Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarka. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 kwietnia 2013

Czas...

Wszystkie ścieżki ludzkiego ethosu przechodzą przez bramy prawdy, których obchodzić nie wolno.
ks. Józef Tischner


Nie jest do końca istotne, czy czas istnieje obiektywnie, czy też tylko subiektywnie egzystuje w naszych umysłach, jako wytrych do rzeczywistości. Ważne jest jedynie to, że bez pojęcia czasu trudno nam wyobrazić sobie cokolwiek, co ma związek z istnieniem. Być to bowiem zmieniać się. Zmiana z kolei trochę niesłusznie kojarzona jest z rozwojem, ten zaś, jeszcze niesłuszniej, z postępem. Prawdą jest jednak, że postęp i czas - jako pojęcia - są ze sobą związane nierozerwalnie.
Zasadniczo, motorem postępu jest ponoć nasze lenistwo. Mianowicie - jesteśmy innowacyjni po to jedynie, by nasze wynalazki zaoszczędziły nam wysiłku. Wygospodarowany dzięki nim czas moglibyśmy bowiem przeznaczyć na nicnierobienie. Tymczasem, wydaje się, że jesteśmy bodajże tyleż leniwi, co chciwi.  Zamiast więc pożytkować rozwój cywilizacyjny na piaszczystych plażach Zanzibaru, zaprzęgamy go do kieratu wydajności, sami pracując wielokrotnie więcej niż w dobie przedindustrialnej.
Praca znalazła się w absolutnym centrum ludzkiego etosu. Zajęła miejsce początkowo zarezerwowane dla Boga, później dla człowieka, rozumu, ducha czy rozwoju. Stanowi sens i osnowę narracji opisujących rzeczywistość w skali makro i mikro. Nie piszemy już nawet życiorysów. Zamiast nich tworzymy CV. Nie jest już bowiem tak ważne kim naprawdę jesteśmy. Swą wagę ma jedynie to, jakie zgromadziliśmy – związane z pracą - doświadczenia.
Mam swoje powody, by w szczególny sposób pochylać się dzisiaj nad ostatnimi dwiema dekadami mojego życia. Praca stanowiła o tyle istotną ich treść, że częstokroć przesłaniała to, co - wiem to dzisiaj - powinno było zawsze stać ponad tym, co zmienne. Z drugiej strony jestem tu gdzie jestem dzięki serii wyborów, jakich dokonałem. Na ile - podejmując poszczególne decyzje - świadomy byłem ich konsekwencji? Nie wiem. Ale czy w ogóle dana jest nam taka zdolność? Czy potrafimy żyć w poprzek rzeczywistości? Niektórzy pewnie tak...

sobota, 24 listopada 2012

Kobiety na traktory! Sportowcy na drogi!

An nescis, mi fili, quantilla prudentia mundus regatur? (Juliusz III)


O tym, że kobiety cywilizują mężczyzn, nikogo przekonywać nie trzeba. Z faktami po prostu dyskutować nie przystoi. A że robią to czasem używając ciosów – nomen omen - poniżej pasa? Cóż. Widać muszą. O tym, że ciosy te są o tyle dotkliwe, co skuteczne świadczy historia naszej cywilizacji. Nie dziwi więc, że i w kulturze temat ten, acz bolesny i niewygodny, nie został całkowicie przemilczany. Klasycznym przykładem ekspozycji tego motywu jest dramat Arystofanesa z 411 r. p.n.e. pt.: "Lizystrata". Osobom o słabszej pamięci śpieszę przypomnieć, że ogniskuje się on wokół problemu zakończenia II wojny peloponeskiej. By skłonić swoich mężów do pokoju kobiety zawiązują spisek, w ramach którego separują ich od swoich alkow i wdzięków do czasu, aż zmądrzeją. Wyrazem tej mądrości miało zaś być zawarcie pokoju.
Opisaną przez Arystofanesa "historię" przypominał jakiś czas temu w "Dużym Formacie" Wojciech Orliński. Przyczynkiem zaś do tych wspominek był opisany przez  "Guardiana" przypadek dzielnych kobiet z kolumbijskiego miasteczka Barbacoas, które zastosowały metodę strajku seksualnego, by wymusić na swoich mężczyznach budowę upragnionej drogi. Nie muszę chyba dodawać, że metoda okazała się skuteczna, co szczególnie dziwić nie może.
Kontempluję ten przypadek już jakieś półtora roku zastanawiając się, czy aby nie jest to metoda warta rozpropagowania w kraju nad Wisłą, zważywszy, że i u nas z drogami - nadal - licho. Więc może gdyby tak małżonki/małżonkowie naszych panów posłów i pań posłanek postawiły/postawili analogiczne ultimatum, to kto wie, kto wie... Wzdragam się jednak przed nadmiernym eksponowaniem takiego postulatu zważywszy co najmniej trzy bezsporne fakty:
1. byłoby to w najwyższym stopniu niehumanitarne;
2. jako lud północny dłużej niż południowcy obywać się możemy bez uciech cielesnych;
3. z instytucji publicznych na "b" w naszym arcykatolickim kraju równie łatwo o zamtuz jak o bibliotekę z niewielkim wskazaniem na ten pierwszy przybytek.
Zważywszy wszystkie te fakty, skuteczniejszą metodą wydało mi się ograniczenie przywilejów poselskich poprzez odebranie paniom posłankom i panom posłom prawa do bezpłatnych przelotów/przejazdów, a nawet nałożenie nań obowiązku samodzielnego kierowania pojazdami mechanicznymi oraz wykluczenie z zakresu immunitetu wykroczeń drogowych. Przy okazji zabroniłbym im dodatkowo używania CB, co zresztą może niebawem zacząć dotyczyć nas wszystkich. Coś mi się wydaje, że wszędzie na świecie ta metoda mogłaby okazać się skuteczna. Wszędzie, wyjmując z tej reguły kraje na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej, gdyż jak wiadomo zamieszkujące te tereny ludy mają przedziwną zdolność do nieszablonowego radzenia sobie z narzuconymi przemocą regułami. Pozostaje więc szukać dalej.
A że żyć przyszło mi w ciekawych czasach daleko szukać nie musiałem. Świeże jeszcze wspomnienie EURO 2012 i związanego z nim cywilizacyjnego skoku w zakresie infrastruktury każe wierzyć, że jedyną skuteczną metodą na podtrzymanie tego trendu jest jak najszybsze przyznanie Polsce praw do organizacji (kolejność nieprzypadkowa):
1. Zimowych Igrzysk Olimpijskich,
2. Letnich Igrzysk Olimpijskich,
3. Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.
Na oko biorąc, po takim maratonie będziemy najlepiej komunikacyjnie rozwiniętym krajem świata, że o innej infrastrukturze nie wspomnę. I choć żal mi naszych Taterek, zdania nie zmienię. Paniom i panom posłom pragnę zaś za Krzysztofem Wargą przypomnieć słowa Thomasa Bernharda z "Przyczyna. Przypomnienie": "We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciwko sobie".


wtorek, 10 lipca 2012

ISM cdn...

Projekt "Interdyscyplinarne Seminarium Międzypokoleniowe" idzie pełną parą. Spotkania, pod koniec maja, zainaugurowali Staszek Alwasiak (Solidarność międzygeneracyjna i perspektywy wsparcia dla seniorów na przykładzie inicjatywy AAL) i Michał Adamczyk (Przyczyny kryzysu finansowego w USA). Na spotkaniu czerwcowym Staszek mówił o możliwościach pozyskania środków finansowych z Unii Europejskiej na projekty aktywujące seniorów, a Łukasz Bujak o problemach z innowacyjnością polskiej gospodarki. W lipcu Michał wprowadzał słuchaczy w zawiści podatku od dochodów kapitałowych, a Łukasz opowiadał o pomocy publicznej jako instrumencie polityk publicznych. Kolejne spotkanie już 17 lipca. Następne: 28 sierpnia i 11 września. Wszystkie w gościnnych murach Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (ul. Rajska 1), w sali 247. Startujemy o godz. 18.00. Zapraszamy!
Wykładowcami są słuchacze studiów doktoranckich organizowanych przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. Ale otwarci jesteśmy również na młodych adeptów nauki z innych uczelni. Ważne, by chcieli wyjść za hermetyczną granicę akademickości. Słuchaczami (często biorącymi udział w żywiołowych dyskusjach) wszyscy, którzy mają na to ochotę. W szczególności użytkownicy Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, a zwłaszcza seniorzy, dla których WBP stworzyła ciekawą ofertę aktywnego uczestnictwa w kulturze.
Wszystkich, którzy w jakiejś formie chcieliby włączyć się w ten projekt (przygotowanie referatu, pomoc w organizacji lub promocji itp.) - proszę o kontakt.
ISM (1)


