Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lipca 2018

Termopile

Są kwestie, o które trudno się sprzeczać. Są i takie, o które sprzeczać się warto. Do pierwszej z tych kategorii należy konstatacja, że egzystencja jednostki jest na tyle krótka, że sam jej fakt może pozostać niezauważony i w większości przypadków takim pozostaje. Nie umniejsza to jednak wadze żadnego z istnień, gdyż (…) czymże jest każdy ocean jeśli nie morzem kropel? (David Mitchell, Atlasie chmur). Tyle tylko, ze w tym krótkim zdaniu kryje się pułapka. Bo czyż ową kroplą nie stajemy się dopiero wówczas, gdy działamy? Tak jak chciałby tego Albert Schweitzer, gdy pisze: To, co możesz uczynić, jest tylko maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym, co nadaje znaczenie Twojemu życiu. Na czym ma polegać to działanie? I czy o działanie zawsze tu chodzi? Bo czyż podobnego znaczenia, w pewnych sytuacjach, nie nabiera odmowa działania, czy też inna, bierna forma sprzeciwu wobec tego, co nas przytłacza?

I to jest właśnie ta druga strona medalu. Pytanie, odpowiedź na które nasuwa przypuszczenie, że nie każde zwycięstwo jest zwycięstwem, a klęska – klęską, że pokonany bywa zwycięzcą, a zwycięzca – pokonanym. Nie trzeba jakichś nadzwyczajnych uzdolnień, by móc wyobrazić sobie, że to, co dzisiaj wydaje nam się porażką, z upływem czasu jawi się jako sukces, zaś to, co bylibyśmy skłonni uznać za wygraną, po pewnym czasie jawi się, jako porażka. Chronos, jako wielki sędzia, rozstrzygający, po której stronie leży racja. Powiedzcie to Leonidasowi… Ręczę, ze Was nie zrozumie. Jego porażka, była dla niego realną przegraną, bez względu na to, jak widzimy dzisiaj Termopile. To zaś, że postrzegamy je w taki, a nie inny sposób, jest wynikiem tego, że miał odwagę stanąć do nierównej walki, ze świadomością, że zostanie pokonany. Bo czasem przegrać warto.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Między kazaniem, lekturą i polityką


I znów odwieczny dylemat. Pisać czy nie pisać? Gdyby tak milczeć, można by zasłużyć na miano filozofa. Tym jednakowoż nie jestem, a stanu rzeczy w żaden sposób poprawić nie może fakt, iż od kilku lat, konsekwentnie pozwalam sobie być brodaczem. Najwyraźniej broda nie ma nic wspólnego z filozofią. Fakt jej posiadania lub nieposiadania pozostaje dla niej okolicznością obojętną. Żywymi ilustracjami tego stanu rzeczy mogą być z jednej strony niżej podpisany, z drugiej zaś - konsekwentnie bezbrody minister sprawiedliwości, ikona polskiego konserwatyzmu - Jarosław Gowin.
 
Ustaliliśmy więc, że nie jestem filozofem. Wbrew obiegowej opinii, z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że - przynajmniej z tytułu specjalizacji naukowej - nie jest nim też obecny Minister Sprawiedliwości. Do ustalenia w ramach wstępu pozostaje nam jeszcze jedno: czy ja, niegodny, mam takie samo prawo wypowiadać się w danej sprawie, jak minister rządu Rzeczypospolitej? Pytanie ze wszech miar zasadne. Mam bowiem w swoim bagażu doświadczeń również wspomnienie sprzed kilku lat, telefonu od jednego z ministrów, który takie pozytywne przeświadczenie kwestionował. Otóż, przyjmując za dobrą monetę zadekretowany konstytucyjnie ustrój Najjaśniejszej, mam! Wszak, jak pisał Henry Francois Becque "Być może demokrację należy rozumieć w ten sposób, że wady niektórych są dostępne dla wszystkich".

