niedziela, 15 czerwca 2014

Bloomsday AD 2014



Z nieistnienia w istnienie
jednostka przychodzi ku wielu
i zostaje przyjęta jako jeden:
jako istnienie wobec istnienia
jest wobec każdego jak każdy wobec każdego:
z istnienia w nieistnienie odszedłszy
będzie przez wszystkich dostrzeżona jako nikt.

(James Joyce, Ulisses)

 
Przypadkowa wizyta w Jamie Michalika robi dzisiaj dość przygnębiające wrażenie. Nie miałbym nic przeciwko klienteli z przewodnikami turystycznymi pod pachą, a nawet oprawie menu w stylu czasów słusznie minionych; nie czepiałbym się też jakości podawanych dań, czy utyskiwał na poziom cen serwowanych tu specjałów; nawet ludyczni Krakowiacy, zabawiający - z towarzyszeniem konferansjerki w łamanej angielszczyźnie - owo mocno przypadkowe towarzystwo, nie byliby w stanie sprawić, że będę utyskiwał tu na to magiczne miejsce, gdyby nie fakt, że magiczne już ono nie jest. Pomimo nadludzkiego wysiłku mojej wyobraźni, wspomaganej zupełnie wyjątkowym wystrojem lokalu, nie jestem w stanie odnaleźć chociażby cienia atmosfery, która musiała tworzyć to miejsce w czasach Zielonego Balonika, gdy na sofach, przy szklaneczce absyntu, zasiadali Tadeusz Boy-Żeleński, Stasinek Sierosławski, Karol Frycz, Rudolf Starzewski, Teofil Trzciński, Edward Leszczyński, Jan Szczepkowski, Karol Frycz, Franciszek Mączyński, Kazimierz Sichulski, Henryk Uziębło, Jan Stanisławski, Henryk Szczygliński, Leon Wyczółkowski, Witold Wojtkiewicz, Stanisław Dębicki, Alfons Karpiński, Stefan Filipkiewicz, Tomasz Weiss, Jacek Malczewski, Józef Pankiewicz, Józef Mehoffer, Xawery Dunikowski, Artur Górski, Stanisław Przybyszewski, Lucjan Rydel, Włodzimierz Tetmajer, Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy Stanisław Wyspiański i wielu im współczesnych, których nazwiska zdobią dziś karty rozlicznych podręczników. W opasłych tych woluminach jednakowoż sporo mówi się o ich artystycznym kunszcie i niedościgłych osiągnięciach, przemilczając zazwyczaj wszystko to, co sprawiało, że zwana dziś Jamą Michalika Cukiernia Lwowska była tym, czym w rzeczy samej była. A że słowami oddać tego chyba niepodobna odsyłam do obrazka zdobiącego jeden z podcieniowych filarów pierwszej sali, na którym kamienice Floriańskiej tańczą, jak gdyby to one właśnie wracały do
domu nad ranem, nad nimi zaś przedporanne niebo zdobi się zielonymi balonami. Jedynie Brama Floriańska trzyma się w miarę, choć niezbyt konsekwentnie, równo, niczym Wieża Martello przypominająca Stefanowi Dedalusowi, a i bez wątpienia Leopoldowi Bloomowi, że gdzieś tam jest dom, gdzieś tam czeka połowica, pozostawiło się współlokatorów i towarzyszy ostatniego śniadania, gdzieś tam jest miejsce, do którego powrócić trzeba i warto. Każdy, komu dane było wracać Floriańską przed pierwszym brzaskiem, kto zaznał owego mgławego tańca kamienic, kto uląkł się majestatu Bramy, komu myśli i promile ulatywały do nieba niczym zielone balony, wie o czym nikczemnie i bez polotu próbuję teraz napisać. Ten właśnie i ów nie zdziwi się także, że konstatacje takie zmusić potrafią, by jeszcze raz ująć w dłonie Ulissesa, bo choć on taki nie krakowski, to jednak krakowski bardzo. A że składa się dość wyjątkowo, że akurat dzisiaj zacne grono admiratorów Jamesa Joyce’a obchodzi, jak co roku, Bloomsday, nie przyczynię się chyba zanadto do wzmożenia inflacji świąt wszelakich, jak i ja się do nich dołączę, dukając sobie pod nosem, losowo wybrane fragmenty...

  ***

W jakim ostatecznym zadowoleniu zbiegły się te antagonistyczne uczucia i rozmyślania, zredukowane do swych najprostszych form?

W zadowoleniu z wszechobecności, na wschodniej i zachodniej półkuli ziemskiej, na wszystkich zamieszkałych lądach i wyspach, zbadanych i nie zbadanych (na lądzie słońca o północy, na wyspach błogosławionych, na wyspach greckich, w ziemi obiecanej), pokrytych warstwą tłuszczu zadnich półkul żeńskich, miodem i mlekiem pachnących, wydzielających krwiste i nasienne ciepło, przypominających odwieczne rody obfitych wypukłości, nie podlegających kaprysom, wrażeniom i sprzecznościom uczuć, wyrażających niemą niezmienną dojrzałą zwierzęcość.

Widoczne oznaki przedzadowolenia?

Niemal erekcja: niespokojny zwrot ku: stopniowe wznoszenie się: ostrożne odkrywanie: ciche wpatrywanie się.

Później?

Ucałował wonne miękkie miłe miodne melony jej zadu, obie melonomiękkie półkule w ich miłą miodną bruzdę, długim ciemnym nawołującym miodnowonnym pocałunkiem.

Widoczne oznaki pozadowolenia?

Ciche wpatrywanie się: ostrożne zakrywanie: stopniowe opadanie: niespokojne odwrócenie się od: niemal erekcja.

Co nastąpiło po tym cichym działaniu?

Senne wezwanie, mniej senne rozpoznanie, rodzące się podniecenie, katechetyczne zadawanie pytań.


***

Czy znacie opowiadanie Manninghama o żonie rajcy, która gdy ujrzała Dicka Burbage'a w Ryszardzie III, zaprosiła go do swego łoża, i o tym jak Shakespeare podsłuchawszy to, nie czyniąc wiele hałasu o nic, wziął krowę za rogi i, gdy Burbage zapukał do bramy, odpowiedział z pościeli rogacza: William Zdobywca przybył przed Ryszardem III. A wesoła dzierlatka, panna Fitton, wskocz na mnie i wio, i jego delikatny ptaszek, lady Penelopa Rich, czysta dystyngowana kobieta nadaje się dla aktora, i owe dziewki z nadbrzeża, po pensie od jednego razu.


***

BLOOM: (Bełkocze.) Szanowni panowie, w oczekiwaniu waszych przyszłych zamówień, pozostajemy z szacunkiem...

BELLO: (Patrzy twardym, bazyliszkowym wzrokiem, mówi barytonem.) Haniebny psie!

BLOOM: (W ekstazie.) Cesarzowo!

BELLO: (Obwisają mu ciężkie policzki.) Czcicielu cudzołożnej dupy!

BLOOM: (Żałośnie.) Potęgo!

BELLO: Gównojadzie!

BLOOM: (Zgina kolana.) Wspaniałość.

BELLO: Padnij! (Uderzają w ramię swym wachlarzem.) Zegnij nogi! Cofnij lewą stopę o krok, a upadniesz. Padasz. Na ręce!

BLOOM: (Ma ona oczy na pół przymknięte i uniesione z czcią.) Trufle! (Z rozdzierającym, epileptycznym okrzykiem opada na czworaki, chrząka, sapie, ryje u jego stóp, potem leży, udając nieżywą, mając zamknięte oczy, drgające powieki, rozpłaszczona na ziemi w postawie najdoskonalszego mistrza.)

BELLO: (Ma krótko przycięte włosy, czerwoną grdykę, duży wąs unosi mu się ponad wygolonymi wargami; ubrany jest w góralskie onuce, zieloną kurtkę ze srebrnymi guzikami, tyrolski kapelusz z piórkiem kurki wodnej. Ręce wsunął głęboko w kieszenie spodni; stawia obcas na jej szyi i naciska.) Poczuj całą moją wagę. Kłoń się, niewolna sługo, przed tronem wspaniałych obcasów twego tyrana, lśniących w swej dumnej wyniosłości.