wtorek, 16 sierpnia 2011

20 lat polskiego Internetu


20 lat. Piękny wiek. Z rozrzewnieniem wspominam czasem te lata. Hasło „Internet” mówiło mi mniej więcej tyle, co podróże na Marsa. Niby wiedziałem o co chodzi, ale w realność projektu trudno było – w krótszej perspektywie czasowej - uwierzyć.  Tymczasem pierwsze połączenie sieciowe Warszawy z Kopenhagą (17 sierpnia 1991 roku) uznawane za dzień narodzin polskiego Internetu, rozpoczęło prawdziwą rewolucję. Już kilka lat później, korzystając z różnorakich „koneksji”, można było zacząć z niego korzystać. Dla możliwości swobodnego surfowania po sieci podjąłem się nawet opieki nad rachityczną pracownią komputerową w moim instytucie. No po prostu łezka w oku się kręci.
Przy okazji warto zauważyć, jak przedziwnym tworem jest ludzka pamięć. Bo jakże trudno dzisiaj uwierzyć, że życie offline  było w ogóle możliwe. Podobne uczucia towarzyszą nam, kiedy popatrzymy na nasz telefon komórkowy (żeby jeden…) i szereg innych gadżetów, bez których dzisiaj trudno byłoby się nam obyć. A jednak. 40 wiosen na karku zobowiązuje do pamiętania o czasach, kiedy znalezienie sprawnej budki telefonicznej graniczyło z cudem, a cnotę cierpliwości ćwiczyło się czekając na swoją kolej do słuchawki wmontowanej w ścianę.
Internet, jako specyficzne osiągnięcie XX wieku, nabiera szczególnego znaczenia w stuleciu kolejnym. Wykorzystywany początkowo do celów naukowych, szybko zawładnięty został przez świat rozrywki, by obecnie wyewoluować także do postaci potężnej gałęzi gospodarki. Wystarczy zauważyć, że sklepy z elektroniką (dla przykładu) w realu, stają się powoli wielkimi wzorcowniami. Idziemy tam, by pooglądać, ale kupujemy – taniej – w necie. Zachwyt nad fenomenem Internetu nie może nam jednak przysłaniać faktu, że poza możliwościami sieci pozostaje całkiem spora rzesza ludzi.
Zjawisko to ma dwojaki charakter. Technologiczny i kompetencyjny. Po pierwsze bowiem nie wszędzie jeszcze sieć ma swoje końcówki lub ze względów ekonomicznych jest powszechnie dostępna, po drugie zaś istnieją całe grupy społeczne, którym brak wystarczających kompetencji do wykorzystania możliwości, jakie daje Internet. Wraz z jego rozwojem wyrosło nam nowe zjawisko, zwane wykluczeniem cyfrowym. Zjawisko, o bardzo poważnych konsekwencjach.
Od kilku lat staram się obserwować polskie zmagania z tym problemem. Nie można powiedzieć, że jesteśmy względem niego bezczynni. Powstają wszak projekty budowy regionalnych sieci szerokopasmowych, które mają zapewnić tani dostęp do szybkiego Internetu w najdalszych zakątkach kraju. Powstają też strategie walki z wykluczeniem cyfrowym w obszarze kompetencyjnym. W obydwu przypadkach zakłada się wykorzystanie możliwości finansowych związanych z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ich realizacja przebiegała sprawniej, niż ma to miejsce obecnie.
Regionalne sieci szerokopasmowe powstają z bardzo dużymi problemami. Warto wspomnieć, że do notyfikacji w Komisji Europejskiej zgłoszono dotychczas bodajże (a mówimy o perspektywie finansowej 2007-2013) jedynie warty 300 milionów euro projekt sieci szerokopasmowej dla Polski Wschodniej. Pozostałe, jak sądzę, są daleko w lesie, choć niektórzy z moich znajomych - zaangażowani w te przedsięwzięcia – mówią, że przesadzam. Oby mieli rację. Niezbyt optymistycznie wygląda też wykorzystanie środków przeznaczonych na upowszechnianie Internetu w ośrodkach peryferyjnych. Tu – jak sądzę – zasadniczym powodem jest brak świadomości wagi tego problemu oraz przytłaczający ciężar „dziur w drogach”.
Znacznie lepiej mogłoby być także z wdrażaniem strategii walki z wykluczeniem cyfrowym. Obecne działania postrzegam jako rozproszone i pozbawione jakiejkolwiek koordynacji. Z drugiej strony cieszę się, że swoje miejsce w ich realizacji odnalazły biblioteki publiczne. Warto tutaj przypomnieć chociażby implementację programu „Ikonka”, czy – dla przykładu – działania podejmowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie na rzecz zwalczania wykluczenia cyfrowego wśród seniorów.
Pomimo tych niedociągnięć przyszłość polskiego Internetu widzieć można w jasnych barwach. Wydarzenia tego roku pokazały siłę Internautów. Mam więc nadzieję, że władze publiczne nie będą podejmowały więcej prób ograniczania swobody w przestrzeni globalnej sieci (przykładów tego typu działań daleko w świecie szukać nie trzeba), skupiając się raczej na rozwoju e-administracji. Im więcej swobody, tym więcej innowacji. Bez swobody w Internecie nie mielibyśmy dzisiaj chociażby boomu w zakresie crowdsourcing’u. Owszem. Internet ma też swoje ciemne strony. Ale wszak ze względu na grupę idiotów na katedrach nie ogranicza się swobody badań naukowych. Od tego, jak wykorzystamy możliwości stwarzane przez rozwój sieci, w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądał XXI wiek.
Urodzinowe – wszystkiego najlepszego! Szczerze!

wtorek, 5 lipca 2011

Polska według X

Jeśli szukasz czegoś inspirującego polecam raporty. Jeśli nie masz siły, by przebrnąć przez setki, czasem mało zrozumiałych, stron – poczytaj chociaż o raportach. A ostatnio mamy szczególny na nie urodzaj. Dzisiaj dla przykładu dotarła do mnie informacja o publikacji „Life in transition. After the crisis”. Wynika z niego niezbicie, że Polacy są najbardziej zadowolonym z życia narodem w Europie. No i nie ma się w rzeczy samej czemu dziwić. Wyjaśnienie tego fenomenu przynoszą bowiem inne raporty. Ot chociażby najnowsze dane GUS, które mówią, iż przeciętne wynagrodzenie miesięczne w I kwartale br. było wyższe od takiegoż w I kwartale 2010 r. o 4,5%, zaś siła nabywcza przeciętnego wynagrodzenia wzrosła o 0,8%.
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych.  Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej  (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa,  opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!

poniedziałek, 23 maja 2011

Bełkot



Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem

Na fali ogólnonarodowej debaty o chamstwie w Internecie i ja postanowiłem zagłębić się w jego przestworzach. A że koszula najbliższa ciału wygooglowałem siebie. A co! No dobrze. Nie tylko wygooglowałem. Zajrzałem też w kilka miejsc „poleconych” mi ostatnio przez znajomych. Zaglądają tam regularnie. Ja od wielkiego dzwonu. No i zagrzmiał. A głos jego donośny jak cholera.
Czego to się człowiek nie dowie o sobie w sieci. Zabawa pyszna. Doprawdy. Choć i przykro się robi, że Matka Ziemia tylu frustratów musi nosić na swoich spracowanych barkach. No cóż. 4,5 mld lat temu przetrwała uderzenie planety wielkości Marsa (stąd mamy księżyc), a i mniejsze obiekty kosmiczne – przez ostatnich 4,6 mld lat - nie szczędziły jej razów. Równie mocno jej wytrzymałość testowali amatorzy przyspieszonego Armagedonu częstując ją serią eksplozji nuklearnych. Wytrzymała? A jakże. Przetrwała sobotni koniec świata punkt o 18.00,  więc przetrwa też zmasowany atak frustratów w cyberprzestrzeni.
Trzy rzeczy uderzyły mnie szczególnie podczas tej wycieczki w głąb ludzkich resentymentów. Pierwsza to trwałość niektórych tematów. Powiedzmy, że brałem udział w jakimś konkursie, który – tak bywa – wygrałem. Zawsze wówczas zdarzy się jakiś kontrkandydat twierdzący jeszcze niemal dekadę później, że konkurs musiał być ustawiony. No bo przecież – a jakże – w przeciwnym wypadku zakończyłby się zgoła innym werdyktem. Druga to różnorodność form. Przeważają wpisy na forach, ale zaraz po nich plasuje się multiplikowanie nieprzychylnych opinii w każdym możliwym miejscu. Ale to, co dostałem ostatnio mailem (publikacja w sieci jest dopiero zapowiadana) przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Stałem się ja oto – marny żuczek – bohaterem (negatywnym oczywiście) opowiadania. Ba! Powieści w odcinkach! Ukazał się dopiero pierwszy. Z niecierpliwością oczekuję następnych. Mam nawet kilka pomysłów, jak mogłaby się rozwinąć akcja.
No i w końcu rzecz trzecia. Określę ją jednym słowem: bełkot. Tym, którzy nie do końca wiedzą, co to takiego, polecam wygooglowanie ostatnich uchwał Zarządu Województwa Małopolskiego dotyczących Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (odwołanie mnie ze stanowiska dyrektora, cofnięcie pani Annie Wiśniewskiej „powierzenia obowiązków dyrektora”, ogłoszenie konkursu na dyrektora). Zachęcam zwłaszcza do przeczytania ich uzasadnień. Istny kabaret. To że podawane w nich fakty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (pomyłka w dacie powołania mnie na to stanowisko sięga 4 lat!) to nic w porównaniu ze stylem w jakim powstały. Dadaiści spaliliby się ze wstydu czytając te bzdury.
Dwie refleksje na koniec. Widząc jakim błotem obrzucany bywam w sieci zastanawiam się, czy warto silić się na jakąś reakcję. Publikować polemiki? Po co? Przecież nie jest to rodzaj krytyki, a ordynarny atak. Krytykę można przyjąć, albo – nie zgadzając się z nią – przedstawić kontrargumenty. Ale polemizować z bełkotem? A może użyć środków prawnych? Anonimowych (choć nie zawsze) autorów wpisów na formach można namierzyć. Tylko po co? Włóczenie się po sądach to zajęcie niezwykle przykre. Potrzebne mi jeszcze te dodatkowe przykrości? Może lepiej niech problemem zajmą się Ci, którzy najlepiej się na tym znają. Psychiatrzy. Kilka doktoratów kategoryzujących sieciowych frustratów widzę już oczyma wyobraźni.
Jeśli mam się już włóczyć to najlepiej po świecie. Ot chociażby tam, gdzie o zasięg globalnej sieci trudno. Dla przykładu – można wsiąść na prom i popływać po Bałtyku. Przy okazji zajrzeć do Sztokholmu i Tallina, albo zapuścić się i głębiej. Pooglądać kamienie runiczne w Sigtunie, albo zadumać się nad grobem Linneusza w Uppsali. Szwedzi – jak tylko zaświeci słońce - to bardzo radośni ludzie. Nieco gorzej sprawa ma się z Estończykami. Kryzys daje im się mocno we znaki. Zastąpienie narodowej waluty Euro spowodowało wzrost cen. I choć z uśmiechem opowiadają np. o swojej malutkiej armii, w której ostatnio zlikwidowano kompanię rowerową, aż strach się bać zaglądać na estońskie forma internetowe…

