dzieci romskich”, Małgorzata Różycka[21]. Pisze ona m.in. o odmiennym rozumieniu kategorii mądrości, gdyż ”(…) dla Romów mądrość utożsamiana jest z wiekiem i doświadczeniem życiowym, nie zaś ze zinstytucjonalizowanym nabywaniem wiedzy o świecie, jaką dają kolejne etapy edukacji szkolnej”[22], co skutkuje brakiem w rodzinach romskich etosu nauki i wykształcenia lub chociażby jakichkolwiek aspiracji z nimi związanych. Dalej, wspomina o przywilejach wieku dziecięcego w społecznościach romskich, który to okres określa czasem absolutyzowanej wolności[23]. Innymi słowy można by określić ten rodzaj podejścia do wychowania dzieci, jako wychowanie permisywne, które w żaden sposób nie przygotowuje dziecka do rygorów związanych z nauczaniem w systemie klasowo-lekcyjnym. Zetknięcie się z nim musi być dla małego Roma szokiem, szokiem często na tyle głębokim, że dodatkowo utrwala wyniesiony ze środowiska rodzinnego, niechętny stosunek do edukacji.
Dalej Różycka wspomina o specyficznej roli kobiety, w romskiej rodzinie. Jest ona bowiem m.in. piastunką i pierwszą wychowawczynią dziecka, a opieka nad potomstwem stanowi podstawę jej statusu społecznego. Stąd też oddawanie dzieci do przedszkoli postrzegane jest w części środowisk romskich, jako sprzeniewierzenie się temu podstawowemu obowiązkowi. Postawa taka, skojarzona z ograniczonymi zasobami finansowymi większości rodzin romskich, skutkuje niewielkim odsetkiem dzieci romskich w przedszkolach, co z kolei uniemożliwia rozpoczęcie z nimi na tym etapie pracy przygotowującej do startu w edukację, zwłaszcza pracy nad podniesieniem kompetencji w zakresie języka polskiego. Braki w tym obszarze śmiało uznać można za jedną z najważniejszych przyczyn szkolnych niepowodzeń dzieci i młodzieży romskiej[24].
Poza podnoszeniem kompetencji językowych, przedszkole mogłoby przyzwyczajać dzieci romskie do faktu, że świat zewnętrzny inaczej rozumie podstawowe dla bytowania kategorie. Ot chociażby odmiennie pojmuje kwestię czasu. W romani ”(…) określenie czasu wymaga pełniejszego doprecyzowania językowego. Podstawowe kategorie temporalne: >wczoraj<, >dziś< i >jutro< zależą od dodatkowych określeń, są zatem dość płynne”[25]. Rzutuje to niewątpliwie na sposób postrzegania ”(…) łańcucha przyczynowo-skutkowego, planowania i skuteczności podejmowanych działań”[26]. W sytuacjach szkolnych będzie dawało efekt w postaci niższej frekwencji oraz mniejszej terminowości w przygotowywaniu zadanych partii materiału (tu problemem dodatkowym jest także – wynikający z absolutyzowania wolności – brak systematyczności[27]), w dorosłym życiu zaś skutkowało będzie problemami z pracodawcami, kontrahentami czy urzędami.
Zakorzenionych w kulturze romskiej barier, utrudniających Romom udział w systemie powszechnej edukacji, jest oczywiście znacznie więcej. Małgorzata Różycka za zasadniczą uznaje wzór kultury, który nakazuje Romom pełną izolację od świata nie-Romów[28]. Jednocześnie wyraża ona nadzieję, że powstająca powoli inteligencja romska (proces kreacji której należy wspierać[29]) będzie potrafiła znaleźć środki, które przyczynią się do zmiany tego stanu rzeczy. Proces ten zresztą możemy zauważyć już dzisiaj, co jest zapewne efektem realizacji przez państwo od roku 2001 systemowych działań skierowanych do społeczności romskiej, a także swego rodzaju zgody części starszyzny romskiej na modernizację własnej grupy. Wydaje się bowiem, że elity romskie mają świadomość, iż Romowie w Polsce muszą się zmodernizować, a nad procesem tym należy zachować jakąś kontrolę, gdyż zarówno bez tej modernizacji, jak i bez tej kontroli Romowie po prostu rozpłyną się w ponowoczesnym świecie.
Tekst Małgorzaty Różyckiej ma tę przewagę nad innymi publikacjami, w których dyskutowany jest problem barier utrudniających Romom udział w systemie edukacji, że zasadniczy akcent kładzie nie tyle na przeszkody o charakterze pragmatycznym, ale kieruje nasze rozważania na poziom podstawowych wartości. Innymi słowy każe się nam zapytać, czy w rzeczy samej jesteśmy w stanie podjąć na tej płaszczyźnie jakikolwiek dialog. Bo przecież, jeżeli intencją większości jest integracja Romów, to drogą dla osiągnięcia takiego celu będzie wyłącznie edukacja międzykulturowa. Ta zaś zakłada dialogiczność kultur. Różycka pyta, czy znajdziemy w Romach partnera do takiego dialogu[30]. Ja wolałbym to pytanie odwrócić. Interesuje mnie bowiem, czy nieromska większość jest do takiego dialogu gotowa, czy wie o Romach wystarczająco dużo, a co za tym idzie potrafi otwarcie przyznać, że proponowane przez nią działania będą musiały odbyć się kosztem wartości, dla Romów zasadniczych. Niepodobna bowiem uzgodnić ”romaniphen” z wartościami, jakie w sposób oficjalny, a zwłaszcza w swym ukrytym programie, niesie szkoła powszechna. Była, jest i będzie ona narzędziem większości do reprodukowania wzorów kultury przez tę większość poważanych. Wzory grup mniejszościowych zaś mogą być przez nią tolerowane jedynie wówczas, gdy w sposób otwarty nie stoją w sprzeczności z wartościami większości. W przypadku „romaniphen” takie uzgodnienie wydaje mi się niezwykle trudne, jeśli w ogóle możliwe[31].

