Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politycy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politycy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 listopada 2014

Anatomia strachu

Cztery strachy będą w najbliższym czasie wpływały na obrót spraw politycznych w Krakowie i Małopolsce. Pierwszy ma wymiar szerszy. Dotyczy całego kraju. To strach o skutki totalnego blamażu, jaki zafundowała nam wszystkim Państwowa Komisja Wyborcza – a obecnie wyzyskują do swoich celów niektóre środowiska polityczne - podważając zaufanie obywateli do podstawowej instytucji demokracji, jaką są wybory. Drugi ma również wymiar ponadregionalny, a jest nim strach przed PiS. Wyhodowany przez media, nie bez znaczącego udziału samych przedstawicieli tej partii, w czasach, gdy sprawowała ona w Polsce władzę, nadal skutecznie zniechęca do niej sporą rzeszę potencjalnych wyborców, zmęczonych już rządami Platformy i nieufnie patrzących lub niedostrzegających alternatywy dla binarnego układu sił dwóch głównych graczy politycznych. Trzeci strach ma typowo krakowski charakter. To strach przed jakąkolwiek zmianą. Bo trudno tu mówić o konserwatyzmie. Konserwatyzm ma swój wyraz ideowy. Krakowski strach jest bezideowy i bezimienny. I w końcu trzeba powiedzieć o strachu, który opanował część – opozycyjnie nastawionej do Grzegorza Lipca – krakowskiej PO. Fakt, iż partia ta uzyskała lepsze niż się spodziewano wyniki w wyborach samorządowych, niewątpliwie wzmacnia pozycję szefa struktur regionalnych Platformy, co może być groźne dla tych sił w tej partii, które za Lipcem – delikatnie sprawę ujmując – nie przepadają.

Pierwszym z tych strachów zajmował się nie będę. Trzeba poczekać na wyniki II tury wyborów samorządowych, by móc formułować w tej kwestii jakieś oceny. Ale o trzech pozostałych warto skreślić kilka zdań. 

Wynik zmagań, których stawką jest fotel Prezydenta Miasta, nie wydaje się w Krakowie wcale taki oczywisty, jak zdaje się o tym sądzić spora część miejscowego mainstreamu. W rzeczy samej Marek Lasota ma poważne szanse na sukces. Jest w Krakowie postacią rozpoznawalną, ze sporym dorobkiem, akceptowaną przez wiele środowisk i popieraną przez ugrupowanie polityczne, które jednoznacznie chce być kojarzone z „jakąś” jakościową zmianą. Piszę „jakąś”, bo dociec na czym ta zmiana miałaby polegać, po dokładniejszym przyglądnięciu się dokumentom programowym i wypowiedziom polityków PiS – nie sposób. Jedno jest jednak pewne. Lasota może liczyć na wierny elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego oraz głosy tej części mieszkańców Krakowa, którzy „jakiejś” zmiany oczekują.

Czy rzeczywiście jednak w Krakowie czeka się na zmiany? Czy nie jest to miasto, które bardziej ceni to, co znane, a czego upostaciowieniem jest Jacek Majchrowski? Przemawiają za nim niewątpliwe pomnikowe osiągnięcia. Nie sposób bowiem zgodzić się z krytykami obecnego Prezydenta, którzy zarzucają mu brak inicjatywy. Miasto pod jego rządami zmienia się sukcesywnie. Ilość gminnych inwestycji jest co najmniej satysfakcjonująca. Jackowi Majchrowskiemu można by więc (i należałoby) zarzucać nie tyle ich brak, co chaos w tym obszarze. Trudno bowiem dociec, jaką wizję Krakowa w ten sposób realizujemy.

Profesor Majchrowski może więc liczyć na głosy zadowolonych z obrotu krakowskich spraw. W jeszcze większej mierze jednak przypadną mu w udziale głosy tych wszystkich, którzy boją się zmian w ogóle, a zmian kojarzonych z PiS w szczególności. Marek Lasota, jako człowiek którego pisowska afiliacja jest bardzo świeżej daty, ów lęk wprawdzie łagodzi, ale całkowicie go nie znosi. Pojawiające się w debacie publicznej głosy, że jest człowiekiem bez zaplecza, o którego dalszym bycie politycznym decydować będzie środowisko partii Jarosława Kaczyńskiego, nie są pozbawione swoich racji.