czwartek, 3 marca 2011

Polityka historyczna

Termin „polityka historyczna” ma u nas swój ciężar gatunkowy. Przy czym w rzeczy samej akcent kładziemy raczej na „politykę” niż na „historię”. Szkoda, bo z tej drugiej sporo można by się nauczyć, a nauka taka zapewne dobrze przysłużyłaby się jakości tej pierwszej.
Wspominam o tym, bo – tak jakoś mi się widzi – mamy dziś w prasie dzień historiozoficzny. No chyba że jest tak zazwyczaj, tylko ja tego na co dzień nie dostrzegam. Mniejsza z tym. Ad rem!
Czukcze byli na ziemi, nim Lech, Czech i Rus ruszyli w drogę, nim Romulus i Remus zyskali nową matkę, a Egipcjanie i Babilończycy zabrali się do budowy piramid. Byli, zanim na ich ziemi wyginęły mamuty, i trwali w tym miejscu, zanim Grecy wyprawili się na Troję. Tylko później mniej się u nich działo i zmieniło” – donosi „Duży Format” „Gazety Wyborczej”. W głównym grzbiecie z kolei tekst o wysiłkach zmierzających do rekonstrukcji posągów Buddy w afgańskiej dolinie Bamjan. Prawie 1500 lat temu starożytni artyści wyrzeźbili w piaskowcu pięć ogromnych posągów Buddy. „Dwa największe miały 55 i 38 metrów wysokości. Znajdowały się w centrum buddyjskiego kompleksu klasztornego. Obie rzeźby stały się celem ataku talibów. Twierdzili, że należy je zniszczyć, bo są to wizerunki bożków niewiernych, a pozostawienie ich jest niezgodne z nauką islamu”.
W „Rzeczpospolitej” w oczy bije tytuł „Czarni winią Żydów za niewolnictwo”. Z tekstu wynika, że zdaniem Narodu Islamu Żydzi są sługami szatana, którzy kontrolują rząd i w dużej mierze odpowiadają za historyczne cierpienia Afroamerykanów. Nieco inaczej problem narodu wybranego rysuje się w przedrukowywanym przez tę gazetę z „Die Welt” wywiadzie z prof. Władysławem Bartoszewskim. Wypowiedziane przez niego słowa: „Jeżeli ktoś się kogoś lękał, to nie Niemców. Nie musiałem się obawiać na ulicy oficera, który nie miał rozkazu aresztowania mnie. Ale musiałem się bać sąsiada, który zauważył, że kupuję więcej chleba niż zwykle” wywołały prawdziwą burzę. Jednak nie tylko my mamy problem z wizją własnej historii. Na Ukrainie np. – o czym również donosi „Rzepa” coraz silniej forsowana jest sowiecka wersja dziejów. „Mniej mówi się o Wielkim Głodzie, a więcej o Armii Czerwonej”.
Mamy też w prasie tematy odnoszące się do historii bardziej nam bliskiej. „Wyborcza” znowu sugeruje, że katastrofa smoleńska mogła mieć związek naciskami na pilotów podczas słynnej wyprawy do Tbilisi, w „Dzienniku. Gazecie Prawnej’ zaś prof. Jadwiga Staniszkis dowodzi, że „Zawłaszczone przez komunistyczne władze mienie wciąż niezwrócone właścicielom to przykład porażki polskiej transformacji. Zwrot nie opłacał się ani lewicowym, ani prawicowym rządom. Teraz szanse na przeprowadzenie tego procesu z roku na rok maleją”.
Wszystko to bardzo inspirujące. Bo i na dowcipy o Czukczach pozwala spojrzeć z innej perspektywy, i na hitlerowskiego okupanta jakby okiem łaskawszym. Mnie jednak najbardziej zainteresowała wzmianka o przyszłości polskiej polityki repatriacyjnej. Pisze o niej „Dziennik” („Więcej Polaków wróci do kraju”). Przyznam, że mam mieszane uczucia. Repatriacja to bowiem nie tylko umożliwienie powrotu do kraju Polakom rozsianym po świecie. Repatriacja to bardzo skomplikowany proces adaptacji do realiów kraju przodków. A o tym dziwnie cicho.

wtorek, 15 lutego 2011

Okulista czy psychoanalityk?

Jesteśmy jednak niesamowici. I jacy bezpruderyjni!! „Co dziesiąty podatnik pytany w urzędzie skarbowym skąd ma pieniądze odpowiada, że ze świadczenia usług seksualnych”. Te wszak są nieopodatkowane. Nie trzeba ich więc ewidencjonować. I wszystko jasne. A że jasność widzenia może popsuć nam zbyt duża dawka wina i na to jeden z naszych rodaków znalazł sposób. Niewątpliwie jedynie pod pozorem walki o świeckość państwa zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego uchwałę zielonogórskich radnych o obwołaniu św. Urbana patronem miasta. Gdyby tak bowiem Święty sprawił się ponad miarę wszyscy siedzieliby przy lampce wina zamiast korzystać z uciech cielesnych, co niewątpliwie pogrążyłoby wiele domowych budżetów.
Możliwe zresztą, że już pijemy stanowczo za dużo, przez co nie mamy siły budować autostrad. Mają to za nas zrobić Chińczycy. Niebawem 500 z nich pojawi się na placu budowy autostrady A2. I na tym zapewne nie koniec. Bo autostrady powstawać muszą. No i mogą. Wszak – w ślad za światowym trendem  - poprawia się koniunktura w polskiej gospodarce. Rzec by można nawet „Polski przemysł silny jak Chiny”. Wyraźnym przejawem tego trendu jest też rosnąca od kilku miesięcy produkcja cementu. W styczniu wyliczono, że w stosunku rok do roku aż o 240,5% . Zauważają to światłe umysły, co pozwala im twierdzić: „Widzieliśmy w Polsce silny wzrost w ostatnich latach. Historycznie polski rynek dosięgnął poziomu szczytowego. Oczekujemy, że rok 2011 będzie rokiem wzrostowym, jednakże w naszej branży panuje konsensus co do tego, że od 2012 roku zarejestrujemy spadek na rynku sprzedaży sprzętu budowlanego w Polsce” . Nowa odsłona pomroczności jasnej? Nie! Zapewne tylko nieco zbyt wiele wina z Zielonej Góry.
Co tu się jednak dziwić, że pijemy. Wszak to i przyjemniejsze, i tańsze niż jazda po polskich drogach. A sytuacji w tym względzie nie zmienią nawet Chińczycy. Bo jeśli nawet te autostrady w końcu nam wybudują, to jeździć będą po nich wyłącznie rządowe limuzyny. A i śmiertelnikowi pewnie fajnie będzie się przejechać od święta najdroższymi, płatnymi autostradami w Europie! I w dodatku przepisowo. Bo prędkości nie będą mierzyły nam już jakieś tam fotoradary. Policzy się średnią przejazdu pomiędzy bramkami i wszystko będzie jasne. System ten, już niebawem, testowany będzie w Warszawie. Ciekawe, czy wyjdzie tak, jak z zakupem nowych samochodów dla polskiej policji? Miały poskramiać piratów drogowych, a stoją bezczynnie na parkingu, bo okazało się, że ktoś skitrasił specyfikację istotnych warunków zamówienia.
Zresztą. To chyba nawet lepiej. Wystarczy już utrapienia z tymi, które jeżdżą po polskich drogach. W poprzedni piątek, na siódemce, odcinek Warszawa – Kraków, naliczyłem pięć nieoznakowanych radiowozów z wideorejestratorami. Czas przejazdu 300 km? Pięć godzin z lekkim okładem. Niezły wynik? Prawda? No bo jakoś tak pusto było!!! Poza tym mogę bezkarnie „pomylić się” o 10 km/h. O więcej bym nie śmiał, gdyż policjant już nie pouczy - ma być surowy. To zresztą nie jedyna zmiana w relacjach na linii kierowcy – służby porządku publicznego. Z  największą nadzieją większość z nas przyjęła zapewne zapowiedź demontażu atrap fotoradarów. Miały zniknąć od 1 stycznia. Jakoś tego nie zauważyłem… A 180 dni niepewności, to naprawdę bardzo dużo! Nie wiem więc, czy udać się do okulisty, żeby dostrzec znikające atrapy, czy do psychoanalityka, by nauczył mnie cierpliwego oczekiwania na przesyłkę z przekazem pocztowym. Wybiorę chyba tę drugą opcję. Cierpliwość się przyda, bo nowe zmiany w Prawie o ruchu drogowym już niebawem.
Męczy mnie przeświadczenie, że wszystkie te zmiany zaostrzą jeszcze bardziej toczącą się na polskich drogach wojnę. Z jednej strony uzbrojeni w fotoradary, radary, wideorejestratory i któż tam jeszcze zliczy co więcej stróże prawa, z drugiej kierowcy, którzy – za cenę pół miliarda złotych rocznie – bronią się przy pomocy CB-radia, antyradarów, jammerów oraz elektrycznych rolet zasłaniających tablice rejestracyjne  I jakoś wyobraźni mi nie starcza, by dociec dokąd to wszystko nas zaprowadzi. Z tą wyobraźnią to nie dziwota. Homo sum et nil humanum a me alienum esse puto, więc mózg mi się kurczy, jak i reszcie mego rodzaju. Dzięki Bogu tylko kurczy. Bo cóż by to było, gdybym go tak np. zgubił rozum...?

piątek, 22 października 2010

Czytajmy!!!

Zdarzyło mi się kiedyś być w Madrycie. Pierwszy kontakt z tym miastem to lotnisko i znajdująca się pod nim stacja metra. Po kilku chwilach mogłem już przesiąść się na linię docelową. Widok jaki zobaczyłem na stacji pośredniej sprawił, że oniemiałem. Centralny jej punkt stanowiła… biblioteka! Mała, nowoczesna, dobrze zaopatrzona. Ten obraz prześladuje mnie za każdym razem, kiedy czytam kolejne dane dotyczące czytelnictwa w Polsce i przypominam sobie stan polskich bibliotek publicznych.

Ostatni, roczny raport Instytutu Książki i Czytelnictwa przynosi informację, że jedynie 38% Polaków ma jakikolwiek kontakt z książką. To najniższa wartość tego wskaźnika od początku prowadzenia tych badań – czyli od 1992 roku. Systematyczny spadek tej wielkości też nie napawa optymizmem. Jeszcze w 2004 roku ten sam wskaźnik był dokładnie 20% wyższy (58%).

Jeśli już czytamy, sięgamy przede wszystkim po popularne powieści: obyczajowo-romansowe (18%) i sensacyjno-kryminalne (15%) oraz książki encyklopedyczno-poradnikowe (14%). Czytamy również literaturę faktu (11%), książki dla dzieci i młodzieży (10%), fantastykę (10%) oraz lektury szkolne i podręczniki (10%). Nieco rzadziej zdarza nam się zagłębiać w lekturę książek religijnych (7%) i opracowań fachowych (7%). Niektórzy lubią eseistykę i publicystykę (2%) oraz literaturę ezoteryczną (1%).

Głównym źródłem książek są dla Polaków biblioteki (40%), zwłaszcza publiczne (27%), następnie własny księgozbiór (36%), księgozbiory rodziny i znajomych (35%), ostatnie zakupy (35%). Zakup co najmniej jednej książki rocznie deklaruje jedynie 23% Polaków. Jeszcze w 2002 roku było ich 14% więcej. Warto żebyśmy pamiętali, iż część z osób deklarujących, że kupują książki, przyznaje zarazem, że są to podręczniki szkolne dla ich dzieci…

To, że nie czytamy pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje. Mierzy się je m.in. tzw. poziomem piśmienności. Na szeroką skalę badania w tym zakresie przeprowadzono pod auspicjami OECD w 1994 roku. Ich celem było stwierdzenie jaki wpływ ma piśmienność (rozumiana jako sprawność odczytywania ze zrozumieniem różnego typu tekstów) na życie lokalnych społeczności. Badania te wykazały, że piśmienność jest podstawą, która określa jednostki (i całe społeczeństwa) jako zdolne do dostosowywania się do szybko zachodzących zmian w świecie, posiadające umiejętność skutecznego uczenia się, podatne na przyswajanie wiedzy, otwarte na wszelkie zmiany i innowacje, co jest niezmiernie ważne dla zawodowej mobilności. Wyniki tych badań unaoczniły wszystkim, że dobrze pojęty interes ogólny to utrzymanie członków społeczeństwa na wysokim poziomie piśmienności. Jest to bowiem ważny czynnik wzrostu ekonomicznego kraju, warunkujący jego rozwój społeczny i kulturalny. Jednostce natomiast umożliwia właściwe funkcjonowanie w nowoczesnym społeczeństwie.

