Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WBP w Krakowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WBP w Krakowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2014

Mniejszości etniczne na rynku pracy: sytuacja Romów w Polsce


Jeśli pot twój pada na jedno miejsce, drąży dół, 
który może zamienić się w twój grób
 (przysłowie romskie).

 Maj wyjątkowo obfituje w okazje, które warte są kilku słów. Sporo się działo w majach minionych, sporo się dzieje i w dobie obecnej. Gdyby tak potraktować sprawę w całej jej rozciągłości, nic tylko usiąść przy komputerze i wklepywać kolejne posty. Tymczasem maszyna ta przydaje się również do innych celów, zwłaszcza że zapamiętuje sporo z tego, co już kiedyś – dzięki owej klawiaturze – na niej zapisaliśmy. A że nie wszystko traci na aktualności, teksty onegdaj stworzone przydają się w różnych sytuacjach. I tak właśnie oto, w związku z zaproszeniem na zacną konferencję Instrumenty efektywnego rozwiązywania problemów społecznych początku XXI wieku, zorganizowaną przez Towarzystwo Polsko-Niemieckie w Krakowie oraz Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie, przejrzałem ich całkiem sporo, by wynotować fragmenty, które mogłyby przydać mi się podczas głoszenia referatu pod zadanym tytułem - Mniejszości etniczne na rynku pracy: sytuacja Romów w Polsce. Okazało się, że wyszedł z tych notatek całkiem spójny (choć w końcowej części nie do końca) tekst, który poddaje uwadze PT Czytelników, zaznaczając zarazem, iż jest on jednym, wielkim autoplagiatem. Większość z wynotowanych tekstów było już publikowana. Dwa są w druku.

