Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

O zadośćuczynieniu

Stredoeurópsky sochár:
Ukrižovaný Kristus (Morový krucifix).
Po 1709. SNG, Bratislava
Ale Bóg [naucza Anzelm Kantuareński] jest nie tylko sprawiedliwością, lecz zarazem miłością, a z nią nie da się pogodzić wieczne potępianie całej ludzkości. Istnieje zatem konflikt między sprawiedliwością i miłością bożą. Jedynym wyjściem z tego konfliktu jest zadośćuczynienie dane przez kogoś, który sam będąc człowiekiem, przecież jest bez winy, a zarazem dać może zadośćuczynienie nieskończenie wielkie. Warunki te może jednoczyć w sobie tylko ktoś taki, co jest równocześnie niewinnym człowiekiem i nieskończonym Bogiem, więc Bóg-człowiek, urodzony bez zmazy grzechu.

(Kazimierz Twardowski, O filozofii średniowiecznej wykładów sześć, paragraf 89)

Życzę wspaniałej Wielkanocy!

wtorek, 21 lutego 2017

Świat według Dalego

Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji,
ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie.
Salvador Dali


Równo rok temu swój urodzinowy wpis opatrzyłem zdjęciem przedstawiającym mnie w Raju. Chciałbym dzisiaj kontynuować ten wątek. Nie żeby się jakoś szczególnie na nim koncentrować. Raczej traktując go jako pretekst. Poza tym zamiast słowa „raj” pojawi się „niebo”. Aktualna nadal pozostaje konstatacja, że najciekawszym elementem tych postów są zawarte w nich cytaty. Idąc tym tropem cały dzisiejszy wpis – pominąwszy wstęp – składał będzie się z fragmentów Mojego sekretnego życia Salvadora Dalego*.

Moją ulubioną lekturą był Kant, z którego nic nie rozumiałem, co napełniało mnie dumą i satysfakcją. Uwielbiałem gubić się w labiryncie jego rozumowania, które nabrzmiewało we mnie jak niebiańska muzyka. Człowiek taki jak Kant, który pisał książki równie ważne i równie bezużyteczne, mógł być jedynie aniołem! Zapamiętanie, z jakim czytałem to, czego nie rozumiałem, musiało brać się z jakiegoś potężnego głodu duchowego i podobnie jak brak wapnia w organizmie sprawia, iż dzieci zdrapują i zjadają wapno i gips ze ścian, tak samo mój umysł potrzebował owego imperatywu kategorycznego, który przeżuwałem całymi latami nie mogąc go przełknąć. Wszelako pewnego dnia mi się udało. Jakieś drzwi się otworzyły i zrozumiałem (str. 119-120).

(...) pragnąłem się podobać eleganckim kobietom (...). A kto to jest kobieta elegancka? To kobieta, która tobą gardzi i nie ma włosów pod pachami (str. 145).

Nasza epoka zdycha z moralnego sceptycyzmu i duchowej nicości! Lenistwo wyobraźni, zawierzywszy powojennemu pseudopostępowi technicznemu, doprowadziło do uwiądu umysłu, rozbroiło go i zniesławiło. Mechaniczna cywilizacja zostanie unicestwiona przez wojnę, a masy, które ją zbudowały, posłużą za mięso armatnie (str. 256).

Ja osobiście nigdy nie interesowałem się polityką. Uważam ją za dziedzinę anegdotyczną i godną pożałowania, a nawet niebezpieczną. Studiowałem natomiast historię religii, zwłaszcza zaś religii katolickiej, z dnia na dzień dochodząc do co raz głębszego przekonania, że to „architektura doskonała” (str. 286).

