Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 grudnia 2012

Dobrych Świąt! Dobrego roku!

Stefan Mrożewski – Pokłon pasterzy
Ach! zła Ewa narobiła, kłopotu nas nabawiła, z wężem sama rozmawiała, i jabłuszka kosztowała.- Narobiła.
Adam z raju wypędzony zostawił płód zarażony.
Ale go z kłopotu tego, Matka Syna Przedwiecznego. - Wybawiła.
Robak chytry zwiódł mężatkę, za tę winę sam wpadł w klatkę.
Bo mu głowę podeptała, która od wieku przyjść miała - Białogłowa.
Czego dawno pożądali, cni Ojcowie oglądali, i już są dziś wypełnione, od Proroków objawione - Święte słowa.
Dziś w żłobie odpoczywa, z nieba zszedłszy prawda żywa,
Która nie będzie zawarta, owszem na wieki otwarta, - Że Zbawiciel
Od Aniołów ogłoszony, z Panny w stajni narodzony, Skąd wesele nam przynosi, Miły pokój ludziom głosi – Odkupiciel.


(Ze zbioru: Kantyczki. Pieśni na Boże Narodzenie, Księgarnia Luxemburgska 1867, T. II, s. 3-4)

wtorek, 16 sierpnia 2011

20 lat polskiego Internetu


20 lat. Piękny wiek. Z rozrzewnieniem wspominam czasem te lata. Hasło „Internet” mówiło mi mniej więcej tyle, co podróże na Marsa. Niby wiedziałem o co chodzi, ale w realność projektu trudno było – w krótszej perspektywie czasowej - uwierzyć.  Tymczasem pierwsze połączenie sieciowe Warszawy z Kopenhagą (17 sierpnia 1991 roku) uznawane za dzień narodzin polskiego Internetu, rozpoczęło prawdziwą rewolucję. Już kilka lat później, korzystając z różnorakich „koneksji”, można było zacząć z niego korzystać. Dla możliwości swobodnego surfowania po sieci podjąłem się nawet opieki nad rachityczną pracownią komputerową w moim instytucie. No po prostu łezka w oku się kręci.
Przy okazji warto zauważyć, jak przedziwnym tworem jest ludzka pamięć. Bo jakże trudno dzisiaj uwierzyć, że życie offline  było w ogóle możliwe. Podobne uczucia towarzyszą nam, kiedy popatrzymy na nasz telefon komórkowy (żeby jeden…) i szereg innych gadżetów, bez których dzisiaj trudno byłoby się nam obyć. A jednak. 40 wiosen na karku zobowiązuje do pamiętania o czasach, kiedy znalezienie sprawnej budki telefonicznej graniczyło z cudem, a cnotę cierpliwości ćwiczyło się czekając na swoją kolej do słuchawki wmontowanej w ścianę.
Internet, jako specyficzne osiągnięcie XX wieku, nabiera szczególnego znaczenia w stuleciu kolejnym. Wykorzystywany początkowo do celów naukowych, szybko zawładnięty został przez świat rozrywki, by obecnie wyewoluować także do postaci potężnej gałęzi gospodarki. Wystarczy zauważyć, że sklepy z elektroniką (dla przykładu) w realu, stają się powoli wielkimi wzorcowniami. Idziemy tam, by pooglądać, ale kupujemy – taniej – w necie. Zachwyt nad fenomenem Internetu nie może nam jednak przysłaniać faktu, że poza możliwościami sieci pozostaje całkiem spora rzesza ludzi.
Zjawisko to ma dwojaki charakter. Technologiczny i kompetencyjny. Po pierwsze bowiem nie wszędzie jeszcze sieć ma swoje końcówki lub ze względów ekonomicznych jest powszechnie dostępna, po drugie zaś istnieją całe grupy społeczne, którym brak wystarczających kompetencji do wykorzystania możliwości, jakie daje Internet. Wraz z jego rozwojem wyrosło nam nowe zjawisko, zwane wykluczeniem cyfrowym. Zjawisko, o bardzo poważnych konsekwencjach.
Od kilku lat staram się obserwować polskie zmagania z tym problemem. Nie można powiedzieć, że jesteśmy względem niego bezczynni. Powstają wszak projekty budowy regionalnych sieci szerokopasmowych, które mają zapewnić tani dostęp do szybkiego Internetu w najdalszych zakątkach kraju. Powstają też strategie walki z wykluczeniem cyfrowym w obszarze kompetencyjnym. W obydwu przypadkach zakłada się wykorzystanie możliwości finansowych związanych z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ich realizacja przebiegała sprawniej, niż ma to miejsce obecnie.
Regionalne sieci szerokopasmowe powstają z bardzo dużymi problemami. Warto wspomnieć, że do notyfikacji w Komisji Europejskiej zgłoszono dotychczas bodajże (a mówimy o perspektywie finansowej 2007-2013) jedynie warty 300 milionów euro projekt sieci szerokopasmowej dla Polski Wschodniej. Pozostałe, jak sądzę, są daleko w lesie, choć niektórzy z moich znajomych - zaangażowani w te przedsięwzięcia – mówią, że przesadzam. Oby mieli rację. Niezbyt optymistycznie wygląda też wykorzystanie środków przeznaczonych na upowszechnianie Internetu w ośrodkach peryferyjnych. Tu – jak sądzę – zasadniczym powodem jest brak świadomości wagi tego problemu oraz przytłaczający ciężar „dziur w drogach”.
Znacznie lepiej mogłoby być także z wdrażaniem strategii walki z wykluczeniem cyfrowym. Obecne działania postrzegam jako rozproszone i pozbawione jakiejkolwiek koordynacji. Z drugiej strony cieszę się, że swoje miejsce w ich realizacji odnalazły biblioteki publiczne. Warto tutaj przypomnieć chociażby implementację programu „Ikonka”, czy – dla przykładu – działania podejmowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie na rzecz zwalczania wykluczenia cyfrowego wśród seniorów.
Pomimo tych niedociągnięć przyszłość polskiego Internetu widzieć można w jasnych barwach. Wydarzenia tego roku pokazały siłę Internautów. Mam więc nadzieję, że władze publiczne nie będą podejmowały więcej prób ograniczania swobody w przestrzeni globalnej sieci (przykładów tego typu działań daleko w świecie szukać nie trzeba), skupiając się raczej na rozwoju e-administracji. Im więcej swobody, tym więcej innowacji. Bez swobody w Internecie nie mielibyśmy dzisiaj chociażby boomu w zakresie crowdsourcing’u. Owszem. Internet ma też swoje ciemne strony. Ale wszak ze względu na grupę idiotów na katedrach nie ogranicza się swobody badań naukowych. Od tego, jak wykorzystamy możliwości stwarzane przez rozwój sieci, w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądał XXI wiek.
Urodzinowe – wszystkiego najlepszego! Szczerze!