***
Polska ustawa o mniejszościach narodowych ietnicznych oraz o języku regionalnym enumeratywnie wymienia objęte ochroną jej przepisów mniejszości narodowe i etniczne. W pierwszym przypadku są to: Białorusini, Czesi, Litwini, Niemcy, Ormianie, Rosjanie, Słowacy, Ukraińcy i Żydzi. W drugim: Karaimi, Łemkowie, Romowie oraz Tatarzy. Ponadto definiuje ona język kaszubski jako język regionalny. Nie oznacza to oczywiście, że są to jedyne mniejszości narodowe i etniczne, których przedstawiciele zamieszkują tereny obecnej Rzeczypospolitej. Wyraźnym tego świadectwem są wyniki spisów powszechnych z roku 2002 i 2011. W tym ostatnim narodowość polską zadeklarowało 97,09% ankietowanych (wliczając osoby deklarujące również drugą narodowość). 871,5 tys. osób (2,26%) zadeklarowało dwie narodowości – polską i niepolską, w tym 788 tys. (2,05%) polską jako pierwszą, a 83 tys. (0,22%) polską jako drugą. 596 tys. osób (1,55%) zadeklarowało wyłącznie niepolską narodowość, z czego 46 tys. osób (0,12%) zadeklarowało dwie niepolskie narodowości. Nie roztrząsając dalej tych kwestii pozostańmy przy stwierdzeniu, iż spis ten wykazał, iż po pierwsze Polska jest nadal państwem etnicznie homogenicznym, po drugie zaś z przynależnością do romskiej mniejszości etnicznej identyfikuje się 17 049 obywateli Rzeczypospolitej. Według działaczy organizacji pozarządowych zajmujących się problematyką romską (w tym organizacji romskich) rzeczywista liczebność Romów w Polsce sięga 30 tys. osób.
Omawiając aktywność gospodarczą mniejszości narodowych i etnicznych w Polsce należy zaznaczyć, iż wobec znacznego stopnia asymilacji tych grup oraz braku – poza nielicznymi wyjątkami – drastycznych różnic kulturowym należałoby raczej skupić się na zróżnicowaniu regionalnym (specyfice regionalnej) w tym względzie i analizować aktywność gospodarczą mieszkańców regionów ze znacznym odsetkiem ludności o niepolskiej identyfikacji narodowej. Czy jednak na pewno tego typu analiza dałaby nam odpowiedź na pytanie o specyficzne cechy aktywności gospodarczej mniejszości narodowych i etnicznych? Nie sądzę. W żadnym województwie bowiem ich udział w ogólnej liczbie mieszkańców nie przekracza 15%. Już ten fakt powinien stawiać pod znakiem zapytania sensowność takich rozważań. Osobną, wartą podjęcia kwestią, jest natomiast szczególna sytuacja Romów, i to zarówno w kontekście ich udziału w rynku pracy, jak i specyfiki oraz uwarunkowań prowadzenia przez przedstawicieli tej mniejszości działalności gospodarczej.
Romowie mieszkają na terenie całej Polski. Największe ich skupiska występują w województwach: małopolskim, dolnośląskim, mazowieckim, śląskim, wielkopolskim i łódzkim. Należą oni do czterech głównych grup: Polska Roma, Romowie Karpaccy (Romowie Górscy, Bergitka Roma), Kełderasze i Lowarzy.
Większość Romów prowadzących niegdyś wędrowny tryb życia mieszka dzisiaj w miastach. Jest to konsekwencja przymusowej polityki osiedleńczej prowadzonej przez władze PRL. Romowie Karpaccy (prowadzący osiadły tryb życia od kilkuset lat) zamieszkują przede wszystkim górskie tereny województwa małopolskiego. Ich społeczności znajdują się także w miastach Górnego i Dolnego Śląska, a także w krakowskiej dzielnicy Nowa Huta, gdzie w latach 50. XX wieku, zatrudniano Romów w ramach polityki produktywizacyjnej.
Kowalstwo, handel końmi, wróżba i muzykanctwo to podstawowe źródła zarobkowania, z którymi kojarzymy Romów. Oczywiście zarabiali także na chleb na dziesiątki innych sposobów, imając się różnych zawodów wykraczających poza utarty stereotyp. Współcześnie z tradycyjnych zawodów przetrwały wróżki oraz cygańscy muzycy. Zawody „metalowe” i handel końmi zanika.
W góralskich, karpackich wioskach, romscy kowale właściwie zdominowali zawód. Klientami ich kuźni byli rolnicy. Kowale wytwarzali oraz naprawiali narzędzia rolnicze, podkuwali konie. Byli cenieni jako fachowcy, a ich usługi były niedrogie. Uprzemysłowienie, wyparcie koni z gospodarki rolnej i fabryczna produkcja narzędzi podcięły podstawy ekonomicznej opłacalności zawodu.
Pokrewną – „metalową” profesją zajmowali się w Polsce Kełderasze, ale także przedstawiciele innych grup, którzy przejęli od nich kotlarski fach. Pracowali oni przy wyrobie i bieleniu (emaliowaniu) miedzianych naczyń i kotłów dla gospodarstw domowych, jak i dla przemysłu. Kełderasze w dwudziestoleciu międzywojennym, dzięki swoim umiejętnościom, szybko się wzbogacali. Jeszcze długo po II wojnie światowej, do lat 80. XX w., zapotrzebowanie na emaliowanie cyną kotłów w cukierniach, browarach, zakładach przetwórstwa było duże i pozwalało całkiem dobrze funkcjonować romskim spółdzielniom kotlarskim.
Władze PRL próbowały nakłonić Romów do pracy w zawodach, z którymi nigdy wcześniej nie mieli do czynienia. Niepowodzeniem zakończyły się eksperymenty w romskich PGR-ach. Niemający żadnych tradycji rolniczych Romowie, w większości przypadków, bądź porzucali uprawę i hodowlę, bądź też doprowadzali je do upadku. Wielu Romów Karpackich znalazło zatrudnienie na wielkich budowach socjalizmu. Stąd dzisiaj skupiska Romów w Krakowie - Nowej Hucie, Zabrzu, Bytomiu, Katowicach i innych ośrodkach metalurgicznych.
Po przełomie 1989 r., w procesie restrukturyzacji przemysłu oraz likwidacji państwowych przedsiębiorstw, niewykwalifikowani Romowie byli pierwszymi, którzy tracili pracę.
Współcześnie najpowszechniejszym zajęciem wśród Romów jest handel. Dzięki rodzinnym powiązaniom z zagranicą, zarabiają na sprowadzaniu używanych samochodów, handlu tekstyliami, wełną, dywanami oraz, starociami i antykami. Niektórzy inwestują w sklepy, restauracje, nieruchomości, stacje benzynowe (w zasadzie nie dotyczy to jedynie wiejskich skupisk Romów Karpackich).
Ich podstawy ekonomiczne budowane były w warunkach reglamentacji i ograniczeń obrotu handlowego. Duży zysk przynosił początkowo czarnorynkowy handel walutami zagranicznymi i złotem. Zajmowali się nim niektórzy Romowie z grup Polska Roma, Kełderaszy i Lowarów, którzy przyzwyczajeni do samowystarczalności – „odnaleźli” się w nowej rzeczywistości ekonomicznej. Na tle całej populacji Romów polskich ci najbardziej przedsiębiorczy nie są jednak grupą dominującą. Wielu z nich żyje z dnia na dzień, bez stałego zatrudnienia, utrzymując się z zajęć dorywczych, zazwyczaj pracując „na czarno”, żebrząc, często przy pomocy dzieci. Do tej grupy zalicza się duża część Romów Karpackich. Wraz z uprzemysłowieniem epoki socjalizmu oraz przemianami rynkowymi po 1989 r., stracili możliwość zarobkowania w zawodach tradycyjnie uprawianych od dziesiątków lat. W obliczu upadku zapotrzebowania na cygańską wytwórczość rzemieślniczą i na niewykwalifikowaną siłę roboczą (np. tłuczenie kamieni na szosy), Bergitka Roma zdani są w swojej większości na pomoc społeczną.
Jedną z głównych przyczyn bezrobocia Romów jest słabe wykształcenie (często analfabetyzm) oraz niedostateczna znajomość języka polskiego, brak kwalifikacji, ale również niechęć pracodawców do ich zatrudniania. Nie bez znaczenia jest również bierność samych Romów w poszukiwaniu pracy oraz czasami niechęć do podejmowania przez nich pracy ciężkiej i mało płatnej. W środowisku romskim częste jest przekonanie, że Rom pracuje kiedy musi. Wzmacnia je negatywnie nacechowane określenie - "gadźikani bući" (gadźiowska praca) - jako synonim pracy powtarzalnej, nudnej, przede wszystkim niezyskownej. Na drugim biegunie znajduje się praca romska  - zyskowna, oparta raczej na zręczności i jednorazowości wysiłku, wykonana szybko i pomysłowo.
Stereotyp Roma leniwego, nieodpowiedzialnego, źle pracującego jest niezwykle silny. Ulegają mu również sami Romowie. Popadają w bierność (nie szukają pracy, nie podnoszą kwalifikacji) oraz w uzależnienie od pomocy społecznej. Powoduje to trudną sytuację patologicznego i dziedziczonego w rodzinie bezrobocia.
Wartym podkreślenia jest fakt, iż sytuacja ekonomiczna Romów w Polsce nie wyróżnia w specjalny sposób naszego kraju na tle europejskim. Romowie to niewątpliwie najliczniejsza mniejszość etniczna w Europie. Mieszka tu bowiem, według różnych szacunków, od 7 do 12 mln Romów, przy czym większość na terenie państw członkowskich Unii Europejskiej. Jest to grupa w sposób zupełnie wyjątkowy dotknięta ubóstwem i doświadczająca wykluczenia społecznego. Przyjmuje się bowiem, że nawet od 60% Romów będących obywatelami państw członkowskich UE żyje poniżej minimum socjalnego. Fakt ten długo pozostawał na marginesie zainteresowania państw europejskich. Systemowe działania w tym zakresie podjęły one dopiero na początku XXI w., co miało związek z procesem przyjmowania do Unii Europejskiej postkomunistycznych państw Europy Środkowo-Wschodniej. W pierwszej kolejności to im właśnie narzucono konieczność podniesienia standardów w tym obszarze. W dalszej zaś, z problemami tymi – także w konsekwencji wzmożonej migracji Romów po przyjęciu do Unii takich państw jak Węgry, Słowacja i Czechy, a zwłaszcza Bułgaria i Rumunia – zmierzyć musiały się zarówno państwa „Starej Piętnastki”, jak i same instytucje unijne.
Po początkowym okresie sporego chaosu, który w dużej mierze wynikał z przyjęcia założenia, że skierowanie znacznych środków finansowych na realizację polityk publicznych, które mogłyby wpłynąć na poprawę położenia Romów, okaże się działaniem wystarczającym, w drugiej dekadzie XXI w. instytucje wspólnotowe doszły do wniosku, że realne efekty mogą przynieść tylko działania zintegrowane i podejmowane systemowo. Polityka unijna w tym obszarze oparta została o – wypracowane w 2009 r. przez Europejską Platformę Integracji Romów - 10 zasad inkluzji Romów. Są nimi:
1. konstruktywne, pragmatyczne i niedyskryminacyjne polityki;
2. bezpośrednia, ale niewykluczająca orientacja;
3. podejście międzykulturowe;
4. zorientowanie na działania głównego nurtu;
5. świadomość znaczenia równości płci;
6. transfer pozytywnie zweryfikowanych rozwiązań;
7. wykorzystanie instrumentów Wspólnoty;
8. zaangażowanie władz regionalnych i lokalnych;
9. zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego;
10. aktywny udział Romów.
Odnajdujemy je m.in. w dokumentach Komisji Europejskiej nakładających na państwa członkowskie obowiązek opracowania szczegółowych strategii integracji Romów w tym zaś przede wszystkim w – stanowiących dla tych strategii horyzont odniesienia - Unijnych ramach dotyczących krajowych strategii integracji Romów do 2020 roku. W dokumencie tym podkreśla się, że strategie krajowe powinny koncentrować się wokół następujących obszarów priorytetowych:
1. Zapewnienie wszystkim dzieciom romskim dostępu do wysokiej jakości edukacji (minimum to ukończenie szkoły podstawowej). Ponadto należy dążyć do eliminacji zjawisk dyskryminacji i segregacji w placówkach oświatowych;
2. Wyeliminowanie dyskryminacji Romów na rynku pracy, zmniejszenie istniejących, drastycznych różnic w poziomie stopy bezrobocia pomiędzy przedstawicielami społeczności romskich a pozostałymi obywatelami państw członkowskich. Zagwarantowanie pełnego dostępu do szkoleń zawodowych oraz równego traktowania w obszarze samozatrudnienia;
3. Zapewnienie pełnego i niedyskryminującego dostępu do profilaktyki oraz opieki medycznej, zwłaszcza kobietom i dzieciom romskim;
4. Zapewnienie równego traktowanie w odniesieniu do polityki mieszkaniowej oraz socjalnej, m.in. zagwarantowanie dostępu do bieżącej wody i elektryczności.
Pomijając w tym momencie szczegółową analizę zasygnalizowanego tu procesu pragnę jedynie zaznaczyć, iż w moim przekonaniu, dzięki konsekwentnej realizacji wytycznych zawartych w Unijnych ramach dotyczących krajowych strategii integracji Romów do 2020 roku może zostać rozwiązany problem koordynacji i operacjonalizacji podejmowanych w Unii Europejskiej działań zmierzający do społecznej inkluzji Romów. W pierwszym rzędzie przyczyni się to jednak nie tyle do poprawy położenia społeczności romskiej, co zracjonalizowania unijnych wydatków na działania w założeniu do tej poprawy zmierzające. Znaczący wzrost ich skuteczności wymagałaby bowiem również zmiany perspektywy, w jakiej rozpatrywane są te problemy. Oparta być ona powinna o refleksję natury aksjologicznej. Bez zrozumienia bowiem, że grupy romskie przechowały i w różnym stopniu nadal pielęgnują kulturę ludów nomadycznych, w czasie, gdy otaczający ich świat podlegał stopniowej, a niekiedy również bardzo gwałtownej modernizacji, nie sposób wyobrazić sobie możliwości stworzenia przestrzeni rzeczywistego dialogu, a w jego konsekwencji kreacji skutecznych narzędzi inkluzji. Tymczasem jedynie takie działania, które zmierzając do poprawy położenia społeczności romskiej szanują zarazem jej specyfikę, są działaniami nastawionymi na włączenie tej grupy etnicznej w nurt życia społeczeństw ponowoczesnych. Ignorowanie tej specyfiki zaś skutkować będzie bądź to kolejną serią porażek, bądź też bardzo wątpliwym sukcesem w postaci asymilacji europejskich Romów.