No to się wypowiem. I to nie o byle czym, a o Konwencji Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Ten, liczący zaledwie 31 stron tekst, stał się ostatnio jądrem ideologicznego sporu, swego rodzaju cezurą oddzielającą przeciwnych jej ratyfikacji, zatroskanych o przyszłość małżeństwa i rodziny w gnijącej Europie "konserwatystów" i ogarniętych filohomoseksualnym amokiem, antyrodzinnych, skażonych lewicowym myśleniem "postępowców". Po lekturze tego tekstu dochodzę do wniosku, że wygenerowanie takiego dyskursu było możliwe wyłącznie przy przyjęciu założenia, że nikt z publiczności nie zada sobie trudu, by dokument ten przeczytać. Tymczasem jego lektura każe zadać sobie pytanie o sens takich chociażby wypowiedzi ministra Gowina: "To konwencja służąca zwalczaniu tradycyjnego modelu rodziny i promowaniu związków homoseksualnych". Wypowiedzi opartych niewątpliwie na lekturze art. 12 ust. 1 Konwencji, który głosi: "Strony stosują konieczne środki, aby promować zmiany w społecznych i kulturowych wzorcach zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i wszelkich innych praktyk opartych na pojęciu niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn". I chyba wyłącznie tego przepisu. Bo gdyby przeczytać tak całą Konwencję okazałoby się, że istotą tego zapisu jest wola zmierzenia się z takimi zjawiskami, jak ubezwłasnowolnianie, molestowanie, katowanie, okaleczanie i mordowanie kobiet, które często bywa podyktowane względami kulturowymi. Część tych zjawisk egzystuje na gruncie tradycji europejskiej. Z innymi (zwłaszcza okaleczaniem i "honorowymi" morderstwami) mamy do czynienia od stosunkowo niedawna, w związku z rosnącą w Europie rzeszą imigrantów. Ani słowa o homoseksualizmie i innych tego typu zjawiskach! Dużo natomiast o ofiarach przemocy domowej i dzieciach, które są tego przymusowymi świadkami; okaleczeniach kobiecych narządów płciowych; przymusowych małżeństwach itp.; oraz metodach zwalczania tych patologii.

Nie jest tak, że niektóre zapisy Konwencji nie budzą moich wątpliwości. Czytam je jednak w kontekście całego dokumentu i trudno jest mi uznać je za zagrażające tradycyjnie pojętemu małżeństwu (o ile za tradycyjne nie uznamy systematycznego pastwienia się domowego damskiego boksera nad pozbawioną czci i racji małżonką) czy rodzinie. Jednym z nich jest przepis art. 39, który za przestępstwo uznaje jedynie "przeprowadzanie aborcji bez uprzedniej i świadomej zgody kobiety" nie zaś zabójstwo nienarodzonego dziecka w ogóle. Przyjmuję jednak, że my - Europejczycy, ciągle jeszcze dojrzewamy. Już nie wyżynamy w pień sąsiadów (choć nie tak znowuż odległa w czasie wojna na Bałkanach może przeczyć tej optymistycznej opinii) i nie wysyłamy do komór gazowych całych narodów. Być może więc kiedyś dorośniemy i do wniosku, że życie człowieka jest wartością, którą chronić jesteśmy zobowiązani bez względu na fazę, w jakiej się znajduje.

Fakt, że mamy rozliczne wątpliwości, nie może jednak usprawiedliwiać braku polskiego akcesu do tej Konwencji. W ostateczności bowiem, wobec okoliczności, że wykluczone jest składanie do niej - poza "drobnymi" wyjątkami (art. 78 ust. 2) - zastrzeżeń (art. 78 ust. 1) jej ratyfikacji towarzyszyć może przyjęcie deklaracji interpretacyjnej. Skoro można było tak zrobić przy okazji przystępowania do Konwencji ramowej Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych, zapewne można to samo zrobić i w tym przypadku, wskazując granice do jakich można się w Polsce posunąć kreatywnie czytając przedmiotowy dokument. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że spór z Konwencją Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w tle nie ma na celu wypracowania nie tylko takiego, ale jakiegokolwiek kompromisowego rozwiązania. Tym bardziej jego celem nie jest ochrona tradycyjnie pojmowanego małżeństwa i rodziny czy też wręcz przeciwnie: podważenie tradycyjnych podstaw współczesnych społeczeństw. Spór ten ma cele stricte polityczne. W jakiejś mierze lokujące się w wewnątrzpartyjnym układaniu stosunku sił. W innej – petryfikacji sceny politycznej w odmienny, niż tego by chciała część opozycji sposób. Wszystkie te opcje prowadzą jednakowoż do dyskredytacji konserwatyzmu, który niebawem będzie kojarzył się z biciem kobiet i ochroną mężczyzn zabijających swoje siostry z powodów „honorowych”. W działania te opinia publiczna wyjątkowo łatwo daje się – w dużej mierze dzięki bezkrytycznym (?) relacjom mediów - wmanewrować. Jest na to tylko jedno remedium. Trzeba czytać zamiast słuchać "kazań".