 
***

 
BELLO: (Bezlitośnie.) Nie, Leopoldzie Bloom, wszystko zmieniło się z woli kobiety od chwili, gdy usnąłeś na wznak w Kotlinie Drzemki i przespałeś noc trwającą lat dwadzieścia. Cofnij się i spójrz.

(Dawna Kotlina Drzemki woła ponad pustkowiem.) KOTLINA DRZEMKI: Rip Van Winkle! Rip Van Winkle!

BLOOM: (W podartych mokasynach, niosąc zardzewiałą strzelbę myśliwską, skrada się na palcach, a jego wynędzniałe, kościste, brodate oblicze zerka przez romboidalne szkła, wykrzykuje.) Widzę ją! To ona! Pierwszy wieczór u Mata Diiiona! Ale ta sukienka, ta zieleń! I włosy ma ufarbowane na złoty kolor, a on...

BELLO: (Śmieje się szyderczo.) To twoja córka, ty sowo, w towarzystwie studenta z Mullingar.

 
***

NIMFA: Podczas ciemnych nocy słyszałam, jak wychwalałeś mnie.

BLOOM: (Pospiesznie.) Tak, tak. Chcesz powiedzieć, że ja... Sen odkrywa najgorsze cechy każdego z wyjątkiem może dzieci. Wiem, że wypadłem z łóżka, a raczej zostałem wypchnięty. Mówią, że chrapanie można usunąć wyciągiem z liści cola. Jeżeli chodzi o resztę, to istnieje ten angielski wynalazek, którego opis otrzymałem kilka dni temu, omyłkowo zaadresowany. Twierdzi, że umożliwia bezszelestną, bezwonną went. (Wzdycha.) Zawsze tak było. Słabości, na imię ci małżeństwo.

NIMFA: (Zatyka uszy palcami.) I słowa. Nie ma ich w moim słowniku.

BLOOM: Zrozumiałaś je?

ŻYDĘBY: Sza.

 
***

 
Zacytuj treść tekstu, w którym prospekt zachwalał zalety tego taumaturgicznego remedium.

Goi i łagodzi podczas twego snu, w wypadku kłopotów z oddawaniem wiatrów wspomaga on naturę jak najpotężniej, zapewniając natychmiastową ulgę w wydalaniu gazów, nie zanieczyszcza organów płciowych i ułatwia naturalne wypróżnienie, początkowa wpłata w wysokości 7 szylingów i 6 pensów, uczyni z pani nowego człowieka, a życie twoje godnym tej nazwy. Damy znajdują Cudotwórcę szczególnie użytecznym, stanowi on miłą niespodziankę, gdyż odczuwają przemiłe skutki podobne do owych po zażyciu chłodnego napoju ze świeżego wiosennego źródła w parny letni dzień. Polecajcie go waszym przyjaciółkom i przyjaciołom, wystarcza na przeciąg całego życia. Wsuńcie dłuższy zaokrąglony koniec. Cudotwórca.

Czy dołączono świadectwa?

Liczne. Od duchownego, od oficera brytyjskiej marynarki wojennej, znanego autora, człowieka interesu, pielęgniarki szpitalnej, damy, matki pięciorga, roztargnionego włóczęgi.

Jak kończyło się ostatnie świadectwo, roztargnionego włóczęgi? Co za szkoda, że rząd nie wyposażył naszych chłopców w Cudotwórcę podczas kampanii południowoafrykańskiej! Jakąż ulgę by to stanowiło!

 
***

(…) Boże zbaw ten świat gdyby wszystkie kobiety były do niej podobne przeciw kostiumom kąpielowym i niskim dekoltom oczywiście nikt by nie chciał żeby ona nosiła myślę że była nabożna bo żaden mężczyzna nie popatrzyłby na nią dwa razy obym nigdy nie była taka jak ona cud że nie chciała żebyśmy sobie zakrywały twarze ale z pewnością była osobą wykształconą a jej ględzenie o panu Riordan tu i panu Riordan tam myślę że był szczęśliwy kiedy to wieko odgrodziło go od niej a jej pies ciągle obwąchiwał moje futro i ciągle wspinał się żeby się dostać pod moje halki a szczególnie wtedy jednak lubię w nim to uprzejmy jest dla takich staruszek i kelnerów i żebraków i nie pyszni się z byle czego ale nie zawsze gdyby przydarzyło mu się kiedyś coś poważnego dużo lepiej dla nich kiedy idą do szpitala gdzie wszystko jest czyste ale myślę że musiałabym to mu wmawiać chyba z miesiąc tak a potem mielibyśmy na tapecie pielęgniarkę szpitalną i siedziałby tam póki by go nie wyrzucili albo siostrę zakonną może jak na tej świńskiej fotografii którą ma nie jest ona siostrą bardziej niż ja tak bo oni są tacy słabi i mazgajowaci kiedy chorują potrzebują kobiety żeby wyzdrowieć kiedy mu idzie krew z nosa pomyślałabyś że to jest Och jaka tragedia i ten wyraz umieram oczu kiedy zjeżdżaliśmy z South Circular po tym jak sobie skręcił nogę w czasie święta chóru na Sugarloaf Mountain w ten dzień kiedy nosiłam tę suknię panna Stack przynosiła mu kwiaty najgorsze z najstarszych jakie udało jej się znaleźć na dnie koszyka wszystko żeby tylko dostać się do sypialni mężczyzny i ten jej staropanieński głos wyobrażała sobie że on umiera dla niej już nigdy nie ujrzę twojej twarzyczki chociaż wyglądał bardziej jak mężczyzna kiedy mu ta broda trochę urosła w łóżku ojciec był taki sam poza tym nienawidzę bandażować i odmierzać kiedy się zaciął w wielki palec u nogi brzytwą wtedy kiedy przycinał sobie odciski bał się zakażenia krwi ale żebym to ja była chora wtedy zobaczylibyśmy jaką opiekę tylko że oczywiście kobieta to ukrywa żeby nie robić tych wszystkich kłopotów które oni robią (…)

 
***

 
(…) miał napisać te podróże które ci mężczyźni muszą odbywać na koniec świata i z powrotem najmniejsze co im się należy to uścisk albo dwa od kobiety kiedy im się uda wypływają żeby zatonąć albo wylecieć w powietrze gdzieś weszłam na Windmill Hill na płaskowyż tej niedzieli rano z lunetą nieżyjącego Kapitana Rubios taką jak miał wartownik powiedział że spojrzy raz czy dwa razy z pokładu miałam na sobie tę sukienkę z B Marche Paris i koralowy naszyjnik cieśnina lśniła mogłam widzieć aż po Maroko białą zatokę Tangeru i górę Atlas ze śniegiem na szczycie a cieśnina przezroczysta jak rzeka Harry Molly Kochanie myślałam o nim na morzu przez cały czas po mszy kiedy halka ześliznęła mi się w dół w czasie podniesienia przez całe tygodnie i tygodnie trzymałam chusteczkę pod poduszką bo tam był jego zapach nie było żadnych przyzwoitych perfum do kupienia w tym Gibraltarze tylko tanie peau despagne które wietrzały i pozostawiały na tobie więcej smrodu niż czego innego chciałam dać mu coś na pamiątkę on dał mi ten niezdarny Ciaddagh pierścionek na szczęście który dałam Gardnerowi kiedy jechał do Południowej Afryki gdzie go ci Boerzy zabili tą swoją wojną i tyfusem ale dobrze im przyleli za to mimo to jakby niósł z sobą nieszczęście jak opal albo perła musiało to być czyste karatowe złoto bo był bardzo ciężki widzę jeszcze jego twarz gładko ogoloną (…)



 

czwartek, 15 maja 2014

Mniejszości etniczne na rynku pracy: sytuacja Romów w Polsce


Jeśli pot twój pada na jedno miejsce, drąży dół, 
który może zamienić się w twój grób
 (przysłowie romskie).