Warto w tym momencie wspomnieć, że wystosowanie przez Komisję Europejską do państw członkowskich wezwania do przedłożenia krajowych strategii integracji Romów zbiegło się w Polsce z pracami nad dokumentem, który zastąpić ma, wdrażany w latach 2004-2013, Rządowy program na rzecz społeczności romskiej. Stanowił on rozwinięcie rozwiązań przetestowanych w ramach Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003. Program IntegracjiSpołecznej Romów w Polsce na lata 2014-2020 konsumuje niejako doświadczenia zgromadzone w latach 2001-2013, zarówno podczas wdrażania zadań wynikających z programów rządowych, jak i komplementarnych do nich projektów realizowanych w ramach działania 1.3.1. Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Jego nadrzędnym celem jest „(…) zwiększenie poziomu integracji społecznej Romów w Polsce poprzez działania w obszarze edukacji, aktywizacji zawodowej, ochrony zdrowia oraz poprawy sytuacji mieszkaniowej. Celem Programu (…) nie jest doraźna pomoc w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się społeczność romska, ale wypracowanie takich mechanizmów, które pozwoliłyby na osiągnięcie celów nakreślonych powyżej”. Tak więc zarówno we wspólnotowych, jak i krajowych (w tym przypadku Polskiej) strategiach społecznej inkluzji Romów problematyka działań prozatrudnieniowych uznana została za jeden z obszarów priorytetowych. Nie może to dziwić, gdy przypomnimy przytoczone wyżej informacje dotyczące skali ubóstwa dotykającego tę najliczniejszą mniejszość Unii Europejskiej. Jak już o tym wspomniałem, położenie Romów w Polsce w zasadzie nie odbiega od tej charakterystyki. Niektóre badania zaś ujawniają jeszcze większy obszar problemów w tym zakresie.
Społeczność romska u progu III Rzeczypospolitej była już wspólnotą mocno liczebnie uszczuploną poprzez m.in. – wymuszoną przez władzę PRL - emigrację lat 80. XX w. Szło za tym osłabienie potencjału ekonomicznego tej grupy. Trzeba bowiem pamiętać, że z kraju wyjeżdżały często jednostki najbardziej życiowo zaradne, co w przypadku tak małej grupy jak społeczność romska w Polsce musi znaleźć swoje odbicie w ocenie kondycji ekonomicznej całej zbiorowości. Ponadto była to Romowie stanowili społeczność poważnie rozwarstwioną. Obok bowiem zaradnej życiowo, zajmującej się prowadzeniem własnej działalności gospodarczej mniejszości, egzystowała grupa żyjąca z dnia na dzień, której podstawowym źródłem utrzymania były prace dorywcze, pomoc społeczna oraz wsparcie innych Romów lub nieromskich sąsiadów.
Jeśli za wiarygodne uznać badania prowadzone przez różne zespoły w ciągu ostatniego dwudziestopięciolecia, należałby przyjąć, że zaledwie ok. 10% polskich obywateli należących do romskiej mniejszości etnicznej utrzymuje się z pracy zarobkowej. Pozostałe 90% to klienci pomocy społecznej lub osoby nieaktywne ekonomicznie, a korzystające z różnego rodzaju rent oraz emerytur. Ustalenia te znajdują swoje potwierdzenie także w wynikach Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań. Powtarzalność otrzymywanych wyników nie daje podstaw do ich kwestionowania. Tym niemniej wydaje się, że dane te należałoby skorygować uznając, że aktywność ekonomiczna to nie tylko praca zarobkowa lub prowadzenie działalności gospodarczej na własny rachunek, ale także każde inne zachowanie służące pozyskaniu środków na utrzymanie własne i utrzymanie rodziny. W tym kontekście skalę aktywności ekonomicznej Romów musielibyśmy rozszerzyć o cały wachlarz stosowanych przez tą społeczność strategii. By lepiej opisać tę kwestię przyjrzyjmy się im nieco bliżej.
Agata Machnik-Pado i Michał Kudłacz w Kataloguprzedsiębiorstw romskich zaprezentowali ok. 20 romskich inicjatyw gospodarczych. Operują one w różnych branżach. Od handlu detalicznego począwszy (artykuły spożywcze, chemiczne, szkolne i papiernicze, tekstylia, kwiaty, zwierzęta domowe i materiały zoologiczne), poprzez usługi estradowe, oprawę muzyczną i obsługę imprez okolicznościowych, usługi gastronomiczne i cateringowe, usługi remontowo-budowlane, usługi transportowe, usługi turystyczne, florystykę, fotografię artystyczną, kowalstwo artystyczne, metaloplastykę, elektronikę, aż po fryzjerstwo oraz utrzymanie czystości i zieleni. Jednocześnie zaznaczają oni, że w Katalogu zostały przedstawione jedynie wybrane przedsiębiorstwa romskie, tj. przedsiębiorstwa założone i prowadzone przez Romów, których właściciele wyrazili zgodę na ich opisanie, a tym samym zdecydowali się na prezentację, wykazując inicjatywę w zakresie promocji i rozwoju. Należy także zaznaczyć, że większość tych przedsiębiorstw nie może poszczycić się długą historią swojego istnienia. Są to przede wszystkim inicjatywy nowe, powstające w zdecydowanie trudnych warunkach społecznych i rynkowych.
Katalog przedsiębiorstw romskich nie aspiruje więc do miana kompletnego opracowania w obszarze biznesowej aktywności Romów. Opis w tym zakresie należałoby rozszerzyć o szereg innych przedsiębiorstw rozproszonych na terenie całego kraju, a operujących w branżach podobnych do opisanych przed chwilą, choć często w znacznie większej skali. Dla przykładu bowiem, poza Romami zajmującymi się handlem detalicznym, można by wskazać osoby działające jako hurtownicy lub detaliści na dużą skalę. Bez wątpienia jednak należą oni do mniejszości. Zdecydowana większość Romów – jak wynika z codziennej obserwacji – działając w tej branży nie wychodzi poza handel bazarowy lub obwoźny, często nie rejestrując działalności gospodarczej, czyli pozostając w szarej strefie.
Działalności gospodarczej nie rejestrują też w większości Romowie zajmujący się obrotem używanymi samochodami, czy innymi dobrami sprowadzanymi z zagranicy. Nie jest to zresztą cecha charakteryzująca wyłącznie tę grupę etniczną, a raczej branżę, o której mowa. W szarej strefie działa też w większości – nieliczna już – grupa romskich rzemieślników zajmujących się zwłaszcza drobną wytwórczością metalową lub renowacją mebli. Nieopodatkowane dochody uzyskują również Romni wróżące na ulicach polskich miast. Z kolei większość romskich grup muzycznych umilających czas gościom kawiarnianych ogródków, to zespoły zarejestrowane, posiadające odpowiednie licencje i prowadzące swoją działalność w sposób zgodny z obowiązującymi w tym względzie przepisami.
Poza prowadzeniem własnej działalności gospodarczej, inną strategią ekonomiczną Romów jest praca na etacie lub praca dorywcza. Badania prowadzone na ten temat wyraźnie wskazują jednak na fakt, że nie jest to zjawisko częste, zaś wykonywane przez Romów zawody należą raczej do niewymagających szczególnych kompetencji i wykształcenia oraz niskopłatnych. Jednocześnie, pośrednio – w przypadku Bergitka Roma - potwierdzają one tezę, że Romowie znaleźli się w pierwszej grupie osób zwalnianych z pracy w okresie restrukturyzacji dużych zakładów przemysłowych po 1989 r. Okresowe zatrudnienie niskowykwalifikowani, lub po prostu nie posiadający żadnych kwalifikacji Romowie, znajdują w różnych branżach. Najczęściej są to jednak roboty interwencyjnie oraz prace społecznie użyteczne organizowane przez gminy.
W tym kontekście niezwykle interesującym zjawiskiem jest motywowana ekonomicznie emigracja polskich Romów. Przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej jej cechą charakterystyczną było korzystanie ze świadczeń socjalnych dostępnych w państwach Europy Zachodniej – w tym zaś zwłaszcza w Wielkiej Brytanii – osobom starającym się o azyl polityczny. Obecnie – jak wynika z obserwacji – choć aspekt wsparcia socjalnego nie stracił całkowicie na znaczeniu, ważniejszym stała się możliwość uzyskania zatrudnienia. Wartym podkreślenia jest fakt dobrej wśród Romów znajomości przepisów prawnych regulujących sferę pomocy społecznej tak w Polsce, jak i w docelowych krajach emigracji, a także umiejętność szybkiego zorganizowania się w nowym miejscu pobytu.
Romowie nie wykazujący inicjatywy w zakresie prowadzenia własnej (rejestrowanej lub nie rejestrowanej) działalności gospodarczej, a także nie podejmujący – z różnych przyczyn – zatrudnienia utrzymują się w większości z zasiłków pomocy społecznej lub innych świadczeń publicznych. Dodatkowym źródłem ich utrzymania są różne, czasem niecieszące się akceptacją społeczną, zajęcia. Podstawowym z nich jest tzw. chodzenie po prośbie. Zajęcie to wykonują wyłącznie Romni, które – kulturowo – odpowiadają w romskich rodzinach za sprawy bytowe. Czasem, niejako dodatkowo, wprowadzają one do obrotu dary pozyskiwane od różnych organizacji charytatywnych lub towary stanowiące pomoc rzeczową udzieloną przez jednostki pomocy społecznej. W tym zakresie aktywność wykazują również mężczyźni. Ich dodatkowym zajęciem bywa także zbieranie i sprzedaż surowców wtórnych oraz – dla przykładu – pozyskiwanie opału w lasach państwowych i prywatnych, co często prowadzi do szeregu nieporozumień, a nawet napięć pomiędzy społecznością romską a nieromską większością.
Zrozumienie obecnego położenia społecznoekonomicznego romskiej mniejszości etnicznej w Polsce, bez pobieżnej chociażby analizy rozwoju tej społeczności w tym właśnie kontekście, nie wydaje się możliwe. Dopiero bowiem analiza historyczna i aksjologiczna pozwala zrozumieć romską specyfikę, w tym także charakterystyczne spojrzenie Romów na kwestię aktywności zarobkowej. Na podstawie naszej wiedzy na temat społeczności romskiej można przyjąć m.in., iż:
1. choć różne grupy romskie w odmienny sposób waloryzują poszczególne profesje, dla większości z nich istnieją zawody cieszące się szczególnym uznaniem oraz zawody, których wykonywanie jest wykluczone;
2. uprawianie cieszącego się szczególnym uznaniem zajęcia podnosi prestiż jednostki w grupie, a w odniesieniu do innych grup romskich stanowi o wyższości grupy, do której się należy;
3. uprawianie takiej profesji stanowi gwarancję zachowania romskiej tożsamości, jest więc sposobem bezpośredniego wdrażania w życie zasad romaniphen;
4. problemy związane ze zmianą tradycyjnej profesji mają bezpośredni związek ze zjawiskami opisanymi wyżej;
5. Romowie, jako mniejszość marginalizowana, wypracowali system ekonomiczny zapewniający im środki umożliwiające utrzymanie się, którego cechą charakterystyczną – przynajmniej dla zdecydowanej większości grup – była konieczność stałego zmieniania rynków zbytu (stąd m.in. nomadyczny tryb życia);
6. wykonywane przez Romów profesje charakteryzują się dużą odpornością na zmiany koniunkturalne w krótkich okresach czasu, jednakże przeobrażenia technologiczne oraz rozwój rynku powodują, iż stają się zajęciami niszowymi lub – w dłuższych perspektywie – są eliminowane;
7. przymusowe osiedlanie Romów stanowiło istotną przyczynę ich obecnego położenia społecznoekonomicznego; przyczyniło się bowiem do zaniku, lub ograniczenia skali wykonywania tradycyjnych profesji (odcięcie od rynków zbytu);
8. aktywność ekonomiczna Romów na przestrzeni wieków wykazywała cechy aktywności wolnorynkowej bez względu na warunki otoczenia, co wielokrotnie stawało się przyczyną wiktymizacji tej grupy etnicznej;
9. obecne próby wyjścia poza schemat tzw. profesji romskich wiążą się z niebezpieczeństwem asymilacji; zagrożenie to jest przez liderów romskich dostrzegane, a konsekwencją tej konstatacji jest próba „uszczelnienia” granicy pomiędzy światem Romów i Gadziów.
Ostatnią kwestią, na którą chciałbym zwrócić uwagę, niech będzie fakt, iż ekonomiczna kondycja społeczności romskiej zawsze uzależniona była od stosunku do niej nieromskiej większości i polityki państwa. Przy tym zarówno opresyjność struktur państwowych, jak i bezkrytyczna opiekuńczość państwa przynoszą te same skutki w postaci pozbawienia społeczności romskiej podstaw samodzielnego bytowania. W pierwszym przypadku z powodu utraty możliwości wykonywania zawodów, do których Romowie są przygotowani (które zapewniają im godziwy poziom dochodów), w drugim zaś z powodu pozbawienia ich motywacji do systematycznej pracy, co w dalszej konsekwencji (nie tylko zresztą w przypadku społeczności romskiej) prowadzi do zaniku pozytywnych wzorców w tym zakresie. Skutki obydwu tych zjawisk uwidoczniły się w Polsce w przeciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat w sposób niezwykle jaskrawy. Wyjście zaś z tej sytuacji wymaga konsekwentnych działań szanujących romską specyfikę. Działań zindywidualizowanych, tj. dostosowanych do specyfiki poszczególnych grup, a nawet rodzin.