Europa okresu powojennego gotowa jest już zdechnąć od swoich „izmów”, od ich anarchii, braku ścisłości w polityce, w estetyce, moralności. Europa zdycha od sceptycyzmu, arbitralności, bezwoli, bezkształtności, braku syntezy i Wiary. Ponieważ odgryzła kawałek zakazanego owocu specjalizacji, uznała, że wszystko wie, i zaufała anonimowej gnuśności wszystkiego co „kolektywne”. Nasze ekskrementy są tym, co zjedliśmy. Europa żywiła się "izmami" i rewolucjami. Jej odchody muszą więc mieć kolor wojny i cuchnąc śmiercią. Zapomniała, że szczęście to rzecz indywidualna i subiektywna i że jej nieszczęsna cywilizacja pod pretekstem, iż pragnie obalić wszelkiego rodzaju ograniczenia, stawała się w istocie niewolnicą swojej wolności. Karol Marks napisał: „Religia to opium dla ludu”, lecz Historia miała szybko dowieść, że materializm stanie się najbardziej skoncentrowaną trucizną nienawiści, z powodu której wszystkie ludy w końcu pomrą zduszone w obskurnych, śmierdzących, bombardowanych korytarzach metra współczesnego życia (str. 298) [+ przypis: Marksizm jest w równym stopniu odpowiedzialny za bolszewizm rosyjski co za narodowy socjalizm, który był liryczną sentymentalną reakcją na komunizm, lecz obarczoną przecież pierworodnym grzechem kolektywizmu, systemu mechanistycznego i antykatolicyzmu].

Ta książka dobiega końca. Zazwyczaj pisarze spisują pamiętniki pod koniec życia, gdy już zgromadzą życiowe doświadczenia. Na przekór wszystkim mądrzejszym wydało mi się najpierw napisać pamiętniki, a potem dopiero je przeżyć. Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji, ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie. Zabiłem swoją przeszłość, aby pozbyć się jej, jak wąż pozbywa się starej skóry, którą w moim przypadku było bezkształtne rewolucyjne życie po wojnie (str. 328).

Moją metamorfozą jest tradycja, albowiem  tradycja to właśnie zmiana i wymyślenie nowej skóry. Nie chodzi o chirurgię plastyczną czy okaleczenie, lecz o odrodzenie. Nie wyrzekam się niczego. Kontynuuję. A kontynuuje od początku, ponieważ zacząłem od końca. Czy ja się wreszcie zestarzeję? Zawsze zaczynałem od śmierci. Śmierć i zmartwychwstanie, rewolucja i renesans, takie są dalijskie mity mojej tradycji (str. 329).

Europa międzywojenna zdychała w swej starej skórze, zdychała z powodu bezwoli, lenistwa, orgii psychologicznych, materialistycznego sceptycyzmu, monstrualnej specjalizacji, braku wiary. Obudzi się bardziej świadoma z obeschniętymi łzami. Kataklizm pochłonie rewolucje, a realna siła francuskiego katolicyzmu filozoficznego i walczącego katolicyzmu hiszpańskiego zatriumfuje, doprowadzając do jedności Europy. Watykan pozostaje symbolem niepodzielności starego kontynentu (str. 329).

Szczegółowe nauki naszych czasów wyspecjalizowały się w badaniu trzech stałych elementów życia: instynktu seksualnego, odczucia śmierci i czasoprzestrzennej trwogi. Po przeanalizowaniu tych wartości należy je wysublimować: instynkt seksualny w estetyce, odczucie śmierci w miłości i czasoprzestrzenna trwoga w metafizyce religii. Koniec z negacją! Potrzebna jest afirmacja! Koniec z pragnieniem uzdrawiania. Trzeba sublimować, uwznioślać. Styl zastąpi automatyzm, technika - nihilizm, wiara - sceptycyzm, ścisłość - bylejakość, indywidualizm i hierarchia - kolektywizm i uniformizację, tradycja - eksperymentowanie. Po Reakcji i Rewolucji - Renesans (str. 330).