poniedziałek, 23 maja 2011

Bełkot



Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem

Na fali ogólnonarodowej debaty o chamstwie w Internecie i ja postanowiłem zagłębić się w jego przestworzach. A że koszula najbliższa ciału wygooglowałem siebie. A co! No dobrze. Nie tylko wygooglowałem. Zajrzałem też w kilka miejsc „poleconych” mi ostatnio przez znajomych. Zaglądają tam regularnie. Ja od wielkiego dzwonu. No i zagrzmiał. A głos jego donośny jak cholera.
Czego to się człowiek nie dowie o sobie w sieci. Zabawa pyszna. Doprawdy. Choć i przykro się robi, że Matka Ziemia tylu frustratów musi nosić na swoich spracowanych barkach. No cóż. 4,5 mld lat temu przetrwała uderzenie planety wielkości Marsa (stąd mamy księżyc), a i mniejsze obiekty kosmiczne – przez ostatnich 4,6 mld lat - nie szczędziły jej razów. Równie mocno jej wytrzymałość testowali amatorzy przyspieszonego Armagedonu częstując ją serią eksplozji nuklearnych. Wytrzymała? A jakże. Przetrwała sobotni koniec świata punkt o 18.00,  więc przetrwa też zmasowany atak frustratów w cyberprzestrzeni.
Trzy rzeczy uderzyły mnie szczególnie podczas tej wycieczki w głąb ludzkich resentymentów. Pierwsza to trwałość niektórych tematów. Powiedzmy, że brałem udział w jakimś konkursie, który – tak bywa – wygrałem. Zawsze wówczas zdarzy się jakiś kontrkandydat twierdzący jeszcze niemal dekadę później, że konkurs musiał być ustawiony. No bo przecież – a jakże – w przeciwnym wypadku zakończyłby się zgoła innym werdyktem. Druga to różnorodność form. Przeważają wpisy na forach, ale zaraz po nich plasuje się multiplikowanie nieprzychylnych opinii w każdym możliwym miejscu. Ale to, co dostałem ostatnio mailem (publikacja w sieci jest dopiero zapowiadana) przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Stałem się ja oto – marny żuczek – bohaterem (negatywnym oczywiście) opowiadania. Ba! Powieści w odcinkach! Ukazał się dopiero pierwszy. Z niecierpliwością oczekuję następnych. Mam nawet kilka pomysłów, jak mogłaby się rozwinąć akcja.
No i w końcu rzecz trzecia. Określę ją jednym słowem: bełkot. Tym, którzy nie do końca wiedzą, co to takiego, polecam wygooglowanie ostatnich uchwał Zarządu Województwa Małopolskiego dotyczących Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (odwołanie mnie ze stanowiska dyrektora, cofnięcie pani Annie Wiśniewskiej „powierzenia obowiązków dyrektora”, ogłoszenie konkursu na dyrektora). Zachęcam zwłaszcza do przeczytania ich uzasadnień. Istny kabaret. To że podawane w nich fakty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (pomyłka w dacie powołania mnie na to stanowisko sięga 4 lat!) to nic w porównaniu ze stylem w jakim powstały. Dadaiści spaliliby się ze wstydu czytając te bzdury.
Dwie refleksje na koniec. Widząc jakim błotem obrzucany bywam w sieci zastanawiam się, czy warto silić się na jakąś reakcję. Publikować polemiki? Po co? Przecież nie jest to rodzaj krytyki, a ordynarny atak. Krytykę można przyjąć, albo – nie zgadzając się z nią – przedstawić kontrargumenty. Ale polemizować z bełkotem? A może użyć środków prawnych? Anonimowych (choć nie zawsze) autorów wpisów na formach można namierzyć. Tylko po co? Włóczenie się po sądach to zajęcie niezwykle przykre. Potrzebne mi jeszcze te dodatkowe przykrości? Może lepiej niech problemem zajmą się Ci, którzy najlepiej się na tym znają. Psychiatrzy. Kilka doktoratów kategoryzujących sieciowych frustratów widzę już oczyma wyobraźni.
Jeśli mam się już włóczyć to najlepiej po świecie. Ot chociażby tam, gdzie o zasięg globalnej sieci trudno. Dla przykładu – można wsiąść na prom i popływać po Bałtyku. Przy okazji zajrzeć do Sztokholmu i Tallina, albo zapuścić się i głębiej. Pooglądać kamienie runiczne w Sigtunie, albo zadumać się nad grobem Linneusza w Uppsali. Szwedzi – jak tylko zaświeci słońce - to bardzo radośni ludzie. Nieco gorzej sprawa ma się z Estończykami. Kryzys daje im się mocno we znaki. Zastąpienie narodowej waluty Euro spowodowało wzrost cen. I choć z uśmiechem opowiadają np. o swojej malutkiej armii, w której ostatnio zlikwidowano kompanię rowerową, aż strach się bać zaglądać na estońskie forma internetowe…