Przyglądając się wynikom I tury wyborów prezydenckich w Krakowie, można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż ostateczne wyniki, jakie uzyskają 30 listopada obydwaj kontrkandydaci, będą mocno do siebie zbliżone. Bez względu jednak na to, który z nich stanie się gospodarzem Pałacu Wielopolskich można przyjąć, że bez większych problemów ułoży on sobie relacje z Radą Miasta. Marek Lasota może liczyć wszak na klub PiS – partii, która wygrała wybory samorządowe w mieście. Niewątpliwie może też liczyć na współpracę z klubem Jacka Majchrowskiego, który w przypadku przegranej swojego lidera, będzie musiał poszukiwać możliwości obrony swoich przyczółków. W przypadku wygranej tego ostatniego, prawdopodobna jest kontynuacja dotychczasowej koalicji z PO, która do Rady Miasta wprowadziła jedynie jednego radnego mniej, niż PiS.

Swoją drogą fakt, iż to PiS a nie PO wygrało w Krakowie wybory do Rady Miasta, wydaje się niezwykle – z politologicznego punktu widzenia – ciekawy. Zestawiając go bowiem z wynikami głosowania, w tym samym okręgu, do Sejmiku Województwa Małopolskiego (wygrana PO z PiS stosunkiem mandatów 5 do 3), trzeba zdecydowanie odrzucić tezę, że oto Kraków staje się kolejnym pisowskim bastionem. W jakim procencie o wyniku tym zadecydowała technika wyborcza (numer Komitetu Wyborczego), trudno orzec.  Niewątpliwie jednak zasadnicze znaczenie miała w tym przypadku słaba kampania Marty Pateny. Kandydatka PO na urząd Prezydenta Miasta Krakowa prowadziła kampanię, dla której określenia znajduję tylko jedno słowo – defensywa. Odnosiłem bowiem wrażenie, że nawet przez moment nie wierzyła w możliwość uzyskania dobrego wyniku, a tak w ogóle to bardziej interesowało ją utrzymanie mandatu radnej, niż zasiadanie w fotelu szefa Miasta. PO ma więc przed sobą poważne zadanie na przyszłość. Jeżeli nie chce zaliczyć za cztery lata kolejnej wpadki w krakowskich wyborach samorządowych, musi wykreować kandydata na Prezydenta, który będzie wierzył w swoje możliwości. Chociaż tyle…

Czy PO ma zdolność wykreowania takiego kandydata? Myślę, że tak. Obserwując tegoroczną kampanię wyborczą zauważyć można co najmniej dwie postaci, które walczyły o mandat radnego Sejmiku Województwa Małopolskiego, a które mają odpowiedni potencjał, by za cztery lata ubiegać się o fotel gospodarza Krakowa. Dobry wynik Platformy w tych wyborach to też całkiem przyzwoity prognostyk szans takiego kandydata. Na chwilę obecną partia ta jednak musi poradzić sobie z odium „przegranych wyborów”. Piszę w cudzysłowie, bo mówienie o przegranej Platformy w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest jakimś nieporozumieniem. Wystarczy spojrzeć na sondaże przedwyborcze, by jasno stwierdzić, że PO wykonała po raz kolejny w Małopolsce rzecz teoretycznie niewykonalną. Bo choć utraciła w Sejmiku kilka mandatów – nadal rządzić będzie Województwem.

Od lat przyglądam się preferencjom wyborczym Małopolan. I od lat kolejne porażki PiS są dla mnie poważnym zaskoczeniem. Zauważmy, że w roku 2006 partia ta – w koalicji ze Wspólnotą Małopolską - była w stanie wygrać wybory do Sejmiku, by chwilę później utracić władzę w Województwie wskutek nieudolnie prowadzonego przewrotu, którego celem miała być zmiana na stanowisku Marszałka. Otworzyło to Platformie drogę do współrządzenia Małopolską. Cztery lata temu z kolei, PiS wykreował listy wyborcze, które nie tyle stanowiły odpowiedź na oczekiwania elektoratu, co były wynikiem przygotowań do wewnętrznych frond. Wygrana wówczas PO była w dużej mierze efektem słabości kandydatów wystawionych przez Zbigniewa Ziobrę. W tym roku, PiS zaprezentowało się już jako ugrupowanie skonsolidowane, a jego listy wyborcze trzeba uznać za mocne. W takiej sytuacji wygrana tej partii w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest czymś oczywistym. Tyle tylko, że wobec braku aktualnie zdolności koalicyjnej, wygrana taka miałaby sens jedynie wówczas, gdyby gwarantowała w nim większość umożliwiającą samodzielny wybór Marszałka.

