Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drogi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2012

Kobiety na traktory! Sportowcy na drogi!

An nescis, mi fili, quantilla prudentia mundus regatur? (Juliusz III)


O tym, że kobiety cywilizują mężczyzn, nikogo przekonywać nie trzeba. Z faktami po prostu dyskutować nie przystoi. A że robią to czasem używając ciosów – nomen omen - poniżej pasa? Cóż. Widać muszą. O tym, że ciosy te są o tyle dotkliwe, co skuteczne świadczy historia naszej cywilizacji. Nie dziwi więc, że i w kulturze temat ten, acz bolesny i niewygodny, nie został całkowicie przemilczany. Klasycznym przykładem ekspozycji tego motywu jest dramat Arystofanesa z 411 r. p.n.e. pt.: "Lizystrata". Osobom o słabszej pamięci śpieszę przypomnieć, że ogniskuje się on wokół problemu zakończenia II wojny peloponeskiej. By skłonić swoich mężów do pokoju kobiety zawiązują spisek, w ramach którego separują ich od swoich alkow i wdzięków do czasu, aż zmądrzeją. Wyrazem tej mądrości miało zaś być zawarcie pokoju.
Opisaną przez Arystofanesa "historię" przypominał jakiś czas temu w "Dużym Formacie" Wojciech Orliński. Przyczynkiem zaś do tych wspominek był opisany przez  "Guardiana" przypadek dzielnych kobiet z kolumbijskiego miasteczka Barbacoas, które zastosowały metodę strajku seksualnego, by wymusić na swoich mężczyznach budowę upragnionej drogi. Nie muszę chyba dodawać, że metoda okazała się skuteczna, co szczególnie dziwić nie może.
Kontempluję ten przypadek już jakieś półtora roku zastanawiając się, czy aby nie jest to metoda warta rozpropagowania w kraju nad Wisłą, zważywszy, że i u nas z drogami - nadal - licho. Więc może gdyby tak małżonki/małżonkowie naszych panów posłów i pań posłanek postawiły/postawili analogiczne ultimatum, to kto wie, kto wie... Wzdragam się jednak przed nadmiernym eksponowaniem takiego postulatu zważywszy co najmniej trzy bezsporne fakty:
1. byłoby to w najwyższym stopniu niehumanitarne;
2. jako lud północny dłużej niż południowcy obywać się możemy bez uciech cielesnych;
3. z instytucji publicznych na "b" w naszym arcykatolickim kraju równie łatwo o zamtuz jak o bibliotekę z niewielkim wskazaniem na ten pierwszy przybytek.
Zważywszy wszystkie te fakty, skuteczniejszą metodą wydało mi się ograniczenie przywilejów poselskich poprzez odebranie paniom posłankom i panom posłom prawa do bezpłatnych przelotów/przejazdów, a nawet nałożenie nań obowiązku samodzielnego kierowania pojazdami mechanicznymi oraz wykluczenie z zakresu immunitetu wykroczeń drogowych. Przy okazji zabroniłbym im dodatkowo używania CB, co zresztą może niebawem zacząć dotyczyć nas wszystkich. Coś mi się wydaje, że wszędzie na świecie ta metoda mogłaby okazać się skuteczna. Wszędzie, wyjmując z tej reguły kraje na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej, gdyż jak wiadomo zamieszkujące te tereny ludy mają przedziwną zdolność do nieszablonowego radzenia sobie z narzuconymi przemocą regułami. Pozostaje więc szukać dalej.
A że żyć przyszło mi w ciekawych czasach daleko szukać nie musiałem. Świeże jeszcze wspomnienie EURO 2012 i związanego z nim cywilizacyjnego skoku w zakresie infrastruktury każe wierzyć, że jedyną skuteczną metodą na podtrzymanie tego trendu jest jak najszybsze przyznanie Polsce praw do organizacji (kolejność nieprzypadkowa):
1. Zimowych Igrzysk Olimpijskich,
2. Letnich Igrzysk Olimpijskich,
3. Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.
Na oko biorąc, po takim maratonie będziemy najlepiej komunikacyjnie rozwiniętym krajem świata, że o innej infrastrukturze nie wspomnę. I choć żal mi naszych Taterek, zdania nie zmienię. Paniom i panom posłom pragnę zaś za Krzysztofem Wargą przypomnieć słowa Thomasa Bernharda z "Przyczyna. Przypomnienie": "We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciwko sobie".