 

wtorek, 10 lipca 2012

ISM cdn...

Projekt "Interdyscyplinarne Seminarium Międzypokoleniowe" idzie pełną parą. Spotkania, pod koniec maja, zainaugurowali Staszek Alwasiak (Solidarność międzygeneracyjna i perspektywy wsparcia dla seniorów na przykładzie inicjatywy AAL) i Michał Adamczyk (Przyczyny kryzysu finansowego w USA). Na spotkaniu czerwcowym Staszek mówił o możliwościach pozyskania środków finansowych z Unii Europejskiej na projekty aktywujące seniorów, a Łukasz Bujak o problemach z innowacyjnością polskiej gospodarki. W lipcu Michał wprowadzał słuchaczy w zawiści podatku od dochodów kapitałowych, a Łukasz opowiadał o pomocy publicznej jako instrumencie polityk publicznych. Kolejne spotkanie już 17 lipca. Następne: 28 sierpnia i 11 września. Wszystkie w gościnnych murach Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (ul. Rajska 1), w sali 247. Startujemy o godz. 18.00. Zapraszamy!
Wykładowcami są słuchacze studiów doktoranckich organizowanych przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. Ale otwarci jesteśmy również na młodych adeptów nauki z innych uczelni. Ważne, by chcieli wyjść za hermetyczną granicę akademickości. Słuchaczami (często biorącymi udział w żywiołowych dyskusjach) wszyscy, którzy mają na to ochotę. W szczególności użytkownicy Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, a zwłaszcza seniorzy, dla których WBP stworzyła ciekawą ofertę aktywnego uczestnictwa w kulturze.
Wszystkich, którzy w jakiejś formie chcieliby włączyć się w ten projekt (przygotowanie referatu, pomoc w organizacji lub promocji itp.) - proszę o kontakt.
ISM (1)


wtorek, 16 sierpnia 2011

20 lat polskiego Internetu


20 lat. Piękny wiek. Z rozrzewnieniem wspominam czasem te lata. Hasło „Internet” mówiło mi mniej więcej tyle, co podróże na Marsa. Niby wiedziałem o co chodzi, ale w realność projektu trudno było – w krótszej perspektywie czasowej - uwierzyć.  Tymczasem pierwsze połączenie sieciowe Warszawy z Kopenhagą (17 sierpnia 1991 roku) uznawane za dzień narodzin polskiego Internetu, rozpoczęło prawdziwą rewolucję. Już kilka lat później, korzystając z różnorakich „koneksji”, można było zacząć z niego korzystać. Dla możliwości swobodnego surfowania po sieci podjąłem się nawet opieki nad rachityczną pracownią komputerową w moim instytucie. No po prostu łezka w oku się kręci.
Przy okazji warto zauważyć, jak przedziwnym tworem jest ludzka pamięć. Bo jakże trudno dzisiaj uwierzyć, że życie offline  było w ogóle możliwe. Podobne uczucia towarzyszą nam, kiedy popatrzymy na nasz telefon komórkowy (żeby jeden…) i szereg innych gadżetów, bez których dzisiaj trudno byłoby się nam obyć. A jednak. 40 wiosen na karku zobowiązuje do pamiętania o czasach, kiedy znalezienie sprawnej budki telefonicznej graniczyło z cudem, a cnotę cierpliwości ćwiczyło się czekając na swoją kolej do słuchawki wmontowanej w ścianę.
Internet, jako specyficzne osiągnięcie XX wieku, nabiera szczególnego znaczenia w stuleciu kolejnym. Wykorzystywany początkowo do celów naukowych, szybko zawładnięty został przez świat rozrywki, by obecnie wyewoluować także do postaci potężnej gałęzi gospodarki. Wystarczy zauważyć, że sklepy z elektroniką (dla przykładu) w realu, stają się powoli wielkimi wzorcowniami. Idziemy tam, by pooglądać, ale kupujemy – taniej – w necie. Zachwyt nad fenomenem Internetu nie może nam jednak przysłaniać faktu, że poza możliwościami sieci pozostaje całkiem spora rzesza ludzi.
Zjawisko to ma dwojaki charakter. Technologiczny i kompetencyjny. Po pierwsze bowiem nie wszędzie jeszcze sieć ma swoje końcówki lub ze względów ekonomicznych jest powszechnie dostępna, po drugie zaś istnieją całe grupy społeczne, którym brak wystarczających kompetencji do wykorzystania możliwości, jakie daje Internet. Wraz z jego rozwojem wyrosło nam nowe zjawisko, zwane wykluczeniem cyfrowym. Zjawisko, o bardzo poważnych konsekwencjach.
Od kilku lat staram się obserwować polskie zmagania z tym problemem. Nie można powiedzieć, że jesteśmy względem niego bezczynni. Powstają wszak projekty budowy regionalnych sieci szerokopasmowych, które mają zapewnić tani dostęp do szybkiego Internetu w najdalszych zakątkach kraju. Powstają też strategie walki z wykluczeniem cyfrowym w obszarze kompetencyjnym. W obydwu przypadkach zakłada się wykorzystanie możliwości finansowych związanych z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ich realizacja przebiegała sprawniej, niż ma to miejsce obecnie.
Regionalne sieci szerokopasmowe powstają z bardzo dużymi problemami. Warto wspomnieć, że do notyfikacji w Komisji Europejskiej zgłoszono dotychczas bodajże (a mówimy o perspektywie finansowej 2007-2013) jedynie warty 300 milionów euro projekt sieci szerokopasmowej dla Polski Wschodniej. Pozostałe, jak sądzę, są daleko w lesie, choć niektórzy z moich znajomych - zaangażowani w te przedsięwzięcia – mówią, że przesadzam. Oby mieli rację. Niezbyt optymistycznie wygląda też wykorzystanie środków przeznaczonych na upowszechnianie Internetu w ośrodkach peryferyjnych. Tu – jak sądzę – zasadniczym powodem jest brak świadomości wagi tego problemu oraz przytłaczający ciężar „dziur w drogach”.
Znacznie lepiej mogłoby być także z wdrażaniem strategii walki z wykluczeniem cyfrowym. Obecne działania postrzegam jako rozproszone i pozbawione jakiejkolwiek koordynacji. Z drugiej strony cieszę się, że swoje miejsce w ich realizacji odnalazły biblioteki publiczne. Warto tutaj przypomnieć chociażby implementację programu „Ikonka”, czy – dla przykładu – działania podejmowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie na rzecz zwalczania wykluczenia cyfrowego wśród seniorów.
Pomimo tych niedociągnięć przyszłość polskiego Internetu widzieć można w jasnych barwach. Wydarzenia tego roku pokazały siłę Internautów. Mam więc nadzieję, że władze publiczne nie będą podejmowały więcej prób ograniczania swobody w przestrzeni globalnej sieci (przykładów tego typu działań daleko w świecie szukać nie trzeba), skupiając się raczej na rozwoju e-administracji. Im więcej swobody, tym więcej innowacji. Bez swobody w Internecie nie mielibyśmy dzisiaj chociażby boomu w zakresie crowdsourcing’u. Owszem. Internet ma też swoje ciemne strony. Ale wszak ze względu na grupę idiotów na katedrach nie ogranicza się swobody badań naukowych. Od tego, jak wykorzystamy możliwości stwarzane przez rozwój sieci, w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądał XXI wiek.
Urodzinowe – wszystkiego najlepszego! Szczerze!