Przypisy:
1. Niniejszy tekst stanowi odwzorowanie referatu wygłoszonego przeze mnie podczas konferencji „Edukacja dzieci i młodzieży w środowiskach zróżnicowanych kulturowo” (Czeski Cieszyn-Ustroń, 14-16 października 2013 roku). Mam nadzieję, że w przyszłości, na jego bazie, uda mi się napisać i opublikować stosowny artykuł.
2. S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław, 1984, s. 254.
3. Wydanie polskie: Gdańsk, Wydawnictwo L&L 1995.
4. Program integracji społecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020 (projekt), s. 34: https://mac.gov.pl/wp-content/uploads/2011/12/PROGRAM-2.pdf (odczyt: 10.10.2013).
5. Tamże, s. 4.
6. Tamże, s. 2.
7. Por. tamże, s. 11.
8. Tamże, s. 38.
9. Tamże, s. 39-40.
10. Tamże, s. 40-41.
11. Tamże, s. 41.
12. Tamże, s. 12-13.
13. Por. A. Paszko, Romowie w małopolskich szkołach. Uwagi na marginesie „Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003”, „Studia Romologica”, nr 2 (2009), s. 35.
14. Por. M. Walczak, J. Talewicz-Kwiatkowska, M. Skrzyński, P. Wójcik, Ł. Kutyło, Raport: Ocena zakresu i ukierunkowania Poddziałania 1.3.1 POKL w kontekście efektów wcześniejszych działań na rzecz społeczności romskiej, Kutno, Listopad 2008: http://www.ewaluacja.gov.pl/Wyniki/Documents/6_064.pdf (odczyt: 10.10.2013), s. 76 i ns.; Raport końcowy z badania ewaluacyjnego „Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce”, Warszawa 2011: http://www.romowie.info/public/upload/Raport_z_badania_ewaluacyjnego_Programu_na_rzecz_spo%C5%82eczno%C5%9Bci_romskiej_w_Polsce.pdf (odczyt: 10.10.2013), s. 55 i ns.
15. Por. S. Stankiewicz, Wpływ edukacji na poczucie tożsamości Romów, w: J. Milewski (red.), Przyjazna szkoła – edukacja dla Romów. Raport z konferencji, Suwałki (Stowarzyszenie Integracja) 2004, s. 17.
16. Tamże, s. 16.
17. Tamże, s. 17.
18. Por. Program integracji…, s. 11.
19. M. Walczak, J. Talewicz-Kwiatkowska, M. Skrzyński, P. Wójcik, Ł. Kutyło, dz. cyt., s. 77.
20. Tamże, s. 78.
21. M. Różycka, Wzory kultury a edukacja dzieci romskich, w: P. Borek (red), O Romach w Polsce i w Europie. Tożsamość, historia, kultura, edukacja, Kraków (Collegium Columbinum) 2009, s. 194-210.
22. Tamże, s. 200.
23. Tamże.
24. Tamże, s. 201.
25. Tamże, s. 202.
26. Tamże.
27. Por. tamże, s. 202-203.
28. Por. tamże, s. 208 i In.
29. Por. tamże, s. 210.
30. Por. tamże, s. 210.
31. Wydaje się, że moja opinia w tej sprawie nie jest zupełnie odosobniona. Por. J. Milewski, Gadziowskie refleksje o romskiej edukacji, „Studia Romologica”, nr 2 (2009), s. 89-97.