sobota, 16 kwietnia 2011

96. rocznica ludobójstwa Ormian

Przeglądam właśnie zaproszenia. Jedno szczególnie przykuwa uwagę. 30 kwietnia 2011 r. o godz. 16:00 w  kościele św. Mikołaja  w Krakowie przy ul. Kopernika 9 odbędzie się uroczysta msza św. w 96. rocznicę ludobójstwa Ormian. Po mszy będzie można złożyć kwiaty i zapalić znicze pod ustawionym obok kościoła kilka lat temu Chaczkarem. Więcej informacji na ten temat (i nie tylko) znaleźć można na stronie Ormiańskiego Towarzystwa Kulturalnego. Przy okazji polecam również witrynę Centrum Badań Ormiańskich oraz Cyfrową Bibliotekę Ormiańską.


środa, 23 marca 2011

Horror w bibliotece

Pewnie mało kto z Was wie, że wśród wielu wydawanych przez Bibliotekę Narodową pozycji znajdują się i horrory. Czytuję je od lat i przyznaję, że z roku na rok stają się co raz to bardziej drastyczne. Kilka z nich chciałbym dzisiaj zarekomendować. Nosiłem się z tym od pewnego czasu, ale dopiero dziś – jak się wydaje - jest najbardziej właściwy wieczór, by parę słów na ich temat skreślić.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej,  jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc  tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Jeśli przypomnieć, że adaptacja zawilgoconego poddasza na tę czytelnię stała się powodem odsądzania mnie (i nie tylko mnie) od czci i wiary, a po jej uruchomieniu biblioteka nie uzyskała środków umożliwiających jej bezpieczne realizowanie podstawowych zadań, to wnioski nasuwają się same. Trudno zakładać, że bez zmiany mentalności polityków i świadomości mediów będziemy mogli przekształcić nasze biblioteki w instytucje efektywnie promujące czytelnictwo. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni nadal będą one li tylko listkiem figowym maskującym naszą bierność, zaś te, którym uda się wybić ponad przeciętną – łakomym kąskiem politycznym.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.

piątek, 22 października 2010

Czytajmy!!!

Zdarzyło mi się kiedyś być w Madrycie. Pierwszy kontakt z tym miastem to lotnisko i znajdująca się pod nim stacja metra. Po kilku chwilach mogłem już przesiąść się na linię docelową. Widok jaki zobaczyłem na stacji pośredniej sprawił, że oniemiałem. Centralny jej punkt stanowiła… biblioteka! Mała, nowoczesna, dobrze zaopatrzona. Ten obraz prześladuje mnie za każdym razem, kiedy czytam kolejne dane dotyczące czytelnictwa w Polsce i przypominam sobie stan polskich bibliotek publicznych.

Ostatni, roczny raport Instytutu Książki i Czytelnictwa przynosi informację, że jedynie 38% Polaków ma jakikolwiek kontakt z książką. To najniższa wartość tego wskaźnika od początku prowadzenia tych badań – czyli od 1992 roku. Systematyczny spadek tej wielkości też nie napawa optymizmem. Jeszcze w 2004 roku ten sam wskaźnik był dokładnie 20% wyższy (58%).

Jeśli już czytamy, sięgamy przede wszystkim po popularne powieści: obyczajowo-romansowe (18%) i sensacyjno-kryminalne (15%) oraz książki encyklopedyczno-poradnikowe (14%). Czytamy również literaturę faktu (11%), książki dla dzieci i młodzieży (10%), fantastykę (10%) oraz lektury szkolne i podręczniki (10%). Nieco rzadziej zdarza nam się zagłębiać w lekturę książek religijnych (7%) i opracowań fachowych (7%). Niektórzy lubią eseistykę i publicystykę (2%) oraz literaturę ezoteryczną (1%).

Głównym źródłem książek są dla Polaków biblioteki (40%), zwłaszcza publiczne (27%), następnie własny księgozbiór (36%), księgozbiory rodziny i znajomych (35%), ostatnie zakupy (35%). Zakup co najmniej jednej książki rocznie deklaruje jedynie 23% Polaków. Jeszcze w 2002 roku było ich 14% więcej. Warto żebyśmy pamiętali, iż część z osób deklarujących, że kupują książki, przyznaje zarazem, że są to podręczniki szkolne dla ich dzieci…

To, że nie czytamy pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje. Mierzy się je m.in. tzw. poziomem piśmienności. Na szeroką skalę badania w tym zakresie przeprowadzono pod auspicjami OECD w 1994 roku. Ich celem było stwierdzenie jaki wpływ ma piśmienność (rozumiana jako sprawność odczytywania ze zrozumieniem różnego typu tekstów) na życie lokalnych społeczności. Badania te wykazały, że piśmienność jest podstawą, która określa jednostki (i całe społeczeństwa) jako zdolne do dostosowywania się do szybko zachodzących zmian w świecie, posiadające umiejętność skutecznego uczenia się, podatne na przyswajanie wiedzy, otwarte na wszelkie zmiany i innowacje, co jest niezmiernie ważne dla zawodowej mobilności. Wyniki tych badań unaoczniły wszystkim, że dobrze pojęty interes ogólny to utrzymanie członków społeczeństwa na wysokim poziomie piśmienności. Jest to bowiem ważny czynnik wzrostu ekonomicznego kraju, warunkujący jego rozwój społeczny i kulturalny. Jednostce natomiast umożliwia właściwe funkcjonowanie w nowoczesnym społeczeństwie.

