piątek, 21 marca 2014

Nec Helkules contra plures!

To nie dzieci lecz poetów edukuje się bijąc po twarzy.
(Marcel Proust, Czas odnaleziony)

I Herkules dupa kiedy ludzi kupa mawiał, parafrazując znaną łacińską paremię, Stanisław Grzesiuk. Nie potrzeba szlifów Belwederu, by dojść do wniosku, że sporo w tym racji. Można wszak walczyć z utartymi sądami, ale na szczególny sukces liczyć raczej nie należy. Wniosek ten przyprowadził mnie ostatnio do konstatacji, że oto poddam się powszechnej opinii, iż od kilku już lat przechodzę kryzys wieku średniego ze wszystkimi jego konsekwencjami. Całej ich — zadekretowanej przecież w rozlicznych poradnikach z cyklu jak żyć — palety wprawdzie jeszcze zasmakować nie było mi dane, ale któż to może wiedzieć, co przyniesie przyszłość. Granice kryzysu, jak twierdzą bowiem autorzy wspomnianych wyżej bestsellerów, są niedookreślone. Czekam więc cierpliwie.
Tymczasem skrzętnie odkreślam na liście kontrolnej to, co już mi się zaczęło przytrafiać. Dwa co najmniej symptomy wydają się w sposób oczywisty przemawiać na korzyść owego plures. Po pierwsze zacząłem odnawiać znajomości sprzed dwudziestu często lat. Okazją do ich odświeżenia są zazwyczaj pogrzeby, na które człowiek po czterdziestce zaczyna biegać, jak dwudziestolatek na wesela. Ba! Nie pamiętam roku, bym był na sześciu weselach z rzędu. Tymczasem pogrzeby mnożą się niemożebnie. Dalibóg nie przypominam już sobie, kiedy ostatni raz byłem na chrzcinach... Tak czy inaczej wpadamy na siebie. Po latach. Zdziwieni, że ciągle jesteśmy w stanie się rozpoznać. Z mniej lub bardziej przetrzebionymi czuprynami i poszarpanymi życiorysami. No i z lekkim obłędem w oczach, jakby każdy uważał, że oto coś prawie mu w tym życiu uciekło. Szybko więc próbujemy naprawić błędy okresu wypaczeń, umawiając się na piwo z przyległościami. Po spotkaniu lub dwóch skutki wypaczeń jednak zwyciężają. I tak do następnego pogrzebu…
Nieco mniej efemerycznym symptomem kryzysu wieku średniego wydaje się nieodparta chęć powrotu do lektur okresu szczenięcej młodości, które wprawdzie przeczytaliśmy, ale co do właściwego ich zrozumienia mamy znaczące wątpliwości. Najwyraźniej utkwiły w głębi naszego jestestwa nie dając przez lata spokoju, by wreszcie eksplodować potrzebą ponownego szukania istoty rzeczy. Weźmy na przykład takiego Buszującego w zbożu Jeroma Davida Salingera. Dostałem tę książeczkę spod lady niejako, w licealnej bibliotece. Warunki quasikonspiracyjne sprawiły, że czytałem ją łapczywie i w tempie doprawdy imponującym. Tyle tylko, że zamiast zidentyfikować się z Holdenem Caulfieldem, ze strony na stronę byłem nim co raz bardziej poirytowany. Szarzyzna późnego PRL-u skonfrontowana z opisami bajecznego Nowego Jorku sprawiły, że w żaden sposób nie przemawiały do mnie rozterki głównego bohatera. Udowodniłem w ten sposób, że powiedzenie, iż syty nie zrozumie głodnego w stronę przeciwną stosuje się odpowiednio. Dzisiaj sprawa ma się inaczej. Bez bólu czytam uczone opracowania i podzielam zawarte w nich opinie. Zmiana warunków otoczenia i znaczący bagaż doświadczeń sprawiają, że nawet jeśli nadal nie identyfikuję się z Holdenem (co raczej dziwić nie powinno; czas inicjacji w życie to dla mnie już czas przeszły, teraźniejszość i przyszłość to raczej inicjacja w śmierć), to przynajmniej wydaję się go rozumieć.
Pozostał tylko drobiazg. Ten wiersz Roberta Burnsa, a w zasadzie jego fragment, opacznie zrozumiany przez głównego bohatera, który w tłumaczeniu polskiego wydania wygląda następująco:
Kiedy ktoś napotka kogoś
kto buszuje w zbożu
Kiedy kto całuje kogoś
czy ktoś płakać ma

Kiedy kto napotka kogoś
kto buszuje w polu
Kiedy kto całuje kogoś
czy świat wiedzieć ma?

Nie dawało mi spokoju tych kilka wersów. Coś mnie w nich uwierało. Sięgnąłem więc do wersji angielskiej, gdyż szkockiego oryginału nie udało mi się znaleźć. Idzie to tak:

Coming thro' the rye, poor body,
Coming thro' the rye,
She draiglet a' her petticoatie
Coming thro' the rye.

O, Jenny's a' wat, poor body;
Jenny's seldom dry;
She draiglet a' her petticoatie
Coming thro' the rye.

Gin a body meet a body
Coming thro' the rye,
Gin a body kiss a body -
Need a body cry?

Gin a body meet a body
Coming thro' the glen,
Gin a body kiss a body -
Need the warld ken?

Moja znajomość języka angielskiego pozostawia — delikatnie mówiąc — sporo do życzenia. Poeta też ze mnie żaden. Ośmielony jednak realnością obchodzonego dzisiaj Światowego Dnia Poezji, i tym, że nigdzie lepiej niż w Krakowie nie rozumie się twierdzenia, iż śpiewać każdy może postanowiłem zmierzyć się z tym tekstem na własną rękę. Spod przymkniętych oczu zobaczyłem dziewczynę, rankiem, w samej halce biegnącą przez łan dojrzałego żyta...