Efektem tego badania w Polsce są wyniki, które budzą co najmniej niepokój. Około 40% współczesnych Polaków cechuje bardzo niski poziom piśmienności, co oznacza, że nie są oni przygotowani do uczestnictwa w obiegu informacji. Nie poradzili sobie z takimi zadaniami, jak: czytanie ze zrozumieniem tekstów, liczenie podczas zakupów, wypełnianie kwestionariuszy, zażywanie leków zgodnie z zaleceniami na ulotce itp. Jest to równoznaczne z wykluczeniem takich osób poza nawias nowoczesnego, demokratycznego społeczeństwa, gdyż piśmienność traktuje się jako istotny element określający przygotowanie jednostki do uczestnictwa w kulturze i życiu publicznym. A pamiętajmy, że badania te przeprowadzono 16 lat temu. Spadek czytelnictwa w tym czasie jest na tyle dramatyczny, iż można przypuszczać, że dzisiaj wyniki te byłyby jeszcze gorsze.

Niski poziom czytelnictwa przekłada się nie tylko na stan kapitału społecznoekonomicznego Polaków, czy niską świadomość wyborów politycznych, ale także zagraża ich tożsamości, jako wspólnocie. Książka zaspokaja ciekawość poznawczą czytelnika, potrzeby emocjonalne, stanowi kulturalną rozrywkę, rozwija wrażliwość na piękno języka. Jest zarazem taką formą utrwalania informacji, która pozwala powracać do niej wielokrotnie, stanowiąc dzięki temu istotne źródło zdobywania wiadomości i wywoływania różnego rodzaju przeżyć intelektualnych, moralno-społecznych, czy estetycznych. Treści zawarte w czytanych tekstach odgrywają zasadniczą rolę w kształtowaniu się poglądów, systemów wartości, opinii i tożsamości kulturowej człowieka. My, Polacy, powinniśmy to rozumieć w sposób szczególny. "Historii naszego kraju – jak pisze w jednej ze swoich książek prof. Papuzińska - zwłaszcza w XIX wieku towarzyszyło przeświadczenie o wielkiej władzy słowa pisanego nad ludzkimi myślami i czynami, żarliwa wiara w jego moc, w społeczne posłannictwo pisarza. To właśnie literaturze między innymi zawdzięczamy utrzymanie swej narodowej świadomości i zwartości. Książka i prasa przejmowały w okresie zaborów funkcje wielu nie istniejących instytucji publicznych, gorące słowa poetów, filozofów i społeczników mobilizowały całe zbiorowości do społecznych i narodowych zrywów". Czy więc – w tym kontekście – nie jest zasadne pytanie o naszą przyszłość, jako niepodległej wspólnoty, w sytuacji, kiedy przestajemy sięgać po książki?

Kiedy zadaje takie pytania słyszę czasem, że przesadzam. Że w świecie nowych mediów znaczenie książki spada w sposób naturalny. Tymczasem jednak, pomimo intensywnego rozwoju nowoczesnych form utrwalania i wymiany informacji, takich jak telewizja, radio film, czy Internet, książka nadal pozostaje głównym źródłem zdobywania wiedzy o współczesnej rzeczywistości i o naszej przeszłości historycznej. Nowe media są często atrakcyjniejsze, łatwiejsze w odbiorze, bardziej sugestywne, bo atakujące wiele zmysłów jednocześnie. Książka jednak zachowała swą uprzywilejowaną pozycję między innymi dlatego, że daje możliwość indywidualnego wyboru oraz różnorodności form zastosowania, możliwość ingerencji w treść i tempo prezentacji materiału, czy w końcu możliwość przemyślenia czytanego tekstu, jak też i jego utrwalenia przez wielokrotne czytanie. Poza tym pewnych przeżyć, jakie daje książka nic nie jest w stanie zastąpić. Osobliwość kontaktu z nią polega bowiem na tym, że jest ona tylko impulsem dla ludzkiej wyobraźni. Prawdopodobnie dzięki temu czytanie jest jak najbardziej "prywatną, osobistą i podlegającą samokontroli czynnością człowieka".

W naszym dobrze pojętym interesie leży więc wspólny wysiłek, którego celem jest przywrócenie książce należnego jej miejsca - zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym. Uświadomienie sobie po raz kolejny, że "Książka jest – jak czytamy w jednym z dokumentów UNESCO – paszportem do świata, paszport ten pozwala przekraczać granice czasu i przestrzeni, przynosi człowiekowi radość i przyczynia się do jego rozwoju. Dla czytelnika książka może być wiernym towarzyszem życiowym, inspiratorem marzeń albo źródłem mądrości. Czytelnik jest obdarzony wolnością wyboru tematu, jak i wyznaczania celu swej lektury, dzięki temu książka staje się środkiem uprzywilejowanego komunikowania się z innymi ludźmi".


Korzystałem z:

1. E. Malmquist, Nauka czytania w szkole podstawowej, Warszawa 1987

2. J. Papuzińska, Czytanie domowe, Warszawa 1975

3. L. Marszałek, Paszport do świata, Warszawa 1986

4. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku – komunikat z badań Biblioteki Narodowej, dokument elektroniczny

5. T. Zatorska, Rozważania naukowe nad czytelnictwem, dokument elektroniczny

wtorek, 19 października 2010

Romowie na polskim rynku pracy. Interwencja publiczna i jej efekty

Badania.

Badania dotyczące aktywności Romów na rynku pracy przeprowadzono Polsce po raz pierwszy w 1999 roku na zlecenie – nieistniejącego już - Krajowego Urzędu Pracy. Jak dotychczas były to jedyne tego typu badania na skalę ogólnopolską. Charakter ogólnopolski miały również badania przeprowadzone przez dwóch warszawskich socjologów: Rafała Czynsza i Michała Bonina na przełomie lat 2009/2010. Tym niemniej jednak informacje na temat kondycji społecznoekonomicznej Romów czerpali oni nie od członków tej społeczności, a od różnego szczebla przedstawicieli władzy publicznej. Dane o charakterze ogólnopolskim przynoszą także wyniki Narodowego spisu powszechnego ludności i mieszkań z 2002 roku. Z kolei badania o charakterze regionalnym i lokalnym dostarczające informacji o kondycji społecznoekonomicznej Romów przeprowadzono w ostatnim dwudziestoleciu trzykrotnie. Dwa razy z zagadnieniem tym mierzył się zespół pod kierunkiem Lecha Zakrzewskiego z Akademii Świętokrzyskiej, raz zaś Małgorzata Leśniak i Stefan Czarnecki. To ostatnie badanie ma wymiar szczególny, gdyż zostało przeprowadzone na obszarze objętym działaniami Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003. W zderzeniu z danymi z roku 1999 pozwala więc na podjęcie próby oceny efektywności przyjętych w nim rozwiązań.

Wyniki badań.

Uzyskane w ramach wszystkich tych badań wyniki różnią się co do szczegółów. Tym niemniej jednak są na tyle porównywalne, że pozwalają na zbudowanie opinii na temat kondycji społecznoekonomicznej Romów w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu.

Uśredniając, zaokrąglając i generalizując dane można stwierdzić, że ok. 80-90% populacji polskich Romów to osoby nieczynne zawodowe. Są wśród nich oczywiście osoby w wieku przedprodukcyjnym, uczące się i w wieku poprodukcyjnym. Tym niemniej jednak, nawet po odjęciu tych wartości, dane dotyczące bezrobocia wśród Romów są zastraszające. Bazując tylko na informacjach zagregowanych w ramach Spisu powszechnego dochodzimy do wniosku, że jedynie 8,29% Romów to osoby pracujące.

Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy – w opinii wspomnianych badaczy - na plan pierwszy wysuwa się dramatycznie niski poziom wykształcenia Romów. Dla zilustrowania tej tezy warto posłużyć się chociażby danymi spisowymi. Wynika z nich, że w 2002 roku poziom wykształcenia (dla osób w wieku 13 i więcej lat) kształtował się następująco:


Wykształcenie

Ogół mieszkańców Polski (%)

Romowie (%)

Wyższe

9,88

0,14

Średnie

28,32

2,62

Zasadnicze zawodowe

23,25

4,93

Podstawowe ukończone

29,76

39,80

Podstawowe nieukończone i bez wykształcenia

3,64

50,76


Inne, wymieniane przez badaczy przyczyny bezrobocia Romów to m.in.: ich wyuczona bezradność i uzależnienie od pomocy społecznej oraz funkcjonujące w społeczności większościowej stereotypy i związana z nimi dyskryminacja. Zagadnieniom tym nie poświęca się w literaturze przedmiotu szczególnie dużo miejsca podkreślając przede wszystkim fakt fatalnie niskiego poziomu wykształcenia Romów. Znalazło to swoje odzwierciedlenie także w tezach rządowego Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce, gdzie niski poziom wykształcenia Romów uznany został za praprzyczynę innych dysfunkcji, a zarazem poprawa sytuacji w tym względzie za warunek sine qua non zmiany położenia Romów w Polsce, w perspektywie długofalowej. Wniosek ten niewątpliwe należy uznać za wielce prawdopodobny, choć nie wyjaśniający zapewne wszystkich zjawisk, z jakimi mamy do czynienia. Wydaje się bowiem, że bez odwołania się do specyficznych treści kultury romskiej bazowanie wyłącznie na konstatacji o braku wykształcenia stanowić będzie jedynie dowód na brak umiejętności głębokiego wglądu w tę społeczność.

Czy tylko edukacja?

Jak wynika z opisów etnograficznych, przez wieki obecności Romów na ziemiach polskich poziom ich dochodów był niezależny od poziomu wykształcenia w nieromskim tego słowa znaczeniu. Można przyjąć, że społeczność ta wypełniała swoistą niszę rynkową, czemu sprzyjał nomadyczny tryb życia. Dla zilustrowania tej tezy można przytoczyć przykład grup kuglarskich. Ich umiejętności w żaden sposób nie zależały od uczestnictwa w systemie oficjalnej edukacji, zaś sposób zarobkowania wykorzystywał naturalną potrzebę rozrywki dopasowanej do gustów społeczności wiejskich i małomiasteczkowych. Przy tym dłuższe przebywanie takiej grupy na danym terenie doprowadziłoby do naturalnego wyczerpania się popytu. Można więc przyjąć, że przyczyną obecnego położenia Romów stało się ich przymusowe osiedlenie i próba wdrożenia tzw. polityki produktywizacji.

