Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2013

Alleluja!

(...) A kiedy Anioł głaz odwalił z grobu
i jasne słońce do czeluści wpadło,
powstał i wyszedł z kamiennego żłobu
w chustach śmiertelnych i z twarzą pobladłą.


I na świat patrzył jeszcze na wpół senny,
i taki smutny szedł w blask słońca złoty,
jak kiedy w cierniach i krzyżem brzemienny
wśród wrzasków tłumu szedł na szczyt Golgoty.


(Jerzy Żuławski, „O trzeciej dobie”)


czwartek, 21 lutego 2013

Czterdzieści i dwa

„My, to znaczy kto? My, ludzie dzisiejsi, ludzie jakiegoś dzisiaj, którzy długo już trwają i długo jeszcze trwać będą w dłużyźnie, dla której żaden rachunek czasu historii nie wprowadzi nigdy miary”.
Martin Heidegger*

W swoje urodziny trafiłem na pogrzeb. Nie swój własny rzecz jasna, ale to, że i na taki kiedyś trafię, jest przecież jedynie kwestią czasu. Nic nadzwyczajnego w tej zbieżności nie ma. Zwykły zbieg okoliczności. Przypadek. Potwierdzenie prawdy, że skoro się narodziliśmy, przyjedzie pewnie i umrzeć. Oczywistość takiej kolei rzeczy wprawia mnie nieodmiennie w swoiste osłupienie. Bo jeśli żyjemy z taką świadomością, to co nadaje naszemu życiu sens? Jego kres?
W perspektywie religijnej sprawa jest jasna. Życie tu i teraz to bytowanie w skończoności, śmierć zaś jest przejściem do realności wyższej, w której skończoność zostaje przezwyciężona. Jakość tego nowego bytowania jest zależna od sposobu, w jaki spożytkujemy dany nam w doczesności potencjał. Reszta jest tylko kwestią przyjęcia (na wiarę, ale także rozumowo) takich bądź innych założeń. Dotyczą one w pierwszym rzędzie znaczenia naszej woli i roli łaski, jaką otrzymujemy od Tego, który daje życie. Między tymi biegunami roztacza się przestrzeń interpretacji czynów i intencji. Przestrzeń dobra i zła. Przestrzeń wolności i fatum.
Problem skończoności, a w zasadzie możliwości jej przezwyciężenia, stanowi również istotę światopoglądów niereligijnych. W tym przypadku nadawanie sensu życiu odbywa się w oderwaniu od Absolutu, a w odniesieniu do wartości uznanych (przyjętych) za szczególnie istotne. Gama możliwości w tym zakresie jest na tyle szeroka, że nie sposób znaleźć rozsądną zasadę, do której można by je sprowadzić, oczywiście poza tą, że ich celem jest usensowienie życia. Unieśmiertelnienie następuje tu chociażby poprzez przekazywanie genów i wzorców, trwanie w pamięci pokoleń, rozwój społeczeństw itd. Jest ono możliwe dzięki osiągnięciu przez jednostkę określonych zdolności, w tym zdolności etycznych.
To teleologiczne zdeterminowanie naszego bytowania jedynie pozornie znosi pytanie o sens życia. O jego istotę. Nie rozstrzyga bowiem o tym, dlaczego życie w ogóle jest konieczne. Dlaczego takie a nie inne sprawności mają zagwarantować przezwyciężenie skończoności i czy samo to przezwyciężanie ma jakąś wartość, jakiś sens. Pytania te można mnożyć do granic – nomen omen – nieskończoności, o ile nieskończoność jakieś granice posiada. Sama zaś próba znalezienia na nie odpowiedzi może bądź to nadać ludzkiemu życiu sens, bądź też prowadzić do skrajnego pesymizmu, od którego już niedaleko do zakwestionowania samego życia.
Nie może więc dziwić, że historia człowieka to historia poszukiwania sensu - znaczenia ukrytego w nieznanych odpowiedziach na znane pytania. Filozofia, sztuka, literatura… Wszystkie te próby okazują się daremne. Być może dlatego, że – jak twierdzi Martin Heidegger – jeszcze nie nauczyliśmy się myśleć. Zamiast tego – „kombinujemy”. Efekty tych zabiegów bywają mniej lub bardziej pociągające. Zważywszy na osobisty wydźwięk dzisiejszego dnia i korzystając z pewnej inspiracji przypomnę jeden z nich, autorstwa Douglasa Adamsa. W jego „Autostopem przez Galaktykę” odpowiedź na wielkie pytania o życie, wszechświat i wszystko inne stanowi liczba 42. I pewnie coś w tym jest. W końcu – jak wierzyli starożytni Egipcjanie – na sądzie dusz obecne są 42 demony…

* Martin Heidegger, Co znaczy myśleć? (M. Heidegger: Was heisst Denken?, w: tenże: Vorträge und Aufsätze, Pfüllingen 1954; odczyt wygłoszony w radiu bawarskim w maju 1952 r., opublikowany po raz pierwszy w „Merkur" R. VI, 1952. Korzystałem z polskiego tłumaczenia autorstwa Janusza Mizery i Józefa Tischnera).