wtorek, 20 marca 2012

Czary mary!

Magiczne zabezpieczenie osady przed demonami.



Bardzo mi było żal redaktorki Michniewicz, która w Dniu Kobiet zmuszona była poprowadzić Puls Trójki. Nie dość bowiem, że przyszło jej pracować w dniu, który - ma się rozumieć - powinien być świętem państwowym, to jeszcze musiała podjąć bohaterską, a co za tym - zgodnie z naszą narodową tradycją - idzie z góry skazaną na niepowodzenie, próbę okiełznania erystycznego temperamentu posłanek Nowickiej i Wróbel. Ta pierwsza jest obecnie wicemarszałkinią Sejmu, druga zaś parlamentarzystką od kilku kadencji, co nie przeszkodziło obydwu paniom kłócić się w stylu godnym przekupek z najbardziej zapyziałego z zapyziałych powiatowych targów.  Poszło o kolejny medialny show Ruchu Palikota, który postanowił 8 marca obsypywać kobiety nie tyleż goździkami, co prezerwatywami. A ile w tej mowie-trawie było o godności, równości itp. Nawet sacrum i profanum. I cuda na kiju. Dyskusja jeszcze bardziej żenująca niż sam palikotowy event. No cóż. Także w dziedzinie szaleństwa od dawna jesteśmy europejskimi liderami. A ja tymczasem słuchałem tej pyskówki jak zaczarowany. Do dzisiaj tego pojąć nie mogę. Tak dobrowolnie, bez żadnego przymusu. Czyżby magia radia?
A propos magii. Odnoszę nieodparte wrażenie, że ma wiele wspólnego ze współczesnym polskim feminizmem. Niektórym paniom - jak wnoszę z ich rozlicznych wypowiedzi - wydaje się bowiem, że remedium na wszystkie bolączki płci pięknej, poza rzecz jasna zadekretowaniem aborcji na życzenie i przymusem noszenia przez wszystkich facetów gwizdków, jest ponazywanie tego i owego w sposób dziwaczny. Swoiste zaczarowanie rzeczywistości. Lada moment więc świat zaroi się nie tylko od redaktorek i minister, ale także prezydentek, burmistrzek, kierownicek (nie mylić z kierowniczkami), maszynistek (kierownicek pociągów), górniczek itp., itd. Nie, nie twierdzę, że to źle. Nikogo wszak nie razi dziennikarka, pielęgniarka, lekarka, pisarka, malarka, poetka, czy piosenkarka. Po prostu wydaje mi się jedynie, że język jest nośnikiem wartości, a nie ich kreatorem. Ulega naturalnej ewolucji w wyniku następującej z czasem zmiany naszych poglądów i postaw, i dopiero wtórnie te poglądy i postawy utrwala, a następnie przekazuje kolejnym pokoleniom. Dokonywanie zmian w języku bez rzetelnego zmierzenia się z kompleksem zjawisk leżącym u podłoża konwencji, to budowanie gmachu na ruchomych piaskach, albo przejaw wiary w siłę magii, gdzie zaklęciem można zmienić rzeczywistość.