poniedziałek, 23 maja 2011

Bełkot



Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem

Na fali ogólnonarodowej debaty o chamstwie w Internecie i ja postanowiłem zagłębić się w jego przestworzach. A że koszula najbliższa ciału wygooglowałem siebie. A co! No dobrze. Nie tylko wygooglowałem. Zajrzałem też w kilka miejsc „poleconych” mi ostatnio przez znajomych. Zaglądają tam regularnie. Ja od wielkiego dzwonu. No i zagrzmiał. A głos jego donośny jak cholera.
Czego to się człowiek nie dowie o sobie w sieci. Zabawa pyszna. Doprawdy. Choć i przykro się robi, że Matka Ziemia tylu frustratów musi nosić na swoich spracowanych barkach. No cóż. 4,5 mld lat temu przetrwała uderzenie planety wielkości Marsa (stąd mamy księżyc), a i mniejsze obiekty kosmiczne – przez ostatnich 4,6 mld lat - nie szczędziły jej razów. Równie mocno jej wytrzymałość testowali amatorzy przyspieszonego Armagedonu częstując ją serią eksplozji nuklearnych. Wytrzymała? A jakże. Przetrwała sobotni koniec świata punkt o 18.00,  więc przetrwa też zmasowany atak frustratów w cyberprzestrzeni.
Trzy rzeczy uderzyły mnie szczególnie podczas tej wycieczki w głąb ludzkich resentymentów. Pierwsza to trwałość niektórych tematów. Powiedzmy, że brałem udział w jakimś konkursie, który – tak bywa – wygrałem. Zawsze wówczas zdarzy się jakiś kontrkandydat twierdzący jeszcze niemal dekadę później, że konkurs musiał być ustawiony. No bo przecież – a jakże – w przeciwnym wypadku zakończyłby się zgoła innym werdyktem. Druga to różnorodność form. Przeważają wpisy na forach, ale zaraz po nich plasuje się multiplikowanie nieprzychylnych opinii w każdym możliwym miejscu. Ale to, co dostałem ostatnio mailem (publikacja w sieci jest dopiero zapowiadana) przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Stałem się ja oto – marny żuczek – bohaterem (negatywnym oczywiście) opowiadania. Ba! Powieści w odcinkach! Ukazał się dopiero pierwszy. Z niecierpliwością oczekuję następnych. Mam nawet kilka pomysłów, jak mogłaby się rozwinąć akcja.
No i w końcu rzecz trzecia. Określę ją jednym słowem: bełkot. Tym, którzy nie do końca wiedzą, co to takiego, polecam wygooglowanie ostatnich uchwał Zarządu Województwa Małopolskiego dotyczących Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (odwołanie mnie ze stanowiska dyrektora, cofnięcie pani Annie Wiśniewskiej „powierzenia obowiązków dyrektora”, ogłoszenie konkursu na dyrektora). Zachęcam zwłaszcza do przeczytania ich uzasadnień. Istny kabaret. To że podawane w nich fakty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (pomyłka w dacie powołania mnie na to stanowisko sięga 4 lat!) to nic w porównaniu ze stylem w jakim powstały. Dadaiści spaliliby się ze wstydu czytając te bzdury.
Dwie refleksje na koniec. Widząc jakim błotem obrzucany bywam w sieci zastanawiam się, czy warto silić się na jakąś reakcję. Publikować polemiki? Po co? Przecież nie jest to rodzaj krytyki, a ordynarny atak. Krytykę można przyjąć, albo – nie zgadzając się z nią – przedstawić kontrargumenty. Ale polemizować z bełkotem? A może użyć środków prawnych? Anonimowych (choć nie zawsze) autorów wpisów na formach można namierzyć. Tylko po co? Włóczenie się po sądach to zajęcie niezwykle przykre. Potrzebne mi jeszcze te dodatkowe przykrości? Może lepiej niech problemem zajmą się Ci, którzy najlepiej się na tym znają. Psychiatrzy. Kilka doktoratów kategoryzujących sieciowych frustratów widzę już oczyma wyobraźni.
Jeśli mam się już włóczyć to najlepiej po świecie. Ot chociażby tam, gdzie o zasięg globalnej sieci trudno. Dla przykładu – można wsiąść na prom i popływać po Bałtyku. Przy okazji zajrzeć do Sztokholmu i Tallina, albo zapuścić się i głębiej. Pooglądać kamienie runiczne w Sigtunie, albo zadumać się nad grobem Linneusza w Uppsali. Szwedzi – jak tylko zaświeci słońce - to bardzo radośni ludzie. Nieco gorzej sprawa ma się z Estończykami. Kryzys daje im się mocno we znaki. Zastąpienie narodowej waluty Euro spowodowało wzrost cen. I choć z uśmiechem opowiadają np. o swojej malutkiej armii, w której ostatnio zlikwidowano kompanię rowerową, aż strach się bać zaglądać na estońskie forma internetowe…

środa, 23 marca 2011

Horror w bibliotece

Pewnie mało kto z Was wie, że wśród wielu wydawanych przez Bibliotekę Narodową pozycji znajdują się i horrory. Czytuję je od lat i przyznaję, że z roku na rok stają się co raz to bardziej drastyczne. Kilka z nich chciałbym dzisiaj zarekomendować. Nosiłem się z tym od pewnego czasu, ale dopiero dziś – jak się wydaje - jest najbardziej właściwy wieczór, by parę słów na ich temat skreślić.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej,  jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc  tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Jeśli przypomnieć, że adaptacja zawilgoconego poddasza na tę czytelnię stała się powodem odsądzania mnie (i nie tylko mnie) od czci i wiary, a po jej uruchomieniu biblioteka nie uzyskała środków umożliwiających jej bezpieczne realizowanie podstawowych zadań, to wnioski nasuwają się same. Trudno zakładać, że bez zmiany mentalności polityków i świadomości mediów będziemy mogli przekształcić nasze biblioteki w instytucje efektywnie promujące czytelnictwo. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni nadal będą one li tylko listkiem figowym maskującym naszą bierność, zaś te, którym uda się wybić ponad przeciętną – łakomym kąskiem politycznym.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.

środa, 3 listopada 2010

Wybory

21 listopada 2010 roku odbędą się wybory samorządowe. Kandyduję w nich do Sejmiku Województwa Małopolskiego z 16 (ostatniego) miejsca na liście nr 10 Komitetu Wyborczego Wyborców „Wspólnota Małopolska Marka Nawary” (okręg nr 3 obejmujący miasto Kraków). Nie prowadzimy szeroko zakrojonej kampanii. Nie jesteśmy partią polityczną. Nie dysponujemy publicznymi środkami, które można by na ten cel przeznaczyć. Ma to jednak i swoje zalety. Bo choć nie możemy sobie pozwolić na bilbordy i spoty telewizyjne, to nie musimy słuchać rozkazów z Warszawy. KWW „Wspólnota Małopolska Marka Nawary” gromadzi ludzi doświadczonych, samorządowców, przedsiębiorców, społeczników… Ich wybór stanowi gwarancję rzetelnego zajęcia się sprawami Małopolski. Hasło naszej kampanii to: SERCE I WIEDZA DLA MAŁOPOLSKI. Osobiście dodałem do tego jeszcze SOLIDNIE – UCZCIWIE – SKUTECZNIE!