 Maj wyjątkowo obfituje w okazje, które warte są kilku słów. Sporo się działo w majach minionych, sporo się dzieje i w dobie obecnej. Gdyby tak potraktować sprawę w całej jej rozciągłości, nic tylko usiąść przy komputerze i wklepywać kolejne posty. Tymczasem maszyna ta przydaje się również do innych celów, zwłaszcza że zapamiętuje sporo z tego, co już kiedyś – dzięki owej klawiaturze – na niej zapisaliśmy. A że nie wszystko traci na aktualności, teksty onegdaj stworzone przydają się w różnych sytuacjach. I tak właśnie oto, w związku z zaproszeniem na zacną konferencję Instrumenty efektywnego rozwiązywania problemów społecznych początku XXI wieku, zorganizowaną przez Towarzystwo Polsko-Niemieckie w Krakowie oraz Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie, przejrzałem ich całkiem sporo, by wynotować fragmenty, które mogłyby przydać mi się podczas głoszenia referatu pod zadanym tytułem - Mniejszości etniczne na rynku pracy: sytuacja Romów w Polsce. Okazało się, że wyszedł z tych notatek całkiem spójny (choć w końcowej części nie do końca) tekst, który poddaje uwadze PT Czytelników, zaznaczając zarazem, iż jest on jednym, wielkim autoplagiatem. Większość z wynotowanych tekstów było już publikowana. Dwa są w druku.