Język to zresztą twór niezwykle skomplikowany i mocno niekonsekwentny. Jeśli więc już mamy dopasowywać go do jakiejś, dajmy na to feministycznej, ideologii, to może najpierw go uporządkujmy. Nieuporządkowany wprowadza zamęt wprost nieopisany. Weźmy pierwsze z brzegu słowo. Choćby ojczyzna. Niewątpliwie jest rodzaju żeńskiego. Ale ojciec to wszak mężczyzna. Dlaczego więc nie zastąpić tego słowa innym. Bardziej konsekwentnym. Matczyzna pasowałoby jak ulał. A może problem potraktować z innej strony. Są bowiem rzeczowniki rodzaju męskiego, żeńskiego i nijakiego. To mocna niesprawiedliwość! Ten trójpodział bowiem utrwala stan braku równouprawnienia. Taka dla przykładu magia, czy ideologia występują jedynie w rodzaju żeńskim, a przydałyby się również ich odpowiedniki w dwóch pozostałych rodzajach. Ot chociażby: magis/ideologis i mago/ideolo. Wiem, że brzmi kretyńsko, ale idzie się przyzwyczaić. Mamy wszak w języku naszym przymiotniki, które, co do swego rodzaju, są labilne niczym polscy politycy. Wystarczy zmienić rzeczownik, który opisują, a już zmieniają swoją orientację. I tak mamy: silnego mężczyznę, silną kobietę i silne dziecko.
Ale i tutaj napotkamy rafy. Bo choć przymiotniki potrafią być gibkie niczym niewieścia kibić, to ich stosowanie bez odrobiny krytycyzmu rodzi poważne wątpliwości. Jako że było o magii przyjrzyjmy się rzeczownikowi urok (bez wątpienia rodzaj męski). Pochodzący od niego przymiotnik można od biedy zastosować w trzech rodzajach, ale zabrzmi to – w rzeczy samej – bardzo dwuznacznie. Mężczyzna może być bowiem dzielny, przystojny, szarmancki, a nawet miły. Ale uroczy? Nazwanie tak faceta, to niczym poddanie go zabiegowi wasektomi! Podobnie dziecko. Może być nad podziw rozwinięte, szybkie, inteligentne. Ale urocze? Dla niektórych pewnie tak, ale tych niektórych chcieliśmy do niedawna poddawać chemicznej kastracji. Uroczą za to, bez wątpienia, może być kobieta. Ba może. Jest i basta. Nawet wysiłki posłanek Nowickiej i Wróbel od tego przekonania odwieść mnie nie zdołają! Powiem więcej. Urocza jest nawet posłanka Senyszyn. Wiem, bom wywijał z nią hołubce swego czasu w miejscu publicznym.  A co!
Przymiotnik uroczy/urocza/urocze niewątpliwie kojarzy nam się dobrze. A fakt ten powinien raz jeszcze upewnić nas w przekonaniu, że język to twór pokrętny niezwykle. Niewątpliwie bowiem  urok – rzeczownik od którego przymiotnik ten pochodzi, wydźwięk ma pejoratywny. Zauroczyć musiało wszak pierwotnie oznaczać rzucić urok. A uroki rzuca się by pozbawić kogoś czegoś (np. wolnej woli, krowiego mleka itp.). Delikatną różnice między tymi terminami wyznacza fakt, że uroki rzuca się intencjonalnie, a zauroczyć można – ponoć – także mimowolnie. Dla poddanego działaniu takiej magii pociecha niewielka. W tym kontekście jeszcze jaśniejszy staje się związek przymiotnika uroczy/urocza/urocze z kobiecością. O rzucanie uroków posądzane były bowiem zazwyczaj kobiety (choć ostatnio i w tym zakresie triumfuje idea równouprawnienia), co często kończyło się dla nich tragicznie. Dziś jednak ofiary stosów się rehabilituje czemu towarzyszy mocne bicie się w piersi. Kto wie, być może i sama magia doczeka się rehabilitacji? Może już ku temu zmierza nowoczesny świat? A feministki – wyczuwając ten trend – zaczarowując rzeczywistość są po prostu na topie?