Efektem tego badania w Polsce są wyniki, które budzą co najmniej niepokój. Około 40% współczesnych Polaków cechuje bardzo niski poziom piśmienności, co oznacza, że nie są oni przygotowani do uczestnictwa w obiegu informacji. Nie poradzili sobie z takimi zadaniami, jak: czytanie ze zrozumieniem tekstów, liczenie podczas zakupów, wypełnianie kwestionariuszy, zażywanie leków zgodnie z zaleceniami na ulotce itp. Jest to równoznaczne z wykluczeniem takich osób poza nawias nowoczesnego, demokratycznego społeczeństwa, gdyż piśmienność traktuje się jako istotny element określający przygotowanie jednostki do uczestnictwa w kulturze i życiu publicznym. A pamiętajmy, że badania te przeprowadzono 16 lat temu. Spadek czytelnictwa w tym czasie jest na tyle dramatyczny, iż można przypuszczać, że dzisiaj wyniki te byłyby jeszcze gorsze.

Niski poziom czytelnictwa przekłada się nie tylko na stan kapitału społecznoekonomicznego Polaków, czy niską świadomość wyborów politycznych, ale także zagraża ich tożsamości, jako wspólnocie. Książka zaspokaja ciekawość poznawczą czytelnika, potrzeby emocjonalne, stanowi kulturalną rozrywkę, rozwija wrażliwość na piękno języka. Jest zarazem taką formą utrwalania informacji, która pozwala powracać do niej wielokrotnie, stanowiąc dzięki temu istotne źródło zdobywania wiadomości i wywoływania różnego rodzaju przeżyć intelektualnych, moralno-społecznych, czy estetycznych. Treści zawarte w czytanych tekstach odgrywają zasadniczą rolę w kształtowaniu się poglądów, systemów wartości, opinii i tożsamości kulturowej człowieka. My, Polacy, powinniśmy to rozumieć w sposób szczególny. "Historii naszego kraju – jak pisze w jednej ze swoich książek prof. Papuzińska - zwłaszcza w XIX wieku towarzyszyło przeświadczenie o wielkiej władzy słowa pisanego nad ludzkimi myślami i czynami, żarliwa wiara w jego moc, w społeczne posłannictwo pisarza. To właśnie literaturze między innymi zawdzięczamy utrzymanie swej narodowej świadomości i zwartości. Książka i prasa przejmowały w okresie zaborów funkcje wielu nie istniejących instytucji publicznych, gorące słowa poetów, filozofów i społeczników mobilizowały całe zbiorowości do społecznych i narodowych zrywów". Czy więc – w tym kontekście – nie jest zasadne pytanie o naszą przyszłość, jako niepodległej wspólnoty, w sytuacji, kiedy przestajemy sięgać po książki?

Kiedy zadaje takie pytania słyszę czasem, że przesadzam. Że w świecie nowych mediów znaczenie książki spada w sposób naturalny. Tymczasem jednak, pomimo intensywnego rozwoju nowoczesnych form utrwalania i wymiany informacji, takich jak telewizja, radio film, czy Internet, książka nadal pozostaje głównym źródłem zdobywania wiedzy o współczesnej rzeczywistości i o naszej przeszłości historycznej. Nowe media są często atrakcyjniejsze, łatwiejsze w odbiorze, bardziej sugestywne, bo atakujące wiele zmysłów jednocześnie. Książka jednak zachowała swą uprzywilejowaną pozycję między innymi dlatego, że daje możliwość indywidualnego wyboru oraz różnorodności form zastosowania, możliwość ingerencji w treść i tempo prezentacji materiału, czy w końcu możliwość przemyślenia czytanego tekstu, jak też i jego utrwalenia przez wielokrotne czytanie. Poza tym pewnych przeżyć, jakie daje książka nic nie jest w stanie zastąpić. Osobliwość kontaktu z nią polega bowiem na tym, że jest ona tylko impulsem dla ludzkiej wyobraźni. Prawdopodobnie dzięki temu czytanie jest jak najbardziej "prywatną, osobistą i podlegającą samokontroli czynnością człowieka".

W naszym dobrze pojętym interesie leży więc wspólny wysiłek, którego celem jest przywrócenie książce należnego jej miejsca - zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym. Uświadomienie sobie po raz kolejny, że "Książka jest – jak czytamy w jednym z dokumentów UNESCO – paszportem do świata, paszport ten pozwala przekraczać granice czasu i przestrzeni, przynosi człowiekowi radość i przyczynia się do jego rozwoju. Dla czytelnika książka może być wiernym towarzyszem życiowym, inspiratorem marzeń albo źródłem mądrości. Czytelnik jest obdarzony wolnością wyboru tematu, jak i wyznaczania celu swej lektury, dzięki temu książka staje się środkiem uprzywilejowanego komunikowania się z innymi ludźmi".