Fakt ten to zapewne jedna z przyczyn, dla której małopolskie struktury Prawa i Sprawiedliwości dość oszczędnie chełpią się sukcesem i raczej jedynie półgębkiem wspominają o „porażce” Platformy Obywatelskiej. W tym ostatnim, wystarczająco wyręczają je niektórzy działacze PO odsłaniając przy okazji, jak przebiega obecnie linia zasadniczego podziału wewnątrz tego ugrupowania. Szereg czołowych jej postaci, które w zeszłorocznych wyborach partyjnych musiały ustąpić pola Grzegorzowi Lipcowi, najwyraźniej potrzebowały owej przegranej własnej opcji, by pozbyć się świeżo upieczonego lidera. To dlatego zapewne ostrze krytyki – której wyrazicielem stały się niektóre media – skierowane jest wyłącznie w jego kierunku. Całkowicie zaś pomija się odpowiedzialność Marka Sowy, który nie tylko – jako Marszałek Województwa – był twarzą PO przez ostatnie cztery lata, ale także odpowiadał za regionalną kampanię tej partii. Ani słowem nie wspomina się o nikłym wsparciu centrali czy też słabym zaangażowaniu w kampanię większości platformianych parlamentarzystów. Obiektywnie dobry wynik, jaki w Krakowie zanotowała lista PO w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego i ewidentność ataku wymierzonego w Lipca, na dłuższą metę umocni pozycję tego ostatniego, co ma szczególne znaczenie w kontekście przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Tym niemniej atak ten – jak sądzę – zapewne chwilowo osłabi zdolności negocjacyjne Platformy, co nie pozostanie bez skutku dla sposobu, w jaki wykreowane zostaną gremia decyzyjne w Krakowie i w Małopolsce.

W najbliższym czasie czekają nas więc w Małopolsce rządy koalicji PO i – poważnie wzmocnionego – PSL. To właśnie to ostatnie ugrupowanie może mówić o niekwestionowanym sukcesie. Podwojenie liczby mandatów oznacza nieproporcjonalnie większe możliwości wpływu na zarządzanie Regionem. Co więcej. Przy ewentualnej zmianie koalicji rządowej w końcówce przyszłego roku zapewnia swobodę wymiany partnera także w Małopolsce. W przypadku wygranej Jacka Majchrowskiego w II turze wyborów prezydenckich partia ta utrzyma też swoje wpływy w Mieście. Jeśli wygra Marek Lasota - będzie zapewne podobnie. W tym przypadku bowiem liczyć się będzie ewentualność zmiany koalicji rządzącej Małopolską. To dobra karta przetargowa także w kontekście polityki gminnej. O tym, czy ten scenariusz będzie miał jakieś widoki na sukces zdecydują jednak wyborcy w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Nie zdziwiłbym się, gdyby za rok do wyborów poszli jedynie najbardziej zdyscyplinowani spośród nich…

sobota, 24 listopada 2012

Kobiety na traktory! Sportowcy na drogi!

An nescis, mi fili, quantilla prudentia mundus regatur? (Juliusz III)