***
Polska ustawa o mniejszościach narodowych ietnicznych oraz o języku regionalnym enumeratywnie wymienia objęte ochroną jej przepisów mniejszości narodowe i etniczne. W pierwszym przypadku są to: Białorusini, Czesi, Litwini, Niemcy, Ormianie, Rosjanie, Słowacy, Ukraińcy i Żydzi. W drugim: Karaimi, Łemkowie, Romowie oraz Tatarzy. Ponadto definiuje ona język kaszubski jako język regionalny. Nie oznacza to oczywiście, że są to jedyne mniejszości narodowe i etniczne, których przedstawiciele zamieszkują tereny obecnej Rzeczypospolitej. Wyraźnym tego świadectwem są wyniki spisów powszechnych z roku 2002 i 2011. W tym ostatnim narodowość polską zadeklarowało 97,09% ankietowanych (wliczając osoby deklarujące również drugą narodowość). 871,5 tys. osób (2,26%) zadeklarowało dwie narodowości – polską i niepolską, w tym 788 tys. (2,05%) polską jako pierwszą, a 83 tys. (0,22%) polską jako drugą. 596 tys. osób (1,55%) zadeklarowało wyłącznie niepolską narodowość, z czego 46 tys. osób (0,12%) zadeklarowało dwie niepolskie narodowości. Nie roztrząsając dalej tych kwestii pozostańmy przy stwierdzeniu, iż spis ten wykazał, iż po pierwsze Polska jest nadal państwem etnicznie homogenicznym, po drugie zaś z przynależnością do romskiej mniejszości etnicznej identyfikuje się 17 049 obywateli Rzeczypospolitej. Według działaczy organizacji pozarządowych zajmujących się problematyką romską (w tym organizacji romskich) rzeczywista liczebność Romów w Polsce sięga 30 tys. osób.
Omawiając aktywność gospodarczą mniejszości narodowych i etnicznych w Polsce należy zaznaczyć, iż wobec znacznego stopnia asymilacji tych grup oraz braku – poza nielicznymi wyjątkami – drastycznych różnic kulturowym należałoby raczej skupić się na zróżnicowaniu regionalnym (specyfice regionalnej) w tym względzie i analizować aktywność gospodarczą mieszkańców regionów ze znacznym odsetkiem ludności o niepolskiej identyfikacji narodowej. Czy jednak na pewno tego typu analiza dałaby nam odpowiedź na pytanie o specyficzne cechy aktywności gospodarczej mniejszości narodowych i etnicznych? Nie sądzę. W żadnym województwie bowiem ich udział w ogólnej liczbie mieszkańców nie przekracza 15%. Już ten fakt powinien stawiać pod znakiem zapytania sensowność takich rozważań. Osobną, wartą podjęcia kwestią, jest natomiast szczególna sytuacja Romów, i to zarówno w kontekście ich udziału w rynku pracy, jak i specyfiki oraz uwarunkowań prowadzenia przez przedstawicieli tej mniejszości działalności gospodarczej.
Romowie mieszkają na terenie całej Polski. Największe ich skupiska występują w województwach: małopolskim, dolnośląskim, mazowieckim, śląskim, wielkopolskim i łódzkim. Należą oni do czterech głównych grup: Polska Roma, Romowie Karpaccy (Romowie Górscy, Bergitka Roma), Kełderasze i Lowarzy.
Większość Romów prowadzących niegdyś wędrowny tryb życia mieszka dzisiaj w miastach. Jest to konsekwencja przymusowej polityki osiedleńczej prowadzonej przez władze PRL. Romowie Karpaccy (prowadzący osiadły tryb życia od kilkuset lat) zamieszkują przede wszystkim górskie tereny województwa małopolskiego. Ich społeczności znajdują się także w miastach Górnego i Dolnego Śląska, a także w krakowskiej dzielnicy Nowa Huta, gdzie w latach 50. XX wieku, zatrudniano Romów w ramach polityki produktywizacyjnej.
Kowalstwo, handel końmi, wróżba i muzykanctwo to podstawowe źródła zarobkowania, z którymi kojarzymy Romów. Oczywiście zarabiali także na chleb na dziesiątki innych sposobów, imając się różnych zawodów wykraczających poza utarty stereotyp. Współcześnie z tradycyjnych zawodów przetrwały wróżki oraz cygańscy muzycy. Zawody „metalowe” i handel końmi zanika.
W góralskich, karpackich wioskach, romscy kowale właściwie zdominowali zawód. Klientami ich kuźni byli rolnicy. Kowale wytwarzali oraz naprawiali narzędzia rolnicze, podkuwali konie. Byli cenieni jako fachowcy, a ich usługi były niedrogie. Uprzemysłowienie, wyparcie koni z gospodarki rolnej i fabryczna produkcja narzędzi podcięły podstawy ekonomicznej opłacalności zawodu.
Pokrewną – „metalową” profesją zajmowali się w Polsce Kełderasze, ale także przedstawiciele innych grup, którzy przejęli od nich kotlarski fach. Pracowali oni przy wyrobie i bieleniu (emaliowaniu) miedzianych naczyń i kotłów dla gospodarstw domowych, jak i dla przemysłu. Kełderasze w dwudziestoleciu międzywojennym, dzięki swoim umiejętnościom, szybko się wzbogacali. Jeszcze długo po II wojnie światowej, do lat 80. XX w., zapotrzebowanie na emaliowanie cyną kotłów w cukierniach, browarach, zakładach przetwórstwa było duże i pozwalało całkiem dobrze funkcjonować romskim spółdzielniom kotlarskim.
Władze PRL próbowały nakłonić Romów do pracy w zawodach, z którymi nigdy wcześniej nie mieli do czynienia. Niepowodzeniem zakończyły się eksperymenty w romskich PGR-ach. Niemający żadnych tradycji rolniczych Romowie, w większości przypadków, bądź porzucali uprawę i hodowlę, bądź też doprowadzali je do upadku. Wielu Romów Karpackich znalazło zatrudnienie na wielkich budowach socjalizmu. Stąd dzisiaj skupiska Romów w Krakowie - Nowej Hucie, Zabrzu, Bytomiu, Katowicach i innych ośrodkach metalurgicznych.
Po przełomie 1989 r., w procesie restrukturyzacji przemysłu oraz likwidacji państwowych przedsiębiorstw, niewykwalifikowani Romowie byli pierwszymi, którzy tracili pracę.
Współcześnie najpowszechniejszym zajęciem wśród Romów jest handel. Dzięki rodzinnym powiązaniom z zagranicą, zarabiają na sprowadzaniu używanych samochodów, handlu tekstyliami, wełną, dywanami oraz, starociami i antykami. Niektórzy inwestują w sklepy, restauracje, nieruchomości, stacje benzynowe (w zasadzie nie dotyczy to jedynie wiejskich skupisk Romów Karpackich).
Ich podstawy ekonomiczne budowane były w warunkach reglamentacji i ograniczeń obrotu handlowego. Duży zysk przynosił początkowo czarnorynkowy handel walutami zagranicznymi i złotem. Zajmowali się nim niektórzy Romowie z grup Polska Roma, Kełderaszy i Lowarów, którzy przyzwyczajeni do samowystarczalności – „odnaleźli” się w nowej rzeczywistości ekonomicznej. Na tle całej populacji Romów polskich ci najbardziej przedsiębiorczy nie są jednak grupą dominującą. Wielu z nich żyje z dnia na dzień, bez stałego zatrudnienia, utrzymując się z zajęć dorywczych, zazwyczaj pracując „na czarno”, żebrząc, często przy pomocy dzieci. Do tej grupy zalicza się duża część Romów Karpackich. Wraz z uprzemysłowieniem epoki socjalizmu oraz przemianami rynkowymi po 1989 r., stracili możliwość zarobkowania w zawodach tradycyjnie uprawianych od dziesiątków lat. W obliczu upadku zapotrzebowania na cygańską wytwórczość rzemieślniczą i na niewykwalifikowaną siłę roboczą (np. tłuczenie kamieni na szosy), Bergitka Roma zdani są w swojej większości na pomoc społeczną.
Jedną z głównych przyczyn bezrobocia Romów jest słabe wykształcenie (często analfabetyzm) oraz niedostateczna znajomość języka polskiego, brak kwalifikacji, ale również niechęć pracodawców do ich zatrudniania. Nie bez znaczenia jest również bierność samych Romów w poszukiwaniu pracy oraz czasami niechęć do podejmowania przez nich pracy ciężkiej i mało płatnej. W środowisku romskim częste jest przekonanie, że Rom pracuje kiedy musi. Wzmacnia je negatywnie nacechowane określenie - "gadźikani bući" (gadźiowska praca) - jako synonim pracy powtarzalnej, nudnej, przede wszystkim niezyskownej. Na drugim biegunie znajduje się praca romska  - zyskowna, oparta raczej na zręczności i jednorazowości wysiłku, wykonana szybko i pomysłowo.
Stereotyp Roma leniwego, nieodpowiedzialnego, źle pracującego jest niezwykle silny. Ulegają mu również sami Romowie. Popadają w bierność (nie szukają pracy, nie podnoszą kwalifikacji) oraz w uzależnienie od pomocy społecznej. Powoduje to trudną sytuację patologicznego i dziedziczonego w rodzinie bezrobocia.
Wartym podkreślenia jest fakt, iż sytuacja ekonomiczna Romów w Polsce nie wyróżnia w specjalny sposób naszego kraju na tle europejskim. Romowie to niewątpliwie najliczniejsza mniejszość etniczna w Europie. Mieszka tu bowiem, według różnych szacunków, od 7 do 12 mln Romów, przy czym większość na terenie państw członkowskich Unii Europejskiej. Jest to grupa w sposób zupełnie wyjątkowy dotknięta ubóstwem i doświadczająca wykluczenia społecznego. Przyjmuje się bowiem, że nawet od 60% Romów będących obywatelami państw członkowskich UE żyje poniżej minimum socjalnego. Fakt ten długo pozostawał na marginesie zainteresowania państw europejskich. Systemowe działania w tym zakresie podjęły one dopiero na początku XXI w., co miało związek z procesem przyjmowania do Unii Europejskiej postkomunistycznych państw Europy Środkowo-Wschodniej. W pierwszej kolejności to im właśnie narzucono konieczność podniesienia standardów w tym obszarze. W dalszej zaś, z problemami tymi – także w konsekwencji wzmożonej migracji Romów po przyjęciu do Unii takich państw jak Węgry, Słowacja i Czechy, a zwłaszcza Bułgaria i Rumunia – zmierzyć musiały się zarówno państwa „Starej Piętnastki”, jak i same instytucje unijne.
Po początkowym okresie sporego chaosu, który w dużej mierze wynikał z przyjęcia założenia, że skierowanie znacznych środków finansowych na realizację polityk publicznych, które mogłyby wpłynąć na poprawę położenia Romów, okaże się działaniem wystarczającym, w drugiej dekadzie XXI w. instytucje wspólnotowe doszły do wniosku, że realne efekty mogą przynieść tylko działania zintegrowane i podejmowane systemowo. Polityka unijna w tym obszarze oparta została o – wypracowane w 2009 r. przez Europejską Platformę Integracji Romów - 10 zasad inkluzji Romów. Są nimi:
1. konstruktywne, pragmatyczne i niedyskryminacyjne polityki;
2. bezpośrednia, ale niewykluczająca orientacja;
3. podejście międzykulturowe;
4. zorientowanie na działania głównego nurtu;
5. świadomość znaczenia równości płci;
6. transfer pozytywnie zweryfikowanych rozwiązań;
7. wykorzystanie instrumentów Wspólnoty;
8. zaangażowanie władz regionalnych i lokalnych;
9. zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego;
10. aktywny udział Romów.
Odnajdujemy je m.in. w dokumentach Komisji Europejskiej nakładających na państwa członkowskie obowiązek opracowania szczegółowych strategii integracji Romów w tym zaś przede wszystkim w – stanowiących dla tych strategii horyzont odniesienia - Unijnych ramach dotyczących krajowych strategii integracji Romów do 2020 roku. W dokumencie tym podkreśla się, że strategie krajowe powinny koncentrować się wokół następujących obszarów priorytetowych:
1. Zapewnienie wszystkim dzieciom romskim dostępu do wysokiej jakości edukacji (minimum to ukończenie szkoły podstawowej). Ponadto należy dążyć do eliminacji zjawisk dyskryminacji i segregacji w placówkach oświatowych;
2. Wyeliminowanie dyskryminacji Romów na rynku pracy, zmniejszenie istniejących, drastycznych różnic w poziomie stopy bezrobocia pomiędzy przedstawicielami społeczności romskich a pozostałymi obywatelami państw członkowskich. Zagwarantowanie pełnego dostępu do szkoleń zawodowych oraz równego traktowania w obszarze samozatrudnienia;
3. Zapewnienie pełnego i niedyskryminującego dostępu do profilaktyki oraz opieki medycznej, zwłaszcza kobietom i dzieciom romskim;
4. Zapewnienie równego traktowanie w odniesieniu do polityki mieszkaniowej oraz socjalnej, m.in. zagwarantowanie dostępu do bieżącej wody i elektryczności.
Pomijając w tym momencie szczegółową analizę zasygnalizowanego tu procesu pragnę jedynie zaznaczyć, iż w moim przekonaniu, dzięki konsekwentnej realizacji wytycznych zawartych w Unijnych ramach dotyczących krajowych strategii integracji Romów do 2020 roku może zostać rozwiązany problem koordynacji i operacjonalizacji podejmowanych w Unii Europejskiej działań zmierzający do społecznej inkluzji Romów. W pierwszym rzędzie przyczyni się to jednak nie tyle do poprawy położenia społeczności romskiej, co zracjonalizowania unijnych wydatków na działania w założeniu do tej poprawy zmierzające. Znaczący wzrost ich skuteczności wymagałaby bowiem również zmiany perspektywy, w jakiej rozpatrywane są te problemy. Oparta być ona powinna o refleksję natury aksjologicznej. Bez zrozumienia bowiem, że grupy romskie przechowały i w różnym stopniu nadal pielęgnują kulturę ludów nomadycznych, w czasie, gdy otaczający ich świat podlegał stopniowej, a niekiedy również bardzo gwałtownej modernizacji, nie sposób wyobrazić sobie możliwości stworzenia przestrzeni rzeczywistego dialogu, a w jego konsekwencji kreacji skutecznych narzędzi inkluzji. Tymczasem jedynie takie działania, które zmierzając do poprawy położenia społeczności romskiej szanują zarazem jej specyfikę, są działaniami nastawionymi na włączenie tej grupy etnicznej w nurt życia społeczeństw ponowoczesnych. Ignorowanie tej specyfiki zaś skutkować będzie bądź to kolejną serią porażek, bądź też bardzo wątpliwym sukcesem w postaci asymilacji europejskich Romów.