Korzystałem z:

1. E. Malmquist, Nauka czytania w szkole podstawowej, Warszawa 1987

2. J. Papuzińska, Czytanie domowe, Warszawa 1975

3. L. Marszałek, Paszport do świata, Warszawa 1986

4. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku – komunikat z badań Biblioteki Narodowej, dokument elektroniczny

5. T. Zatorska, Rozważania naukowe nad czytelnictwem, dokument elektroniczny

środa, 20 października 2010

Finis coronat opus

Pomyślałem sobie, że najwyższy już czas zamknąć temat, który ciągnie się za mną niemalże półtorej roku. Zastanawiając się, jak to zrobić doszedłem do wniosku, że w liście otwartym, który skierowałem do Radnych Sejmiku Województwa Małopolskiego, ustosunkuję się do stanowiska zajętego w tej sprawie przez Komisję Rewizyjną SWM. List przesłałem do wiadomości kilku dziennikarzy, zwłaszcza zaś tych, którzy byli szczególnie aktywni w owym czasie. Jego treść zamieszczam też niżej.



Kraków, 19 października 2010


Szanowni Państwo

Radni

Sejmiku Województwa Małopolskiego



Szanowni Państwo,


Z pewnym opóźnieniem zapoznałem się ze Stanowiskiem Komisji Rewizyjnej Sejmiku Województwa Małopolskiego z posiedzenia w dniu 26 sierpnia 2010 roku w sprawie zakończenie kontroli w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej przy ul. Rajskiej w Krakowie (znak: KS.III.0042/11/10/2010). Nie ukrywam, że jest ono dla mnie powodem do satysfakcji, ale i budzi pewien niedosyt.

Cieszę się, że Komisja dostrzegła "(…) pozytywne efekty remontu Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie". Zastanawia mnie jednak lakoniczność tego sformułowania. Przypomnijmy, że zarzucono mi, iż nakłady poniesione na realizację projektu adaptacji poddasza budynku przy ul. Rajskiej 1 w Krakowie na cele niezbędne dla właściwej realizacji zadań statutowych Biblioteki są niewspółmierne do osiągniętych efektów, zaś same koszty tej inwestycji uznano za horrendalne. W tym duchu wypowiadali się niektórzy Radni i Członkowie Zarządu Województwa Małopolskiego. Część z tych wypowiedzi miała charakter medialny, łatwo więc i dzisiaj do nich sięgnąć.

Zarówno ja, jak i inni uczestnicy procesu inwestycyjnego, dowodziliśmy, że przedsięwzięcie zostało przeprowadzone w sposób optymalny dla danych warunków makroekonomicznych, zaś uzyskane efekty w stosunku do poniesionych nakładów świadczą o rzetelności w realizacji zadania i dbałości o finanse publiczne. Szczegółowe dane na ten temat opublikowałem swego czasu w Internecie (http://arturpaszko.blogspot.com/2009/08/fakty_8882.html). Koszt adaptacji poddasza, liczony jak dla inwestycji tego typu, nie jest wysoki. Porównanie poniesionych na ten cel nakładów z innymi tego typu inwestycjami realizowanymi w podobnych warunkach dowodzi, iż inwestycja ta została przeprowadzona w sposób wyjątkowo oszczędny.

W tym miejscu warto zadać sobie pytanie, czy nakłady poniesione w celu adaptacji poddasza budynku WBP w Krakowie mogły być niższe. Odpowiedź w tym względzie musi być pozytywna. Świadczą o tym wyniki wszystkich (a było ich sporo – wbrew temu, co twierdziła "Gazeta Wyborcza" i TVP Kraków) kontroli. Wskazują one na decyzję o etapowaniu inwestycji, jako przyczynę wzrostu jej pierwotnie szacowanej wartości. Chciałbym nadmienić, że rozstrzygnięcie to podjąłem nie ja, lecz Zarząd Województwa Małopolskiego II kadencji. Do dzisiaj trudno mi zrozumieć powody, jakie leżały u jej podstaw. Bo – wbrew stwierdzeniu jednego z Członków ZWM – nie mogła być nim "(…) logika realizacji projektów współfinansowanych w ramach Kontraktu Wojewódzkiego". Wspominam o tej kwestii nie dlatego, iżbym domagał się dzisiaj wyciągania politycznych konsekwencji wobec osób wprowadzających w błąd jeden z organów SWM, a tym bardzie osób, które podjęły decyzję o etapowaniu przedmiotowej inwestycji. Chciałbym jedynie podkreślić, iż w moim odczuciu podniesienie tego faktu przez Komisję Rewizyjną uchroniłoby w przyszłości budżet Województwa Małopolskiego przed skutkami krótkowzrocznych decyzji inwestycyjnych.

Na marginesie warto przypomnieć fakt, iż ZWM II kadencji zobowiązał mnie nie tylko do przedstawienia koncepcji etapowania inwestycji, ale także do poważnego ograniczenia jej zakresu. Adaptacja poddasza wiązała się bowiem z koniecznością przeprowadzenia szeregu dodatkowych prac w całym budynku Biblioteki. Argumentowałem, że poddasze nie stanowi odrębnej nieruchomości, a przeciwnie – stanowi integralną część obiektu zlokalizowanego przy ul. Rajskiej 1 w Krakowie. Ingerencja w substancję poddasza wymusza więc przeprowadzenie dodatkowych prac na niższych kondygnacjach. Argumenty te nie spotkały się ze zrozumieniem. Koncepcję adaptacji musiałem drastycznie ograniczyć. Dopiero później udało się Bibliotece pozyskać środki spoza budżetu Województwa Małopolskiego na niektóre z niezbędnych prac. Niestety, nie udało się jej pozyskać środków na realizację zadań z zakresu ochrony przeciwpożarowej, których wykonanie stanowi konsekwencję adaptacji poddasza, dotyczy jednak nie jego samego, lecz całego obiektu. Zarzucanie mi braku działań w tym zakresie, co szczególnie mocno sugerował Kazimierz Czekaj, jest niedorzecznością.