O tym, że kobiety cywilizują mężczyzn, nikogo przekonywać nie trzeba. Z faktami po prostu dyskutować nie przystoi. A że robią to czasem używając ciosów – nomen omen - poniżej pasa? Cóż. Widać muszą. O tym, że ciosy te są o tyle dotkliwe, co skuteczne świadczy historia naszej cywilizacji. Nie dziwi więc, że i w kulturze temat ten, acz bolesny i niewygodny, nie został całkowicie przemilczany. Klasycznym przykładem ekspozycji tego motywu jest dramat Arystofanesa z 411 r. p.n.e. pt.: "Lizystrata". Osobom o słabszej pamięci śpieszę przypomnieć, że ogniskuje się on wokół problemu zakończenia II wojny peloponeskiej. By skłonić swoich mężów do pokoju kobiety zawiązują spisek, w ramach którego separują ich od swoich alkow i wdzięków do czasu, aż zmądrzeją. Wyrazem tej mądrości miało zaś być zawarcie pokoju.
Opisaną przez Arystofanesa "historię" przypominał jakiś czas temu w "Dużym Formacie" Wojciech Orliński. Przyczynkiem zaś do tych wspominek był opisany przez  "Guardiana" przypadek dzielnych kobiet z kolumbijskiego miasteczka Barbacoas, które zastosowały metodę strajku seksualnego, by wymusić na swoich mężczyznach budowę upragnionej drogi. Nie muszę chyba dodawać, że metoda okazała się skuteczna, co szczególnie dziwić nie może.
Kontempluję ten przypadek już jakieś półtora roku zastanawiając się, czy aby nie jest to metoda warta rozpropagowania w kraju nad Wisłą, zważywszy, że i u nas z drogami - nadal - licho. Więc może gdyby tak małżonki/małżonkowie naszych panów posłów i pań posłanek postawiły/postawili analogiczne ultimatum, to kto wie, kto wie... Wzdragam się jednak przed nadmiernym eksponowaniem takiego postulatu zważywszy co najmniej trzy bezsporne fakty:
1. byłoby to w najwyższym stopniu niehumanitarne;
2. jako lud północny dłużej niż południowcy obywać się możemy bez uciech cielesnych;
3. z instytucji publicznych na "b" w naszym arcykatolickim kraju równie łatwo o zamtuz jak o bibliotekę z niewielkim wskazaniem na ten pierwszy przybytek.
Zważywszy wszystkie te fakty, skuteczniejszą metodą wydało mi się ograniczenie przywilejów poselskich poprzez odebranie paniom posłankom i panom posłom prawa do bezpłatnych przelotów/przejazdów, a nawet nałożenie nań obowiązku samodzielnego kierowania pojazdami mechanicznymi oraz wykluczenie z zakresu immunitetu wykroczeń drogowych. Przy okazji zabroniłbym im dodatkowo używania CB, co zresztą może niebawem zacząć dotyczyć nas wszystkich. Coś mi się wydaje, że wszędzie na świecie ta metoda mogłaby okazać się skuteczna. Wszędzie, wyjmując z tej reguły kraje na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej, gdyż jak wiadomo zamieszkujące te tereny ludy mają przedziwną zdolność do nieszablonowego radzenia sobie z narzuconymi przemocą regułami. Pozostaje więc szukać dalej.
A że żyć przyszło mi w ciekawych czasach daleko szukać nie musiałem. Świeże jeszcze wspomnienie EURO 2012 i związanego z nim cywilizacyjnego skoku w zakresie infrastruktury każe wierzyć, że jedyną skuteczną metodą na podtrzymanie tego trendu jest jak najszybsze przyznanie Polsce praw do organizacji (kolejność nieprzypadkowa):
1. Zimowych Igrzysk Olimpijskich,
2. Letnich Igrzysk Olimpijskich,
3. Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.
Na oko biorąc, po takim maratonie będziemy najlepiej komunikacyjnie rozwiniętym krajem świata, że o innej infrastrukturze nie wspomnę. I choć żal mi naszych Taterek, zdania nie zmienię. Paniom i panom posłom pragnę zaś za Krzysztofem Wargą przypomnieć słowa Thomasa Bernharda z "Przyczyna. Przypomnienie": "We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciwko sobie".


czwartek, 19 kwietnia 2012

Między kazaniem, lekturą i polityką


I znów odwieczny dylemat. Pisać czy nie pisać? Gdyby tak milczeć, można by zasłużyć na miano filozofa. Tym jednakowoż nie jestem, a stanu rzeczy w żaden sposób poprawić nie może fakt, iż od kilku lat, konsekwentnie pozwalam sobie być brodaczem. Najwyraźniej broda nie ma nic wspólnego z filozofią. Fakt jej posiadania lub nieposiadania pozostaje dla niej okolicznością obojętną. Żywymi ilustracjami tego stanu rzeczy mogą być z jednej strony niżej podpisany, z drugiej zaś - konsekwentnie bezbrody minister sprawiedliwości, ikona polskiego konserwatyzmu - Jarosław Gowin.
 