Jest kilka spraw, którym szczególnie chciałbym poświęcić się, jako radny Województwa Małopolskiego. Wierzę bowiem, że od tego, jak będzie rozwijał się Kraków, jako stolica regionu, zależy przyszłość całego województwa. Aby Kraków był metropolią, Sejmik Województwa Małopolskiego musi dołożyć starań, żeby:

* Zapewnić miastu dostępność komunikacyjną. To konieczność dokończenia budowy obwodnicy Krakowa oraz budowy nowego przebiegu dróg wojewódzkich łączących miasto z subregionami. Radni Sejmiku muszą dołożyć wszelkich starań, by połączenie drogowe z Kielcami i Warszawą znalazło się w planach inwestycyjnych na najbliższe lata. Podobne zadania czekają samorząd w sprawie przebudowy szlaków kolejowych oraz budowy sprawnego systemu przewozów regionalnych. Komunikację ze światem musi zapewnić rozbudowane i racjonalnie zarządzane lotnisko w Balicach, które powinno uzyskać dogodne połączenie drogowe i kolejowe z centrum Krakowa.

* Zapewnić miastu bezpieczeństwo powodziowe. W tym zakresie Województwo ma szczególnie dużo do zrobienia. Niezbędne jest dokończenie modernizacji wałów wiślanych, przeprowadzenie prac modernizacyjnych na mniejszych ciekach wodnych, zastąpienie śluz łączących je z Wisłą przepompowniami. Dotyczy to zwłaszcza Potoku Kostrzeckiego, Strugi Rusieckiej, Potoku Sidzinka i Serafy. Dopracowania wymaga też system reagowania na zagrożenie powodziowe służb melioracyjnych oraz instytucji odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysowe.

* Zapewnić miastu dobrze zorganizowaną opiekę medyczną. Wzmocnienia wymaga cały system ratownictwa medycznego - od Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego po sieć Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Szpitalom Wojewódzkim należy stworzyć warunki, w których będą w stanie w pełnym zakresie realizować swoją misję. Oznacza to ich dokapitalizowanie oraz wsparcie dla działań restrukturyzacyjnych i modernizacyjnych. Województwo powinno wspierać też innowacyjne inicjatywy w zakresie służby zdrowia, w tym ideę budowy w Krakowie pierwszego w Europie Centrum Leczenia Szpiczaka.

* Zapewnić wszystkim krakowianom dostęp do kultury. Województwo nie tylko powinno dbać o powstawanie nowych instytucji kultury i nowych obiektów, w których one funkcjonują, ale przede wszystkim mieć wieloletnią strategię ich funkcjonowania, popartą odpowiednimi gwarancjami finansowymi. W szczególny sposób Województwo powinno zadbać o biblioteki publiczne oraz inne inicjatywy zmierzające do promocji czytelnictwa.

* Zapewnić warunki dla rozwoju przedsiębiorczości. Będzie to możliwe dzięki właściwemu wykorzystaniu środków europejskich, a także wydajnemu gospodarowaniu majątkiem Województwa. Oznacza to konieczność włączenia się w działania zmierzające do zapewnienia Polsce jak największego udziału w europejskim budżecie na lata 2014-2020 oraz podjęcie pracy nad innym niż dotychczas sposobem wykorzystywania majątku, którego nasz Region jest właścicielem. Środki europejskie i dochody z majątku służyć muszą wspieraniu powstawania nowych podmiotów gospodarczych oraz innowacyjnych projektów przedsiębiorstw już istniejących.

* Stworzyć warunki dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. To konieczność rozszerzenia zakresu współpracy z organizacjami pozarządowymi poprzez stworzenie funduszu małych i dużych grantów oraz odbiurokratyzowanie sposobu wydatkowania tych środków. Obecnie obowiązujące regulacje paraliżują realizację wielu cennych projektów. Koniecznym jest wykorzystywanie możliwości „powierzania” stowarzyszeniom i fundacjom realizacji zadań publicznych. W wielu przypadkach będą one wykonywały je lepiej i taniej niż administracja.

* Zapewnienie instytucjom publicznym możliwości profesjonalizacji działań i rozwoju. Oznacza to wdrożenie w życie zasad „nowego zarządzania publicznego”. Administracja regionalna i inne podległe Województwu jednostki powinny kierować się jednolitymi (transparentnymi i obiektywnymi) standardami zatrudniania oraz awansu wewnętrznego opartego o kompetencje i zaangażowanie. To one – a nie koneksje polityczne – winny decydować o tym, kto w nich pracuje i nimi zarządza.

Czy potrafię zmierzyć się z tymi problemami? Gwarancją tego, że tak, jest moje dotychczasowe doświadczenie.
Niebawem skończę 40 lat. Od dwudziestu jestem związany z Krakowem. Tutaj studiowałem, założyłem rodzinę, dojrzewałem zawodowo i społecznie. Studia ukończyłem na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie uzyskałem stopień naukowy doktora nauk humanistycznych. Od dziesięciu lat jestem związany z instytucjami publicznymi. Pełniłem funkcje Rzecznika Prasowego Wojewody Małopolskiego, Pełnomocnika Wojewody ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych, Dyrektora Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, Dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego. W ramach licznych projektów i inicjatyw dydaktycznych współpracuję z Małopolską Szkołą Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, Uniwersytetem Pedagogicznym w Krakowie oraz Stowarzyszeniem Willa Decjusza. Jestem członkiem Stowarzyszenia „U siebie – At home”, Korporacji Samorządowej im. Józefa Dietla oraz Małopolskiego Stowarzyszenia Rozwoju Regionalnego, gdzie pełnię funkcję Przewodniczącego Zarządu.
Mam nadzieje, że zetknęli się Państwo z efektami mojej dotychczasowej pracy. Bardzo bym chciał, żeby to one mówiły raczej o mnie niż ja sam. Każdy głos, który uzyskam dzięki temu, że znacie mnie takim jakim jestem, polecił Wam moją kandydaturę ktoś, kto mnie osobiście zna lub zetknął się z tym, co udało mi się dotychczas zrobić to dla mnie wartość, której przecenić nie sposób.
W życiu kieruję się prostymi zasadami - solidność, lojalność, uczciwość i skuteczność. Za konsekwentne ich przestrzeganie czasem muszę płacić bardzo wysoką cenę. Nie zniechęciło mnie to jednak do pracy na rzecz dobra wspólnego. Chciałbym swoją wiedzą i doświadczeniem służyć Państwu jako Radny Województwa Małopolskiego. Dlatego proszę o Państwa głos w wyborach 21 listopada br.


dr Artur, Zygmunt Paszko
kandydat na Radnego Województwa Małopolskiego
Lista nr 10, miejsce 16 (ostatnie)
Komitet Wyborczy Wyborców „Wspólnota Małopolska Marka Nawary”

środa, 20 października 2010

Finis coronat opus

Pomyślałem sobie, że najwyższy już czas zamknąć temat, który ciągnie się za mną niemalże półtorej roku. Zastanawiając się, jak to zrobić doszedłem do wniosku, że w liście otwartym, który skierowałem do Radnych Sejmiku Województwa Małopolskiego, ustosunkuję się do stanowiska zajętego w tej sprawie przez Komisję Rewizyjną SWM. List przesłałem do wiadomości kilku dziennikarzy, zwłaszcza zaś tych, którzy byli szczególnie aktywni w owym czasie. Jego treść zamieszczam też niżej.



Kraków, 19 października 2010


Szanowni Państwo

Radni

Sejmiku Województwa Małopolskiego



Szanowni Państwo,


Z pewnym opóźnieniem zapoznałem się ze Stanowiskiem Komisji Rewizyjnej Sejmiku Województwa Małopolskiego z posiedzenia w dniu 26 sierpnia 2010 roku w sprawie zakończenie kontroli w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej przy ul. Rajskiej w Krakowie (znak: KS.III.0042/11/10/2010). Nie ukrywam, że jest ono dla mnie powodem do satysfakcji, ale i budzi pewien niedosyt.

Cieszę się, że Komisja dostrzegła "(…) pozytywne efekty remontu Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie". Zastanawia mnie jednak lakoniczność tego sformułowania. Przypomnijmy, że zarzucono mi, iż nakłady poniesione na realizację projektu adaptacji poddasza budynku przy ul. Rajskiej 1 w Krakowie na cele niezbędne dla właściwej realizacji zadań statutowych Biblioteki są niewspółmierne do osiągniętych efektów, zaś same koszty tej inwestycji uznano za horrendalne. W tym duchu wypowiadali się niektórzy Radni i Członkowie Zarządu Województwa Małopolskiego. Część z tych wypowiedzi miała charakter medialny, łatwo więc i dzisiaj do nich sięgnąć.