W dalszej części Stanowiska Komisji Rewizyjnej Sejmiku Województwa Małopolskiego z posiedzenia w dniu 26 sierpnia 2010 roku w sprawie zakończenie kontroli w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej przy ul. Rajskiej w Krakowie znajdujemy stwierdzenie, że "(…) dostrzega [ona – AP] naruszenie ustawy zamówień publicznych, lecz zgadza się z wnioskami Regionalnej Izby Obrachunkowej, iż nie było to naruszenie istotne, tzn. powodujące straty materialne dla Województwa". Kwestia ta – moim zdaniem – wymaga nieco szerszego omówienia.

Zarząd Województwa Małopolskiego 12 sierpnia 2009 roku powiadomił Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych przy Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Krakowie o naruszeniu przeze mnie dyscypliny finansów publicznych, które polegać miało na:

  1. dokonaniu wydatków ze środków publicznych bez upoważnienia, albo z przekroczeniem zakresu upoważnienia

oraz

  1. udzieleniu zamówienia o wartości 247.025,59 zł w trybie "z wolnej ręki", pomimo braku przesłanek do zastosowania tego trybu.

Badając sprawę Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych już 9 października 2009 roku stanowczo podważył zasadność pierwszego z tych zarzutów (Postanowienie z dnia 9 października 2009 roku o odmowie wszczęcia postępowania wyjaśniającego w sprawie naruszenia dyscypliny finansów publicznych, sygn. akt: RDFP-512/95/2009) stwierdzając, że nie znajduje on potwierdzenia w materiałach sprawy oraz przepisach powszechnie obowiązującego prawa. Drugą kwestię skierował do decyzji Regionalnej Komisji Orzekającej w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych przy Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Krakowie (Wniosek o ukaranie z dnia 7 grudnia 2009 roku, sygn. akt: RDFP-512/95/2009). Należy zaznaczyć, iż Rzecznik uznał, że ponoszę winę nieumyślną za "(…) naruszenie w dniu 23 listopada 2006 roku dyscypliny finansów publicznych w rozumieniu art. 17 ust. 1 pkt 2 lit. a) ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, poprzez: zawarcie – powołując się na art. 66 i art. 67 ust. 1 pkt 5 lit. a) i lit. b) ustawy (…) Prawo zamówień publicznych (…) - umowy NR WBP-ZP-15/2006 z Przedsiębiorstwem Rewaloryzacji Zabytków w Krakowie Spółka Akcyjna (…) w trybie "zamówienia z wolnej ręki", pomimo braku przesłanek dla zastosowania tego trybu, w zakresie części zamówienia obejmującej "dostawę dźwigów D1 i D2" o wartości: 202.408,00 zł netto (…)". Dlatego też wnioskował o ukaranie mnie najniższą możliwą karą w postaci upomnienia.

Regionalna Komisja Orzekająca rozpatrzyła wniosek Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych dopiero w dniu 7 maja 2010 roku. Przyjęła ona przedstawione przeze mnie argumenty, że działałem w dobrej wierze oraz z korzyścią dla finansów publicznych. Nie podzieliła jednak mojej argumentacji co do zasadności przyjęcia przesłanek z art. 66 i art. 67 ust. 1 pkt 5 lit. a) i lit. b) ustawy Prawo zamówień publicznych jako uzasadniających zastosowanie trybu "z wolnej ręki" dla zakupu ww. wind. Tym niemniej nie zdecydowała o ukaraniu mnie lecz sprawę umorzyła (Orzeczenie Regionalnej Komisji Orzekającej w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych przy Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Krakowie z dnia 7 maja 2010 roku, znak: RKO-522/106/09). Czytając uzasadnienie Orzeczenia Komisji dochodzę do przekonania, że Komisja przyjęła moje argumenty mówiące o tym, że podjęcie takich właśnie a nie innych kroków było niezbędne dla dobra finansów publicznych. Niepodjęcie ich groziło szkodą dla tychże! Swój wywód w tym względzie oparłem o przepis art. 44 ustawy o finansach publicznych, który w pkt. 3 ust. 1 mówi, iż wydatki publiczne powinny być dokonywane w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem zasad: a) uzyskiwania najlepszych efektów z danych nakładów, b) optymalnego doboru metod i środków służących osiągnięciu założonych celów; 2) w sposób umożliwiający terminową realizację zadań; 3) w wysokości i terminach wynikających z wcześniej zaciągniętych zobowiązań.

Stanowczo brakuje mi odwołania do tych kwestii w przedmiotowym Stanowisku Komisji Rewizyjnej. Dopiero one bowiem tworzą właściwy kontekst dla słów: "(…) dostrzega naruszenie ustawy zamówień publicznych (…)". Owo naruszenie nie miało bowiem charakteru czynu zamierzonego. Było podyktowane chęcią działania na korzyść finansów publicznych oraz przyniosło efekt w postaci ewidentnych korzyści dla Województwa Małopolskiego.