Innym, wartym rozpoznania aspektem sprawy, jest rozwój technologii i przemysłu. Wpływ tych czynników na poziom dochodów społeczności romskiej jest widoczny szczególnie wyraźnie, gdy przeanalizujemy przypadek Bergitka Roma. Utrata przez nich źródeł zarobkowania była związana z wyczerpaniem się masowego zapotrzebowania na tradycyjne wyroby kowalskie oraz zmianami, jakie nastąpiły w technologii i organizacji produkcji rolnej. Na kilkadziesiąt lat proces ten został zamortyzowany masowym zatrudnianiem Romów Górskich na wielkich budowach socjalizmu, a następnie w kombinatach metalurgicznych. Jednak procesy ich restrukturyzacji pod koniec XX wieku ujawniły wszystkie braki tej strategii.

Zderzenie przykładów związanych z aktywnością grup niegdyś wędrownych i niewędrownych zbliża nas do wniosku, że dokonanie właściwej oceny kondycji społecznoekonomicznej polskich Romów wymagałoby w rzeczy samej osobnego przyjrzenia się poszczególnym "szczepom". Niestety, w świetle dotychczas prowadzonych badań niezwykle trudno jest stwierdzić jak radzą sobie w realiach gospodarki rynkowej przedstawiciele poszczególnych grup romskich. Brak odpowiednio opracowanych danych empirycznych zmusza do wysuwania hipotez, które nie zawsze mogą być zweryfikowane w sposób inny niż poprzez odwołanie się do obserwacji własnych lub wiedzy ekspertów. Pomimo tych ograniczeń spróbuję w ten właśnie sposób, czyli poprzez analizę położenia poszczególnych grup romskich, dokonać opisu ich kapitału społeczno-zawodowego.

W zgromadzonych wynikach badań, o których wspomniałem na wstępie, stosunkowo najmniej informacji dotyczy Kelderaszy i Lowarów. Wspomina o nich wyłącznie raport: Romowie – bezrobocie. Elementy opisu położenia Romów w Polsce w 1999 r. Co istotne, poświęcony im passus dotyczy przede wszystkim skali ich uczestnictwa w badaniu. Stwierdza się mianowicie, że stanowili odpowiednio 0,6% oraz 0,4% grupy respondentów. Jest to zrozumiałe o tyle, że "Austriacy" stanowią stosunkowo najmniejsze liczebnie grupy polskich Romów. Tym niemniej trzeba też pamiętać, że ich sytuacja ekonomiczna znacznie odbiega od położenia pozostałych grup romskich, zaś pomijanie tego faktu w opisach badań w znaczący sposób wypacza obraz sytuacji, a tym samym nie służy rzetelnemu wyjaśnianiu przyczyn masowej bierności ekonomicznej Romów.

Kelderasze i Lowarzy uważają się za romską elitę. W rzeczy samej grupy te należą do szczególnie przedsiębiorczych, a zarazem zamożnych. Tradycyjnie Kelderasze trudnili się różnymi profesjami metalowymi, z pobielaniem kotłów na czele. Wyjątkowość tej profesji, a także utrzymywanie w ścisłej tajemnicy technologii, na której została oparta, dawała nie tylko stabilne źródło dochodów, ale także leży u podstaw wielu romskich "fortun". Uprawianiu zawodów metalowych musiały towarzyszyć umiejętności marketingowe (zdolność wyszukiwania zleceń i negocjowania ceny usługi) oraz handlowe. Okazało się to niezwykle przydatne w sytuacji, gdy zmiany technologiczne zaowocowały wyczerpaniem się zapotrzebowania na romskie patelnie, czy pobielanie kotłów. Większość Kelderaszy zajęła się wówczas handlem, czemu zwłaszcza w okresie PRL sprzyjał fakt utrzymywania przez rodziny romskie ścisłych kontaktów z pobratymcami przebywającymi za żelazną kurtyną.

"Austriacy" tym m.in. różnili się od polskich Romów Nizinnych, że nie ograniczali tras swoich wędrówek wyłącznie do terenu Polski. Ów "kosmopolityzm" taborowy do dzisiaj uznają oni za cechę stanowiącą o własnej wyjątkowości - o tym, że są "lepszymi" Romami od innych . Pomijając element wewnątrzromskich dywagacji o hierarchii poszczególnych grup, tę szczególną cechę należy rozpatrywać także w aspekcie ekonomicznym. Wskazuje on bowiem na dużą dozę inwencji oraz cały zasób cech niezbędnych do poruszania się w różnych środowiskach kulturowych. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć kilka dodatkowych faktów. Przykładowo ten, że Kelderasze i Lowarzy przybywali na tereny polskie nie tylko bezpośrednio po zniesieniu niewolnictwa Romów na terenie dzisiejszej Rumunii, czyli w połowie XIX wieku, ale także w XX stuleciu. Całe rodziny podejmowały bowiem trud wydostania się z terenu Związku Radzieckiego, co wielu udało się tuż po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku.

W analogiczny sposób należy spojrzeć na ostatnią falę migracji Kelderaszy do Polski, która miała miejsce na początku lat 90. XX wieku. Żebrzący, często w niezwykle nachalny sposób, na ulicach polskich miast rumuńscy Romowie to bowiem przedstawiciele w większości tej właśnie grupy. Wykorzystali oni pierwszą nadarzającą się okazję do zmiany swojego fatalnego położenia ekonomicznego. Strategia, jaką wybrali, była determinowana zbiegiem wielu okoliczności. Najważniejszą z nich był brak innej luki, którą mogliby – dysponując określonymi umiejętnościami – zagospodarować. Trzeba również wziąć pod uwagę, że uprawiany przez nich proceder nie miał charakteru działalności spontanicznej. Przeciwnie. Żebrzący Romowie stanowili rodzaj dobrze zorganizowanego i zarządzanego przedsięwzięcia gospodarczego. Natomiast fakt drastycznej zmiany skali tego zjawiska jest obecnie związany z nowymi możliwościami, jakie się przed nimi otworzyły w momencie przyjęcia Rumunii do Unii Europejskiej.

Z kolei o Polska Roma możemy bez wątpienia powiedzieć, że jest to chyba najbardziej wewnętrznie zróżnicowana ekonomicznie grupa romska. Przy czym zróżnicowanie to koresponduje z innymi, tradycyjnymi podziałami wewnątrzromskimi. Można je obserwować również terytorialnie. Dobra sytuacja ekonomiczna niektórych rodzin przedstawicieli tej grupy to wynik wielopokoleniowych doświadczeń i budowania pozycji w ramach grupy dominującej na danym obszarze. Można nawet postawić tezę, że jej genezy należy szukać jeszcze w okresie życia taborowego.

Z jednej strony, zakaz wędrówek pozbawił Polska Roma możliwości zarobkowania w tradycyjny sposób. Z drugiej zaś, peerelowska polityka produktywizacji nie niosła dla nich żadnej propozycji, którą mogliby zaakceptować z poszanowaniem własnych zasad. Jedyną niemalże niszą, w której z czasem na nowo mogli się odnaleźć, pozostawał handel. Do dzisiaj stanowi on podstawowe źródło ich dochodów. Skala, w jakiej uprawiają tę profesję, zależna jest od wielu czynników, w tym zaś przede wszystkim od możliwości inwestycyjnych danej rodziny. Konstatacja ta nie stanowi jednak zaprzeczenia dla tezy, że całe, bardzo liczne grupy należące do Polska Roma żyją w skrajnej nędzy, nie potrafiąc odnaleźć się w realiach ekonomicznych XXI wieku. To one właśnie, nie zaś Romowie, którzy dobrze sobie radzą, stanowią przedmiot zainteresowania badaczy.

Analizując położenie Romów na rynku pracy należy rozgraniczać rozważania dotyczące Kelderaszy, Lowarów i Polska Roma od tych dotyczących Romów Karpackich. Jedynie bowiem w przypadku Bergitka Roma możemy mówić o masowości zjawisk takich jak bezrobocie, utrata pozytywnych wzorców pracy, wyuczona bezradność itp. W przypadku pozostałych grup możemy mówić o poważnym rozwarstwieniu. Jest to sytuacja analogiczna do obserwowanej w grupie większościowej. Bezrobocie nie stanowi tu problemu strukturalnego. Jest zjawiskiem częstym, ale nie dominującym, co nie wyklucza istnienia całych obszarów biedy .

W przypadku Bergitka Roma najistotniejszymi przyczynami niepowodzenia na rynku pracy jest nieumiejętność przystosowania się do nowych, panujących na nim warunków oraz niemożność sprostania jego wymogom związana z dominującym w tej grupie brakiem wykształcenia, a nawet pogłębionej znajomości języka polskiego. W przypadku pozostałych "szczepów" mówić możemy nie tyle o nieumiejętności, co o niechęci do modernizacji (porzucenia tradycyjnych sposobów zarobkowania) postrzeganej jako zagrożenie romskiej tożsamości .

Aktywność społecznoekonomiczna Romów w Polsce końca XX i początku XXI wieku.

Różnorodność uprawianych przez Romów profesji oraz specyficzny sposób ich wykonywania, jak również odmienne ich wartościowanie w poszczególnych grupach, są efektem ewolucyjnego rozwoju relacji tych społeczności z większością, która stanowiła i stanowi kontekst ich funkcjonowania. Należy przy tym zaznaczyć, że - w perspektywie historycznej - większość grup romskich wykazała się dużą zdolnością adaptacyjną do stale zmieniających się warunków otoczenia, co w sytuacji społeczności zmarginalizowanej i permanentnie stygmatyzowanej stanowi cechę szczególną. Owa marginalizacja i negatywne stygmatyzowanie niosło jednak dla niektórych z tych grup zgoła odmienne konsekwencje. Uwidaczniają się one obecnie w postaci zarówno tabuicznych zakazów dotyczących niektórych profesji, jak i przyjęcia w niektórych grupach założenia, że bycie Romem oznacza zarazem wykonywanie tylko określonych zawodów. Elementy te stanowią niewątpliwie jedną z barier rozwoju potencjału społecznoekonomicznego Romów.

Społeczność romska na progu III Rzeczypospolitej była już społecznością mocno liczebnie uszczuploną poprzez emigrację lat 80. XX wieku. Szło za tym osłabienie potencjału ekonomicznego tej grupy. Trzeba bowiem pamiętać, że w okresie PRL wyemigrowały z Polski często jednostki najbardziej przedsiębiorcze, co w przypadku tak małej grupy jak społeczność romska musi znaleźć swoje odbicie w ocenie kondycji ekonomicznej całej zbiorowości. Ponadto była to grupa poważnie rozwarstwiona. Obok bowiem zaradnej życiowo, zajmującej się prowadzeniem własnej działalności gospodarczej mniejszości, egzystowała grupa żyjąca z dnia na dzień, której podstawowym źródłem utrzymania były prace dorywcze, subsydia państwowe (pomoc społeczna) oraz wsparcie innych Romów lub nieromskich sąsiadów.