Brodziłaś w zbożu biedactwo
Płynęłaś przez sam środek łanu
Poszarpałaś swą halkę maleństwo
Kiedy biegłaś przez żyto

Moja biedna Usiu
Tak bardzo spragniona
Podarłaś swoją halkę biegnąc przez zboże
Ale to nie powód do płaczu

Przechodząc łanem żyta
Można kogoś spotkać, a nawet pokochać
Oczarować go i całować
Nie ma w tym nic złego

Przechodząc wśród kłosów
Można kogoś pokochać
Obsypać pocałunkami kochanka
Czyż świat nie łaknie miłości?

Strasznie to tkliwe, by nie rzec banalne. W piątej dekadzie życia człowiek oczekiwałby czegoś z większą dozą dramatyzmu, a przynajmniej o szerszym wymiarze społecznym. I tu niespodzianka. Ostatni wers wiersza Burnsa można przecież przetłumaczyć — idąc tropem polskiego tłumaczenia książki Salingera — i tak: Czy świat potrzebuje o tym wiedzieć?, co ujęte innymi słowy oznacza I nikomu nic do tego!, albo nawet No i walcie się wszyscy!. A stąd już jedynie jeden krok, ku takiej oto, jakże bliskiej mojemu pokoleniu (w jego obecnym stanie skupienia), Tuwimowskiej suplikacji:


piątek, 21 lutego 2014

43

Czas to nie droga szybkiego ruchu pomiędzy kołyską a grobem, czas - to miejsce na zaparkowanie pod słońcem.
Phil Bosmans

Czytanie ma ten efekt uboczny, że albo odbiera człowiekowi chęć do pisania, albo wręcz przeciwnie, do tego pisania go przymusza. Przyznam, że ostatnio znalazłem się na pierwszym z tych biegunów i gdyby nie fakt, że co roku, w okolicach 21 lutego, staram się skreślić kilka zdań, pewnie ten wpis by nie powstał. Im bowiem jestem starszy, tym bardziej dostrzegam wagę pewnych stałych punktów odniesienia, tych delikatnych elementów tkanki rzeczywistości, które w owej rzeczywistości pozwalają człowiekowi zorientować się skąd wyszedł, kim jest i dokąd zmierza. A że dekoracje, w których odgrywamy rolę swojego życia, zmieniają się dość dynamicznie, to i z tą orientacją różnie bywa, zaś nasze spojrzenie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ulega znacznym przekształceniom. Istotną rolę w tym procesie odgrywają zarówno nasze fascynacje, jak i rozczarowania. Pewnie zwłaszcza te ostatnie.
Taka jest cena dojrzewania, dorastania do wieczności. I tak najpierw chcemy żyć szybko, kochać mocno i umierać młodo, później orientujemy się, że wyszło jak zwykle, by w końcu zacząć obawiać się, jakie będą tego konsekwencje.
Słucham wiec Róż Europy sprzed lat i tych obecnych, dokładając sobie na deser Voo-Voo, by ostatecznie dojść do wniosku, że osobiście nie mam powodów do aż takich rozterek, a moja natura nie sprzyja stawianiu pytań, z definicji zakładających skrajnie pesymistyczne odpowiedzi. Tym bardziej, że rozterki tego typu raczej niczemu dobremu nie służą. No chyba, że znajdujemy w sobie siłę, by przetworzyć je w pozytywne działanie. A o tym, że pewnie siły takiej w sobie szukamy, świadczy popularność różnego rodzaju poradników, w typie 30 rzeczy, które należy przestać sobie robić, czy 30 rzeczy, które zrestartują Twoje życie.
Nie potrafię jednoznacznie ocenić takich rad, ale wolę je już od tych, których realizacja ma zapewnić człowiekowi wiekuistą młodość. Wiara w to, że właśnie owa młodość (cokolwiek ten termin oznacza) jest wartością, której należy podporządkować całą naszą aktywność, wydaje mi się niczym nieuzasadniona, by nie rzec wprost – absurdalna. Absurdalna, ale dająca się wytłumaczyć. Ot choćby słowami  Magdaleny Ziętek: Dla kapitału interesujący (…) są tylko ci, którzy dysponują odpowiednimi środkami finansowymi. A ponieważ w społeczeństwach zamożnych w tej chwili mamy do czynienia z sytuacją nasycenia rynku, dalsze napędzanie produkcji możliwe jest tylko dzięki „produkowaniu” nowych potrzeb. Kapitalizm dla swojego rozwoju potrzebuje więc człowieka o mentalności materialistyczno-hedonistycznej. Produkowanie nowych potrzeb możliwe jest bowiem tylko wtedy, kiedy uwaga ludzi będzie w sposób celowy przenoszona na sferę materialną. Asceta, który swoje potrzeby ogranicza do minimum, w gruncie rzeczy hamuje tak zwany rozwój gospodarczy.
Dalibóg nie jestem ascetą! Ale zwariować się też nie dam! Mam lustro i patrzę w nie codziennie. A choć widzę w nim co raz to inny obraz, dostrzegam zarazem tego samego człowieka. Skończyłem 43 lata i dobrze mi z tym.

wtorek, 31 grudnia 2013

Bo pewnego dnia będę stary...

Umowność kalendarza wydaje się czymś nie nazbyt oczywistym przede wszystkim przez wzgląd na jego cywilizacyjną nieodzowność. Przyzwyczajeni do życia z planerem w ręku wyczekujemy więc ostatniego dnia w roku, by odpalić petardy, odkorkować szampana i poczuć się o rok starszymi. Nowe plus minus 365 dni witamy zazwyczaj już nieubłaganie nieumownym bólem głowy i uczuciem zwiększonego łaknienia. Gdzieś pomiędzy odpalaniem petard i odkorkowywaniem szampana, a owym syndromem noworocznego zmęczenia znajduje się czas na życzenia i rozmowy o sprawach mniej lub bardziej aktualnych. A aktualnym na dzisiaj tematem jest – za sprawą Episkopatu – gender, o którym traktował ostatni biskupi list do wiernych.
 