Z pewnym zażenowaniem przyjąłem informację, że po sformułowaniu przez Komisję Rewizyjną Sejmiku Województwa Małopolskiego Stanowiska z posiedzenia, które odbyło się w dniu 26 sierpnia 2010 roku, wśród części Radnych pojawiły się opinie, że nawet o ile nie złamałem prawa, to postąpiłem nieetycznie. Twierdzenia te odnoszą się niewątpliwie do – podnoszonego przez niektóre małopolskie media – faktu zakupu przeze mnie mieszkania od wykonawcy robót budowlanych w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej. Przyznaję, że jest to dla mnie pewne zaskoczenie. W piśmie z dnia 10 lipca 2009 roku skierowanym do Wicemarszałka Województwa Małopolskiego pana Romana Ciepieli zbiłem podniesione w "Dzienniku Polskim" argumenty, których istotą było stwierdzenie, że fakt zakupu przeze mnie nieruchomości od PRZ S.A. postawił mnie w sytuacji konfliktu interesów. Następnie przekazałem wszystkim Klubom Radnych SWM komplet dokumentów związanych z tą transakcją. Dowodziły one niezbicie, że została ona przeprowadzona w sposób niebudzący żadnych wątpliwości, co do jej uczciwości. Materiały na ten temat opublikowałem też w Internecie (http://arturpaszko.blogspot.com/2009/07/nie-jestem-wielbadem_6644.html; http://arturpaszko.blogspot.com/2009/07/post-scriptum_18.html). W tym kontekście rodzi się pytanie, co tak naprawdę oznaczać ma owo stwierdzenie o moim rzekomo nieetycznym zachowaniu. Jeżeli bowiem zachowałem się uczciwie, nikogo nie okradłem, nie oszukałem, nie odniosłem nienależnej mi korzyści, nie działałem na szkodę finansów publicznych ani żadnej osoby fizycznej lub prawnej itp. - to gdzie tutaj jakieś zachowanie nieetyczne? Z drugiej zaś strony czy etycznym jest pomawianie mnie o niestworzone rzeczy, podpieranie swoich twierdzeń przed organami SWM nieprawdą, publiczne prezentowanie sądów nie opartych na faktach, manipulowanie nimi itp.? Pozostawiam to ostatnie pytanie bez odpowiedzi. Nie chcę być niczyim sędzią.

Zdaję sobie sprawę, że w świecie, w którym media kreują obraz władzy publicznej jako skorumpowanej i nieetycznej, dokonana przeze mnie transakcja mogła rodzić pewne pytania. Zastanawia mnie jednak, dlaczego nie wyblakły one w świetle dowodów, ewidentnie te wątpliwości rozwiewających, zaś przedstawiane przeze mnie racjonalne argumenty były w debacie publicznej w sposób bezpardonowy pomijane. W zamian pojawiały się nowe, co raz to bardziej absurdalne oskarżenia. Jedynym wytłumaczeniem tego faktu jest kontekst w jakim cała sprawa się rozegrała. W lutym 2009 roku pan Marek Nawara – Marszałek Województwa Małopolskiego uległ ciężkiemu wypadkowi, który stanowił początek jego wielomiesięcznej hospitalizacji. Znaleźliśmy się więc w sytuacji szczególnej. Gdyby nie fakt, że Statut Województwa Małopolskiego przewidywał na taką okoliczność powierzenie funkcji przewodniczącego Zarządu Województwa Małopolskiego najstarszemu wiekiem wicemarszałkowi, zaś udzielone mi przez pana Marszałka Nawarę przed wypadkiem pełnomocnictwa umożliwiały stosunkowo normalne funkcjonowanie Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, a także innych wojewódzkich jednostek organizacyjnych, koniecznym stałoby się odwołanie pana Marka Nawary z funkcji Marszałka Województwa i powołanie nowego Zarządu Województwa Małopolskiego.

Nigdy nie nadużyłem faktu posiadania rozległych uprawnień. Wszystkie swoje decyzje, podejmowane w zastępstwie Marszałka Województwa Małopolskiego, konsultowałem z panem Wicemarszałkiem Romanem Ciepielą, a kiedy wymagała tego sytuacja, także z innymi Członkami ZWM lub Zarządem Województwa in gremio. Wystarczy sięgnąć pamięcią do tamtego okresu by stwierdzić, że nie wszyscy akceptowali ten stan rzeczy. Później doszła do tego próba utrudnienia mi kontaktu z Marszałkiem Markiem Nawarą oraz kontestowanie możliwości wydania przez niego pełnomocnictw.

Nie wiem, czy przedstawiony przeze mnie kontekst medialnego i politycznego ataku na moją osobę właściwie tłumaczy wydarzenia ubiegłego roku. Nie ulega jednak wątpliwości, że miały one związek z osobą Marszałka Województwa Małopolskiego. Kiedy bowiem temat zakupu przeze mnie mieszkania okazał się nieprzydatny do wykorzystania, rozpętano nową kampanię. Tym razem jej zasadniczą tezą stało się rzekome wprowadzenie Sejmiku Województwa Małopolskiego w błąd przez Zarząd Województwa Małopolskiego, którego pracą kierował pan Marek Nawara, w sprawie kosztów adaptacji poddasza Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Oskarżenia te publicznie padły z ust Przewodniczącego Komisji Budżetu, Mienia i Finansów pana Kazimierza Czekaja. Absurdalność tych zarzutów wykazała Komisja Rewizyjna SWM, która dodatkowo udowodniła, że radny Czekaj wprawdzie podpisywał listę obecności na sesjach Sejmiku, ale nie uczestniczył w nich zbyt rzetelnie, o czym świadczy brak jego obecności podczas głosowań. Ostatecznie zaprzestał on głoszenia tych absurdalnych oskarżeń dopiero po opublikowaniu na stronach internetowych Województwa Małopolskiego białej księgi w tej sprawie. Kompromitacja w tym względzie nie przeszkodziła radnemu Czekajowi w prowadzeniu kolejnej negatywnej kampanii. Jej przedmiotem stały się równie absurdalne zarzuty związane z najmem powierzchni biurowych na potrzeby Urzędu.