Jeśli za wiarygodne uznać wyniki Spisu powszechnego oraz wspomnianych przeze mnie na wstępie badań, należałoby przyjąć, że zaledwie ok. 10% polskich obywateli należących do romskiej mniejszości etnicznej utrzymuje się z pracy zarobkowej. Pozostałe 90% to klienci pomocy społecznej lub osoby nieaktywne zawodowo, a korzystające z różnego rodzaju rent oraz emerytur. Tym niemniej wydaje się, że dane te należałoby skorygować uznając, że aktywność ekonomiczna to nie tylko praca zarobkowa lub prowadzenie działalności gospodarczej na własny rachunek, ale także każde inne zachowanie służące pozyskaniu środków na utrzymanie własne i utrzymanie rodziny. W tym kontekście skalę aktywności ekonomicznej Romów musielibyśmy rozszerzyć o cały wachlarz stosowanych przez tę społeczność strategii. By lepiej opisać tę kwestię należy przyjrzeć się im nieco bliżej.

Strategie ekonomiczne Romów.

Wydany ostatnio przez MSAP UEk Katalog przedsiębiorstw romskich pokazuje przykłady kilkudziesięciu przedsiębiorstw prowadzonych przez Romów na terenie dwóch polskich województw. Nie aspiruje on jednak do miana kompletnego opracowania w obszarze biznesowej aktywności Romów. Opis w tym zakresie należałoby rozszerzyć o szereg innych przedsiębiorstw rozproszonych na terenie całego kraju, a operujących w branżach podobnych do opisanych w Katalogu, choć często w znacznie większej skali. Dla przykładu bowiem, poza Romami zajmującymi się handlem detalicznym można wskazać osoby działające jako hurtownicy lub detaliści na dużą skalę. Bez wątpienia jednak należą oni do mniejszości. Zdecydowana większość Romów – jak wynika z codziennej obserwacji – działając w tej branży nie wychodzi poza handel bazarowy lub obwoźny, często nie rejestrując działalności gospodarczej, czyli pozostając w szarej strefie.

Działalności gospodarczej nie rejestrują też w większości Romowie zajmujący się obrotem używanymi samochodami, czy innymi dobrami sprowadzanymi z zagranicy. Nie jest to zresztą cecha charakteryzująca wyłącznie tę grupę etniczną, a raczej branżę, o której mowa. Już bowiem pobieżna analiza serwisów ogłoszeniowych w Internecie skłania do wniosku, że większość osób zajmujących się tego typu działalnością unika rejestrowania działalności gospodarczej.

W szarej strefie działa też w większości – nieliczna już – grupa romskich rzemieślników zajmujących się zwłaszcza drobną wytwórczością metalową lub renowacją mebli. Nieopodatkowane dochody uzyskują również kobiety romskie wróżące na ulicach polskich miast. Z kolei większość romskich grup muzycznych umilających czas gościom kawiarnianych ogródków to zespoły zarejestrowane, posiadające odpowiednie licencje i prowadzące swoją działalność w sposób zgodny z obowiązującymi w tym względzie przepisami.

Poza prowadzeniem własnej działalności gospodarczej inną strategią ekonomiczną Romów jest praca na etacie lub praca dorywcza. Badania prowadzone na ten temat przez różne zespoły w okresie ostatnich dwudziestu lat wyraźnie wskazują jednak na fakt, że nie jest to zjawisko częste, zaś wykonywane przez Romów zawody należą raczej do tych, które nie wymagają szczególnych kompetencji i wykształcenia oraz są zwykle niskopłatne. Jednocześnie, pośrednio – w przypadku Bergitka Roma – badania te potwierdzają tezę, że Romowie znaleźli się w pierwszej grupie osób zwalnianych z pracy w okresie restrukturyzacji dużych zakładów przemysłowych po 1989 roku. Okresowe zatrudnienie Romowie - niskowykwalifikowani lub z goła nieposiadający żadnych kwalifikacji - znajdują w różnych branżach. Najczęściej są to jednak roboty interwencyjnie oraz prace społecznie użyteczne organizowane przez gminy.

W tym kontekście niezwykle interesującym zjawiskiem jest motywowana ekonomicznie emigracja polskich Romów. Przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej jej cechą charakterystyczną było korzystanie ze świadczeń socjalnych dostępnych w państwach Europy Zachodniej dla osób starających się o azyl polityczny, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Obecnie – jak wynika z obserwacji – choć aspekt wsparcia socjalnego nie stracił całkowicie na znaczeniu, ważniejszym stała się możliwość uzyskania zatrudnienia. Warty podkreślenia jest fakt dobrej wśród Romów znajomości przepisów prawnych regulujących sferę pomocy społecznej zarówno w Polsce, jak i docelowych krajach emigracji, a także umiejętność szybkiego zorganizowania się w nowym miejscu pobytu. Romowie emigrujący czasowo lub na stałe do Wielkiej Brytanii nie trafiają bowiem w pustkę. Mogą liczyć na wsparcie rodziny lub pomoc w uzyskaniu zatrudnienia świadczoną przez innych polskich Romów, którzy zdołali już zagospodarować się w nowym miejscu.

Romowie, którzy nie wykazują inicjatywy w zakresie prowadzenia własnej działalności gospodarczej (rejestrowanej lub nie), a także nie podejmują – z różnych przyczyn – zatrudnienia, w większości utrzymują się z zasiłków pomocy społecznej lub innych świadczeń publicznych. Dodatkowym źródłem ich utrzymania są różne zajęcia, czasem również takie, które nie cieszą się akceptacją społeczną. Podstawowym z nich jest tzw. chodzenie po prośbie. Zajęcie to wykonują wyłącznie Romni (kobiety romskie), które – kulturowo – odpowiadają w romskich rodzinach za sprawy bytowe. Czasem, niejako dodatkowo, wprowadzają one do obrotu dary pozyskiwane z różnych organizacji charytatywnych lub towary stanowiące pomoc rzeczową udzieloną przez jednostki pomocy społecznej. W tym zakresie aktywność wykazują również mężczyźni. Uzupełniającym zajęciem bywa także zbieranie i sprzedaż surowców wtórnych oraz np. pozyskiwanie opału w lasach państwowych i prywatnych, co często prowadzi do szeregu nieporozumień, a nawet napięć pomiędzy społecznością romską a nieromską.

Polityki publiczne nakierowane na poprawę położenia Romów na polskim rynku pracy.

Horyzontalne działania zmierzające do poprawy położenia Romów na rynku pracy w Polsce podjęto dopiero na początkach XXI wieku. Wymusiły je niejako starania o włączenie naszego kraju w struktury Unii Europejskiej. Nie oznacza to, że wcześniej przedstawiciele tej grupy nie podejmowali działań zmierzających do poprawy swojego położenia ekonomicznego. Dla przykładu. Na początku lat 90. XX wieku znaczna, bo kilkunastoosobowa grupa Romów z terenu obecnego województwa małopolskiego, w tym zwłaszcza z Krakowa, podjęła się prowadzenia własnej działalności gospodarczej. U podstaw tych decyzji leżały różne względy. Jedną z ważnych przyczyn była utrata dotychczasowego źródła utrzymania, jaką była praca w przedsiębiorstwach państwowych. Innym ważnym czynnikiem była chęć szybkiego wzbogacenia, które w dobie rodzącej się gospodarki wolnorynkowej, wydawało się być w zasięgu ręki.

Większość z osób, które skorzystały z pożyczek na rozwinięcie własnej działalności gospodarczej, w dniu dzisiejszym jest ponownie oficjalnie bezrobotna. Część z nich pozyskane środki od razu przeznaczyła na bieżącą konsumpcję, traktując możliwość uzyskania preferencyjnej pożyczki, jako okazję do zdobycia dodatkowych środków na utrzymanie. Inni prowadzili przez jakiś czas legalną działalność gospodarczą. Jednakże po 2-3 latach doszli do wniosku, iż jest to działalność na granicy opłacalności ekonomicznej. Efektem takiej konstatacji było przejście do szarej strefy. Większość jednak z pożyczkobiorców po prostu zbankrutowała. Były to bowiem osoby zupełnie nieprzygotowane do prowadzenia legalnej działalności gospodarczej w realiach gospodarki wolnorynkowej. Dla wielu rodzin, które zdecydowały się wówczas na zaciągnięcie pożyczek, stały się one początkiem poważnych problemów. Nie mogąc ich spłacić ani uzyskać ich umorzenia weszły w bezpośredni konflikt z prawem.

Czynników, które zadecydowały o niepowodzeniu zastosowania ww. instrumentu do społeczności romskiej i de facto niewielkiego zainteresowania nim wśród Romów jest oczywiście więcej. Część z nich występuje łącznie, część jest specyficzna tylko dla określonych grup Romów. A są nimi:

  • wyuczona bezradność, która paraliżuje wszelkie inicjatywy zmierzające do wzięcia na siebie pełnej odpowiedzialności za własne losy;
  • roszczeniowość, która sprowadza się do permanentnego wyczekiwania na pomoc z zewnątrz oraz uznania, że pomoc ta Romom z różnych względów się należy, a jej brak jest przejawem dyskryminacji tej społeczności lub konkretnych osób;
  • brak wewnątrz grupy pozytywnych wzorców pracy i przedsiębiorczości, który jest efektem długotrwałego bezrobocia oraz ubocznym skutkiem zastosowania do tej społeczności instrumentów systemu pomocy społecznej;
  • specyficzne, romskie podejście do pracy i wykonywania zawodu, które sprowadza się do braku systematyczności oraz obstrukcji wobec aparatu fiskalnego i administracyjnego państwa;
  • jednostronne podejście do wszelkich form wsparcia, które sprowadza się do uznania, iż środki jakie się pozyskuje stają się automatycznie pełną własnością, zaś ich wykorzystanie zależy od samego Roma, bez względu na zapisy umowy, jakie stoją za uzyskaną pomocą.

Niewielkie rezultaty w zakresie aktywizacji zawodowej i biznesowej Romów przyniosła też realizacja Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003 oraz Rządowego programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce. W programach tych zasadniczą rolę w interesującym nas aspekcie przypisano Powiatowym Urzędom Pracy. Mają one realizować zadania takie jak: segmentacja bezrobotnych Romów pod kątem zaplanowania form pomocy; organizowanie miejsc pracy subsydiowanej; szkolenia podnoszące i zmieniające kwalifikacje zawodowe; czy organizowanie poradnictwa zawodowego. Celem ich realizacji powinno być z jednej strony przygotowanie Romów do podjęcia pracy zarobkowej, z drugiej zaś (co wydaje się być preferowane) umożliwienie im podejmowania działalności gospodarczej na własny rachunek.