Z listami na Niedzielę Świętej Rodziny mam osobisty problem. Zazwyczaj dotykają bowiem spraw ważnych, ale jakoś mało mi się z rodziną kojarzących. W roku 2012 – a zapadło mi to głęboko w pamięci – Episkopat skoncentrował się na zagadnieniu handlu niedzielnego. Wysłuchałem listu w pokorze, by tydzień później, w jednym z krakowskich opactw skonstatować, iż przesłanie to wypaść musiało raczej blado, jako że ojcowie tolerują trzy punkty handlowe czynne przez całą niedzielę w obrębie murów ich klasztoru. List tegoroczny wywołał zaś kontrowersje na tyle duże, że część proboszczów nie zdecydowała się nawet na jego odczytanie. W diecezji krakowskiej zaś, decyzją Jego Eminencji Księdza Stanisława Kardynała Dziwisza, czytany był jego skrót, w którym – co rozumiem i z czym się solidaryzuję – wycięto m.in. fragmenty o Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. 

Daleko mi do krytykowania zamysłu i poglądów Episkopatu, choć dziwię się, że biskupi nie chcą wykorzystać pretekstu, jakim jest wspomnienie Świętej Rodziny, by zmusić nas do głębszej refleksji nad jakością naszego życia codziennego. Stać za tym mogą różne względy. Ot choćby wyraziste biblijne tło liturgii. Każde z czytań bowiem to swoisty drogowskaz, nie wymagający nadzwyczajnych zdolności egzegetycznych. Weźmy na to słowa z Listu św. Pawła do Kolosan. I nawet nie te, które stanowić mają podstawowe zasady życia chrześcijańskiej rodziny (3,18-21), ale inne, owe zasady poprzedzające: „(…) obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni!” (3,12-15).
 

Jak się dobrze zastanowić proste w realizacji to i to nie jest, ale na postanowienie noworoczne (bo któż ich nie czyni?) nadaje się znakomicie. Jeśliby zaś komu postanowień było mało, zachęcam do przemyślenia – równie dla przełomu lat adekwatnej – modlitwy św. Tomasza z Akwinu:

Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary.
Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania,  że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.
Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym; czynnym lecz nie narzucającym się.
Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół.
Wyzwól mój umysł od nie kończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy.
Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień w miarę jak ich przybywa a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza.
Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich.
Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większa pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi.
Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.
Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać.
Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy; to jeden ze szczytów osiągnięć szatana.
Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach; daj mi Panie łaskę mówienia im o tym.

wtorek, 17 grudnia 2013

Dobrych świąt! Dobrego roku!


Bóg się rodzi

Przełamałeś czas na dwoje
jak przy wigilijnym stole
matka przełamuje opłatek

w przełamanym czasie
gwiazda betlejemska

może pomyliła drogi
na bezdrożach niebieskich
bo
zatrzymała się nad naszym domem
jak na żłobkiem
i promienna
W jej blasku ciszy się dom
wrzący świat dookoła
jak wycisza się przyroda
pod obrusem śnieżnym
Za gwiazdą
spod strzechy stajenki zleciał
na gałązki świerku
betlejemski muzyk - wróbel
z nutą glorii w kolędach

Bóg się rodzi...

Maria Siwińska


wtorek, 10 grudnia 2013

Słowa

Pamięci moja statku piękny
Czy nie dość było żeglowania
Po morzu gorzkim i dalekim
Czy nie za wiele wędrowania
Od brzasku aż po noc udręki

(Guillaume Apollinaire, Piosenka niekochanego)


Niektóre słowa bywają tak do siebie podobne, że nie sposób jest uwierzyć, iż podobieństwo to jest czysto przypadkowe. Weźmy dla przykładu dwa pierwsze z brzegu: „cierpliwość” i „cierpienie”. Słownikowa definicja rzeczownika „cierpliwość” sprowadza się de facto do dwóch sformułowań. Jest to mianowicie „zdolność spokojnego, długotrwałego znoszenia rzeczy przykrych”, a także „zdolność spokojnego wyczekiwania na coś lub dążenia do czegoś”. Dla odmiany, zamiast rzeczownikowi „cierpienie”, przyjrzyjmy się słownikowej definicji czasownika „cierpieć”, jako bardziej dynamicznej części mowy. Otóż sprowadza się ona do sformułowania: „odczuwać, przeżywać, znosić ból fizyczny lub moralny; boleć nad czymś lub z powodu czegoś; doznawać czegoś przykrego”. Pomijając etymologiczne zawiłości i nie dbając zanadto o zgodność tego, co napiszę dalej, ze stanem wiedzy naukowej (brakło mi cierpliwości dla głębszej kwerendy) dodam jedynie, że mnie osobiście, obydwa te słowa kojarzą się z rzecznikiem „cierń”. Ktokolwiek doświadczył głęboko wbitego ciernia (nie ważne: fizykalnego czy mentalnego) wie bowiem, jak to boli i ile trzeba cierpliwości, by się tego cierpienia skutecznie pozbyć. To jednak dopiero pierwsza, niejako łatwiejsza strona problemu. Cóż bowiem z sytuacją, gdy nie o wbity cierń tutaj chodzi, a o jego brak? Bo – odcinając nawet skrajne interpretacje tak zarysowanej kwestii – znacznie łatwiej jest pozbyć się czegoś, gdy to coś zależne jest choćby częściowo od naszej woli, trudniej zaś doczekać się czegoś zgoła innego, co od naszej woli nie zależy w ogóle lub zgoła w niewielkim jedynie stopniu.