Warto w tym momencie wspomnieć, że wystosowanie przez Komisję Europejską do państw członkowskich wezwania do przedłożenia krajowych strategii integracji Romów zbiegło się w Polsce z pracami nad dokumentem, który zastąpić ma, wdrażany w latach 2004-2013, Rządowy program na rzecz społeczności romskiej. Stanowił on rozwinięcie rozwiązań przetestowanych w ramach Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003. Program IntegracjiSpołecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020 konsumuje niejako doświadczenia zgromadzone w latach 2001-2013, zarówno podczas wdrażania zadań wynikających z programów rządowych, jak i komplementarnych do nich projektów realizowanych w ramach działania 1.3.1. Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Jego nadrzędnym celem jest „(…) zwiększenie poziomu integracji społecznej Romów w Polsce poprzez działania w obszarze edukacji, aktywizacji zawodowej, ochrony zdrowia oraz poprawy sytuacji mieszkaniowej. Celem Programu (…) nie jest doraźna pomoc w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się społeczność romska, ale wypracowanie takich mechanizmów, które pozwoliłyby na osiągnięcie celów nakreślonych powyżej”. Tak więc zarówno we wspólnotowych, jak i krajowych (w tym przypadku Polskiej) strategiach społecznej inkluzji Romów problematyka działań prozatrudnieniowych uznana została za jeden z obszarów priorytetowych. Nie może to dziwić, gdy przypomnimy przytoczone wyżej informacje dotyczące skali ubóstwa dotykającego tę najliczniejszą mniejszość Unii Europejskiej. Jak już o tym wspomniałem, położenie Romów w Polsce w zasadzie nie odbiega od tej charakterystyki. Niektóre badania zaś ujawniają jeszcze większy obszar problemów w tym zakresie.
Społeczność romska u progu III Rzeczypospolitej była już wspólnotą mocno liczebnie uszczuploną poprzez m.in. – wymuszoną przez władzę PRL - emigrację lat 80. XX w. Szło za tym osłabienie potencjału ekonomicznego tej grupy. Trzeba bowiem pamiętać, że z kraju wyjeżdżały często jednostki najbardziej życiowo zaradne, co w przypadku tak małej grupy jak społeczność romska w Polsce musi znaleźć swoje odbicie w ocenie kondycji ekonomicznej całej zbiorowości. Ponadto była to Romowie stanowili społeczność poważnie rozwarstwioną. Obok bowiem zaradnej życiowo, zajmującej się prowadzeniem własnej działalności gospodarczej mniejszości, egzystowała grupa żyjąca z dnia na dzień, której podstawowym źródłem utrzymania były prace dorywcze, pomoc społeczna oraz wsparcie innych Romów lub nieromskich sąsiadów.
Jeśli za wiarygodne uznać badania prowadzone przez różne zespoły w ciągu ostatniego dwudziestopięciolecia, należałby przyjąć, że zaledwie ok. 10% polskich obywateli należących do romskiej mniejszości etnicznej utrzymuje się z pracy zarobkowej. Pozostałe 90% to klienci pomocy społecznej lub osoby nieaktywne ekonomicznie, a korzystające z różnego rodzaju rent oraz emerytur. Ustalenia te znajdują swoje potwierdzenie także w wynikach Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań. Powtarzalność otrzymywanych wyników nie daje podstaw do ich kwestionowania. Tym niemniej wydaje się, że dane te należałoby skorygować uznając, że aktywność ekonomiczna to nie tylko praca zarobkowa lub prowadzenie działalności gospodarczej na własny rachunek, ale także każde inne zachowanie służące pozyskaniu środków na utrzymanie własne i utrzymanie rodziny. W tym kontekście skalę aktywności ekonomicznej Romów musielibyśmy rozszerzyć o cały wachlarz stosowanych przez tą społeczność strategii. By lepiej opisać tę kwestię przyjrzyjmy się im nieco bliżej.
Agata Machnik-Pado i Michał Kudłacz w Kataloguprzedsiębiorstw romskich zaprezentowali ok. 20 romskich inicjatyw gospodarczych. Operują one w różnych branżach. Od handlu detalicznego począwszy (artykuły spożywcze, chemiczne, szkolne i papiernicze, tekstylia, kwiaty, zwierzęta domowe i materiały zoologiczne), poprzez usługi estradowe, oprawę muzyczną i obsługę imprez okolicznościowych, usługi gastronomiczne i cateringowe, usługi remontowo-budowlane, usługi transportowe, usługi turystyczne, florystykę, fotografię artystyczną, kowalstwo artystyczne, metaloplastykę, elektronikę, aż po fryzjerstwo oraz utrzymanie czystości i zieleni. Jednocześnie zaznaczają oni, że w Katalogu zostały przedstawione jedynie wybrane przedsiębiorstwa romskie, tj. przedsiębiorstwa założone i prowadzone przez Romów, których właściciele wyrazili zgodę na ich opisanie, a tym samym zdecydowali się na prezentację, wykazując inicjatywę w zakresie promocji i rozwoju. Należy także zaznaczyć, że większość tych przedsiębiorstw nie może poszczycić się długą historią swojego istnienia. Są to przede wszystkim inicjatywy nowe, powstające w zdecydowanie trudnych warunkach społecznych i rynkowych.
Katalog przedsiębiorstw romskich nie aspiruje więc do miana kompletnego opracowania w obszarze biznesowej aktywności Romów. Opis w tym zakresie należałoby rozszerzyć o szereg innych przedsiębiorstw rozproszonych na terenie całego kraju, a operujących w branżach podobnych do opisanych przed chwilą, choć często w znacznie większej skali. Dla przykładu bowiem, poza Romami zajmującymi się handlem detalicznym, można by wskazać osoby działające jako hurtownicy lub detaliści na dużą skalę. Bez wątpienia jednak należą oni do mniejszości. Zdecydowana większość Romów – jak wynika z codziennej obserwacji – działając w tej branży nie wychodzi poza handel bazarowy lub obwoźny, często nie rejestrując działalności gospodarczej, czyli pozostając w szarej strefie.
Działalności gospodarczej nie rejestrują też w większości Romowie zajmujący się obrotem używanymi samochodami, czy innymi dobrami sprowadzanymi z zagranicy. Nie jest to zresztą cecha charakteryzująca wyłącznie tę grupę etniczną, a raczej branżę, o której mowa. W szarej strefie działa też w większości – nieliczna już – grupa romskich rzemieślników zajmujących się zwłaszcza drobną wytwórczością metalową lub renowacją mebli. Nieopodatkowane dochody uzyskują również Romni wróżące na ulicach polskich miast. Z kolei większość romskich grup muzycznych umilających czas gościom kawiarnianych ogródków, to zespoły zarejestrowane, posiadające odpowiednie licencje i prowadzące swoją działalność w sposób zgodny z obowiązującymi w tym względzie przepisami.
Poza prowadzeniem własnej działalności gospodarczej, inną strategią ekonomiczną Romów jest praca na etacie lub praca dorywcza. Badania prowadzone na ten temat wyraźnie wskazują jednak na fakt, że nie jest to zjawisko częste, zaś wykonywane przez Romów zawody należą raczej do niewymagających szczególnych kompetencji i wykształcenia oraz niskopłatnych. Jednocześnie, pośrednio – w przypadku Bergitka Roma - potwierdzają one tezę, że Romowie znaleźli się w pierwszej grupie osób zwalnianych z pracy w okresie restrukturyzacji dużych zakładów przemysłowych po 1989 r. Okresowe zatrudnienie niskowykwalifikowani, lub po prostu nie posiadający żadnych kwalifikacji Romowie, znajdują w różnych branżach. Najczęściej są to jednak roboty interwencyjnie oraz prace społecznie użyteczne organizowane przez gminy.
W tym kontekście niezwykle interesującym zjawiskiem jest motywowana ekonomicznie emigracja polskich Romów. Przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej jej cechą charakterystyczną było korzystanie ze świadczeń socjalnych dostępnych w państwach Europy Zachodniej – w tym zaś zwłaszcza w Wielkiej Brytanii – osobom starającym się o azyl polityczny. Obecnie – jak wynika z obserwacji – choć aspekt wsparcia socjalnego nie stracił całkowicie na znaczeniu, ważniejszym stała się możliwość uzyskania zatrudnienia. Wartym podkreślenia jest fakt dobrej wśród Romów znajomości przepisów prawnych regulujących sferę pomocy społecznej tak w Polsce, jak i w docelowych krajach emigracji, a także umiejętność szybkiego zorganizowania się w nowym miejscu pobytu.
Romowie nie wykazujący inicjatywy w zakresie prowadzenia własnej (rejestrowanej lub nie rejestrowanej) działalności gospodarczej, a także nie podejmujący – z różnych przyczyn – zatrudnienia utrzymują się w większości z zasiłków pomocy społecznej lub innych świadczeń publicznych. Dodatkowym źródłem ich utrzymania są różne, czasem niecieszące się akceptacją społeczną, zajęcia. Podstawowym z nich jest tzw. chodzenie po prośbie. Zajęcie to wykonują wyłącznie Romni, które – kulturowo – odpowiadają w romskich rodzinach za sprawy bytowe. Czasem, niejako dodatkowo, wprowadzają one do obrotu dary pozyskiwane od różnych organizacji charytatywnych lub towary stanowiące pomoc rzeczową udzieloną przez jednostki pomocy społecznej. W tym zakresie aktywność wykazują również mężczyźni. Ich dodatkowym zajęciem bywa także zbieranie i sprzedaż surowców wtórnych oraz – dla przykładu – pozyskiwanie opału w lasach państwowych i prywatnych, co często prowadzi do szeregu nieporozumień, a nawet napięć pomiędzy społecznością romską a nieromską większością.
Zrozumienie obecnego położenia społecznoekonomicznego romskiej mniejszości etnicznej w Polsce, bez pobieżnej chociażby analizy rozwoju tej społeczności w tym właśnie kontekście, nie wydaje się możliwe. Dopiero bowiem analiza historyczna i aksjologiczna pozwala zrozumieć romską specyfikę, w tym także charakterystyczne spojrzenie Romów na kwestię aktywności zarobkowej. Na podstawie naszej wiedzy na temat społeczności romskiej można przyjąć m.in., iż:
1. choć różne grupy romskie w odmienny sposób waloryzują poszczególne profesje, dla większości z nich istnieją zawody cieszące się szczególnym uznaniem oraz zawody, których wykonywanie jest wykluczone;
2. uprawianie cieszącego się szczególnym uznaniem zajęcia podnosi prestiż jednostki w grupie, a w odniesieniu do innych grup romskich stanowi o wyższości grupy, do której się należy;
3. uprawianie takiej profesji stanowi gwarancję zachowania romskiej tożsamości, jest więc sposobem bezpośredniego wdrażania w życie zasad romaniphen;
4. problemy związane ze zmianą tradycyjnej profesji mają bezpośredni związek ze zjawiskami opisanymi wyżej;
5. Romowie, jako mniejszość marginalizowana, wypracowali system ekonomiczny zapewniający im środki umożliwiające utrzymanie się, którego cechą charakterystyczną – przynajmniej dla zdecydowanej większości grup – była konieczność stałego zmieniania rynków zbytu (stąd m.in. nomadyczny tryb życia);
6. wykonywane przez Romów profesje charakteryzują się dużą odpornością na zmiany koniunkturalne w krótkich okresach czasu, jednakże przeobrażenia technologiczne oraz rozwój rynku powodują, iż stają się zajęciami niszowymi lub – w dłuższych perspektywie – są eliminowane;
7. przymusowe osiedlanie Romów stanowiło istotną przyczynę ich obecnego położenia społecznoekonomicznego; przyczyniło się bowiem do zaniku, lub ograniczenia skali wykonywania tradycyjnych profesji (odcięcie od rynków zbytu);
8. aktywność ekonomiczna Romów na przestrzeni wieków wykazywała cechy aktywności wolnorynkowej bez względu na warunki otoczenia, co wielokrotnie stawało się przyczyną wiktymizacji tej grupy etnicznej;
9. obecne próby wyjścia poza schemat tzw. profesji romskich wiążą się z niebezpieczeństwem asymilacji; zagrożenie to jest przez liderów romskich dostrzegane, a konsekwencją tej konstatacji jest próba „uszczelnienia” granicy pomiędzy światem Romów i Gadziów.
Ostatnią kwestią, na którą chciałbym zwrócić uwagę, niech będzie fakt, iż ekonomiczna kondycja społeczności romskiej zawsze uzależniona była od stosunku do niej nieromskiej większości i polityki państwa. Przy tym zarówno opresyjność struktur państwowych, jak i bezkrytyczna opiekuńczość państwa przynoszą te same skutki w postaci pozbawienia społeczności romskiej podstaw samodzielnego bytowania. W pierwszym przypadku z powodu utraty możliwości wykonywania zawodów, do których Romowie są przygotowani (które zapewniają im godziwy poziom dochodów), w drugim zaś z powodu pozbawienia ich motywacji do systematycznej pracy, co w dalszej konsekwencji (nie tylko zresztą w przypadku społeczności romskiej) prowadzi do zaniku pozytywnych wzorców w tym zakresie. Skutki obydwu tych zjawisk uwidoczniły się w Polsce w przeciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat w sposób niezwykle jaskrawy. Wyjście zaś z tej sytuacji wymaga konsekwentnych działań szanujących romską specyfikę. Działań zindywidualizowanych, tj. dostosowanych do specyfiki poszczególnych grup, a nawet rodzin.