Po dziewięciu już prawie latach od początku realizacji programów stwierdzić można, że w zakresie działań aktywizujących Romów na rynku pracy nie spełniły one dotychczas pokładanych w nich nadziei. Szczegółowa analiza sprawozdań z ich realizacji prowadzi jednak do kilku zasadniczych ustaleń. A mianowicie:

  • Nie można rozpatrywać działań wspierających przedsiębiorczość Romów w oderwaniu od działań zmierzających do ich ogólnej aktywizacji na rynku pracy. Należy bowiem zauważyć, iż jest to grupa nie tylko w znacznej swej większości nieprzygotowana do prowadzenia samodzielnej działalności gospodarczej, ale w ogóle nieprzygotowana do funkcjonowania na współczesnym, wymagającym rynku pracy. Decyduje o tym zarówno niski poziom wykształcenia Romów (lub po prostu jego brak), jak i specyficzne podejście przedstawicieli tej grupy etnicznej do samego zagadnienia pracy oraz rygorów prawno-fiskalnych związanych z działalnością gospodarczą.
  • Jakiekolwiek działania zmierzające do aktywizacji Romów na rynku pracy powinny bazować na działaniach odbudowujących lub wręcz tworzących wśród nich pozytywne wzorce pracy. Jest to bowiem grupa specyficznie podchodząca do tej sfery życia, a dodatkowo grupa dotknięta długotrwałym bezrobociem, co wiąże się również z wykształceniem szeregu zachowań związanych ze stosowaniem wobec niej różnych instrumentów systemu pomocy społecznej (wyuczona bezradność, roszczeniowość).
  • Jakiekolwiek działania w opisywanym obszarze muszą być skoordynowane z podnoszeniem poziomu wiedzy o społeczności romskiej przez osoby odpowiedzialne za wdrażanie stosownych instrumentów. Romowie to bowiem grupa specyficzna, zamknięta, kierująca się w życiu kodeksem norm nieznanych nie-Romom, a na tyle odmiennych, że bez przyswojenia sobie chociażby podstawowej wiedzy o kulturze i tradycji romskiej nie jesteśmy w stanie zastosować do tej grupy żadnych instrumentów ze "świata gadźów".
  • Działania zmierzające do aktywizacji zawodowej Romów powiązane być muszą z szeregiem działań w innych obszarach, w tym zaś przede wszystkim w obszarze edukacji. Podejmowanie działań selektywnych przynosi jedynie krótkotrwałe efekty.
  • Wszelkie działania na rzecz społeczności romskiej wymagają konsekwencji i determinacji. Jakiekolwiek głębsze modyfikacje w trakcie realizacji projektu (w tym zaś przede wszystkim ustępstwa wobec grup roszczeniowych) kończą się jego niepowodzeniem.
  • Działania skierowane do społeczności romskiej muszą być dokładnie opracowane przed ich rozpoczęciem. Komplikacje formalno-prawne w trakcie realizacji projektu powodują, iż Romowie utwierdzają się w swoim stereotypowym widzeniu świata "gadźów".

Pomimo dotychczasowych niepowodzeń, działania zaprojektowane w rządowym Programie na rzecz społeczności romskiej w Polsce należy mimo wszystko uznać za rokujące nadzieje na przyszłości. Warunkiem ich powodzenia jest jednak: systematyczność, kompleksowość i wieloaspektowość, a przede wszystkim odpowiednio wysokie nakłady finansowe. Z całą stanowczością należy stwierdzić, iż przekazywane w chwili obecnej z budżetu państwa kwoty, rzędu 10 milionów złotych rocznie (z których zaledwie niewielka część przeznaczana jest na działania aktywizujące Romów na rynku pracy), są dalece niewystarczające jeśli poważnie myśli się o osiągnięciu założonych w nim celów.

Jak dotychczas sytuacji w tym względzie nie zmieniły także projekty finansowane z Europejskiego Funduszu Społecznego. Praktycznie bez powodzenia zakończyły sie bowiem działania podjęte w ramach Inicjatywy Wspólnotowej EQUAL. O efektach projektów realizowanych w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki będzie można zaś mówić dopiero za kilka lat. Tym niemniej sam fakt podejmowania wysiłków zmierzających do aktywizacji ekonomicznej Romów uznać należy za niezwykle cenny. Przychodzi sie tu bowiem mierzyć z niezwykle złożonym problemem, którego rozwiązanie wymaga pogodzenia się z szeregiem porażek w drodze do zamierzonego celu.

Konkluzje.

Współcześni europejscy Romowie są nie tylko nosicielami elementów tradycji przyniesionej z praojczyzny, ale także – a może przede wszystkim – produktem kilkusetletnich zmagań o przetrwanie wśród społeczeństw Europy. Wprawdzie od końca średniowiecza obserwujemy ich "okopywanie" się misternie budowanym zbiorem tradycyjnych zasad, ale jednocześnie – w tradycji każdej z analizowanych grup – dostrzegamy inkorporowane elementy kultur społeczności, wśród których przyszło im w pewnym okresie żyć. Romowie wypracowali bowiem mechanizm przystosowywania się do warunków otoczenia przy jednoczesnym zachowywaniu tego, co dla trwania ich tożsamości najistotniejsze.

Zwykliśmy postrzegać Romów jako mniejszość jednolitą, nie dostrzegając różnic między poszczególnymi grupami. Jako społeczeństwa w ogóle niewiele o nich wiemy. Po części jest to wina tradycyjnej niechęci samych Romów do ujawniania elementów składających się na ich tradycję. Decydujące znaczenie dla tego stanu rzeczy wydają się jednak mieć stereotypy, które zastąpiły Europejczykom wiedzę o Romach. W prosty i wygodny sposób tłumaczą one bowiem to, co niezrozumiałe, a co za tym idzie także uznane za niebezpieczne. Stereotypy zdecydowały, że elementy rzetelnej wiedzy o Romach przez lata stanowiły domenę jedynie nielicznej grupy romologów. Dopiero od niedawna przebijają się one do świadomości ogółu. Jednak również w zakresie badań romologicznych sporo jest jeszcze do zrobienia. Wyraźnie to widać chociażby wówczas, gdy analizujemy wyniki projektów, których celem jest zbadanie aktualnej kondycji społecznoekonomicznej Romów. Okazuje się bowiem, że stosowane przez badaczy narzędzia – w przypadku tej konkretnie społeczności – przynoszą wprawdzie wyniki powtarzalne, ale w dużej mierze stojące w sprzeczności z obserwowaną rzeczywistością. Zastosowanie zaś metod badawczych bardziej przydatnych w przypadku badania społeczności tradycyjnych i hermetycznych, przerasta obecne możliwości badaczy.

Czy walka ze stereotypami poprzez upowszechnianie wiedzy na temat społeczności romskiej może mieć wpływ na zmianę jej obecnego położenia? Niewątpliwie tak. Stopniowe zastępowanie stereotypowych wyobrażeń prawdziwymi informacjami zmienia nastawienie większości do grupy stanowiącej element jej zainteresowania. Zmniejsza się dystans społeczny dzielący obydwie te wspólnoty. Zapewne w konsekwencji Romowie będą się stawać społecznością bardziej otwartą w stosunku do otaczającego ich świata. Ta otwartość z kolei sprzyjać będzie modernizacji społeczności romskiej. Należy mieć nadzieję, że modernizacja ta nie zagrozi jej tożsamości. Będzie to jednak proces długotrwały. Należy obliczać go na pokolenia. Tymczasem dzisiejsze położenie Romów w Europie, w tym także i w Polsce, wymaga reakcji natychmiastowej. Oznacza to, że interwencja władzy publicznej nie może polegać tylko na wspieraniu badań naukowych oraz procesu upowszechniania wiedzy o społeczności romskiej wśród większości (i analogicznie wiedzy o większości i jej intencjach wśród Romów), ale musi także obejmować działania doraźne i horyzontalne, których celem jest włączenie Romów w główny nurt życia społecznego.

Tymczasem i w tym przypadku nie możemy zaliczyć na konto władz publicznych jakichś szczególnych sukcesów. Rzeczywistość społeczna jest domeną większości. Widać to wyraźnie, kiedy analizujemy np. modele rynków pracy. Mimo ich różnorodności, w żadnym z tych modeli nie występują instrumenty, które służyłyby skutecznej aktywizacji zawodowej Romów. Mimo dostrzeżenia tego problemu w ramach struktur europejskich, również realizacja Wspólnej Polityki Zatrudnienia nie zmienia tego stanu rzeczy. Wprawdzie nie można zaprzeczyć, że w ostatnich latach nastąpiła w ramach Unii Europejskiej intensyfikacja wysiłków na rzecz poprawy statusu społecznoekonomicznego Romów, tym niemniej jednak wciąż nie zdołano rozwiązać kluczowych dla nich problemów (np. w zakresie ich statusu prawnego, edukacji, pozycji na rynku pracy, ochrony zdrowia, warunków mieszkaniowych), a zjawisko ich wykluczenia jest wyraźnie dostrzegalne

Główną przyczyną braku skuteczności dotychczas podejmowanych działań jest ich sektorowe rozproszenie. Dotyczy to zarówno polityk poszczególnych państw członkowskich jak i Unii Europejskiej jako całości. Jednak w ostatnich latach zaszły w tym względzie pewne zmiany, czego przykładem są m.in. ustalenia Europejskiej Platformy Romskiej. Na swoim pierwszym posiedzeniu - 24 kwietnia 2009 roku w Pradze - sformułowała ona 10 Podstawowych Zasad Inkluzji Społecznej Romów. Dwa miesiące później przyjęła je Rada Ministrów ds. społecznych państw członkowskich UE, która zwróciła się ponadto do członków UE i Komisji Europejskiej o ich uwzględnienie w procesach projektowania, implementacji i ewaluacji polityk publicznych. Zasady te brzmią następująco:

1) projektowane polityki winny być konstruktywne, pragmatyczne i nie dyskryminacyjne;

2) polityki powinny być kierowane do jasno określonych grup docelowych, ale jednocześnie otwarte na inne kategorie beneficjentów;

3) podejmowane działania powinny uwzględniać relacje międzykulturowe;

4) realizowane działania winny być osadzone w głównym nurcie polityk publicznych;

5) polityki powinny uwzględniać wymiar płci;

6) należy upowszechniać polityki "oparte na dowodach";

7) należy korzystać ze wspólnotowych instrumentów wsparcia;

8) należy włączać władze regionalne i lokalne;

9) należy włączać instytucje społeczeństwa obywatelskiego;

10) należy zapewnić aktywne uczestnictwo społeczności romskiej.