środa, 10 sierpnia 2011

Sens

Mrok w tym kraju miesza się ze stukiem. To tłuką się sądowe młotki. Wyroki wydaje się między wieczorną porcją newsów a kolacją. Czasem już nawet pod pierzyną. Wyroki na wszystko i na wszystkich. Na sąsiada z za drogim wózkiem, sąsiadkę z za krótką spódnicą i córkę sąsiadów ze zbyt frywolnym uśmiechem. Na Andrzeja Leppera, Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego. I Bóg jeden wie jeszcze na kogo. Tak. Właśnie on. Wszak to w jego imieniu – jak w swej masie twierdzą sędziowie - wyroki te zazwyczaj zapadają. Ale nie zawsze tak było. Pod koniec stycznia 1923 roku osądzono nawet Jego. Nie pierwszy zresztą raz. Tym razem również został skazany na śmierć.
Przed osądem nie chroni nic. Nawet śmierć. Nie ważne zresztą jaka. Wprawdzie nie wyciąga się już zmarłych z grobów, jak w roku 897, kiedy to w Rzymie odbył się trupi synod, ale zapewne jedynie ze względów estetycznych. Bo wszak osądzić trzeba. I najlepiej odsądzić. Od czci i wiary. Zwłaszcza tych, którym się cokolwiek chciało. Po co się wychylali. Zwłaszcza tych, którzy bronić się nie mogą. A jak ich zabraknie chwilowo, zawsze osądzić można Kościół. Ten nadaje się do tego, jak mało kto i mało co.
No bo przecież to w imię Chrystusa wymordowano Słowian Połabskich, Prusów i Indian. I żeby tylko. Krew przez ostatnie dwa tysiąclecia lała się obficie. A Stalin, Hitler, Pol Pot i spółka jedynie przez przeoczenie zapomnieli się na Niego powołać.
No ale nie zawsze musi być aż tak drastycznie. Można nakręcić wszak film,  w którym członek Opus Dei to psychopata bezwzględnie mordujący w obronie mrocznej tajemnicy wiary, albo sprowadzić dzieło innej kościelnej organizacji do kwestii słabości jej twórcy, tak jak ma to miejsce w przypadku Legionu Chrystusa. A gdy i to się ogra, rzucić jakimś oszczerstwem, a później je rozdmuchać.
Drobny przykład? Rok temu moją uwagę przykuła nagonka na kardynała Crescenzio Sepe, z wątkiem korupcyjnym w roli głównej. Najpierw rozgłośnie radiowe, TV, następnie prasa (z „Gazetą Wyborczą” – rzecz jasna – na czele) i Internet. Jedyny głos rozsądku pojawił się – piórem Piotra Kowalczuka – w „Rzeczpospolitej”. Po roku starałem się znaleźć ciąg dalszy. Media milczą. Czyżby sprawy już nie było? Niewinny? A może ktoś jej łeb ukręcił? Ejże panowie redaktorzy! Do pracy! Do piór! Łatwo jest rzucić kamieniem. Ze słowem prawdy jednak jakoś nieśpieszno…
Fakt. W końcu jest znacznie ciekawszy temat. Suspendowany ksiądz Natanek, poglądy jego i jemu podobnych. Nie ma jak wejść na margines i uczynić zeń dominujący element opisu zjawiska. Albo jeszcze lepiej: przypisać Panu Bogu winę za ludzkie podłości. Oczywiście na czele z tym wszystkim, co niosły ze sobą wszelkie możliwe totalizmy. No bo nawet jeśli nie w Jego imieniu, to gdzie wówczas On był?
Jest w tym sens? Nie ma? Racja! Sens jest zupełnie gdzie indziej…

wtorek, 7 czerwca 2011

Exegi monumentum aere perennius

Bo śmierć, jeśli się dobrze zastanowić, jest prawdziwym i ostatecznym celem naszego życia. A ja już od kilku lat tak zżyłem się z tą prawdziwą i najlepszą przyjaciółką człowieka, że dla mnie wcale nie jest przerażająca, przeciwnie - uspokajająca i pocieszająca! (...) Kiedy się kładę spać, zawsze pomyślę, że choć jeszcze jestem młody, już jutro może mnie nie być. Nie pamiętałem tych słów. Wyszły spod pióra Wolfganga Amadeusza Mozarta. Przypomniał mi je kaznodzieja, głoszący homilię podczas nabożeństwa żałobnego za duszę śp. Marka Nawary w raciborowickiej, długoszowskiej świątyni. I wtedy przed oczami stanął mi długi rząd tych, których już pożegnałem.
Często ich widzę. Przeglądając książkę kontaktową w telefonie zawsze zastanawiam się, co zrobić z ich numerami. Podobnie, gdy przeglądam wizytowniki. Dzisiaj – tylko z jednego – wyjąłem cztery karty. Leżą przede mną na biurku. Tyle dobrych wspomnień… Szczególne wrażenie robi na mnie wizytówka śp. Pawła Świderskiego z odręcznie dopisanym Pozdrawiam serdecznie. Za kilkanaście dni minie trzy lata, jak pożegnaliśmy go na cmentarzu bieżanowskim. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Najwyraźniej maksyma z wadowickiej bazyliki przemawia do człowieka z większą siłą, kiedy przekroczy się już czterdziestkę.
O Pawle myślałem nie dalej niż w sobotę. Wybrałem się z córką na krakowski Rynek, by podziwiać coroczną, jedenastą już, paradę smoków. Nie opuszcza mnie przeświadczenie, że to właśnie on był pomysłodawcą tego przedsięwzięcia. Pamiętam jego działania związane z Chinami i ich kulturą. Smok, jako artefakt obecny w krakowskim micie i chińskie smoki wydawały mu się idealnym pretekstem do działań zamierzonych na skalę znacznie większą niż tylko dziecięcy pochód. Czekałem więc, że ktoś wspomni o nim choć słowem. Nie doczekałem się. Szkoda. Z drugiej jednak strony, jakie to ma znaczenie? Dla Pawła pewnie żadne. Żyje we wdzięcznej pamięci wszystkich, którym dane było go spotkać. A oni nie potrzebują, by przypominać im jego zasługi. A kiedy i ich zabraknie, żył będzie we wszystkich znakach dobra, które po nim pozostały.