Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2012

Kobiety na traktory! Sportowcy na drogi!

An nescis, mi fili, quantilla prudentia mundus regatur? (Juliusz III)


O tym, że kobiety cywilizują mężczyzn, nikogo przekonywać nie trzeba. Z faktami po prostu dyskutować nie przystoi. A że robią to czasem używając ciosów – nomen omen - poniżej pasa? Cóż. Widać muszą. O tym, że ciosy te są o tyle dotkliwe, co skuteczne świadczy historia naszej cywilizacji. Nie dziwi więc, że i w kulturze temat ten, acz bolesny i niewygodny, nie został całkowicie przemilczany. Klasycznym przykładem ekspozycji tego motywu jest dramat Arystofanesa z 411 r. p.n.e. pt.: "Lizystrata". Osobom o słabszej pamięci śpieszę przypomnieć, że ogniskuje się on wokół problemu zakończenia II wojny peloponeskiej. By skłonić swoich mężów do pokoju kobiety zawiązują spisek, w ramach którego separują ich od swoich alkow i wdzięków do czasu, aż zmądrzeją. Wyrazem tej mądrości miało zaś być zawarcie pokoju.
Opisaną przez Arystofanesa "historię" przypominał jakiś czas temu w "Dużym Formacie" Wojciech Orliński. Przyczynkiem zaś do tych wspominek był opisany przez  "Guardiana" przypadek dzielnych kobiet z kolumbijskiego miasteczka Barbacoas, które zastosowały metodę strajku seksualnego, by wymusić na swoich mężczyznach budowę upragnionej drogi. Nie muszę chyba dodawać, że metoda okazała się skuteczna, co szczególnie dziwić nie może.
Kontempluję ten przypadek już jakieś półtora roku zastanawiając się, czy aby nie jest to metoda warta rozpropagowania w kraju nad Wisłą, zważywszy, że i u nas z drogami - nadal - licho. Więc może gdyby tak małżonki/małżonkowie naszych panów posłów i pań posłanek postawiły/postawili analogiczne ultimatum, to kto wie, kto wie... Wzdragam się jednak przed nadmiernym eksponowaniem takiego postulatu zważywszy co najmniej trzy bezsporne fakty:
1. byłoby to w najwyższym stopniu niehumanitarne;
2. jako lud północny dłużej niż południowcy obywać się możemy bez uciech cielesnych;
3. z instytucji publicznych na "b" w naszym arcykatolickim kraju równie łatwo o zamtuz jak o bibliotekę z niewielkim wskazaniem na ten pierwszy przybytek.
Zważywszy wszystkie te fakty, skuteczniejszą metodą wydało mi się ograniczenie przywilejów poselskich poprzez odebranie paniom posłankom i panom posłom prawa do bezpłatnych przelotów/przejazdów, a nawet nałożenie nań obowiązku samodzielnego kierowania pojazdami mechanicznymi oraz wykluczenie z zakresu immunitetu wykroczeń drogowych. Przy okazji zabroniłbym im dodatkowo używania CB, co zresztą może niebawem zacząć dotyczyć nas wszystkich. Coś mi się wydaje, że wszędzie na świecie ta metoda mogłaby okazać się skuteczna. Wszędzie, wyjmując z tej reguły kraje na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej, gdyż jak wiadomo zamieszkujące te tereny ludy mają przedziwną zdolność do nieszablonowego radzenia sobie z narzuconymi przemocą regułami. Pozostaje więc szukać dalej.
A że żyć przyszło mi w ciekawych czasach daleko szukać nie musiałem. Świeże jeszcze wspomnienie EURO 2012 i związanego z nim cywilizacyjnego skoku w zakresie infrastruktury każe wierzyć, że jedyną skuteczną metodą na podtrzymanie tego trendu jest jak najszybsze przyznanie Polsce praw do organizacji (kolejność nieprzypadkowa):
1. Zimowych Igrzysk Olimpijskich,
2. Letnich Igrzysk Olimpijskich,
3. Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.
Na oko biorąc, po takim maratonie będziemy najlepiej komunikacyjnie rozwiniętym krajem świata, że o innej infrastrukturze nie wspomnę. I choć żal mi naszych Taterek, zdania nie zmienię. Paniom i panom posłom pragnę zaś za Krzysztofem Wargą przypomnieć słowa Thomasa Bernharda z "Przyczyna. Przypomnienie": "We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciwko sobie".