Od roku 1929 bez ustanku badałem postęp i odkrycia nauki dokonane w ciągu stu ostatnich lat. Chociaż niemożliwe okazało się zgłębienie wszystkich jej tajników, a to z powodu co raz bardziej monstrualnej specjalizacji, niemniej intuicyjnie pojąłem kierunek, w jakim zmierza, i jej ontologiczne znaczenie. Pomiędzy tyloma rzeczami, które pozostaną dla nas na zawsze tajemne i niezgłębialne, jedna tylko prawda nie przestaje błyszczeć z równą siłą i wielkością: żadne z filozoficznych, moralnych, estetycznych czy biologicznych odkryć nie pozwala zanegować Boga. Co więcej, świątynia, której mury wzniosły nauki szczegółowe, nie może mieć innego dachu prócz Boskiego nieba (str. 332-333).

A czym jest Niebo? (...) Niebo nie znajduje się ani wysoko, ani nisko, ani na prawo, ani na lewo, Niebo jest dokładnie pośrodku piersi człowieka, który ma Wiarę (str. 333).


*Salvador Dali, Moje sekretne życie, Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2001.

(Dali, jak sam napisał w Epilogu, zakończył pracę nad tą książką 30 lipca 1941 roku, w samo południe, przebywając wówczas w Hampton Manor). 

piątek, 28 czerwca 2013

Łaska


Jeżeli przyjąć, że ma rację Kurt Vannegut, gdy stwierdza, iż „Wiedza jest najbardziej wartościowym towarem na świecie. Każde nowe odkrycie czyni nas [zaś] bogatszymi”, to pewnie trzeba też pogodzić się z kilkoma innymi faktami. Po pierwsze: zdobycie „wartościowego towaru” wymaga wielkiego wysiłku i pociąga za sobą koszty. Nie każdy więc będzie chciał się na ów wysiłek i koszty zdobyć. Po drugie: wiedza stanowi efekt lub uboczny produkt procesu poszukiwania prawdy. Ta ostatnia zaś bywa trudna do przyjęcia lub nawet bolesna. Pewnie dlatego tak często staramy się omijać ją szerokim łukiem. Prawda wymaga odwagi. Nie jest „towarem” dla tchórzów. Bywamy tchórzliwi zapewne z powodu złudzenia, że brak wiedzy daje nam spokój. Wszak ponoć „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. Ale czy na takim złudzeniu można zbudować cokolwiek wartościowego? Życie bez prawdy jest życiem na niby, życie w oparach niedomówień i półprawd – koszmarem.
W „Wyznaniach” św. Augustyna (Księga XIII) znalazłem kiedyś takie słowa: „Gdyby ktokolwiek inny, nie Ty, miał mnie natchnąć, nie sądzę, żebym mógł powiedzieć prawdę, bo Prawdą jesteś Ty, a każdy człowiek jest kłamliwy. Kto więc wypowiada kłamstwo, dobywa je z własnych zasobów. Abym mógł wypowiedzieć prawdę, niech z Twojego zasobu zaczerpnę to, co mam mówić”. Czyżby więc mówienie prawdy, jej przyjmowanie, czy do niej dążenie wymagały jakiejś szczególnej łaski, zaś jej odrzucenie nie? A jeśli tak w istocie jest, to kto tą łaską jest obdarzony? Komu została ona dana? Jeśli rzeczywiście jesteśmy wolni, a powyższe pytania są prawidłowo postawione, to przyjąć pewnie należy, że łaskę otrzymaliśmy wszyscy, tylko nie wszyscy chcemy z niej skorzystać. Tymczasem „chcieć” to ponoć „móc”.

czwartek, 21 lutego 2013

Czterdzieści i dwa

„My, to znaczy kto? My, ludzie dzisiejsi, ludzie jakiegoś dzisiaj, którzy długo już trwają i długo jeszcze trwać będą w dłużyźnie, dla której żaden rachunek czasu historii nie wprowadzi nigdy miary”.
Martin Heidegger*