 

wtorek, 16 sierpnia 2011

20 lat polskiego Internetu


20 lat. Piękny wiek. Z rozrzewnieniem wspominam czasem te lata. Hasło „Internet” mówiło mi mniej więcej tyle, co podróże na Marsa. Niby wiedziałem o co chodzi, ale w realność projektu trudno było – w krótszej perspektywie czasowej - uwierzyć.  Tymczasem pierwsze połączenie sieciowe Warszawy z Kopenhagą (17 sierpnia 1991 roku) uznawane za dzień narodzin polskiego Internetu, rozpoczęło prawdziwą rewolucję. Już kilka lat później, korzystając z różnorakich „koneksji”, można było zacząć z niego korzystać. Dla możliwości swobodnego surfowania po sieci podjąłem się nawet opieki nad rachityczną pracownią komputerową w moim instytucie. No po prostu łezka w oku się kręci.
Przy okazji warto zauważyć, jak przedziwnym tworem jest ludzka pamięć. Bo jakże trudno dzisiaj uwierzyć, że życie offline  było w ogóle możliwe. Podobne uczucia towarzyszą nam, kiedy popatrzymy na nasz telefon komórkowy (żeby jeden…) i szereg innych gadżetów, bez których dzisiaj trudno byłoby się nam obyć. A jednak. 40 wiosen na karku zobowiązuje do pamiętania o czasach, kiedy znalezienie sprawnej budki telefonicznej graniczyło z cudem, a cnotę cierpliwości ćwiczyło się czekając na swoją kolej do słuchawki wmontowanej w ścianę.
Internet, jako specyficzne osiągnięcie XX wieku, nabiera szczególnego znaczenia w stuleciu kolejnym. Wykorzystywany początkowo do celów naukowych, szybko zawładnięty został przez świat rozrywki, by obecnie wyewoluować także do postaci potężnej gałęzi gospodarki. Wystarczy zauważyć, że sklepy z elektroniką (dla przykładu) w realu, stają się powoli wielkimi wzorcowniami. Idziemy tam, by pooglądać, ale kupujemy – taniej – w necie. Zachwyt nad fenomenem Internetu nie może nam jednak przysłaniać faktu, że poza możliwościami sieci pozostaje całkiem spora rzesza ludzi.
Zjawisko to ma dwojaki charakter. Technologiczny i kompetencyjny. Po pierwsze bowiem nie wszędzie jeszcze sieć ma swoje końcówki lub ze względów ekonomicznych jest powszechnie dostępna, po drugie zaś istnieją całe grupy społeczne, którym brak wystarczających kompetencji do wykorzystania możliwości, jakie daje Internet. Wraz z jego rozwojem wyrosło nam nowe zjawisko, zwane wykluczeniem cyfrowym. Zjawisko, o bardzo poważnych konsekwencjach.
Od kilku lat staram się obserwować polskie zmagania z tym problemem. Nie można powiedzieć, że jesteśmy względem niego bezczynni. Powstają wszak projekty budowy regionalnych sieci szerokopasmowych, które mają zapewnić tani dostęp do szybkiego Internetu w najdalszych zakątkach kraju. Powstają też strategie walki z wykluczeniem cyfrowym w obszarze kompetencyjnym. W obydwu przypadkach zakłada się wykorzystanie możliwości finansowych związanych z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ich realizacja przebiegała sprawniej, niż ma to miejsce obecnie.
Regionalne sieci szerokopasmowe powstają z bardzo dużymi problemami. Warto wspomnieć, że do notyfikacji w Komisji Europejskiej zgłoszono dotychczas bodajże (a mówimy o perspektywie finansowej 2007-2013) jedynie warty 300 milionów euro projekt sieci szerokopasmowej dla Polski Wschodniej. Pozostałe, jak sądzę, są daleko w lesie, choć niektórzy z moich znajomych - zaangażowani w te przedsięwzięcia – mówią, że przesadzam. Oby mieli rację. Niezbyt optymistycznie wygląda też wykorzystanie środków przeznaczonych na upowszechnianie Internetu w ośrodkach peryferyjnych. Tu – jak sądzę – zasadniczym powodem jest brak świadomości wagi tego problemu oraz przytłaczający ciężar „dziur w drogach”.
Znacznie lepiej mogłoby być także z wdrażaniem strategii walki z wykluczeniem cyfrowym. Obecne działania postrzegam jako rozproszone i pozbawione jakiejkolwiek koordynacji. Z drugiej strony cieszę się, że swoje miejsce w ich realizacji odnalazły biblioteki publiczne. Warto tutaj przypomnieć chociażby implementację programu „Ikonka”, czy – dla przykładu – działania podejmowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie na rzecz zwalczania wykluczenia cyfrowego wśród seniorów.
Pomimo tych niedociągnięć przyszłość polskiego Internetu widzieć można w jasnych barwach. Wydarzenia tego roku pokazały siłę Internautów. Mam więc nadzieję, że władze publiczne nie będą podejmowały więcej prób ograniczania swobody w przestrzeni globalnej sieci (przykładów tego typu działań daleko w świecie szukać nie trzeba), skupiając się raczej na rozwoju e-administracji. Im więcej swobody, tym więcej innowacji. Bez swobody w Internecie nie mielibyśmy dzisiaj chociażby boomu w zakresie crowdsourcing’u. Owszem. Internet ma też swoje ciemne strony. Ale wszak ze względu na grupę idiotów na katedrach nie ogranicza się swobody badań naukowych. Od tego, jak wykorzystamy możliwości stwarzane przez rozwój sieci, w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądał XXI wiek.
Urodzinowe – wszystkiego najlepszego! Szczerze!