Nie jest niczym złym cierpieć cierpliwie czekając na to, co dla człowieka ważne, zwłaszcza że czekanie rzadko oznacza tkwienie w miejscu. Cel może być odległy. Droga do niego usiana zasadzkami. Niepowodzenia i sukcesy mogą się na tej drodze wzajemnie przeplatać, a walka zła i dobra przynosić niespodziane rezultaty. Jeśli nie zbaczamy z drogi (wystarcza nam cierpliwości), teoretycznie przynajmniej wzrastać powinno prawdopodobieństwo sukcesu. Ba. Nawet jeśli zdarzy nam się zwątpić, zawrócić lub zboczyć z obranego kursu, a potem ponownie nań wrócić, niekoniecznie pisana jest nam porażka. Teoretycznie wydłużymy jedynie czas, jaki dzieli nas od świętowania sukcesu. No chyba, że przypadkiem odkryjemy skrót lub istnienie machin latających… Gorzej, gdy nasz cel ciągle zmienia położenie. Sam niejako się od nas oddala. Nie ma go za zakrętem, za którym powinny rysować się już jego kontury. Albo nawet pojawia się na chwilę, by zniknąć za moment na nie wiedzieć jak długo. Trudno wymagać wprawdzie, by cele stały w miejscu. W końcu życie to ruch. Wszystko przemieszcza się jednak w swojej skali, wg określonych reguł. Dla przykładu galaktyki oddalają się od siebie  wg następującego wzoru: v=Hor (prawo Hubble'a). Migrują kontynenty, a nawet – prawdopodobnie – o 22 milimetry rocznie poszerza się promień ziemi. Dlatego z okolic Szczawnicy w Himalaje dojdziemy może nie za dwa lata, lecz za dwa lata i dwa dni. Ale jednak dojdziemy. I niech tak pozostanie, dopóty, dopóki jest przewidywalne. Można uznać, że to nawet inspirujące. Cel, który znika, gdy tylko pojawia się w zasięgu wzroku, przestaje jednak być inspiracją. Gonienie za nim, staje się udręką.