 

wtorek, 15 kwietnia 2014

... niech będzie uczczone milczeniem...

Zaginiony krucyfiks mistyczny z Ciećmierza
Pozostaje do zbadania czynność i punkt wiary, na który większość ludzi nie zwraca uwagi, lecz ja wiele się nad tym zastanawiałem, mianowicie: kto zyskał na tym, że za nas wylana została krew wielka i bezcenna, krew Boga, równocześnie arcykapłana i ofiary, a kto był tego przyczyną? Tymi słowami zaczyna się „Mowa na święto Paschy” (22) św. Grzegorz z Nazjanzu. Lata temu, gdy po raz pierwszy przeczytałem te słowa uznałem, że musi w nich tkwić coś na kształt intelektualnej prowokacji. Bo jakże to (…) większość ludzi nie zwraca uwagi (…), skoro pytanie wydaje się dotykać istoty chrześcijaństwa? Sądzę, że stawia je sobie większość wierzących, zwłaszcza teraz, w przededniu Wielkanocy. Odpowiedź, jaką daje na nie św. Grzegorz, jest na tyle sugestywna, że przytoczę ją w całości:

Otóż trzymał nas zły duch w swej mocy, zaprzedani byliśmy grzechowi, a za cenę nieprawości cieszyliśmy się rozkoszą. Jeżeli więc okup należy się nie komu innemu, tylko temu, który trzyma w niewoli, to pytam, komu on został wypłacony i w jakim celu? Jeżeli na przykład złemu duchowi, to hańba! Przecież ten łotr nie tylko otrzymuje okup od Boga, lecz samego Boga w okupie. Wartość okupu znacznie jest wyższa niż wartość uciskanych istot. Jeżeli okup miał być tak wysoki, można było z góry nam przebaczyć. Jeżeli zaś Ojcu, to [pytam się] najpierw, na jakiej podstawie? Przecież nie On trzymał nas w niewoli! Po wtóre, z jakiej racji krew Jednorodzonego miałaby cieszyć Ojca, który nie przyjął  nawet ofiary Izaaka z rąk jego ojca, lecz zamienił ją przez podstawienie barana na miejsce rozumnej istoty (Rdz 22, 13)?