czwartek, 24 maja 2012

Ucieczka z kina Absurd

Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Jedna spółka kolejowa zleca przeprowadzenie remontu strategicznego tunelu. Koszt jakieś 50 milionów złotych. Inna – kupuje nowoczesne wagony, którymi pasażerowie mają mknąć przez ów strategicznie położony tunel. Koszt – jakieś 250 milionów złotych. Jak przychodzi już co do czego okazuje się, że wagony nie mieszczą się w zmodernizowanym tunelu… Cztery lata dumania i debat. Decyzja – kolejna modernizacja tunelu. Koszt? Kolejne 4 miliony 300 tysięcy złotych. Absurd? Nie. Polska rzeczywistość. A gdyby tak spojrzeć głębiej. Przyjrzeć się tym inwestycjom w dłuższej perspektywie czasowej..? Nie znam szczegółów. Trudno dywagować. Bliższe są mi inne przypadki. Wiele przypadków…
Pierwszy z brzegu - modernizacja DK nr 7 na odcinku zwanym popularnie „obwodnica Kielc”. Długość: 23 kilometry. Koszt: nieco ponad 640 milionów złotych. Regularność moich nim przejazdów w ciągu ostatnich 20 lat: ponadprzeciętna.
Moje pierwsze zetknięcie z tym odcinkiem pamiętam do dzisiaj. Początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Droga ekspresowa, na której bałem się przekraczać prędkość 80 kilometrów na godzinę z obawy przed poważnym uszkodzeniem zawieszenia. Stan nawierzchni był katastrofalny. Tym niemniej jedno budziło nadzieję. Budowniczowie obwodnicy przewidzieli mianowicie, że będzie to trasa dwujezdniowa. I chociaż udało im się wybudować tylko jedną nitkę drogi, to wszystkie przechodzące nad nią wiadukty zbudowano w taki sposób, by zmieściły się pod nimi obydwie jezdnie. Przez kilka lat żyłem więc nadzieją, że lada moment rozpocznie się budowa owej drugiej nitki, przełoży się na nią ruch i rozpocznie remont starej, zniszczonej drogi. Niestety, najpierw doczekałem się tego ostatniego. Początkowo doraźnie wymieniano fragmenty nawierzchni. Z czasem rozpoczęto remont kapitalny. Trwał lata, a czas przejazdu odcinka wydłużył się niepomiernie. Któż ze stałych bywalców nie pamięta tych ciągnących się w nieskończoność korków. Efekt był jednak zadowalający. I dał kilka lat spokoju.
W ubiegłym roku, ku mojej wielkiej radości, rozpoczęto budowę drugiej nitki. Trochę zdziwił mnie fakt, że zainicjowało go burzenie wiaduktów. Wytłumaczyłem sobie jednak po chłopsku, że może ich stan techniczny budził już zastrzeżenia i nie opłacało się ich remontować, albo – po prostu – nie odpowiadały współczesnym standardom. Większość ze stawianych w ich miejsce nowych obiektów jest już niemalże gotowa. Podobnie jak nowa jezdnia. W osłupienie wprawił mnie jednak fakt, że teraz drogowcy zaczęli zrywać asfalt (a częściowo także demontować podkład) jezdni, której remont zakończył się nie tak dawno temu.
Nadal więc stoję w korkach, przecieram oczy ze zdumienia i klnę pod nosem. Klnę, bo sobie liczę… Wybudowanie od podstaw podobnego odcinka DK nr 7 pomiędzy Występą a Skarżyskiem Kamienną kosztowało ok. 780 milionów złotych. Większość tej kwoty - nieco ponad 640 milionów złotych - pochłonęły roboty budowlane. Odcinki są niemalże porównywalne… Koszt modernizacji i rozbudowy „obwodnicy Kielc” to – przypominam – nieco ponad 640 milionów złotych. Jeżeli do wartości obecnych robót budowlanych dodamy jednak koszt wybudowania jeszcze w PRL nadmiarowych wiaduktów oraz wybudowanej w ramach późniejszego remontu od podstaw a demontowanej obecnie jezdni… A spróbujmy dodać do tego jeszcze cenę hektolitrów bezproduktywnie (no chyba, że uznać to za metodę dodatkowego zasilania budżetu państwa) wypalonej przez snujące się przez lata remontów w korkach pojazdy… Nie wiem czy mi wystarczy wyobraźni, by ogarnąć finalny koszt kilometra.
Podobne momenty zwątpienia, jeżdżąc polskimi drogami, przeżywałem wielokrotnie. Mój mały rozumek nie pozwala mi pojąć, dlaczego najpierw przez lata remontuje się drogę alternatywną do autostrady, a dopiero później buduje autostradę? Dlaczego projekty drogowe są poszatkowane? Buduje się i modernizuje wiele dróg jednocześnie. Żadnej od początku do końca. I tak jest od lat. Teraz widać to lepiej, bo skala inwestycji jest – w rzeczy samej – imponująca. Chciałbym wierzyć, że po EURO 2012 nasz zapał budowlany nie ulegnie nagłemu ochłodzeniu. Potrzeb wszak nie brakuje. Gdzieś tam, głęboko ukryta w zwojach mózgowych, tli mi się też nadzieja, że będziemy robili to rozsądniej. Kto wie? Może z zaklętego koła: „Czemuś biedny? Boś głupi! Czemuś głupi? Boś biedny!” istnieje jednak jakaś droga ucieczki…