Zarówno ja, jak i inni uczestnicy procesu inwestycyjnego, dowodziliśmy, że przedsięwzięcie zostało przeprowadzone w sposób optymalny dla danych warunków makroekonomicznych, zaś uzyskane efekty w stosunku do poniesionych nakładów świadczą o rzetelności w realizacji zadania i dbałości o finanse publiczne. Szczegółowe dane na ten temat opublikowałem swego czasu w Internecie (http://arturpaszko.blogspot.com/2009/08/fakty_8882.html). Koszt adaptacji poddasza, liczony jak dla inwestycji tego typu, nie jest wysoki. Porównanie poniesionych na ten cel nakładów z innymi tego typu inwestycjami realizowanymi w podobnych warunkach dowodzi, iż inwestycja ta została przeprowadzona w sposób wyjątkowo oszczędny.

W tym miejscu warto zadać sobie pytanie, czy nakłady poniesione w celu adaptacji poddasza budynku WBP w Krakowie mogły być niższe. Odpowiedź w tym względzie musi być pozytywna. Świadczą o tym wyniki wszystkich (a było ich sporo – wbrew temu, co twierdziła "Gazeta Wyborcza" i TVP Kraków) kontroli. Wskazują one na decyzję o etapowaniu inwestycji, jako przyczynę wzrostu jej pierwotnie szacowanej wartości. Chciałbym nadmienić, że rozstrzygnięcie to podjąłem nie ja, lecz Zarząd Województwa Małopolskiego II kadencji. Do dzisiaj trudno mi zrozumieć powody, jakie leżały u jej podstaw. Bo – wbrew stwierdzeniu jednego z Członków ZWM – nie mogła być nim "(…) logika realizacji projektów współfinansowanych w ramach Kontraktu Wojewódzkiego". Wspominam o tej kwestii nie dlatego, iżbym domagał się dzisiaj wyciągania politycznych konsekwencji wobec osób wprowadzających w błąd jeden z organów SWM, a tym bardzie osób, które podjęły decyzję o etapowaniu przedmiotowej inwestycji. Chciałbym jedynie podkreślić, iż w moim odczuciu podniesienie tego faktu przez Komisję Rewizyjną uchroniłoby w przyszłości budżet Województwa Małopolskiego przed skutkami krótkowzrocznych decyzji inwestycyjnych.

Na marginesie warto przypomnieć fakt, iż ZWM II kadencji zobowiązał mnie nie tylko do przedstawienia koncepcji etapowania inwestycji, ale także do poważnego ograniczenia jej zakresu. Adaptacja poddasza wiązała się bowiem z koniecznością przeprowadzenia szeregu dodatkowych prac w całym budynku Biblioteki. Argumentowałem, że poddasze nie stanowi odrębnej nieruchomości, a przeciwnie – stanowi integralną część obiektu zlokalizowanego przy ul. Rajskiej 1 w Krakowie. Ingerencja w substancję poddasza wymusza więc przeprowadzenie dodatkowych prac na niższych kondygnacjach. Argumenty te nie spotkały się ze zrozumieniem. Koncepcję adaptacji musiałem drastycznie ograniczyć. Dopiero później udało się Bibliotece pozyskać środki spoza budżetu Województwa Małopolskiego na niektóre z niezbędnych prac. Niestety, nie udało się jej pozyskać środków na realizację zadań z zakresu ochrony przeciwpożarowej, których wykonanie stanowi konsekwencję adaptacji poddasza, dotyczy jednak nie jego samego, lecz całego obiektu. Zarzucanie mi braku działań w tym zakresie, co szczególnie mocno sugerował Kazimierz Czekaj, jest niedorzecznością.

W dalszej części Stanowiska Komisji Rewizyjnej Sejmiku Województwa Małopolskiego z posiedzenia w dniu 26 sierpnia 2010 roku w sprawie zakończenie kontroli w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej przy ul. Rajskiej w Krakowie znajdujemy stwierdzenie, że "(…) dostrzega [ona – AP] naruszenie ustawy zamówień publicznych, lecz zgadza się z wnioskami Regionalnej Izby Obrachunkowej, iż nie było to naruszenie istotne, tzn. powodujące straty materialne dla Województwa". Kwestia ta – moim zdaniem – wymaga nieco szerszego omówienia.

Zarząd Województwa Małopolskiego 12 sierpnia 2009 roku powiadomił Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych przy Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Krakowie o naruszeniu przeze mnie dyscypliny finansów publicznych, które polegać miało na:

  1. dokonaniu wydatków ze środków publicznych bez upoważnienia, albo z przekroczeniem zakresu upoważnienia

oraz

  1. udzieleniu zamówienia o wartości 247.025,59 zł w trybie "z wolnej ręki", pomimo braku przesłanek do zastosowania tego trybu.

Badając sprawę Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych już 9 października 2009 roku stanowczo podważył zasadność pierwszego z tych zarzutów (Postanowienie z dnia 9 października 2009 roku o odmowie wszczęcia postępowania wyjaśniającego w sprawie naruszenia dyscypliny finansów publicznych, sygn. akt: RDFP-512/95/2009) stwierdzając, że nie znajduje on potwierdzenia w materiałach sprawy oraz przepisach powszechnie obowiązującego prawa. Drugą kwestię skierował do decyzji Regionalnej Komisji Orzekającej w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych przy Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Krakowie (Wniosek o ukaranie z dnia 7 grudnia 2009 roku, sygn. akt: RDFP-512/95/2009). Należy zaznaczyć, iż Rzecznik uznał, że ponoszę winę nieumyślną za "(…) naruszenie w dniu 23 listopada 2006 roku dyscypliny finansów publicznych w rozumieniu art. 17 ust. 1 pkt 2 lit. a) ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, poprzez: zawarcie – powołując się na art. 66 i art. 67 ust. 1 pkt 5 lit. a) i lit. b) ustawy (…) Prawo zamówień publicznych (…) - umowy NR WBP-ZP-15/2006 z Przedsiębiorstwem Rewaloryzacji Zabytków w Krakowie Spółka Akcyjna (…) w trybie "zamówienia z wolnej ręki", pomimo braku przesłanek dla zastosowania tego trybu, w zakresie części zamówienia obejmującej "dostawę dźwigów D1 i D2" o wartości: 202.408,00 zł netto (…)". Dlatego też wnioskował o ukaranie mnie najniższą możliwą karą w postaci upomnienia.

Regionalna Komisja Orzekająca rozpatrzyła wniosek Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych dopiero w dniu 7 maja 2010 roku. Przyjęła ona przedstawione przeze mnie argumenty, że działałem w dobrej wierze oraz z korzyścią dla finansów publicznych. Nie podzieliła jednak mojej argumentacji co do zasadności przyjęcia przesłanek z art. 66 i art. 67 ust. 1 pkt 5 lit. a) i lit. b) ustawy Prawo zamówień publicznych jako uzasadniających zastosowanie trybu "z wolnej ręki" dla zakupu ww. wind. Tym niemniej nie zdecydowała o ukaraniu mnie lecz sprawę umorzyła (Orzeczenie Regionalnej Komisji Orzekającej w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych przy Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Krakowie z dnia 7 maja 2010 roku, znak: RKO-522/106/09). Czytając uzasadnienie Orzeczenia Komisji dochodzę do przekonania, że Komisja przyjęła moje argumenty mówiące o tym, że podjęcie takich właśnie a nie innych kroków było niezbędne dla dobra finansów publicznych. Niepodjęcie ich groziło szkodą dla tychże! Swój wywód w tym względzie oparłem o przepis art. 44 ustawy o finansach publicznych, który w pkt. 3 ust. 1 mówi, iż wydatki publiczne powinny być dokonywane w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem zasad: a) uzyskiwania najlepszych efektów z danych nakładów, b) optymalnego doboru metod i środków służących osiągnięciu założonych celów; 2) w sposób umożliwiający terminową realizację zadań; 3) w wysokości i terminach wynikających z wcześniej zaciągniętych zobowiązań.

Stanowczo brakuje mi odwołania do tych kwestii w przedmiotowym Stanowisku Komisji Rewizyjnej. Dopiero one bowiem tworzą właściwy kontekst dla słów: "(…) dostrzega naruszenie ustawy zamówień publicznych (…)". Owo naruszenie nie miało bowiem charakteru czynu zamierzonego. Było podyktowane chęcią działania na korzyść finansów publicznych oraz przyniosło efekt w postaci ewidentnych korzyści dla Województwa Małopolskiego.