Otóż jest rzeczą jawną, że Ofiara jest skierowana do Ojca, ale On jej nie żądał, ani nie potrzebował. Po prostu taki jest Boży plan zbawienia, że człowiek ma doznać uświęcenia przez wejście Boga w rzeczywistość ludzką, aby On sam nas wybawił dzięki zwycięstwu nad naszym tyranem i za pośrednictwem Syna doprowadził nas znów do siebie. Syn zaś to czyni na cześć Ojca, któremu we wszystkim jest posłuszny.

Tyle o Chrystusie, a co wykracza ponad to, niech będzie uczczone milczeniem
.

Myślę, że rzeczywiście dobrze jest pomilczeć, zanim w świątyniach rozlegnie się:

Witaj, dniu uroczysty! Najbogatszy – W nieśmiertelną sławę, - W którym Bóg zgromił piekło, - Wziął niebo w dzierżawę. - Przez Twoje święte zmartwychpowstanie

To głosi z grobu wiosną – Zbudzony świat cały: - Zmartwychwstałego Pana - Wita zmartwychwstały.- Przez Twoje święte zmartwychpowstanie

W triumfie Zbawiciela – Wdział weselne szaty, – Przyniósł różdżki zielone, – Różnobarwne kwiaty. - Przez Twoje święte zmartwychpowstanie
*

 
Życzę Wam dobrych świąt!!!

* Tłumaczenie Salve festa dies według Leopolda Staffa.

piątek, 21 marca 2014

Nec Helkules contra plures!

To nie dzieci lecz poetów edukuje się bijąc po twarzy.
(Marcel Proust, Czas odnaleziony)

I Herkules dupa kiedy ludzi kupa mawiał, parafrazując znaną łacińską paremię, Stanisław Grzesiuk. Nie potrzeba szlifów Belwederu, by dojść do wniosku, że sporo w tym racji. Można wszak walczyć z utartymi sądami, ale na szczególny sukces liczyć raczej nie należy. Wniosek ten przyprowadził mnie ostatnio do konstatacji, że oto poddam się powszechnej opinii, iż od kilku już lat przechodzę kryzys wieku średniego ze wszystkimi jego konsekwencjami. Całej ich — zadekretowanej przecież w rozlicznych poradnikach z cyklu jak żyć — palety wprawdzie jeszcze zasmakować nie było mi dane, ale któż to może wiedzieć, co przyniesie przyszłość. Granice kryzysu, jak twierdzą bowiem autorzy wspomnianych wyżej bestsellerów, są niedookreślone. Czekam więc cierpliwie.
Tymczasem skrzętnie odkreślam na liście kontrolnej to, co już mi się zaczęło przytrafiać. Dwa co najmniej symptomy wydają się w sposób oczywisty przemawiać na korzyść owego plures. Po pierwsze zacząłem odnawiać znajomości sprzed dwudziestu często lat. Okazją do ich odświeżenia są zazwyczaj pogrzeby, na które człowiek po czterdziestce zaczyna biegać, jak dwudziestolatek na wesela. Ba! Nie pamiętam roku, bym był na sześciu weselach z rzędu. Tymczasem pogrzeby mnożą się niemożebnie. Dalibóg nie przypominam już sobie, kiedy ostatni raz byłem na chrzcinach... Tak czy inaczej wpadamy na siebie. Po latach. Zdziwieni, że ciągle jesteśmy w stanie się rozpoznać. Z mniej lub bardziej przetrzebionymi czuprynami i poszarpanymi życiorysami. No i z lekkim obłędem w oczach, jakby każdy uważał, że oto coś prawie mu w tym życiu uciekło. Szybko więc próbujemy naprawić błędy okresu wypaczeń, umawiając się na piwo z przyległościami. Po spotkaniu lub dwóch skutki wypaczeń jednak zwyciężają. I tak do następnego pogrzebu…
Nieco mniej efemerycznym symptomem kryzysu wieku średniego wydaje się nieodparta chęć powrotu do lektur okresu szczenięcej młodości, które wprawdzie przeczytaliśmy, ale co do właściwego ich zrozumienia mamy znaczące wątpliwości. Najwyraźniej utkwiły w głębi naszego jestestwa nie dając przez lata spokoju, by wreszcie eksplodować potrzebą ponownego szukania istoty rzeczy. Weźmy na przykład takiego Buszującego w zbożu Jeroma Davida Salingera. Dostałem tę książeczkę spod lady niejako, w licealnej bibliotece. Warunki quasikonspiracyjne sprawiły, że czytałem ją łapczywie i w tempie doprawdy imponującym. Tyle tylko, że zamiast zidentyfikować się z Holdenem Caulfieldem, ze strony na stronę byłem nim co raz bardziej poirytowany. Szarzyzna późnego PRL-u skonfrontowana z opisami bajecznego Nowego Jorku sprawiły, że w żaden sposób nie przemawiały do mnie rozterki głównego bohatera. Udowodniłem w ten sposób, że powiedzenie, iż syty nie zrozumie głodnego w stronę przeciwną stosuje się odpowiednio. Dzisiaj sprawa ma się inaczej. Bez bólu czytam uczone opracowania i podzielam zawarte w nich opinie. Zmiana warunków otoczenia i znaczący bagaż doświadczeń sprawiają, że nawet jeśli nadal nie identyfikuję się z Holdenem (co raczej dziwić nie powinno; czas inicjacji w życie to dla mnie już czas przeszły, teraźniejszość i przyszłość to raczej inicjacja w śmierć), to przynajmniej wydaję się go rozumieć.
Pozostał tylko drobiazg. Ten wiersz Roberta Burnsa, a w zasadzie jego fragment, opacznie zrozumiany przez głównego bohatera, który w tłumaczeniu polskiego wydania wygląda następująco:
Kiedy ktoś napotka kogoś
kto buszuje w zbożu
Kiedy kto całuje kogoś
czy ktoś płakać ma

Kiedy kto napotka kogoś
kto buszuje w polu
Kiedy kto całuje kogoś
czy świat wiedzieć ma?

Nie dawało mi spokoju tych kilka wersów. Coś mnie w nich uwierało. Sięgnąłem więc do wersji angielskiej, gdyż szkockiego oryginału nie udało mi się znaleźć. Idzie to tak:

Coming thro' the rye, poor body,
Coming thro' the rye,
She draiglet a' her petticoatie
Coming thro' the rye.

O, Jenny's a' wat, poor body;
Jenny's seldom dry;
She draiglet a' her petticoatie
Coming thro' the rye.

Gin a body meet a body
Coming thro' the rye,
Gin a body kiss a body -
Need a body cry?

Gin a body meet a body
Coming thro' the glen,
Gin a body kiss a body -
Need the warld ken?

Moja znajomość języka angielskiego pozostawia — delikatnie mówiąc — sporo do życzenia. Poeta też ze mnie żaden. Ośmielony jednak realnością obchodzonego dzisiaj Światowego Dnia Poezji, i tym, że nigdzie lepiej niż w Krakowie nie rozumie się twierdzenia, iż śpiewać każdy może postanowiłem zmierzyć się z tym tekstem na własną rękę. Spod przymkniętych oczu zobaczyłem dziewczynę, rankiem, w samej halce biegnącą przez łan dojrzałego żyta...

Brodziłaś w zbożu biedactwo
Płynęłaś przez sam środek łanu
Poszarpałaś swą halkę maleństwo
Kiedy biegłaś przez żyto

Moja biedna Usiu
Tak bardzo spragniona
Podarłaś swoją halkę biegnąc przez zboże
Ale to nie powód do płaczu

Przechodząc łanem żyta
Można kogoś spotkać, a nawet pokochać
Oczarować go i całować
Nie ma w tym nic złego

Przechodząc wśród kłosów
Można kogoś pokochać
Obsypać pocałunkami kochanka
Czyż świat nie łaknie miłości?