wtorek, 5 lipca 2011

Polska według X

Jeśli szukasz czegoś inspirującego polecam raporty. Jeśli nie masz siły, by przebrnąć przez setki, czasem mało zrozumiałych, stron – poczytaj chociaż o raportach. A ostatnio mamy szczególny na nie urodzaj. Dzisiaj dla przykładu dotarła do mnie informacja o publikacji „Life in transition. After the crisis”. Wynika z niego niezbicie, że Polacy są najbardziej zadowolonym z życia narodem w Europie. No i nie ma się w rzeczy samej czemu dziwić. Wyjaśnienie tego fenomenu przynoszą bowiem inne raporty. Ot chociażby najnowsze dane GUS, które mówią, iż przeciętne wynagrodzenie miesięczne w I kwartale br. było wyższe od takiegoż w I kwartale 2010 r. o 4,5%, zaś siła nabywcza przeciętnego wynagrodzenia wzrosła o 0,8%.
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych.  Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej  (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa,  opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!

wtorek, 8 marca 2011

8 marca

Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z poezją turpistyczną i moje wielkie zaskoczenie tym, że brzydota może stać się elementem literackiej admiracji. Im jednak głębiej wczytywałem się w to, co mieli do powiedzenia polscy turpiści, tym bardziej byłem przekonany, że w rzeczy samej chodzi nie tyle o afirmację życia takim jakie ono jest, lecz znalezienie sposobu na radzenie sobie z szarą rzeczywistością czasów, w jakich utwory te powstawały. Sam uległem swego rodzaju fascynacji tym sposobem asymilowania współczesności. Zresztą nie tylko ja. Efektem tejże stał się tryptyk Grupy Literackiej „Mać” pod wiele mówiącym tytułem „Klop Story”. Do dzisiaj przechowuję w swoich papierzyskach naganę, jaką otrzymałem (koledzy również) od władz przemyskiego oddziału Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury za nie uzgodnione z cenzorem wojewódzkim i tymiż odczytanie go podczas wieczoru autorskiego w siedzibie Stowarzyszenia PAX.
Co ciekawe, choć nam wydawało się, że oto staliśmy się turpistami, to w rzeczy samej – dziś wiem to już z całą pewnością – do turpizmu wówczas jeszcze nie dorośliśmy. „Klop Story” należałoby raczej lokować w zupełnie innym nurcie. Co jednak zrobić. Pojęcie „fekalizm” było zupełnie obce przemyskim licealistom. Nie wiedzieliśmy więc, że staliśmy się – przynajmniej na moment – fekalistami, co w rzeczy samej oznaczało totalną kontestację (a to już zjawisko bardziej trwałe) „coszarej” rzeczywistości PRL. Turpistą jestem dopiero teraz. Turpistą dojrzałym. I jestem z tego dumny. Zawsze. A zwłaszcza każdej wiosny.