sobota, 26 października 2013

Romskie dziecko w polskiej szkole

Na początek chciałbym wytłumaczyć się z tytułu tego posta [1].
Po pierwsze: przymiotnik “polskiej” można by zapewne zastąpić innym — “czeskiej”, “węgierskiej”, “słowackiej”, po prostu “nie-romskiej”. Bo bez względu na to, jak bardzo szkoła powszechna nie byłaby dziecku romskiemu przyjazna, albo przynajmniej przyjazną by być chciała, pozostanie szkołą nieromską. A owa nieromskość dotyczyć będzie w zasadzie wszystkich aspektów funkcjonowania dziecka w realiach szkolnych.
Po drugie: posługuję się przymiotnikiem “romski”. Wydaje się to o tyle oczywiste, że podmiotem moich rozważań są przecież Romowie. Tymczasem pisanie o jakichś, bliżej nieokreślonych Romach, bez uczynienia zastrzeżenia, że mamy tu do czynienia z dużym uogólnieniem, byłoby poważnym nadużyciem. Europejska Cygańszczyzna to bowiem – w dużym uproszczeniu - Khale, Manusze, Shinto i Romowie. Na terenie współczesnej Polski Khale i Manusze pojawiają się jedynie przejazdem, wywołując swoim pojawieniem się spore poruszenie wśród garstki polskich romologów. Shinti reprezentowani są przez kilka zaledwie rodzin. Romowie zaś dzielą się na cztery główne grupy: Polska Roma, Lowari, Kelderasze i Bergitka Roma. ”Szczepy” te poważnie między sobą się różnią; bywa, że nie czują między sobą żadnej łączności, a nawet są ze sobą zantagonizowane. Jeśli więc myślimy o Cygańszczyźnie, o Romach, to musimy mieć świadomość, że posługujemy się kategorią, dla której bliższą prawdy będzie analogia ze Słowiańszczyzną niż Polakami.
Jednak i takie porównanie jest swego rodzaju nadużyciem, bo przecież jest coś, co sprawia, że jesteśmy uprawnieni do posługiwania się tak poważnym uogólnieniem, jak kategoria “Romowie” czy “Cyganie”. Tym czymś jest “romaniphen”, który określić możemy jako ogół romskiej tradycji, niepisany kodeks postępowania oraz wzajemnych relacji w tradycyjnej społeczności romskiej, nieobejmujący stosunków z nie-Romami (gadziami). Na kodeks ten składają się wszystkie zwyczajowe prawa, tabu oraz sankcje grożące za ich złamanie. Centralny element tego systemu stanowi pojęcie ”skalania”, które jest sankcją za przekroczenie zasad ”romaniphen”. Uznanie kogoś za winnego przekroczenia tabu czyni taką osobę ”skalaną”, czyli rytualnie nieczystą, co wiąże się z różnym stopniem i formą wykluczenia jej z życia społecznego.
Pojęcie ”romaniphen” bywa też interpretowane jako po prostu ”cygańskość”. W tym znaczeniu jest ono istotą romskiej tożsamości, co implikuje często manifestowanie swej identyfikacji z romskim etnosem, uznawanie go za wartość najwyższą, publiczne i demonstracyjne używanie języka romani, solidarność z członkami własnej zbiorowości oraz celebrowanie tradycyjnych obrzędów i rytuałów.
Wśród rozmaitych grup romskich istnieją różne instytucje stojące na straży przestrzegania tradycji, opiniujące i wydające wyroki. Dla Polska Roma jest to Szero Rom i jego pomocnicy, dla Lowarów i Kełderaszy rada zwana Kris, zaś w przypadku Bergitka Roma rolę tę pełni szerszy konsensus społeczny. I choć Romowie różną się co do instytucji stojących na straży ”romaniphen”, a nawet nieco inaczej postrzegają jego rozliczne elementy, to nie sposób zaprzeczyć, że kodeks ten stanowi rodzaj rezerwuaru wartości wspólnych dla całej Cygańszczyzny. Słowa ”rezerwuar” używam tu z premedytacją. Zasób ten bowiem jest pilnie strzeżony: tak przed nie-Romami, jak i przed każdą zmianą, zaś przekazywanie kolejnym pokoleniom przechowywanych tam wartości gwarantuje przetrwanie romskiego etnosu. Kluczowym z punktu widzenia przedmiotowych rozważań pytaniem jest więc kwestia, czy nieromska szkoła sprzyja, jest obojętna, czy uniemożliwia ten proces.
I jeszcze jedna uwaga wstępna. Post ten, choć rości sobie pretensje do akademickości, w rzeczy samej jest zbiorem nieco zaledwie uporządkowanych refleksji praktyka, który swe uczestniczące obserwacje wykonywał wcielając w życie programy, których celem było m.in. skłonienie Romów do uczestnictwa w polskim systemie szkolnictwa powszechnego; następnie zaś zaczął przyglądać się tego typu działaniom z większego dystansu, przez co z pozycji zaangażowanego optymisty przeszedł na pozycje zdecydowanego sceptyka zadającego sobie pytanie, czy osiągnięcie sukcesu zaplanowanych działań nie oznacza zarazem przesunięcia kolejnej grupy etnicznej do kategorii etnograficznych ciekawostek rodem z Cepelii.
Nie jest to pytanie nowe. Pojawia się w rozlicznych rozważań o ”Innym”, czy o ”mniejszości” w cywilizacyjnym zderzeniu z większością. W sposób najbardziej wymowny zaś dylemat ten opisują literaci. I tak - dla przykładu - Stanisław Lem, bohaterów ”Edenu” (wydanie pierwsze: 1959 rok) stawia wobec konieczności rozstrzygnięcia dylematu, czy wobec dostrzeżonej niesprawiedliwości mogą oni podjąć interwencję na obcej, całkowicie nieznanej im planecie. W trakcie ich dyskusji jeden z nich, Koordynator, wypowiada takie oto znamienne słowa: ”Pomóc, mój Boże, cóż znaczy pomóc? To, co się tu dzieje, to co widzimy, to owoce określonej konstrukcji społecznej, należałoby ją złamać i stworzyć nową, lepszą – i jakże my to mamy zrobić? Przecież to są istoty o innej fizjologii, psychologii, historii niż my. (…)”. Stanowisko to popiera Doktor stwierdzając: ”Obawiam się, że w przypływie szlachetności zechcecie zrobić tu >porządek<, co przetłumaczone na praktykę będzie oznaczało terror”[2].
Jeszcze dosadniej dylemat ten przedstawia Roland Topor w jednym z prześmiewczych opowiadań ze zbioru ”Cztery róże dla Lucienne”[3]. Kreśli on w nim wizję eksploracji nieznanej planety przez misję Ziemian. Znajdują oni w tym odległym zakątku wszechświata człekopodobne istoty uwięzione w klatkach, a wiedzeni ludzkim wyczuciem sprawiedliwości i humanitaryzmu natychmiast przystępują do ich uwalniania. Niestety, po przepiłowaniu pierwszej kraty, wyswobodzona istota umiera. Nie zniechęca to jednak bohaterskich Ziemian do dalszego działania. Piłują klatki, a uwalniani umierają. Kiedy przepiłowują ostatnią, lekarz ekspedycji, który prowadził oględziny ofiar humanitaryzmu, informuje dowódcę, że te konstrukcje to w rzeczy samej nie więzienia, a kręgosłupy autochtonów. Nie mam wątpliwości, że opowiadaniem tym Topor stawia nam wszystkim pytanie o prawomocność naszych, często dyktowanych szlachetnymi pobudkami, działań, których celem jest zmienianie ”Innych”. W kontekście interesującego mnie zagadnienia zmusza do zadania sobie pytania, jakie skutki - działania nakierowane na włączenie Romów do systemu powszechnej edukacji – wywrą w zakresie ich tożsamości. Czy nadal pozostaną oni Romami, czy też będą nimi tylko z nazwy, zepchnięci na pozycje folklorystycznej ciekawostki.
Sądzę, że podobne pytania zadawać musieli sobie twórcy rządowych programów na rzecz społeczności romskiej w Polsce. Pewnie dlatego starają się za wszelką cenę tak formułować cele swoich działań, by uniknąć zarzutu, że mają one charakter asymilacyjny. W ”Pilotażowym programie rządowym na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003”, a następnie w ”Rządowym programie na rzecz społeczności romskiej w Polsce na lata 2004-2013” celem tym było włączenie Romów w nurt życia społeczeństwa obywatelskiego. Z kolei w projekcie ”Programu integracji społecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020” problem ten ujęto w następujący sposób: ”Celem głównym Programu (…) jest zwiększenie poziomu integracji społecznej Romów w Polsce poprzez działania w obszarze edukacji, aktywizacji zawodowej, ochrony zdrowia oraz poprawy sytuacji mieszkaniowej. Celem Programu (…) nie jest [więc – A.P.] doraźna pomoc w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się społeczność romska, ale wypracowanie takich mechanizmów, które pozwoliłyby na osiągnięcie celów nakreślonych powyżej”[4]. Jednocześnie autorzy ”Programu” podkreślają: ”W niniejszym dokumencie przez termin >integracja< rozumie się proces wspólnie wypracowanych i uzgodnionych niezbędnych zmian, zmierzających do nabycia umiejętności korzystania przez społeczność romską z dostępu do istniejących praw, usług i możliwości sprawnego funkcjonowania we współczesnym społeczeństwie. Procesu integracji nie należy utożsamiać ze zjawiskiem asymilacji – integracja rozumiana tu jest jako zjawisko ze sfery społeczno-ekonomicznej, a nie jako związane z tożsamością kulturową”[5]. Problem w tym, że jest to próba zaczarowania rzeczywistości. Niewyobrażalną jest bowiem dla mnie sytuacja, w której to udałoby się dokonać integracji Romów ze społeczeństwem większościowym na płaszczyźnie społeczno-ekonomicznej bez zmiany ich sposobu myślenia o sobie i otaczającym ich świecie, czyli bez zmian w obszarze tożsamości. To bowiem wyznawane wartości, tradycja, ”romaniphen” stanowią podstawowe kryterium bycia Romem, a więc także tego, jak należy zachowywać się w zakresie działań ekonomicznych (jakie zawody wolno wykonywać, a jakich nie itp.) i funkcjonować w szerszym społeczeństwie (jakie standardy zachowań obowiązują w stosunku do ”swoich”, a jakie w stosunku do ”obcych”).
Zakreślony powyżej cel ”Programu integracji społecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020” osiągnięty ma zostać dzięki wsparciu udzielanemu w czterech dziedzinach: edukacji (w tym edukacji kulturowej, historycznej i obywatelskiej), mieszkalnictwa, zdrowia oraz działań prozatrudnieniowych[6], przy czym to właśnie edukacja postrzegana jest jako klucz do sukcesu ”Programu”[7]. W obszarze tym za najważniejszy efekt planowanych działań przyjęto zwiększenie uczestnictwa uczniów oraz studentów pochodzenia romskiego w polskim systemie edukacji. Działania te to z kolei[8]:
- wspieranie i promowanie edukacji wczesnoszkolnej dzieci romskich,
- organizowanie zajęć wyrównawczych z języka polskiego w przedszkolach i szkołach, szczególnie na wczesnym etapie edukacji,
- pomoc w wyposażeniu uczniów romskich w wyprawki szkolne, w tym głównie w podręczniki,
- pomoc w ubezpieczaniu uczniów,
- egzekwowanie realizacji obowiązku szkolnego,
- promowanie wysokiej frekwencji m.in. poprzez nagradzanie uczniów o najwyższej frekwencji dofinansowaniem udziału w zorganizowanym wypoczynku letnim,
- wsparcie zadań skierowanych na kształtowanie i rozwój indywidualnych umiejętności dziecka,
- podejmowanie działań zmierzających do zmniejszenia udziału uczniów romskich w szkołach specjalnych (współpraca z rodzicami, nauczycielami i asystentami, poradniami psychologiczno-pedagogicznymi),
- kontynuację wdrażania programów stypendialnych dla uczniów i studentów romskich,
- objęcie systemowym wsparciem asystentów edukacji romskiej oraz nauczycieli wspomagających edukację uczniów romskich,
- wspieranie edukacji dorosłych – kształcenie ustawiczne,
- nacisk na prowadzenie działań integracyjnych, odchodzenie od zadań mających na celu prowadzenie zajęć wyłącznie dla uczniów romskich,
- wsparcie infrastrukturalne i remontowe lokali pełniących funkcję świetlic środowiskowych lub siedzib romskich organizacji pozarządowych,
- promowanie interaktywnych i innowacyjnych form kształcenia[9].
Ponadto finansowana ma być edukacja kulturalna - rozumiana jako promowanie wiedzy o kulturze, historii i tradycji romskiej - skierowana tak do społeczności lokalnych, jak i samych Romów[10] oraz projekty skoncentrowane na edukacji obywatelskiej, których celem będzie zwiększanie świadomości obywatelskiej Romów. Wsparcie znaleźć mają także działania skierowane do społeczeństwa większościowego nakierowane na budowę pozytywnego wizerunku Romów i zmniejszanie wzajemnego dystansu pomiędzy Romami i nie-Romami. Dominantą tych projektów powinien być czynnik edukacyjny[11].
Analizując powyższy zestaw proponowanych działań można skonstatować dwa zasadnicze fakty. Po pierwsze są to działania sprawdzone, realizowane z różnym natężeniem od roku 2001, czasem nawet wcześniej. Za ich kontynuowaniem przemawia ich skuteczność, którą można wykazać badając poziom realizacji obowiązku szkolnego przez dzieci i młodzież romską. Na dzień dzisiejszy przekracza on 80%, przy średniej frekwencji pomiędzy 62 (województwo wielkopolskie) a 88% (województwo zachodniopomorskie)[12]. Przed rokiem 2001 szacowano ją na poziomie ok. 20%[13]. Ich skuteczność potwierdzają również dwa raporty ewaluacyjne, wykonane w związku z zamiarem wdrażaniem nowych instrumentów wsparcia działań integrujących społeczność romską z nieromską większością[14]. Po drugie zaś, działania te układane są w parę, która sprawia, iż mogą być one akceptowane przez starszyznę romską. Jej stanowisko w bardzo jednoznaczny sposób wyraził, podczas debaty, jaka miała miejsce w 2004 roku w Suwałkach, pan Stanisław Stankiewicz (Stahiro) – późniejszy prezydent Międzynarodowej Unii Romów. Sformułował on mianowicie postulat ”edukacji świadomej”[15]. W swoim wystąpieniu stwierdził m.in.: ”Czy tożsamość jest wzmacniana przez edukację i nabywanie wiedzy, czy też nie? Trzeba powiedzieć, że niekiedy obawy romskich rodziców przed tym, że edukacja naruszy tożsamość ich dzieci, bywają zasadne. Dzieje się tak, ponieważ oni boją się, że chodzenie do szkoły spowoduje asymilację ich dzieci i odejście od romskości. Że zostaną wykorzenione, spolonizowane. Inaczej by było, gdyby rodziców ktoś w szkole – dyrektor, nauczyciel – zapewnił, że dziecko w szkole będzie mogło również uczyć się na temat swojej historii, języka. Gwarantuję, że wtedy dzieci romskie będą chodzić do szkoły”[16]. W innym miejscu kontynuuje ten wątek w następujący sposób: ”(…) oczekiwałbym pomocy we wzmacnianiu tożsamości ze strony instytucji i ludzi zajmujących się edukacją. Aby tak się działo, trzeba nauczycieli pracujących z dziećmi romskimi do tego przygotować, wyposażyć w odpowiednią wiedzę na temat kultury ich uczniów. Ponadto, jeżeli nauczyciel przygotuje nieromskich uczniów na spotkanie z romskimi kolegami, to nikt nie będzie patrzył na dziewczynkę, która nie chce rozebrać się na lekcji wychowania fizycznego, jak na dziwoląga, a ona nie będzie się wstydziła swoich obyczajów”[17].
Słowa te zdawałyby się świadczyć o słabnięciu najważniejszej bariery, odgradzającej dzieci i młodzież romską od edukacji. Jest nią wciąż utrzymujący się brak akceptacji dla zinstytucjonalizowanej edukacji dzieci i młodzieży w środowiskach ortodoksyjnych, skutkujący wysokim stopniem porzucania edukacji szkolnej na wczesnym etapie nauczania, zwłaszcza wśród dziewcząt[18]. Barier tych jest rzecz jasna znacznie więcej. Dostrzegli je m.in. twórcy jednego ze wspomnianych już przeze mnie raportów ewaluacyjnych. W przeprowadzonej przez nich wśród Romów ankiecie, jako najpoważniejsze bariery wskazywano brak odpowiednich środków finansowych na podejmowanie studiów, zakup podręczników i korepetycje (24,3%). Ponadto – brak wystarczającego wsparcia ze strony rodziców (17,1% wskazań), problemy z poprawnym posługiwaniem się językiem polskim (13,3% wskazań) i zły oddźwięk własnego otoczenia (krytyka ze strony starszych Romów za to, że ”tracą czas” ucząc się, czy studiując (11,8% wskazań))[19]. Szczegółowe wyniki tego badania przedstawiają się następująco[20]:

W sposób bardziej ekspercki, systemowy bariery te opisała w tekście, opublikowanym w 2009 roku pod wiele mówiącym tytułem ”Wzory kultury a edukacja dzieci romskich”, Małgorzata Różycka[21]. Pisze ona m.in. o odmiennym rozumieniu kategorii mądrości, gdyż ”(…) dla Romów mądrość utożsamiana jest z wiekiem i doświadczeniem życiowym, nie zaś ze zinstytucjonalizowanym nabywaniem wiedzy o świecie, jaką dają kolejne etapy edukacji szkolnej”[22], co skutkuje brakiem w rodzinach romskich etosu nauki i wykształcenia lub chociażby jakichkolwiek aspiracji z nimi związanych. Dalej, wspomina o przywilejach wieku dziecięcego w społecznościach romskich, który to okres określa czasem absolutyzowanej wolności[23]. Innymi słowy można by określić ten rodzaj podejścia do wychowania dzieci, jako wychowanie permisywne, które w żaden sposób nie przygotowuje dziecka do rygorów związanych z nauczaniem w systemie klasowo-lekcyjnym. Zetknięcie się z nim musi być dla małego Roma szokiem, szokiem często na tyle głębokim, że dodatkowo utrwala wyniesiony ze środowiska rodzinnego, niechętny stosunek do edukacji.
Dalej Różycka wspomina o specyficznej roli kobiety, w romskiej rodzinie. Jest ona bowiem m.in. piastunką i pierwszą wychowawczynią dziecka, a opieka nad potomstwem stanowi podstawę jej statusu społecznego. Stąd też oddawanie dzieci do przedszkoli postrzegane jest w części środowisk romskich, jako sprzeniewierzenie się temu podstawowemu obowiązkowi. Postawa taka, skojarzona z ograniczonymi zasobami finansowymi większości rodzin romskich, skutkuje niewielkim odsetkiem dzieci romskich w przedszkolach, co z kolei uniemożliwia rozpoczęcie z nimi na tym etapie pracy przygotowującej do startu w edukację, zwłaszcza pracy nad podniesieniem kompetencji w zakresie języka polskiego. Braki w tym obszarze śmiało uznać można za jedną z najważniejszych przyczyn szkolnych niepowodzeń dzieci i młodzieży romskiej[24].
Poza podnoszeniem kompetencji językowych, przedszkole mogłoby przyzwyczajać dzieci romskie do faktu, że świat zewnętrzny inaczej rozumie podstawowe dla bytowania kategorie. Ot chociażby odmiennie pojmuje kwestię czasu. W romani ”(…) określenie czasu wymaga pełniejszego doprecyzowania językowego. Podstawowe kategorie temporalne: >wczoraj<, >dziś< i >jutro< zależą od dodatkowych określeń, są zatem dość płynne”[25]. Rzutuje to niewątpliwie na sposób postrzegania ”(…) łańcucha przyczynowo-skutkowego, planowania i skuteczności podejmowanych działań”[26]. W sytuacjach szkolnych będzie dawało efekt w postaci niższej frekwencji oraz mniejszej terminowości w przygotowywaniu zadanych partii materiału (tu problemem dodatkowym jest także – wynikający z absolutyzowania wolności – brak systematyczności[27]), w dorosłym życiu zaś skutkowało będzie problemami z pracodawcami, kontrahentami czy urzędami.
Zakorzenionych w kulturze romskiej barier, utrudniających Romom udział w systemie powszechnej edukacji, jest oczywiście znacznie więcej. Małgorzata Różycka za zasadniczą uznaje wzór kultury, który nakazuje Romom pełną izolację od świata nie-Romów[28]. Jednocześnie wyraża ona nadzieję, że powstająca powoli inteligencja romska (proces kreacji której należy wspierać[29]) będzie potrafiła znaleźć środki, które przyczynią się do zmiany tego stanu rzeczy. Proces ten zresztą możemy zauważyć już dzisiaj, co jest zapewne efektem realizacji przez państwo od roku 2001 systemowych działań skierowanych do społeczności romskiej, a także swego rodzaju zgody części starszyzny romskiej na modernizację własnej grupy. Wydaje się bowiem, że elity romskie mają świadomość, iż Romowie w Polsce muszą się zmodernizować, a nad procesem tym należy zachować jakąś kontrolę, gdyż zarówno bez tej modernizacji, jak i bez tej kontroli Romowie po prostu rozpłyną się w ponowoczesnym świecie.
Tekst Małgorzaty Różyckiej ma tę przewagę nad innymi publikacjami, w których dyskutowany jest problem barier utrudniających Romom udział w systemie edukacji, że zasadniczy akcent kładzie nie tyle na przeszkody o charakterze pragmatycznym, ale kieruje nasze rozważania na poziom podstawowych wartości. Innymi słowy każe się nam zapytać, czy w rzeczy samej jesteśmy w stanie podjąć na tej płaszczyźnie jakikolwiek dialog. Bo przecież, jeżeli intencją większości jest integracja Romów, to drogą dla osiągnięcia takiego celu będzie wyłącznie edukacja międzykulturowa. Ta zaś zakłada dialogiczność kultur. Różycka pyta, czy znajdziemy w Romach partnera do takiego dialogu[30]. Ja wolałbym to pytanie odwrócić. Interesuje mnie bowiem, czy nieromska większość jest do takiego dialogu gotowa, czy wie o Romach wystarczająco dużo, a co za tym idzie potrafi otwarcie przyznać, że proponowane przez nią działania będą musiały odbyć się kosztem wartości, dla Romów zasadniczych. Niepodobna bowiem uzgodnić ”romaniphen” z wartościami, jakie w sposób oficjalny, a zwłaszcza w swym ukrytym programie, niesie szkoła powszechna. Była, jest i będzie ona narzędziem większości do reprodukowania wzorów kultury przez tę większość poważanych. Wzory grup mniejszościowych zaś mogą być przez nią tolerowane jedynie wówczas, gdy w sposób otwarty nie stoją w sprzeczności z wartościami większości. W przypadku „romaniphen” takie uzgodnienie wydaje mi się niezwykle trudne, jeśli w ogóle możliwe[31].