Strasznie to tkliwe, by nie rzec banalne. W piątej dekadzie życia człowiek oczekiwałby czegoś z większą dozą dramatyzmu, a przynajmniej o szerszym wymiarze społecznym. I tu niespodzianka. Ostatni wers wiersza Burnsa można przecież przetłumaczyć — idąc tropem polskiego tłumaczenia książki Salingera — i tak: Czy świat potrzebuje o tym wiedzieć?, co ujęte innymi słowy oznacza I nikomu nic do tego!, albo nawet No i walcie się wszyscy!. A stąd już jedynie jeden krok, ku takiej oto, jakże bliskiej mojemu pokoleniu (w jego obecnym stanie skupienia), Tuwimowskiej suplikacji:


piątek, 21 lutego 2014

43

Czas to nie droga szybkiego ruchu pomiędzy kołyską a grobem, czas - to miejsce na zaparkowanie pod słońcem.
Phil Bosmans

Czytanie ma ten efekt uboczny, że albo odbiera człowiekowi chęć do pisania, albo wręcz przeciwnie, do tego pisania go przymusza. Przyznam, że ostatnio znalazłem się na pierwszym z tych biegunów i gdyby nie fakt, że co roku, w okolicach 21 lutego, staram się skreślić kilka zdań, pewnie ten wpis by nie powstał. Im bowiem jestem starszy, tym bardziej dostrzegam wagę pewnych stałych punktów odniesienia, tych delikatnych elementów tkanki rzeczywistości, które w owej rzeczywistości pozwalają człowiekowi zorientować się skąd wyszedł, kim jest i dokąd zmierza. A że dekoracje, w których odgrywamy rolę swojego życia, zmieniają się dość dynamicznie, to i z tą orientacją różnie bywa, zaś nasze spojrzenie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ulega znacznym przekształceniom. Istotną rolę w tym procesie odgrywają zarówno nasze fascynacje, jak i rozczarowania. Pewnie zwłaszcza te ostatnie.
Taka jest cena dojrzewania, dorastania do wieczności. I tak najpierw chcemy żyć szybko, kochać mocno i umierać młodo, później orientujemy się, że wyszło jak zwykle, by w końcu zacząć obawiać się, jakie będą tego konsekwencje.
Słucham wiec Róż Europy sprzed lat i tych obecnych, dokładając sobie na deser Voo-Voo, by ostatecznie dojść do wniosku, że osobiście nie mam powodów do aż takich rozterek, a moja natura nie sprzyja stawianiu pytań, z definicji zakładających skrajnie pesymistyczne odpowiedzi. Tym bardziej, że rozterki tego typu raczej niczemu dobremu nie służą. No chyba, że znajdujemy w sobie siłę, by przetworzyć je w pozytywne działanie. A o tym, że pewnie siły takiej w sobie szukamy, świadczy popularność różnego rodzaju poradników, w typie 30 rzeczy, które należy przestać sobie robić, czy 30 rzeczy, które zrestartują Twoje życie.
Nie potrafię jednoznacznie ocenić takich rad, ale wolę je już od tych, których realizacja ma zapewnić człowiekowi wiekuistą młodość. Wiara w to, że właśnie owa młodość (cokolwiek ten termin oznacza) jest wartością, której należy podporządkować całą naszą aktywność, wydaje mi się niczym nieuzasadniona, by nie rzec wprost – absurdalna. Absurdalna, ale dająca się wytłumaczyć. Ot choćby słowami  Magdaleny Ziętek: Dla kapitału interesujący (…) są tylko ci, którzy dysponują odpowiednimi środkami finansowymi. A ponieważ w społeczeństwach zamożnych w tej chwili mamy do czynienia z sytuacją nasycenia rynku, dalsze napędzanie produkcji możliwe jest tylko dzięki „produkowaniu” nowych potrzeb. Kapitalizm dla swojego rozwoju potrzebuje więc człowieka o mentalności materialistyczno-hedonistycznej. Produkowanie nowych potrzeb możliwe jest bowiem tylko wtedy, kiedy uwaga ludzi będzie w sposób celowy przenoszona na sferę materialną. Asceta, który swoje potrzeby ogranicza do minimum, w gruncie rzeczy hamuje tak zwany rozwój gospodarczy.
Dalibóg nie jestem ascetą! Ale zwariować się też nie dam! Mam lustro i patrzę w nie codziennie. A choć widzę w nim co raz to inny obraz, dostrzegam zarazem tego samego człowieka. Skończyłem 43 lata i dobrze mi z tym.

wtorek, 31 grudnia 2013

Bo pewnego dnia będę stary...

Umowność kalendarza wydaje się czymś nie nazbyt oczywistym przede wszystkim przez wzgląd na jego cywilizacyjną nieodzowność. Przyzwyczajeni do życia z planerem w ręku wyczekujemy więc ostatniego dnia w roku, by odpalić petardy, odkorkować szampana i poczuć się o rok starszymi. Nowe plus minus 365 dni witamy zazwyczaj już nieubłaganie nieumownym bólem głowy i uczuciem zwiększonego łaknienia. Gdzieś pomiędzy odpalaniem petard i odkorkowywaniem szampana, a owym syndromem noworocznego zmęczenia znajduje się czas na życzenia i rozmowy o sprawach mniej lub bardziej aktualnych. A aktualnym na dzisiaj tematem jest – za sprawą Episkopatu – gender, o którym traktował ostatni biskupi list do wiernych.
 

Z listami na Niedzielę Świętej Rodziny mam osobisty problem. Zazwyczaj dotykają bowiem spraw ważnych, ale jakoś mało mi się z rodziną kojarzących. W roku 2012 – a zapadło mi to głęboko w pamięci – Episkopat skoncentrował się na zagadnieniu handlu niedzielnego. Wysłuchałem listu w pokorze, by tydzień później, w jednym z krakowskich opactw skonstatować, iż przesłanie to wypaść musiało raczej blado, jako że ojcowie tolerują trzy punkty handlowe czynne przez całą niedzielę w obrębie murów ich klasztoru. List tegoroczny wywołał zaś kontrowersje na tyle duże, że część proboszczów nie zdecydowała się nawet na jego odczytanie. W diecezji krakowskiej zaś, decyzją Jego Eminencji Księdza Stanisława Kardynała Dziwisza, czytany był jego skrót, w którym – co rozumiem i z czym się solidaryzuję – wycięto m.in. fragmenty o Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. 

Daleko mi do krytykowania zamysłu i poglądów Episkopatu, choć dziwię się, że biskupi nie chcą wykorzystać pretekstu, jakim jest wspomnienie Świętej Rodziny, by zmusić nas do głębszej refleksji nad jakością naszego życia codziennego. Stać za tym mogą różne względy. Ot choćby wyraziste biblijne tło liturgii. Każde z czytań bowiem to swoisty drogowskaz, nie wymagający nadzwyczajnych zdolności egzegetycznych. Weźmy na to słowa z Listu św. Pawła do Kolosan. I nawet nie te, które stanowić mają podstawowe zasady życia chrześcijańskiej rodziny (3,18-21), ale inne, owe zasady poprzedzające: „(…) obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni!” (3,12-15).
 

Jak się dobrze zastanowić proste w realizacji to i to nie jest, ale na postanowienie noworoczne (bo któż ich nie czyni?) nadaje się znakomicie. Jeśliby zaś komu postanowień było mało, zachęcam do przemyślenia – równie dla przełomu lat adekwatnej – modlitwy św. Tomasza z Akwinu:

Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary.
Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania,  że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.
Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym; czynnym lecz nie narzucającym się.
Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół.
Wyzwól mój umysł od nie kończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy.
Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień w miarę jak ich przybywa a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza.
Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich.
Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większa pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi.
Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.
Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać.
Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy; to jeden ze szczytów osiągnięć szatana.
Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach; daj mi Panie łaskę mówienia im o tym.

wtorek, 17 grudnia 2013

Dobrych świąt! Dobrego roku!


Bóg się rodzi

Przełamałeś czas na dwoje
jak przy wigilijnym stole
matka przełamuje opłatek

w przełamanym czasie
gwiazda betlejemska

może pomyliła drogi
na bezdrożach niebieskich
bo
zatrzymała się nad naszym domem
jak na żłobkiem
i promienna
W jej blasku ciszy się dom
wrzący świat dookoła
jak wycisza się przyroda
pod obrusem śnieżnym
Za gwiazdą
spod strzechy stajenki zleciał
na gałązki świerku
betlejemski muzyk - wróbel
z nutą glorii w kolędach

Bóg się rodzi...

Maria Siwińska