W swoje urodziny trafiłem na pogrzeb. Nie swój własny rzecz jasna, ale to, że i na taki kiedyś trafię, jest przecież jedynie kwestią czasu. Nic nadzwyczajnego w tej zbieżności nie ma. Zwykły zbieg okoliczności. Przypadek. Potwierdzenie prawdy, że skoro się narodziliśmy, przyjedzie pewnie i umrzeć. Oczywistość takiej kolei rzeczy wprawia mnie nieodmiennie w swoiste osłupienie. Bo jeśli żyjemy z taką świadomością, to co nadaje naszemu życiu sens? Jego kres?
W perspektywie religijnej sprawa jest jasna. Życie tu i teraz to bytowanie w skończoności, śmierć zaś jest przejściem do realności wyższej, w której skończoność zostaje przezwyciężona. Jakość tego nowego bytowania jest zależna od sposobu, w jaki spożytkujemy dany nam w doczesności potencjał. Reszta jest tylko kwestią przyjęcia (na wiarę, ale także rozumowo) takich bądź innych założeń. Dotyczą one w pierwszym rzędzie znaczenia naszej woli i roli łaski, jaką otrzymujemy od Tego, który daje życie. Między tymi biegunami roztacza się przestrzeń interpretacji czynów i intencji. Przestrzeń dobra i zła. Przestrzeń wolności i fatum.
Problem skończoności, a w zasadzie możliwości jej przezwyciężenia, stanowi również istotę światopoglądów niereligijnych. W tym przypadku nadawanie sensu życiu odbywa się w oderwaniu od Absolutu, a w odniesieniu do wartości uznanych (przyjętych) za szczególnie istotne. Gama możliwości w tym zakresie jest na tyle szeroka, że nie sposób znaleźć rozsądną zasadę, do której można by je sprowadzić, oczywiście poza tą, że ich celem jest usensowienie życia. Unieśmiertelnienie następuje tu chociażby poprzez przekazywanie genów i wzorców, trwanie w pamięci pokoleń, rozwój społeczeństw itd. Jest ono możliwe dzięki osiągnięciu przez jednostkę określonych zdolności, w tym zdolności etycznych.
To teleologiczne zdeterminowanie naszego bytowania jedynie pozornie znosi pytanie o sens życia. O jego istotę. Nie rozstrzyga bowiem o tym, dlaczego życie w ogóle jest konieczne. Dlaczego takie a nie inne sprawności mają zagwarantować przezwyciężenie skończoności i czy samo to przezwyciężanie ma jakąś wartość, jakiś sens. Pytania te można mnożyć do granic – nomen omen – nieskończoności, o ile nieskończoność jakieś granice posiada. Sama zaś próba znalezienia na nie odpowiedzi może bądź to nadać ludzkiemu życiu sens, bądź też prowadzić do skrajnego pesymizmu, od którego już niedaleko do zakwestionowania samego życia.
Nie może więc dziwić, że historia człowieka to historia poszukiwania sensu - znaczenia ukrytego w nieznanych odpowiedziach na znane pytania. Filozofia, sztuka, literatura… Wszystkie te próby okazują się daremne. Być może dlatego, że – jak twierdzi Martin Heidegger – jeszcze nie nauczyliśmy się myśleć. Zamiast tego – „kombinujemy”. Efekty tych zabiegów bywają mniej lub bardziej pociągające. Zważywszy na osobisty wydźwięk dzisiejszego dnia i korzystając z pewnej inspiracji przypomnę jeden z nich, autorstwa Douglasa Adamsa. W jego „Autostopem przez Galaktykę” odpowiedź na wielkie pytania o życie, wszechświat i wszystko inne stanowi liczba 42. I pewnie coś w tym jest. W końcu – jak wierzyli starożytni Egipcjanie – na sądzie dusz obecne są 42 demony…

* Martin Heidegger, Co znaczy myśleć? (M. Heidegger: Was heisst Denken?, w: tenże: Vorträge und Aufsätze, Pfüllingen 1954; odczyt wygłoszony w radiu bawarskim w maju 1952 r., opublikowany po raz pierwszy w „Merkur" R. VI, 1952. Korzystałem z polskiego tłumaczenia autorstwa Janusza Mizery i Józefa Tischnera).