Jak zawsze o tej porze roku próbuję pożegnać zimowe zgnuśnienie ruszając się intensywnie w poszukiwaniu doznań estetycznych. W tym roku padło na zamczyska. Była już fortalicja w Sobkowie, zamki w Pszczynie i Będzinie, ruiny w Siewierzu, Rudnie i Ogrodzieńcu. A to zapewne jeszcze nie koniec. Perypetii z tymi peregrynacjami związanych opisywał dzisiaj nie będę, choć kto wie? Może kiedyś. Wspomnę jedynie, że każdy z tych obiektów jawi się niczym perła na polu obornika. Urbanistyczny i architektoniczny chaos (wyjątkiem może – gdyby nie układ komunikacyjny - byłaby Pszczyna), wszechobecny bałagan organizacyjny, fruwające w powietrzu foliowe reklamówki, generalny brud i pomarańczowa, podarta folia, którą na zimę opatulono jakieś sprzęty. Dodajmy jeszcze dziurawe drogi, które trzeba pokonać, by z Krakowa dotrzeć do tych wszystkich miejsc. Żeby kochać ten kraj trzeba oswoić jakoś syf. W przeciwnym wypadku pozostałoby tylko zobojętnieć. A to chyba najgorsze, co może się człowiekowi przytrafić.
Zimno i brzydko jest każdego przedwiośnia. Za chwilę wybuja trwa, która swą zielenią przykryje trochę brudu. Zrobi się cieplej, więc ludzkie siedliska stracą charakterystykę komory gazowej. Na szosy wyjadą ekipy drogowców, którzy załatają co większe dziury. Zrobi się znośniej. Zanim to jednak nastąpi trzeba jakoś sobie radzić. Poszukiwanie piękna w brzydocie to jeden ze sposobów. Innym jest wyglądanie piękna tam, gdzie ono bezpretensjonalnie po prostu jest. I pewnie właśnie dlatego Dzień Kobiet przypada na marzec. Odwraca naszą uwagę od – w swej istocie – kwestii drugoplanowych, koncentrując ją na tym, co w rzeczy samej na admirację, w pełnym tego słowa znaczeniu, zasługuje. Nieprzenikniona tajemnica kobiecości wymyka się literackim konwencjom i konwenansom nadając sens egzystencji bez względu na jej uwarunkowania. Dlatego tak lubię 8 marca. 8 marca, to jedyny dzień w roku, gdy – w niewymuszony sposób – nie jestem turpistą. No i trzyma mnie to przy życiu przez następne 364 dni.




wtorek, 15 lutego 2011

Okulista czy psychoanalityk?