środa, 10 sierpnia 2011

Sens

Mrok w tym kraju miesza się ze stukiem. To tłuką się sądowe młotki. Wyroki wydaje się między wieczorną porcją newsów a kolacją. Czasem już nawet pod pierzyną. Wyroki na wszystko i na wszystkich. Na sąsiada z za drogim wózkiem, sąsiadkę z za krótką spódnicą i córkę sąsiadów ze zbyt frywolnym uśmiechem. Na Andrzeja Leppera, Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego. I Bóg jeden wie jeszcze na kogo. Tak. Właśnie on. Wszak to w jego imieniu – jak w swej masie twierdzą sędziowie - wyroki te zazwyczaj zapadają. Ale nie zawsze tak było. Pod koniec stycznia 1923 roku osądzono nawet Jego. Nie pierwszy zresztą raz. Tym razem również został skazany na śmierć.
Przed osądem nie chroni nic. Nawet śmierć. Nie ważne zresztą jaka. Wprawdzie nie wyciąga się już zmarłych z grobów, jak w roku 897, kiedy to w Rzymie odbył się trupi synod, ale zapewne jedynie ze względów estetycznych. Bo wszak osądzić trzeba. I najlepiej odsądzić. Od czci i wiary. Zwłaszcza tych, którym się cokolwiek chciało. Po co się wychylali. Zwłaszcza tych, którzy bronić się nie mogą. A jak ich zabraknie chwilowo, zawsze osądzić można Kościół. Ten nadaje się do tego, jak mało kto i mało co.
No bo przecież to w imię Chrystusa wymordowano Słowian Połabskich, Prusów i Indian. I żeby tylko. Krew przez ostatnie dwa tysiąclecia lała się obficie. A Stalin, Hitler, Pol Pot i spółka jedynie przez przeoczenie zapomnieli się na Niego powołać.
No ale nie zawsze musi być aż tak drastycznie. Można nakręcić wszak film,  w którym członek Opus Dei to psychopata bezwzględnie mordujący w obronie mrocznej tajemnicy wiary, albo sprowadzić dzieło innej kościelnej organizacji do kwestii słabości jej twórcy, tak jak ma to miejsce w przypadku Legionu Chrystusa. A gdy i to się ogra, rzucić jakimś oszczerstwem, a później je rozdmuchać.
Drobny przykład? Rok temu moją uwagę przykuła nagonka na kardynała Crescenzio Sepe, z wątkiem korupcyjnym w roli głównej. Najpierw rozgłośnie radiowe, TV, następnie prasa (z „Gazetą Wyborczą” – rzecz jasna – na czele) i Internet. Jedyny głos rozsądku pojawił się – piórem Piotra Kowalczuka – w „Rzeczpospolitej”. Po roku starałem się znaleźć ciąg dalszy. Media milczą. Czyżby sprawy już nie było? Niewinny? A może ktoś jej łeb ukręcił? Ejże panowie redaktorzy! Do pracy! Do piór! Łatwo jest rzucić kamieniem. Ze słowem prawdy jednak jakoś nieśpieszno…
Fakt. W końcu jest znacznie ciekawszy temat. Suspendowany ksiądz Natanek, poglądy jego i jemu podobnych. Nie ma jak wejść na margines i uczynić zeń dominujący element opisu zjawiska. Albo jeszcze lepiej: przypisać Panu Bogu winę za ludzkie podłości. Oczywiście na czele z tym wszystkim, co niosły ze sobą wszelkie możliwe totalizmy. No bo nawet jeśli nie w Jego imieniu, to gdzie wówczas On był?
Jest w tym sens? Nie ma? Racja! Sens jest zupełnie gdzie indziej…