Z pewnym zażenowaniem przyjąłem informację, że po sformułowaniu przez Komisję Rewizyjną Sejmiku Województwa Małopolskiego Stanowiska z posiedzenia, które odbyło się w dniu 26 sierpnia 2010 roku, wśród części Radnych pojawiły się opinie, że nawet o ile nie złamałem prawa, to postąpiłem nieetycznie. Twierdzenia te odnoszą się niewątpliwie do – podnoszonego przez niektóre małopolskie media – faktu zakupu przeze mnie mieszkania od wykonawcy robót budowlanych w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej. Przyznaję, że jest to dla mnie pewne zaskoczenie. W piśmie z dnia 10 lipca 2009 roku skierowanym do Wicemarszałka Województwa Małopolskiego pana Romana Ciepieli zbiłem podniesione w "Dzienniku Polskim" argumenty, których istotą było stwierdzenie, że fakt zakupu przeze mnie nieruchomości od PRZ S.A. postawił mnie w sytuacji konfliktu interesów. Następnie przekazałem wszystkim Klubom Radnych SWM komplet dokumentów związanych z tą transakcją. Dowodziły one niezbicie, że została ona przeprowadzona w sposób niebudzący żadnych wątpliwości, co do jej uczciwości. Materiały na ten temat opublikowałem też w Internecie (http://arturpaszko.blogspot.com/2009/07/nie-jestem-wielbadem_6644.html; http://arturpaszko.blogspot.com/2009/07/post-scriptum_18.html). W tym kontekście rodzi się pytanie, co tak naprawdę oznaczać ma owo stwierdzenie o moim rzekomo nieetycznym zachowaniu. Jeżeli bowiem zachowałem się uczciwie, nikogo nie okradłem, nie oszukałem, nie odniosłem nienależnej mi korzyści, nie działałem na szkodę finansów publicznych ani żadnej osoby fizycznej lub prawnej itp. - to gdzie tutaj jakieś zachowanie nieetyczne? Z drugiej zaś strony czy etycznym jest pomawianie mnie o niestworzone rzeczy, podpieranie swoich twierdzeń przed organami SWM nieprawdą, publiczne prezentowanie sądów nie opartych na faktach, manipulowanie nimi itp.? Pozostawiam to ostatnie pytanie bez odpowiedzi. Nie chcę być niczyim sędzią.

Zdaję sobie sprawę, że w świecie, w którym media kreują obraz władzy publicznej jako skorumpowanej i nieetycznej, dokonana przeze mnie transakcja mogła rodzić pewne pytania. Zastanawia mnie jednak, dlaczego nie wyblakły one w świetle dowodów, ewidentnie te wątpliwości rozwiewających, zaś przedstawiane przeze mnie racjonalne argumenty były w debacie publicznej w sposób bezpardonowy pomijane. W zamian pojawiały się nowe, co raz to bardziej absurdalne oskarżenia. Jedynym wytłumaczeniem tego faktu jest kontekst w jakim cała sprawa się rozegrała. W lutym 2009 roku pan Marek Nawara – Marszałek Województwa Małopolskiego uległ ciężkiemu wypadkowi, który stanowił początek jego wielomiesięcznej hospitalizacji. Znaleźliśmy się więc w sytuacji szczególnej. Gdyby nie fakt, że Statut Województwa Małopolskiego przewidywał na taką okoliczność powierzenie funkcji przewodniczącego Zarządu Województwa Małopolskiego najstarszemu wiekiem wicemarszałkowi, zaś udzielone mi przez pana Marszałka Nawarę przed wypadkiem pełnomocnictwa umożliwiały stosunkowo normalne funkcjonowanie Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, a także innych wojewódzkich jednostek organizacyjnych, koniecznym stałoby się odwołanie pana Marka Nawary z funkcji Marszałka Województwa i powołanie nowego Zarządu Województwa Małopolskiego.

Nigdy nie nadużyłem faktu posiadania rozległych uprawnień. Wszystkie swoje decyzje, podejmowane w zastępstwie Marszałka Województwa Małopolskiego, konsultowałem z panem Wicemarszałkiem Romanem Ciepielą, a kiedy wymagała tego sytuacja, także z innymi Członkami ZWM lub Zarządem Województwa in gremio. Wystarczy sięgnąć pamięcią do tamtego okresu by stwierdzić, że nie wszyscy akceptowali ten stan rzeczy. Później doszła do tego próba utrudnienia mi kontaktu z Marszałkiem Markiem Nawarą oraz kontestowanie możliwości wydania przez niego pełnomocnictw.

Nie wiem, czy przedstawiony przeze mnie kontekst medialnego i politycznego ataku na moją osobę właściwie tłumaczy wydarzenia ubiegłego roku. Nie ulega jednak wątpliwości, że miały one związek z osobą Marszałka Województwa Małopolskiego. Kiedy bowiem temat zakupu przeze mnie mieszkania okazał się nieprzydatny do wykorzystania, rozpętano nową kampanię. Tym razem jej zasadniczą tezą stało się rzekome wprowadzenie Sejmiku Województwa Małopolskiego w błąd przez Zarząd Województwa Małopolskiego, którego pracą kierował pan Marek Nawara, w sprawie kosztów adaptacji poddasza Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Oskarżenia te publicznie padły z ust Przewodniczącego Komisji Budżetu, Mienia i Finansów pana Kazimierza Czekaja. Absurdalność tych zarzutów wykazała Komisja Rewizyjna SWM, która dodatkowo udowodniła, że radny Czekaj wprawdzie podpisywał listę obecności na sesjach Sejmiku, ale nie uczestniczył w nich zbyt rzetelnie, o czym świadczy brak jego obecności podczas głosowań. Ostatecznie zaprzestał on głoszenia tych absurdalnych oskarżeń dopiero po opublikowaniu na stronach internetowych Województwa Małopolskiego białej księgi w tej sprawie. Kompromitacja w tym względzie nie przeszkodziła radnemu Czekajowi w prowadzeniu kolejnej negatywnej kampanii. Jej przedmiotem stały się równie absurdalne zarzuty związane z najmem powierzchni biurowych na potrzeby Urzędu.

Mając na względzie fakt, że poddanie się politycznej nagonce niosłoby za sobą trudne do oszacowania konsekwencje przyjąłem, że zaprzestanę pełnienia funkcji Dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego dopiero wtedy, gdy będzie jasne, że pan Marszałek Marek Nawara wróci do pracy. Chciałem to uczynić wyprzedzając ten fakt, tak aby nie dać nikomu możliwości atakowania Marszałka z mojego powodu. Wcześniej postanowiłem, że nie będę publicznie odpowiadał na stawiane mi zarzuty, bez względu na to, jak absurdalnej nie przybrałyby formy. Było dla mnie jasne, że żadne racjonalne argumenty nie mają szansy przebić się do opinii publicznej. Wystarczających dowodów w tej sprawie dostarczyły mi efekty moich rozmów z dziennikarzami. Szczerze powiedziawszy, dzisiaj również jestem przekonany, że list który do Państwa kieruje, stanie się jeśli nie przyczynkiem do kolejnej kampanii oszczerstw, to przynajmniej powodem do dalszych insynuacji lub chociażby uszczypliwości. Uznałem jednak, że najwyższy czas, żebym chociażby w takiej formie, ustosunkował się do całej tej nagonki.

Jest to dla mnie tym bardziej ważne, że fakt oczyszczenia mnie z zarzutów przez Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych oraz Regionalną Komisję Orzekającą, jak można było przewidywać, nie stał się wystarczającym materiałem do publikacji medialnych, które by w rzetelny sposób naświetlały kwestię. Zabrakło – jak zwykle w takich sprawach – minimum przyzwoitości. Zamiast tego od czasu do czasu docierają do mnie rozsiewane po mieście plotki. Jeśli i do Państwa docierają różne pogłoski śpieszę wyjaśnić: począwszy od 10 lipca 2009 roku, a więc od ukazania się pierwszego tekstu w opisanej wyżej sprawie, nigdy nie zostałem przesłuchany, ani nie wykonano z moim udziałem żadnych czynności, które mogłyby świadczyć, że toczy się przeciwko mnie jakiekolwiek postępowanie. Tym niemniej kilka tygodni temu zwróciłem się do Szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego z pytaniem, czy wszczęte przez CBA czynności o charakterze informatyczno-analitycznym w związku z inwestycją w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie już się zakończyły. Jak dotychczas nie otrzymałem odpowiedzi na moje wystąpienie, chociaż pamiętam, że dla potrzeb medialnych informacji tych udzielano obficie. Dzisiaj najwyraźniej takich potrzeb już nie ma.

Reasumując pragnę wyrazić ubolewanie z powodu żenującego spektaklu jakiego byliście Państwo świadkami. Uznaję, że jego istotą są niespełnione, wybujałe ludzkie ambicje, do których realizacji przyczynić miała się frustracja i niespełnione aspiracje jednego z moich byłych współpracowników. Jednocześnie chciałbym Państwu serdecznie podziękować za tych kilkadziesiąt miesięcy wspólnej, rzetelnej pracy. Ze strony większości z Państwa zawsze spotykałem się ze zrozumieniem i wyrazami sympatii. To rzecz niezwykle cenna. Szczególne podziękowania kieruję na ręce Pana Marszałka Marka Nawary, za zaufanie jakim mnie obdarzył. Wierzę, że tego zaufania nigdy nie nadużyłem.


Z poważaniem

(-) Artur Paszko