Trochę bez związku. Po prostu ”bonus track”:

czwartek, 23 maja 2013

Drzwi


Lekko i bez wysiłku, jednym pchnięciem, otwierają się tylko drzwi do zguby
- Lew Tołstoj

Są wszędzie, gdzie tylko człowiek postanowił coś zbudować. Wyglądają podobnie. Czasem solidniejsze, pokryte kuloodporną blachą, innym razem liche, zbite z kilku desek i zaopatrzone skoblem. Chronią, a przynajmniej odgradzają. Stwarzają złudzenie bezpieczeństwa. Pewnie dlatego tak mocno wrosły w nasz sposób myślenia o świecie, zwłaszcza o drugim człowieku. Uchylamy bowiem komuś drzwi, deklarujemy, że nasze drzwi będą dla kogoś zawsze otwarte. W końcu dla tego kogoś je zatrzaskujemy. Można w nich sobie przytrzasnąć palce, a nawet stracić głowę. Stukamy do drzwi licząc, że nam je otworzą. Pukamy z nadzieją, szarpiemy za klamkę, rozłupujemy siekierą. Czekamy, by otwarły nam podwoje, wisimy u klamki. Czasem wyważamy otwarte, a równie często natykamy się na te do lasu.
Skrzypiące powodują, że po grzebiecie przebiegają nam ciarki. Choć są tak różne wszystkie można w końcu otworzyć i wszystkie zatrzasnąć. Gdyby było inaczej oznaczałoby to, że coś jest z nimi nie tak. Błąd, awaria, smutek zaniedbanego gospodarstwa, samotność porzuconego domu. Nawet drzwi zamknięte na głucho to drzwi dokądś. Stajemy przed nimi niczym przed wrotami nowego milenium zastanawiając się, co się stanie, gdy uda nam się przekroczyć ich próg. Dokąd w rzeczy samej prowadzą. Kryją więc zarówno tajemnicę, jak i obietnicę. Rodzą nadzieję, ale i strach. Z drzwiami jest bowiem problem. Za nimi może kryć się równie dobrze to, czego najniecierpliwiej pragniemy, jak i otchłań ze swoimi zachłannymi mackami. Znacznie częściej jednak kryje się za nimi po prostu mur. Smutne.

piątek, 1 lutego 2013

Na szczęście...