Jesteśmy jednak niesamowici. I jacy bezpruderyjni!! „Co dziesiąty podatnik pytany w urzędzie skarbowym skąd ma pieniądze odpowiada, że ze świadczenia usług seksualnych”. Te wszak są nieopodatkowane. Nie trzeba ich więc ewidencjonować. I wszystko jasne. A że jasność widzenia może popsuć nam zbyt duża dawka wina i na to jeden z naszych rodaków znalazł sposób. Niewątpliwie jedynie pod pozorem walki o świeckość państwa zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego uchwałę zielonogórskich radnych o obwołaniu św. Urbana patronem miasta. Gdyby tak bowiem Święty sprawił się ponad miarę wszyscy siedzieliby przy lampce wina zamiast korzystać z uciech cielesnych, co niewątpliwie pogrążyłoby wiele domowych budżetów.
Możliwe zresztą, że już pijemy stanowczo za dużo, przez co nie mamy siły budować autostrad. Mają to za nas zrobić Chińczycy. Niebawem 500 z nich pojawi się na placu budowy autostrady A2. I na tym zapewne nie koniec. Bo autostrady powstawać muszą. No i mogą. Wszak – w ślad za światowym trendem  - poprawia się koniunktura w polskiej gospodarce. Rzec by można nawet „Polski przemysł silny jak Chiny”. Wyraźnym przejawem tego trendu jest też rosnąca od kilku miesięcy produkcja cementu. W styczniu wyliczono, że w stosunku rok do roku aż o 240,5% . Zauważają to światłe umysły, co pozwala im twierdzić: „Widzieliśmy w Polsce silny wzrost w ostatnich latach. Historycznie polski rynek dosięgnął poziomu szczytowego. Oczekujemy, że rok 2011 będzie rokiem wzrostowym, jednakże w naszej branży panuje konsensus co do tego, że od 2012 roku zarejestrujemy spadek na rynku sprzedaży sprzętu budowlanego w Polsce” . Nowa odsłona pomroczności jasnej? Nie! Zapewne tylko nieco zbyt wiele wina z Zielonej Góry.
Co tu się jednak dziwić, że pijemy. Wszak to i przyjemniejsze, i tańsze niż jazda po polskich drogach. A sytuacji w tym względzie nie zmienią nawet Chińczycy. Bo jeśli nawet te autostrady w końcu nam wybudują, to jeździć będą po nich wyłącznie rządowe limuzyny. A i śmiertelnikowi pewnie fajnie będzie się przejechać od święta najdroższymi, płatnymi autostradami w Europie! I w dodatku przepisowo. Bo prędkości nie będą mierzyły nam już jakieś tam fotoradary. Policzy się średnią przejazdu pomiędzy bramkami i wszystko będzie jasne. System ten, już niebawem, testowany będzie w Warszawie. Ciekawe, czy wyjdzie tak, jak z zakupem nowych samochodów dla polskiej policji? Miały poskramiać piratów drogowych, a stoją bezczynnie na parkingu, bo okazało się, że ktoś skitrasił specyfikację istotnych warunków zamówienia.
Zresztą. To chyba nawet lepiej. Wystarczy już utrapienia z tymi, które jeżdżą po polskich drogach. W poprzedni piątek, na siódemce, odcinek Warszawa – Kraków, naliczyłem pięć nieoznakowanych radiowozów z wideorejestratorami. Czas przejazdu 300 km? Pięć godzin z lekkim okładem. Niezły wynik? Prawda? No bo jakoś tak pusto było!!! Poza tym mogę bezkarnie „pomylić się” o 10 km/h. O więcej bym nie śmiał, gdyż policjant już nie pouczy - ma być surowy. To zresztą nie jedyna zmiana w relacjach na linii kierowcy – służby porządku publicznego. Z  największą nadzieją większość z nas przyjęła zapewne zapowiedź demontażu atrap fotoradarów. Miały zniknąć od 1 stycznia. Jakoś tego nie zauważyłem… A 180 dni niepewności, to naprawdę bardzo dużo! Nie wiem więc, czy udać się do okulisty, żeby dostrzec znikające atrapy, czy do psychoanalityka, by nauczył mnie cierpliwego oczekiwania na przesyłkę z przekazem pocztowym. Wybiorę chyba tę drugą opcję. Cierpliwość się przyda, bo nowe zmiany w Prawie o ruchu drogowym już niebawem.
Męczy mnie przeświadczenie, że wszystkie te zmiany zaostrzą jeszcze bardziej toczącą się na polskich drogach wojnę. Z jednej strony uzbrojeni w fotoradary, radary, wideorejestratory i któż tam jeszcze zliczy co więcej stróże prawa, z drugiej kierowcy, którzy – za cenę pół miliarda złotych rocznie – bronią się przy pomocy CB-radia, antyradarów, jammerów oraz elektrycznych rolet zasłaniających tablice rejestracyjne  I jakoś wyobraźni mi nie starcza, by dociec dokąd to wszystko nas zaprowadzi. Z tą wyobraźnią to nie dziwota. Homo sum et nil humanum a me alienum esse puto, więc mózg mi się kurczy, jak i reszcie mego rodzaju. Dzięki Bogu tylko kurczy. Bo cóż by to było, gdybym go tak np. zgubił rozum...?