Ustaliliśmy więc, że nie jestem filozofem. Wbrew obiegowej opinii, z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że - przynajmniej z tytułu specjalizacji naukowej - nie jest nim też obecny Minister Sprawiedliwości. Do ustalenia w ramach wstępu pozostaje nam jeszcze jedno: czy ja, niegodny, mam takie samo prawo wypowiadać się w danej sprawie, jak minister rządu Rzeczypospolitej? Pytanie ze wszech miar zasadne. Mam bowiem w swoim bagażu doświadczeń również wspomnienie sprzed kilku lat, telefonu od jednego z ministrów, który takie pozytywne przeświadczenie kwestionował. Otóż, przyjmując za dobrą monetę zadekretowany konstytucyjnie ustrój Najjaśniejszej, mam! Wszak, jak pisał Henry Francois Becque "Być może demokrację należy rozumieć w ten sposób, że wady niektórych są dostępne dla wszystkich".

No to się wypowiem. I to nie o byle czym, a o Konwencji Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Ten, liczący zaledwie 31 stron tekst, stał się ostatnio jądrem ideologicznego sporu, swego rodzaju cezurą oddzielającą przeciwnych jej ratyfikacji, zatroskanych o przyszłość małżeństwa i rodziny w gnijącej Europie "konserwatystów" i ogarniętych filohomoseksualnym amokiem, antyrodzinnych, skażonych lewicowym myśleniem "postępowców". Po lekturze tego tekstu dochodzę do wniosku, że wygenerowanie takiego dyskursu było możliwe wyłącznie przy przyjęciu założenia, że nikt z publiczności nie zada sobie trudu, by dokument ten przeczytać. Tymczasem jego lektura każe zadać sobie pytanie o sens takich chociażby wypowiedzi ministra Gowina: "To konwencja służąca zwalczaniu tradycyjnego modelu rodziny i promowaniu związków homoseksualnych". Wypowiedzi opartych niewątpliwie na lekturze art. 12 ust. 1 Konwencji, który głosi: "Strony stosują konieczne środki, aby promować zmiany w społecznych i kulturowych wzorcach zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i wszelkich innych praktyk opartych na pojęciu niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn". I chyba wyłącznie tego przepisu. Bo gdyby przeczytać tak całą Konwencję okazałoby się, że istotą tego zapisu jest wola zmierzenia się z takimi zjawiskami, jak ubezwłasnowolnianie, molestowanie, katowanie, okaleczanie i mordowanie kobiet, które często bywa podyktowane względami kulturowymi. Część tych zjawisk egzystuje na gruncie tradycji europejskiej. Z innymi (zwłaszcza okaleczaniem i "honorowymi" morderstwami) mamy do czynienia od stosunkowo niedawna, w związku z rosnącą w Europie rzeszą imigrantów. Ani słowa o homoseksualizmie i innych tego typu zjawiskach! Dużo natomiast o ofiarach przemocy domowej i dzieciach, które są tego przymusowymi świadkami; okaleczeniach kobiecych narządów płciowych; przymusowych małżeństwach itp.; oraz metodach zwalczania tych patologii.

Nie jest tak, że niektóre zapisy Konwencji nie budzą moich wątpliwości. Czytam je jednak w kontekście całego dokumentu i trudno jest mi uznać je za zagrażające tradycyjnie pojętemu małżeństwu (o ile za tradycyjne nie uznamy systematycznego pastwienia się domowego damskiego boksera nad pozbawioną czci i racji małżonką) czy rodzinie. Jednym z nich jest przepis art. 39, który za przestępstwo uznaje jedynie "przeprowadzanie aborcji bez uprzedniej i świadomej zgody kobiety" nie zaś zabójstwo nienarodzonego dziecka w ogóle. Przyjmuję jednak, że my - Europejczycy, ciągle jeszcze dojrzewamy. Już nie wyżynamy w pień sąsiadów (choć nie tak znowuż odległa w czasie wojna na Bałkanach może przeczyć tej optymistycznej opinii) i nie wysyłamy do komór gazowych całych narodów. Być może więc kiedyś dorośniemy i do wniosku, że życie człowieka jest wartością, którą chronić jesteśmy zobowiązani bez względu na fazę, w jakiej się znajduje.