wtorek, 2 sierpnia 2011

Niby-polszczyzna

Trochę dziwnie się wczoraj poczułem. Najpierw Herkules zrzucający ulotki. Wyglądał całkiem jak Liberator. Przy wyjściu z metra harcerze rozdają patriotyczne śpiewniki. O 17.00 miasto staje na baczność. Wyją syreny. Nad głową przelatuje mi F-16. Ciarki przechodzą po plecach.
Nie poszedłem ani na Powązki, ani na Plac Piłsudskiego, ani w żadne z tych miejsc, gdzie oficjalnie czczono rocznicę. Wystarczył mi krótki spacer przez Mokotów. Jak zwykle wyschnięte wieńce i niedopalone znicze przy tablicach. Tu 10, tam 15 w innym miejscu 7 ofiar ludobójstwa. W sumie 150.000. Różne rzeczy przechodzą mi przez głowę, kiedy widzę te zwiędnięte gałązki jedliny w mieście, gdzie wyrzuca się do śmieci palące się jeszcze znicze…
Dzisiaj, po całym dniu spędzonym ze specami od reklamy internetowej, mądrzejszy jestem o arsenał „myków”, na które nie powinienem dać się nabrać i bogatszy o kilka kolejnych siwych włosów. Bo skoro powstanie wybuchło w TYSIĄC DZIEWIĘĆSET czterdziestym czwartym roku, to dlaczego jego sześćdziesiątą siódmą rocznicę obchodzimy w roku DWUTYSIĘCZNYM jedenastym? I czy to aby nie oznacza, że dwieście sześćdziesiątą siódmą rocznicę nasze prawnuki obchodzić będą w roku DWUTYSIĘCZNYM DWUSETNYM jedenastym, a bitwa pod Grunwaldem miała miejsce w roku TYSIĘCZNYM CZTERECHSETNYM dziesiątym, a nie – jak mnie uczono w socjalistycznej szkole – TYSIĄC CZTERYSTA dziesiątym?
Słucham speców od reklamy, dziennikarzy i polityków, którzy gremialnie WŁANCZAJĄ się do dyskusji, żeby w CUDZYSŁOWIU (w CUDZYSŁOWIE dodam, że zapewne w dupiu brzmi bardziej kulturalnie niż w dupie) stwierdzić, że choć II wojna światowa wybuchła w TYSIĄC DZIEWIĘĆSET TRZYDZIESTYM DZIEWIĄTYM roku, to koniec świata, albo jakiś inny kataklizm nastąpi zapewne w roku DWUTYSIĘCZNYM DZIEWIĘĆSETNYM TRZYDZIESTYM DZIEWIĄTYM. No i jak to słyszę chce mi się wyć i WYŁĄCZAM radio. Mam płyty. Jestem szczęściarzem. Posłucham „Iwony” i od razu lepiej…
Coraz gorzej mówimy po polsku. Trudno się temu dziwić. Niby-polszczyzna zalewa nas zewsząd. Język debaty politycznej, język mediów – to przedziwne twory pełne DWUTYSIĘCZNYCH JEDENASTYCH WŁANCZANYCH W CUDZYSŁOWIU. Trudno się dziwić, że nasiąkamy tym wszyscy. Ale dziwić pewnie się trzeba. Podobnie jak zdjąć wyschniętą jedlinę z tablic upamiętniających miejsca tragicznej historii sześćdziesięciu trzech dni powstania. I może nie kłaść już nowych, a zamiast tego, w hołdzie i ku pamięci, zadbać o to jak mówimy.

środa, 6 lipca 2011

Kap, kap, kap...