Mając na względzie fakt, że poddanie się politycznej nagonce niosłoby za sobą trudne do oszacowania konsekwencje przyjąłem, że zaprzestanę pełnienia funkcji Dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego dopiero wtedy, gdy będzie jasne, że pan Marszałek Marek Nawara wróci do pracy. Chciałem to uczynić wyprzedzając ten fakt, tak aby nie dać nikomu możliwości atakowania Marszałka z mojego powodu. Wcześniej postanowiłem, że nie będę publicznie odpowiadał na stawiane mi zarzuty, bez względu na to, jak absurdalnej nie przybrałyby formy. Było dla mnie jasne, że żadne racjonalne argumenty nie mają szansy przebić się do opinii publicznej. Wystarczających dowodów w tej sprawie dostarczyły mi efekty moich rozmów z dziennikarzami. Szczerze powiedziawszy, dzisiaj również jestem przekonany, że list który do Państwa kieruje, stanie się jeśli nie przyczynkiem do kolejnej kampanii oszczerstw, to przynajmniej powodem do dalszych insynuacji lub chociażby uszczypliwości. Uznałem jednak, że najwyższy czas, żebym chociażby w takiej formie, ustosunkował się do całej tej nagonki.

Jest to dla mnie tym bardziej ważne, że fakt oczyszczenia mnie z zarzutów przez Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych oraz Regionalną Komisję Orzekającą, jak można było przewidywać, nie stał się wystarczającym materiałem do publikacji medialnych, które by w rzetelny sposób naświetlały kwestię. Zabrakło – jak zwykle w takich sprawach – minimum przyzwoitości. Zamiast tego od czasu do czasu docierają do mnie rozsiewane po mieście plotki. Jeśli i do Państwa docierają różne pogłoski śpieszę wyjaśnić: począwszy od 10 lipca 2009 roku, a więc od ukazania się pierwszego tekstu w opisanej wyżej sprawie, nigdy nie zostałem przesłuchany, ani nie wykonano z moim udziałem żadnych czynności, które mogłyby świadczyć, że toczy się przeciwko mnie jakiekolwiek postępowanie. Tym niemniej kilka tygodni temu zwróciłem się do Szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego z pytaniem, czy wszczęte przez CBA czynności o charakterze informatyczno-analitycznym w związku z inwestycją w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie już się zakończyły. Jak dotychczas nie otrzymałem odpowiedzi na moje wystąpienie, chociaż pamiętam, że dla potrzeb medialnych informacji tych udzielano obficie. Dzisiaj najwyraźniej takich potrzeb już nie ma.

Reasumując pragnę wyrazić ubolewanie z powodu żenującego spektaklu jakiego byliście Państwo świadkami. Uznaję, że jego istotą są niespełnione, wybujałe ludzkie ambicje, do których realizacji przyczynić miała się frustracja i niespełnione aspiracje jednego z moich byłych współpracowników. Jednocześnie chciałbym Państwu serdecznie podziękować za tych kilkadziesiąt miesięcy wspólnej, rzetelnej pracy. Ze strony większości z Państwa zawsze spotykałem się ze zrozumieniem i wyrazami sympatii. To rzecz niezwykle cenna. Szczególne podziękowania kieruję na ręce Pana Marszałka Marka Nawary, za zaufanie jakim mnie obdarzył. Wierzę, że tego zaufania nigdy nie nadużyłem.


Z poważaniem

(-) Artur Paszko

poniedziałek, 18 października 2010

Jadą wozy kolorowe…

Działająca w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie Szkoła @ktywnego Seniora zaprasza do udziału w kolejnym przedstawieniu pt. "Jadą wozy kolorowe…" (25.10.2010, godz.16.00, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Krakowie, ul. Rajska 1, sala 53, parter) przygotowanym przez Zespół Poetycko-Muzyczny S@S. W programie romskie pieśni i tańce oraz inne atrakcje. Wspaniała, wspólna zabawowa gwarantowana!

Spotkanie jest realizowane w ramach międzynarodowego projektu "Heurit(AGE)" w Programie Grundtvig, koordynowanego przez Towarzystwo Polsko-Niemieckie w Krakowie

środa, 22 września 2010

S@S


W poniedziałek, późnym wieczorem., słuchałem w radiowej Trójce, programu z udziałem Waldemara Dąbrowskiego – byłego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Bogdana Zdrojewskiego – obecnie pełniącego tę funkcję. Panowie dużo mówili o finansowaniu kultury, w tym także o bibliotekach publicznych. Jedna rzecz uderzyła mnie w całym toku tej rozmowy szczególnie. Obydwaj panowie, za grupę docelową bibliotek publicznych uznali dzieci i młodzież. Owszem – to ważna grupa czytelnicza. Co więcej – dedykowane są jej także biblioteki szkolne. Ważna, ale nie jedyna. Fakt, iż nasze społeczeństwo szybko się starzeje sprawia, że co raz ważniejsze są takie inicjatywy, jak projekt: Szkoły @ktywnego Seniora S@S. Warto, żeby uświadomili sobie to nie tylko bibliotekarze…

wtorek, 22 czerwca 2010

Romowie i seniorzy w WBP


PS. Nie lubię, gdy sie odmienia moje nazwisko, ale co tam:-).