Fakt, że mamy rozliczne wątpliwości, nie może jednak usprawiedliwiać braku polskiego akcesu do tej Konwencji. W ostateczności bowiem, wobec okoliczności, że wykluczone jest składanie do niej - poza "drobnymi" wyjątkami (art. 78 ust. 2) - zastrzeżeń (art. 78 ust. 1) jej ratyfikacji towarzyszyć może przyjęcie deklaracji interpretacyjnej. Skoro można było tak zrobić przy okazji przystępowania do Konwencji ramowej Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych, zapewne można to samo zrobić i w tym przypadku, wskazując granice do jakich można się w Polsce posunąć kreatywnie czytając przedmiotowy dokument. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że spór z Konwencją Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w tle nie ma na celu wypracowania nie tylko takiego, ale jakiegokolwiek kompromisowego rozwiązania. Tym bardziej jego celem nie jest ochrona tradycyjnie pojmowanego małżeństwa i rodziny czy też wręcz przeciwnie: podważenie tradycyjnych podstaw współczesnych społeczeństw. Spór ten ma cele stricte polityczne. W jakiejś mierze lokujące się w wewnątrzpartyjnym układaniu stosunku sił. W innej – petryfikacji sceny politycznej w odmienny, niż tego by chciała część opozycji sposób. Wszystkie te opcje prowadzą jednakowoż do dyskredytacji konserwatyzmu, który niebawem będzie kojarzył się z biciem kobiet i ochroną mężczyzn zabijających swoje siostry z powodów „honorowych”. W działania te opinia publiczna wyjątkowo łatwo daje się – w dużej mierze dzięki bezkrytycznym (?) relacjom mediów - wmanewrować. Jest na to tylko jedno remedium. Trzeba czytać zamiast słuchać "kazań".


wtorek, 20 marca 2012

Czary mary!

Magiczne zabezpieczenie osady przed demonami.