Dziwnym trafem, kiedy tylko przez więcej niż dwa dni, w głowie huczy mi monotonny stukot kropli wody o parapet, popadam w stan dziwnego odrętwienia. Nawet skoki przez kałuże w drodze do lub z pracy nie są w stanie wybić mnie z tego intelektualnego stuporu. Bywa, że zadaję sobie pytanie czy li tylko mnie trapi taka dolegliwość? A może to zaraza jakaś na przykład? I uczepiwszy się tej myśli jak pijany latarni zacząłem w pamięci szukać uzasadnienia dla tej tezy. No bo wszak smutno być samemu w kosmosie.
I jest! Jak nic musi być to chyba choroba ludzkość trapiąca, przy czym w niektórych regionach świata deszcz musi padać permanentnie, co niewątpliwie jest objawem, że rację maja zwolennicy tezy o dramatycznym ociepleniu klimatu. Bo wszak w innym przypadku czy ktokolwiek zastanawiałby się nad związkiem jaki zachodzi pomiędzy długością palca wskazującego i serdecznego a rozmiarami penisa?
Penis, co oczywiste, stanowi niezwykle istotny punkt odniesienia dla każdej sprawy (nie żartuję – nawet uzyskanie azylu politycznego może od niego zależeć). Dlatego dzień bez istotnej o nim informacji to niewątpliwie dzień stracony. No bo przecież jak nic opinię publiczną zelektryzować musiał fakt, że oto da się go jednak bezoperacyjnie powiększyć, a poza tym lubi on sportowe samochody. Przy tej okazji warto zaznaczyć, że już prawie połowa Polaków ma samochód. Źródła niestety milczą jaki procent z nich posiada sportowe zabawki.
A skoro o penisie, to musi być też o seksie. W Holandii musiało lać niedawno w ekstremalny sposób. Jedynie tak bowiem wytłumaczyć można chyba wypowiedź przełożonego tamtejszych salezjanów, który stwierdzić, że dzieci od 12. roku życia mogą uprawiać seks z dorosłymi i wcale nie musi to być dla nich szkodliwe. Oj bardzo, bardzo się pomylił!!! Naukowcy wszak ogłosili jakiś czas temu – o czym doniosła CNN -, że uprawianie seksu (bez względu na wiek), picie kawy, wysiłek fizyczny i inne codzienne czynności mogą spowodować wzrost ciśnienia krwi i tym samym znacząco zwiększyć ryzyko pęknięcia tętniaka w mózgu . Zaiste – przełom w medycynie!!! Podobnie jak komunikat Światowej Organizacji Zdrowia, że telefony komórkowe „prawdopodobnie powodują raka”. Na szczęście są jeszcze na świecie tacy, do których te ważne komunikaty zapewne nie docierają. Jedynie to tłumaczy fakt, że choć nie uprawiają sportu, jedzą tłuste jedzenie, nie stronią od papierosów i alkoholu - to dożywają 100 lat.
Pewnie w ogóle mało interesują ich media. I dlatego ciśnienia nie podnosi im fakt, że Duńczycy postanowili rozwiązać problem narkomanii rozdając za darmo heroinę, a (równie tolerancyjni) Holendrzy problemy społeczne tworząc getta dla niedostosowanych społecznie. Tych jednak przebili Szwedzi, którzy problem seksizmu postanowili zlikwidować kasując płeć.
Czy da się jakoś skasować ten deszcz?

wtorek, 5 lipca 2011

Polska według X

Jeśli szukasz czegoś inspirującego polecam raporty. Jeśli nie masz siły, by przebrnąć przez setki, czasem mało zrozumiałych, stron – poczytaj chociaż o raportach. A ostatnio mamy szczególny na nie urodzaj. Dzisiaj dla przykładu dotarła do mnie informacja o publikacji „Life in transition. After the crisis”. Wynika z niego niezbicie, że Polacy są najbardziej zadowolonym z życia narodem w Europie. No i nie ma się w rzeczy samej czemu dziwić. Wyjaśnienie tego fenomenu przynoszą bowiem inne raporty. Ot chociażby najnowsze dane GUS, które mówią, iż przeciętne wynagrodzenie miesięczne w I kwartale br. było wyższe od takiegoż w I kwartale 2010 r. o 4,5%, zaś siła nabywcza przeciętnego wynagrodzenia wzrosła o 0,8%.
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych.  Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej  (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa,  opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!