Przypisy:
1. Niniejszy tekst stanowi odwzorowanie referatu wygłoszonego przeze mnie podczas konferencji „Edukacja dzieci i młodzieży w środowiskach zróżnicowanych kulturowo” (Czeski Cieszyn-Ustroń, 14-16 października 2013 roku). Mam nadzieję, że w przyszłości, na jego bazie, uda mi się napisać i opublikować stosowny artykuł.
2. S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław, 1984, s. 254.
3. Wydanie polskie: Gdańsk, Wydawnictwo L&L 1995.
4. Program integracji społecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020 (projekt), s. 34: https://mac.gov.pl/wp-content/uploads/2011/12/PROGRAM-2.pdf (odczyt: 10.10.2013).
5. Tamże, s. 4.
6. Tamże, s. 2.
7. Por. tamże, s. 11.
8. Tamże, s. 38.
9. Tamże, s. 39-40.
10. Tamże, s. 40-41.
11. Tamże, s. 41.
12. Tamże, s. 12-13.
13. Por. A. Paszko, Romowie w małopolskich szkołach. Uwagi na marginesie „Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003”, „Studia Romologica”, nr 2 (2009), s. 35.
14. Por. M. Walczak, J. Talewicz-Kwiatkowska, M. Skrzyński, P. Wójcik, Ł. Kutyło, Raport: Ocena zakresu i ukierunkowania Poddziałania 1.3.1 POKL w kontekście efektów wcześniejszych działań na rzecz społeczności romskiej, Kutno, Listopad 2008: http://www.ewaluacja.gov.pl/Wyniki/Documents/6_064.pdf (odczyt: 10.10.2013), s. 76 i ns.; Raport końcowy z badania ewaluacyjnego „Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce”, Warszawa 2011: http://www.romowie.info/public/upload/Raport_z_badania_ewaluacyjnego_Programu_na_rzecz_spo%C5%82eczno%C5%9Bci_romskiej_w_Polsce.pdf (odczyt: 10.10.2013), s. 55 i ns.
15. Por. S. Stankiewicz, Wpływ edukacji na poczucie tożsamości Romów, w: J. Milewski (red.), Przyjazna szkoła – edukacja dla Romów. Raport z konferencji, Suwałki (Stowarzyszenie Integracja) 2004, s. 17.
16. Tamże, s. 16.
17. Tamże, s. 17.
18. Por. Program integracji…, s. 11.
19. M. Walczak, J. Talewicz-Kwiatkowska, M. Skrzyński, P. Wójcik, Ł. Kutyło, dz. cyt., s. 77.
20. Tamże, s. 78.
21. M. Różycka, Wzory kultury a edukacja dzieci romskich, w: P. Borek (red), O Romach w Polsce i w Europie. Tożsamość, historia, kultura, edukacja, Kraków (Collegium Columbinum) 2009, s. 194-210.
22. Tamże, s. 200.
23. Tamże.
24. Tamże, s. 201.
25. Tamże, s. 202.
26. Tamże.
27. Por. tamże, s. 202-203.
28. Por. tamże, s. 208 i In.
29. Por. tamże, s. 210.
30. Por. tamże, s. 210.
31. Wydaje się, że moja opinia w tej sprawie nie jest zupełnie odosobniona. Por. J. Milewski, Gadziowskie refleksje o romskiej edukacji, „Studia Romologica”, nr 2 (2009), s. 89-97.