Bardzo mi było żal redaktorki Michniewicz, która w Dniu Kobiet zmuszona była poprowadzić Puls Trójki. Nie dość bowiem, że przyszło jej pracować w dniu, który - ma się rozumieć - powinien być świętem państwowym, to jeszcze musiała podjąć bohaterską, a co za tym - zgodnie z naszą narodową tradycją - idzie z góry skazaną na niepowodzenie, próbę okiełznania erystycznego temperamentu posłanek Nowickiej i Wróbel. Ta pierwsza jest obecnie wicemarszałkinią Sejmu, druga zaś parlamentarzystką od kilku kadencji, co nie przeszkodziło obydwu paniom kłócić się w stylu godnym przekupek z najbardziej zapyziałego z zapyziałych powiatowych targów.  Poszło o kolejny medialny show Ruchu Palikota, który postanowił 8 marca obsypywać kobiety nie tyleż goździkami, co prezerwatywami. A ile w tej mowie-trawie było o godności, równości itp. Nawet sacrum i profanum. I cuda na kiju. Dyskusja jeszcze bardziej żenująca niż sam palikotowy event. No cóż. Także w dziedzinie szaleństwa od dawna jesteśmy europejskimi liderami. A ja tymczasem słuchałem tej pyskówki jak zaczarowany. Do dzisiaj tego pojąć nie mogę. Tak dobrowolnie, bez żadnego przymusu. Czyżby magia radia?
A propos magii. Odnoszę nieodparte wrażenie, że ma wiele wspólnego ze współczesnym polskim feminizmem. Niektórym paniom - jak wnoszę z ich rozlicznych wypowiedzi - wydaje się bowiem, że remedium na wszystkie bolączki płci pięknej, poza rzecz jasna zadekretowaniem aborcji na życzenie i przymusem noszenia przez wszystkich facetów gwizdków, jest ponazywanie tego i owego w sposób dziwaczny. Swoiste zaczarowanie rzeczywistości. Lada moment więc świat zaroi się nie tylko od redaktorek i minister, ale także prezydentek, burmistrzek, kierownicek (nie mylić z kierowniczkami), maszynistek (kierownicek pociągów), górniczek itp., itd. Nie, nie twierdzę, że to źle. Nikogo wszak nie razi dziennikarka, pielęgniarka, lekarka, pisarka, malarka, poetka, czy piosenkarka. Po prostu wydaje mi się jedynie, że język jest nośnikiem wartości, a nie ich kreatorem. Ulega naturalnej ewolucji w wyniku następującej z czasem zmiany naszych poglądów i postaw, i dopiero wtórnie te poglądy i postawy utrwala, a następnie przekazuje kolejnym pokoleniom. Dokonywanie zmian w języku bez rzetelnego zmierzenia się z kompleksem zjawisk leżącym u podłoża konwencji, to budowanie gmachu na ruchomych piaskach, albo przejaw wiary w siłę magii, gdzie zaklęciem można zmienić rzeczywistość.
Język to zresztą twór niezwykle skomplikowany i mocno niekonsekwentny. Jeśli więc już mamy dopasowywać go do jakiejś, dajmy na to feministycznej, ideologii, to może najpierw go uporządkujmy. Nieuporządkowany wprowadza zamęt wprost nieopisany. Weźmy pierwsze z brzegu słowo. Choćby ojczyzna. Niewątpliwie jest rodzaju żeńskiego. Ale ojciec to wszak mężczyzna. Dlaczego więc nie zastąpić tego słowa innym. Bardziej konsekwentnym. Matczyzna pasowałoby jak ulał. A może problem potraktować z innej strony. Są bowiem rzeczowniki rodzaju męskiego, żeńskiego i nijakiego. To mocna niesprawiedliwość! Ten trójpodział bowiem utrwala stan braku równouprawnienia. Taka dla przykładu magia, czy ideologia występują jedynie w rodzaju żeńskim, a przydałyby się również ich odpowiedniki w dwóch pozostałych rodzajach. Ot chociażby: magis/ideologis i mago/ideolo. Wiem, że brzmi kretyńsko, ale idzie się przyzwyczaić. Mamy wszak w języku naszym przymiotniki, które, co do swego rodzaju, są labilne niczym polscy politycy. Wystarczy zmienić rzeczownik, który opisują, a już zmieniają swoją orientację. I tak mamy: silnego mężczyznę, silną kobietę i silne dziecko.
Ale i tutaj napotkamy rafy. Bo choć przymiotniki potrafią być gibkie niczym niewieścia kibić, to ich stosowanie bez odrobiny krytycyzmu rodzi poważne wątpliwości. Jako że było o magii przyjrzyjmy się rzeczownikowi urok (bez wątpienia rodzaj męski). Pochodzący od niego przymiotnik można od biedy zastosować w trzech rodzajach, ale zabrzmi to – w rzeczy samej – bardzo dwuznacznie. Mężczyzna może być bowiem dzielny, przystojny, szarmancki, a nawet miły. Ale uroczy? Nazwanie tak faceta, to niczym poddanie go zabiegowi wasektomi! Podobnie dziecko. Może być nad podziw rozwinięte, szybkie, inteligentne. Ale urocze? Dla niektórych pewnie tak, ale tych niektórych chcieliśmy do niedawna poddawać chemicznej kastracji. Uroczą za to, bez wątpienia, może być kobieta. Ba może. Jest i basta. Nawet wysiłki posłanek Nowickiej i Wróbel od tego przekonania odwieść mnie nie zdołają! Powiem więcej. Urocza jest nawet posłanka Senyszyn. Wiem, bom wywijał z nią hołubce swego czasu w miejscu publicznym.  A co!
Przymiotnik uroczy/urocza/urocze niewątpliwie kojarzy nam się dobrze. A fakt ten powinien raz jeszcze upewnić nas w przekonaniu, że język to twór pokrętny niezwykle. Niewątpliwie bowiem  urok – rzeczownik od którego przymiotnik ten pochodzi, wydźwięk ma pejoratywny. Zauroczyć musiało wszak pierwotnie oznaczać rzucić urok. A uroki rzuca się by pozbawić kogoś czegoś (np. wolnej woli, krowiego mleka itp.). Delikatną różnice między tymi terminami wyznacza fakt, że uroki rzuca się intencjonalnie, a zauroczyć można – ponoć – także mimowolnie. Dla poddanego działaniu takiej magii pociecha niewielka. W tym kontekście jeszcze jaśniejszy staje się związek przymiotnika uroczy/urocza/urocze z kobiecością. O rzucanie uroków posądzane były bowiem zazwyczaj kobiety (choć ostatnio i w tym zakresie triumfuje idea równouprawnienia), co często kończyło się dla nich tragicznie. Dziś jednak ofiary stosów się rehabilituje czemu towarzyszy mocne bicie się w piersi. Kto wie, być może i sama magia doczeka się rehabilitacji? Może już ku temu zmierza nowoczesny świat? A feministki – wyczuwając ten trend – zaczarowując rzeczywistość są po prostu na topie?