piątek, 20 stycznia 2012

Seks, Klimt i trafienia Google

Dzięki "Rzeczpospolitej" dowiedziałem się wczoraj, że Austriacy obchodzą właśnie rok Gustawa Klimta. Ciekawy życiorys. Fantastyczne malarstwo. Są zapewne tacy, którzy za secesją nie przepadają, ale dla pozostałych obcowanie z dziełami Klimta stanowi nieodmiennie duże przeżycie. Szczególnie wiele ku temu okazji mają, a jakże, wiedeńczycy. W stolicy Austrii Klimt towarzyszy człowiekowi nieomal na każdym kroku, a kolekcja zgromadzona w tamtejszym Belwederze zapiera dech w piersiach.
Zdając sobie sprawę z atencji, jaką Austriacy darzą Klimta, informację "Rzeczpospolitej" przyjąłem ze zrozumieniem. Ot taka tam "oczywista oczywistość". Trochę zaskoczył mnie jedynie tytuł rzeczonego tekstu - "Klimt, czyli seks w złocie". Nigdy tak bowiem, o dziełach Mistrza Gustawa nie pomyślałem. Owszem - są bardzo zmysłowe, niektóre wprost epatują erotyką, ale żeby od razu seks?
Korzystając z faktu, że Wikipedia chwilowo nie strajkuje, rzuciłem okiem na zamieszczoną w niej definicję tego zjawiska. Jak nic, moje wątpliwości jedynie się pogłębiły. Autor hasła twierdzi bowiem, że seks to "w znaczeniu ogólnym: całość życia erotycznego człowieka, w znaczeniu węższym: zachowania seksualne, potocznie stosunek płciowy". A ja, człowiek współczesny, w dziełach Klimta nijak odnaleźć nie mogę tak ogólnego wykładu, jak i krzty choćby pornografii. Żeby upewnić się w swoim świętym oburzeniu przestudiowałem też hasła dotyczące erotyki. Stąd wiem, że "w odróżnieniu od pornografii dzieła erotyczne przedstawiają seksualność człowieka bez dosłowności anatomicznych aktu seksualnego".
Po tak solidnej lekturze byłem już gotów skoczyć do gardła redaktor Małkowskiej. Na szczęście w porę przyszło otrzeźwienie. Wszak na Wikipedii świat ludzkiej wiedzy się nie kończy. Zajrzałem do swojej podręcznej biblioteczki. Czynność ta uświadomiła mi dotkliwie, że kompletnie brakuje w niej literatury, dzięki której mógłbym wyostrzyć swój umysł do starcia na polu erotyczne-seksualnym z odważnym piórem pani Moniki. A już konstatacja, że na honorowym miejscu owej biblioteczki brakuje "Pornografii" Lecha Nijakowskiego przyprawiła mnie nieomal o depresję. Wrodzone lenistwo nie pozwoliło mi ruszyć na poszukiwania najbliższej czynnej biblioteki, a fakt, że większość swego życia spędziłem w Krakowie, ostudził gorący zamiar nawiedzenia pobliskiej księgarni. Pozostało więc dalsze grzebanie w Internecie.
Poszukiwanie wiedzy o seksie przy użyciu klasycznej wyszukiwarki stanowi nie lada wyzwanie. Wpisanie tego hasła daje bowiem nieskończenie wiele wyników. Jeszcze więcej (dziwne, ale może być coś większego niż nieskończoność) stron wyskoczy jeśli zamiast "seks" wklepiemy "sex". Niby to samo, ale w tym drugim wypadku prawie że nie sposób przebić się przez pornografię. Pozostałem więc wierny językowi przodków i zacząłem chłonąć wiedzę. Czegóż to ja teraz nie wiem..! Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że przeżyłem już nieco ponad 40 lat, będąc dotychczas kompletnie nieświadomym, że kobiety uprawiają seks z 237 powodów, przy czym i tak najbardziej zależy im na "wzajemnej bliskości, cieple, poczuciu wspólnoty i emocjonalnym bezpieczeństwie" (to ostatnie, zdaje się podejrzewałem). Dzięki portalowi "Katolicka Rodzina" wiem też, jak zbawienny wpływ na zdrowie kobiety ma męska sperma.  Z kolei na stronach Polskiego Radia znalazłem informację o tym, jak istotne znaczenie dla naszych organizmów ma fakt, że neandertalczycy i homo sapiens nie stronili od siebie tak całkiem na serio.
O ile neandertalczycy i im współcześni nasi przodkowie najwyraźniej od seksu nie stronili, robią to obecnie Japończycy. Zdesperowanym Japonkom z pomocą przychodzą aktywiści z organizacji Sex Volunteer Corps. Nie wątpię, że nie mają oni dylematów, które targają przedstawiciele innych nacji. Ot chociażby, czy pozamałżeński seks oralny bądź analny to też zdrada. Domyślam się też, że podobne wątpliwości przestaną trapić ludzkoś, gdy - idąc za świetlanym przykładem Ludowych Chin - wprowadzi do programu ksztłcenia akademickiego obowiązkowy przedmiot o nazwie: psychologia miłości i seksu.
Co nieco dowiedziałem się też o seksie po pięćdziesiątce. Ale tylko co nieco. Znacznie więcej tekstów traktuje bowiem o życiu seksualnym nastolatków. Ba, znalazłem nawet doniesienie o korepetytorze, który udzielał lekcji pobierając zapłatę w naturze, a także alarmistyczne doniesienia, że młode pokolenie co raz rzadziej korzysta z antykoncepcji.
Niestety, praktycznie wszystkie przytoczone wyżej teksty (z wyjątkiem pierwszego, opartego pośrednio na pracy Cindy M. Meston i David'a M. Buss'ona "Why Women Have Sex") to po prostu newsy, których zadaniem jest relacjonowanie rzeczywistości, a nie jej wyjaśnianie. A ja wszak pożądałem wiedzy przez duże "W". Z pomocą przyszedł mi via "Forsal'.pl" "Dziennik. Gazeta prawna", gdzie swego czasu pojawił się tekst autorstwa Rafała Wosia pt. "Seks i gospodarka". Okazuje się bowiem, że i ta sfera życia człowieka nadaje się do analiz ekonomicznych. Zaś z wnioskami nie sposób się nie zgodzić. Wystarczy na moment zostawić samochód w centrum Warszawy, by móc się przekonać, jak poważna to gałąź narodowej gospodarki. Jeszcze boleśniej przekonują się o tym nadwrażliwi zazdrośnicy. Technologie pozwalające przekuć podejrzenie w pewność rozwijają się bowiem szybko, a koszty operacji szpiegowskich rosną niebotycznie.
Sądzę zresztą, że wartość tego rynku będzie wzrastać w zastraszającym tempie. Bywa bowiem, że udowodnienie zdrady nie tylko pozwala pozbyć się niewiernego małżonka, ale i ustawić na kilka pokoleń. Poza tym zdradzamy na potęgę. Niewiernością "pochwalić" może się co piąty Polak i co dziewiąta Polka, o czym w raporcie "Seksualność Polaków 2011"donosi Zbigniew Izdebski. Niestety nie udało mi się dotrzeć do jego pełnego tekstu. Ale zrobię to niechybnie. Bo czegóż się nie robi dla wiedzy przez duże "W".