Wdrażanie nowego, holistycznego podejścia do problemu grup zmarginalizowanych, w tym także – a może i przede wszystkim – do Romów, nie będzie zadaniem łatwym. Można by przecież powiedzieć, że Polska jest sztandarowym przykładem takiego podejścia. Sektorowość została tu teoretycznie przełamana dzięki zintegrowaniu działań w ramach rządowego Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce. Tymczasem jednak próby ewaluacji efektów jego wdrożenia nie wskazują na zasadniczą zmianę położenia społeczności romskiej w stosunku do okresu sprzed roku 2004. Prawdopodobną przyczyną niskiej skuteczności podejmowanych działań może być przyjęcie założenia, że realizacja rozproszonych projektów wpisujących się w cele Programu złoży się na logiczny ciąg działań. Tymczasem jednak pozostają one jedynie osobnymi projektami, realizowanymi tylko wówczas, gdy możliwe jest pozyskanie odpowiednich środków publicznych. Wdrożenie podejścia holistycznego, w tym przypadku, wymagałoby zmiany filozofii implementacji założeń Programu. To władza publiczna musi posiadać jasną, "opartą na dowodach" wizję niezbędnych działań, a następnie zlecać ich wykonanie podmiotom, które przystąpią do konkursu ofert. Używając nomenklatury Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie należałoby stwierdzić, że politykę "wspierania" działań powinna zastąpić polityka ich "zlecania". Jedynie bowiem w ten sposób można zapewnić ich "kontynuowalność" i koherentność w dłuższych okresach czasu.

Brak owej kontynuacji i koherencji wyraźnie widać także, kiedy przyjrzymy się projektom na rzecz społeczności romskiej realizowanym przy wsparciu środków z Europejskiego Funduszu Społecznego. Wypracowanie bowiem skutecznych metod pracy z Romami nie zapewnia zarazem ani prowadzenia zainicjowanych działań w dłużej perspektywie, ani przyjęcia tych rozwiązań za standard dla projektów realizowanych w innych obszarach. Obecnie, jedynym w zasadzie gwarantem kontynuowania rozpoczętego wdrożenia jest jednolitość podmiotów aplikujących o środki europejskie w kolejnych konkursach ofert.

Implementacja holistycznego podejścia do problemu przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu w ramach polityk publicznych wymaga więc nie tylko przezwyciężenia sektorowości, ale także zmiany ustalonych sposobów realizacji strategii o charakterze horyzontalnym. Co więcej, można by dodać, że wymaga wzmożonej pracy samych władz publicznych, której celem będzie podniesienie świadomości w zakresie szczegółowych problemów związanych z wykluczeniem różnych grup oraz dostosowanie podejmowanych działań do ich specyfiki. Za przykład mogą nam w tym przypadku posłużyć publiczne służby zatrudnienia. Obecne, szablonowe działania dominujące w ich praktyce, w krótkim czasie winny zastąpić innowacje, których istotą będzie zwiększenie poziomu motywacji dorosłych członków społeczności romskiej do podejmowania pracy, a w konsekwencji zmiana wizerunku Romów w społeczeństwie polskim. Udzielana przez urzędy pracy pomoc w samozatrudnieniu powinna szeroko korzystać z doświadczeń inkubatorów przedsiębiorczości, modyfikując ją w zależności od konkretnych sytuacji i potrzeb. Innymi słowy, aby polityka rynku pracy mogła być skuteczna, musi być systematyczna, kompleksowa i wieloaspektowa. W przypadku Romów oznacza to m.in. takie kontinuum zdarzeń: od umożliwienia wykonywania prostych prac w ramach robót interwencyjnych, poprzez udzielanie mikropożyczek osobom rozwijającym własną działalność gospodarczą, kursy zawodowe, po kreowanie indywidualnych ścieżek kariery oraz indywidualne doradztwo w zakresie poszukiwania pracy. Publiczne służby zatrudnienia powinny także w większym stopniu aktywnie pośredniczyć w poszukiwaniu pracy i kojarzyć przedsiębiorców z bezrobotnymi Romami.

Reasumując, przełamanie obecnego impasu w realizacji polityk mających na celu poprawę położenia społeczności romskiej w Europie, w tym także w zakresie kapitału społecznoekonomicznego, wymaga uznania inkluzji społecznej za najważniejszy ich cel. Polityka inkluzji społecznej realizowana wobec Romów powinna zmierzać do ograniczenia poziomu wykluczenia społecznego w kilku obszarach problemowych. Chodzi mianowicie o dostęp do

  • rynku pracy,
  • systemu edukacji,
  • opieki społecznej i zdrowotnej,
  • godziwych warunków mieszkaniowych,
  • usług finansowych.

Jednocześnie, formułując kierunkowe postulaty dotyczące dalszych prac na rzecz społecznoekonomicznej inkluzji Romów należy wskazać następujące typy działań:

  • pełniejsze zaangażowanie społeczności romskiej i jej organizacji pozarządowych w planowanie, implementację i monitorowanie programów na rzecz poprawy statusu społecznoekonomicznego Romów;
  • odejście od filozofii pojedynczych projektów na rzecz podejścia zintegrowanego, uwzględniającego wszystkie aspekty wykluczenia Romów;
  • wprowadzenie skutecznego systemu monitorowania działań na rzecz Romów celem oceny rzeczywistych konsekwencji programów realizowanych ze środków strukturalnych i krajowych środków publicznych;
  • nadanie priorytetu działaniom, które podejmuje sami Romowie, w miejsce pasywnej polityki zasiłków społecznych i innych form pomocy;
  • poszerzanie zakresu udziału Romów w systemie edukacji;
  • zapewnienie Romom dostępu do opieki zdrowotnej oraz odpowiednich warunków zamieszkania;
  • pomoc społeczna powinna tworzyć ścieżki wejścia i powrotu do aktywności społecznej i na rynku pracy.

Polityka integracji społecznoekonomicznej Romów powinna być więc zorientowana na osiągnięcie trzech fundamentalnych celów, którymi są:

  • po pierwsze, wzrost szans ekonomicznych Romów poprzez wzmocnienie i poprawę jakości ich udziału na rynku pracy;
  • po drugie, budowanie kapitału ludzkiego, w szczególności w sferze edukacji i zdrowia;

oraz

  • po trzecie, wzmocnienie kapitału społecznego i rozwoju wspólnoty poprzez wspieranie udziału Romów w sferze publicznej i inicjatywach podejmowanych w obszarze społeczeństwa obywatelskiego.

Ich osiągnięcie nie będzie możliwe bez głębokiej refleksji nad przyczynami obecnego położenia tej mniejszości etnicznej. Tych zaś należy poszukiwać w całej historii złożonych relacji zachodzących między Romami a społecznościami większościowymi w Europie.

Literatura:

  1. Alwasiak S., Bereza J., Leszkiewicz A., Mazur S. (red.), Mituś A., Pacut A., Paszko A., Piątkowska M., Instytucje, zasady i mechanizmy wspierania przedsiębiorczości, Kraków 2006,
  2. Bartosz A., Nie bój się Cygana, Sejny 2004,
  3. Ficowski J., Cyganie na polskich drogach, Kraków-Wrocław 1985,
  4. Granice solidarności. Romowie w Polsce po roku 1989, Warszawa 2003,
  5. Jakimik E. A., Romowie. Koczownictwo, osiadły tryb życia – wybór, konieczność czy przymus?, Szczecinek 2009,
  6. II Raport dla Sekretarza Generalnego Rady Europy z realizacji przez Rzeczpospolitą Polską postanowień Konwencji ramowej o ochronie mniejszości narodowych, Warszawa 2007 - http://www.mswia.gov.pl/portal/pl/118/5208/II_Raport_dla_Sekretarza_Generalnego_Rady_Europy_z_realizacji_przez_Rzeczpospoli.html (odczyt: 2009-11-04).
  7. Katalog Rezultatów Inicjatywy Wspólnotowej EQUAL, Warszawa 2007,
  8. Krajowe i wspólnotowe polityki publiczne wobec mniejszości romskiej – mapa aktywności społeczno-gospodarczej Romów, pod red. S. Mazura, Kraków 2010,
  9. Kwadrans Ł., Polscy Romowie. Studium socjologiczne na przykładzie Świebodzic, w: Kultura mniejszości narodowych i grup etnicznych w Europie, pod red. Z. Jasińskiego, T. Lewowickiego, Opole 2004,
  10. Leśniak M., Romowie. Bliscy czy dalecy? Realizacja zadań w ramach Rządowego Programu na Rzecz Społeczności Romskiej w Polsce, Kraków 2009,
  11. Łodziński S., Problemy dyskryminacji osób należących do mniejszości narodowych i etnicznych w Polsce (polityka państwa, regulacje prawne i nastawienia społeczne), Warszawa 2003,
  12. Machnik-Pado A., Kudłacz M., Katalog przedsiębiorstw romskich, Kraków 2010,
  13. Mirga A., Gheorghe N., Romowie w XXI wieku. Studium polityczne, Kraków 1998,
  14. Paszko A., Romowie i polskie doświadczenie wolnego rynku, w: Romowie w Polsce i w Europie. Historia, prawo, kultura, pod red. P. Borka, Kraków 2007,
  15. Paszko A., Sułkowski R., Zawicki M. (red.), Romowie na rynku pracy, Kraków 2007,
  16. Pilotażowy program rządowy na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003 - http://www.mswia.gov.pl/portal/pl/192/285/Tresc_pilotazowego_programu_rzadowego_na_rzecz_spolecznosci_romskiej_w_wojewodzt.html (odczyt: 2009-11-04).
  17. Polityka wspierania romskiej mniejszości etnicznej na rynku pracy, pod red. M. Zawickiego i A. Paszko, w druku,
  18. Program monitoringu akcesji do Unii Europejskiej (UE). Ochrona mniejszości. 2001, Warszawa 2001,
  19. Program monitoringu akcesji do Unii Europejskiej (UE). Ochrona mniejszości. 2002, Warszawa 2002,
  20. Program na rzecz społeczności romskiej w Polsce - http://www.mswia.gov.pl/portal/pl/185/2982/Tresc_Programu.html (odczyt: 2009-11-04).
  21. Promoting policies in favour of Roma population, w: Social Agenda, The European Commission's magazine on employment and social affairs, Issue No 24, July 2010,
  22. Raport z wyników Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań 2002 - http://www.stat.gov.pl/gus/6647_754_PLK_HTML.htm (odczyt: 2009-11-04),
  23. Romowie – bezrobocie. Elementy opisu położenia Romów w Polsce w 1999 r. Raport przygotowany przez Stowarzyszenie Romów w Polsce na zlecenie Krajowego Urzędu Pracy, maszynopis.
  24. The Social Situation of the Roma and their Improved Access to the Labour Market in the EU, Parliament's Committee on Employment and Social Affairs, 2008,
  25. Weigl B., Gierliński K., Romowie we współczesnej Polsce. Poszukiwanie wspólnej perspektywy w pokonywaniu barier i budowaniu szans rozwoju - www.romowie.com/instytut/io2009_weigl_gierlinski.pdf (odczyt: 02-09-2010),
  26. Zakrzewski L., Raport z badań problemu: "Mapa społeczna Romów w województwie świętokrzyskim 2001", Kielce 2002.