Trochę bez związku. Po prostu ”bonus track”:

piątek, 30 sierpnia 2013

Sursum corda!


Nie wiem dlaczego ludzie pragną zdobywać szczyty. Pytani o to himalaiści odpowiadają zazwyczaj „bo są”. Doprawdy, przewrotność ludzka nie zna granic. Zna za to granie, szczeliny i uskoki. Zna strome zbocza i pionowe ściany. Liny, uprzęże, czekany, raki. Namioty i śpiwory, które zapewniają złudzenie ciepła.
Kiedy próbuję obiektywnie spojrzeć na każdą z moich górskich przygód, przypominam sobie chłód, niewygody i zmęczenie, które przestają się liczyć w momencie, gdy już wiem, że pokonałem górę. Obiektywnie… Tak naprawdę liczą się one jedynie w chwilach zwątpienia. Poza nimi jest pewność prostych zasad, zaufanie i wiara, że to wszystko ma sens.
Z góry widać lepiej. Świat, ludzi i siebie samego. Stamtąd też jakoś bliżej do Boga. Dlatego nie sposób zgodzić się z Dominikiem Zdortem, że „Himalaizm jest grzechem”. Pokonywanie siebie, przy okazji pokonywania góry, ma w sobie coś z żarliwej modlitwy. Może po prostu nią jest.