W życiu nie chodzi o szczęście, lecz o dobre życie.
prof. Barbara Skarga

 
Przełom starego i nowego roku sprzyja wyjątkowo myśleniu o szczęściu. Ostatnie dni grudnia i pierwsze stycznia obfitują w rozliczne życzenia, które bądź to do tego pojęcia się sprowadzają, bądź też bezpośrednio go dotyczą. Gdyby życzenia się sprawdzały, bylibyśmy zapewne permanentnie szczęśliwi, z wyłączeniem tych nielicznych jednostek, którym większość życzy zgoła czegoś odmiennego, zazwyczaj zresztą nieszczerze składając życzenia szczęścia. Tak czy inaczej szczerość czy nieszczerość intencji leżących u źródła życzeń nie ma większego znaczenia, podobnie jak sprawczego znaczenia nie mają one same, pozostając jedynie sympatycznym świadectwem pamięci i dobrych intencji bliźnich.
Fakt, że powszechnie życzymy sobie szczęścia zdaje się świadczyć o tym, iż wszyscy go pożądamy. Pragniemy mieć szczęście i być szczęśliwymi, zazwyczaj zresztą utożsamiając te stany. Tymczasem mieć szczęście nie oznacza zarazem bycia szczęśliwym. To, że ktoś miał szczęście i (dla przykładu) wygrał sporą sumę na loterii, nie czyni go automatycznie szczęśliwym. Ba! Bywa, że jest wręcz odwrotnie. Mający – w ujęciu obiektywnym - szczęście może bowiem subiektywnie uważać, że gdyby rzeczywiście je miał wygrałby znacznie więcej, gdy tymczasem zdobył sumę, która nie pozwala mu spełnić wszystkich pokładanych w wygranej oczekiwań. Poza tym staje się on natychmiast adresatem rozlicznych próśb i wniosków bliskich i znajomych, którzy takiego szczęścia nie mieli, a chętnie też poczuliby się nieco bardziej szczęśliwi. A indagacje te bynajmniej szczęśliwym go nie czynią.
Pragnienie szczęścia najwyraźniej nas pochłania, czego wyrazem jest wiele obiegowych opinii krążących na jego temat. Jedna z nich głosi np., że kto ma szczęście w kartach nie ma szczęścia w miłości, zaś kto ma szczęście w miłości nie powinien próbować hazardu. Inna z kolei, że pieniądze szczęścia nie dają. Wynikałoby z tego niezbicie, że „szczęściarz” wygrywający w karty z góry skazuje się na bycie nieszczęśliwym. Z kolei ten, któremu szczęście w kartach nie dopisuje, zyska miłość, która zasadniczo również ze szczęściem wiele wspólnego nie ma, bo - jak powiada ludowe porzekadło - „Miłość je sto razy gorszo niż wściekłość, bo od wściekłości pomoże, a od miłości - uchowaj, Boże”. Ludowym mądrościom w sukurs przychodzi literatura światowej klasy, gdzie o przykłady harmonii pomiędzy szczęściem a miłością trudniej niż o dokładne oszacowanie ilości diabłów na łebku szpilki.
Ta nieuchwytność szczęścia prowadzi do poczucia jego deficytu, zaś deficyt rodzi pożądanie. To, iż wszyscy pragniemy szczęścia sprawia
z kolei, że kształtuje się rynek, na którym zdobyć można niezawodne ponoć sposoby jego pozyskania. Sprzedawcy szczęścia (ot choćby psychologowie pozytywni) niewątpliwie zbijają fortuny, co – zgodnie z przytoczoną wyżej opinią – z definicji czyni ich nieszczęśliwymi. Trudno więc, by uznać ich za wiarygodnych. Wniosek ten potwierdzają badania naukowe, z których niezbicie wynika, że pogoń za szczęściem jest najlepszą drogą do bycia permanentnie nieszczęśliwym.
Czy zatem szczęście istnieje? Niewątpliwie tak. Negacja w tym przypadku kłóciłaby się ze zdrowym rozsądkiem. Każdy z nas zaznał bowiem kiedyś szczęścia. I choćby była to najbardziej ulotna z chwil, trudno byłoby jej zaprzeczyć. Owo doświadczenie uczy zarazem, że poczucie szczęścia jest efektem ubocznym innych zdarzeń, samo w sobie pozostając niezamierzonym. Choć może nie tak do końca. Kiedy – dla przykładu - idziemy w góry, nie robimy tego przecież, by wypoc hektolitry wody ze swojego organizmu. Zamierzamy raczej osiągnąć jakiś realny cel - zdobyć szczyt. Wychodząc w góry wiemy, albo chociaż przypuszczamy, że jego osiągnięcie uczyni nas szczęśliwymi. Choćby na chwilę…




piątek, 21 grudnia 2012

Dobrych Świąt! Dobrego roku!

Stefan Mrożewski – Pokłon pasterzy
Ach! zła Ewa narobiła, kłopotu nas nabawiła, z wężem sama rozmawiała, i jabłuszka kosztowała.- Narobiła.
Adam z raju wypędzony zostawił płód zarażony.
Ale go z kłopotu tego, Matka Syna Przedwiecznego. - Wybawiła.
Robak chytry zwiódł mężatkę, za tę winę sam wpadł w klatkę.
Bo mu głowę podeptała, która od wieku przyjść miała - Białogłowa.
Czego dawno pożądali, cni Ojcowie oglądali, i już są dziś wypełnione, od Proroków objawione - Święte słowa.
Dziś w żłobie odpoczywa, z nieba zszedłszy prawda żywa,
Która nie będzie zawarta, owszem na wieki otwarta, - Że Zbawiciel
Od Aniołów ogłoszony, z Panny w stajni narodzony, Skąd wesele nam przynosi, Miły pokój ludziom głosi – Odkupiciel.


(Ze zbioru: Kantyczki. Pieśni na Boże Narodzenie, Księgarnia Luxemburgska 1867, T. II, s. 3-4)