Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2013

Alleluja!

(...) A kiedy Anioł głaz odwalił z grobu
i jasne słońce do czeluści wpadło,
powstał i wyszedł z kamiennego żłobu
w chustach śmiertelnych i z twarzą pobladłą.


I na świat patrzył jeszcze na wpół senny,
i taki smutny szedł w blask słońca złoty,
jak kiedy w cierniach i krzyżem brzemienny
wśród wrzasków tłumu szedł na szczyt Golgoty.


(Jerzy Żuławski, „O trzeciej dobie”)


piątek, 23 grudnia 2011

Dobrych świąt i do siego roku!


Od Marcela Courthiade, w ramach świątecznej korespondencji, dostałem słowa “Cichej nocy” w języku romani. Byłoby czymś wielce niestosownym, gdybym zachował taką perełkę tylko dla siebie. Dziele się więc niniejszym.

Gulǒrri rat, Devlesqi rat
Sa miśto-j, i ćerhaj
Strefǎl p-o ćhavorro kaj sovel
Manuśa!len, vov si o Devel !
Amare bezexa lel
sarkolesqo ‘gi thovel.
Dikh so ćorro-j, dikh so cikno-j
Avral śil, si pahoj
A vov beśel p-o phus an-o luv
Maśkar-i xerni thaj o guruv.
E bidaθar na laʒal
Vov so kerdǎ o sundal…
gulʲorri rat, devleski rat
sa miʃtoj, i ʧerhaj
strefʲal po ʧhavorro kaj sovel
manuʃalen, vov si o devel
amare bezexa lel
sarkolesko gi thovel.
dik so ʧorroj, dik so ʦignoj
avral ʃil, si pahoj
a vov beʃel po phus an-o luv
maʃkar i xerni thaj o guruv.
e bidatar na laʤal
vov so kerdʲa o sundal.

Dobrych świąt i do siego roku!

środa, 13 lipca 2011

Nie-do-końca-zakryte

Do kościoła może wejść każdy. Profesor, praczka, koszykarz, siatkarka, prostytutka, złodziej, policjant, pedofil, transwestyta, gej komik i heteroseksualny nudziarz. Nawet polityk otwarcie opowiadający się za dopuszczalnością przerywania ciąży i inni jawnogrzesznicy. No… Prawie każdy. Do kościoła nie może wejść kobieta. Nie. Nie każda. Tylko taka, która ma odsłoniętą zbyt dużą powierzchnie ramion. Jaką? Ciężko powiedzieć. Stosowne proporcje określa bramkarz stojący na progu świątyni.
Z praktyką tą spotykałem się dotychczas w prawosławnych soborach. Tam dodatkowo kobieta musi ukrywać włosy pod chustką. Czasem też na zachodzie, we Włoszech i Hiszpanii, szczelne okrycie ramion umożliwia kobietom przekroczenie progu Domu Bożego. W Polsce dotychczas się z tym nie zetknąłem. Do ostatniej, upalnej niedzieli. Przypomnieli sobie o niej tynieccy benedyktyni. I bardzo mnie tym zadziwili.
Zadziwili i zasmucili zarazem. Miałem bowiem dotychczas Braci za niezwykle rozsądnych i przyjaznych ludziom. Kto z nas nie wie kim jest ojciec Leon Knabit? A to przecież publiczna twarz tynieckiej wspólnoty. Dane mi było spotkać jeszcze kilku innych. To były naprawdę dobre spotkania. Lubię niedzielne msze o osiemnastej w tynieckim kościele. Dyskretna oprawa, dobre homilie i zaangażowane zgromadzenie wiernych. W większości mieszkańcy Tyńca. Reszta to spacerowicze.
Trzeba bowiem wiedzieć, że Opactwo Benedyktyńskie w Tyńcu leży na skraju Krakowa. U jego podnóża znajduje się przystanek tramwaju wodnego, przystań dla statków turystycznych i wiślana trasa rowerowa, a rozległe łąki i lasy zachęcają do spacerów. Samo opactwo ma też swoje uroki, które przyciągają masy niedzielnych łazików. Zmęczeni mogą przycupnąć w klasztornej kawiarni lub posilić się w klasztornej restauracji. Ba! A i win przednich, piw czy miodów popróbować tam można do woli… Tak, tak. Benedyktyni to nie tylko franczyzowe sklepy tu i ówdzie.
O osiemnastej, w niedzielę, klękają więc ramie w ramie nobliwi tynieccy parafianie i co nieco spoceni spacerowicze. Trafi się i ten czy ów w przyciasnych rowerowych gatkach. No i… O zgrozo! Kobiety w spodniach!!! Czasem nawet niezakrywających całej łydki!!! To poważne przeoczenie klasztornego bodyguarda (lub – co jeszcze gorsze – Ojca od Regulaminów) woła o pomstę do nieba! Nigdy się szczególnie nie przyglądałem, ale dałbym sobie rękę uciąć, że czasem prześliźnie się też jakaś panna z nie-do-końca-zakrytymi-ramionami. Jeny..!
Zastanawia mnie, co tak naprawdę sprawiło, że akurat kobiety z nie-do-końca-zakrytymi-ramionami znalazły się na celowniku zakonnej konfraterni. I doprawdy przychodzi mi do głowy kilka co najmniej tez wyjaśniających tę kwestię.
Po pierwsze, być może, benedyktyni nie wierzą w człowieka. Wydaje się im, że świecki nie jest w stanie sam rozpoznać, czym jest godny strój. Trzeba więc wytyczyć mu dokładne granice. Ramiona mają być zakryte. Pępek może być na wierzchu.
Po drugie, być może, będąc nieco wyizolowanymi ze świata, uważają, że kobieta z nie-do-końca-zakrytymi-ramionami może stać się w czasie liturgii przyczyną zgorszenia innych wiernych. Założenie takie zaś niechybnie spowodowane jest brakiem obcowania z prasą, TV i Internetem, gdzie wszak zdjęcie kobiety z nie-do-końca-zakrytymi-ramionami jest przejawem wyjątkowej pruderii.
A może są wspólnotą wątpiącą? „Osoby wierzące – pisze w jezuita, Jacek Prusak - mają zwykle obraz Boga, który podkreśla Jego dostępność, z kolei osoby wątpiące postrzegają Go przez pryzmat moralności („prawa”): jako karzącego i zagrażającego ich autonomii”. Ten syndrom – jak się wydaje – w pewien sposób tłumaczy także lęk przed obrazą Pana Boga nie-do-końca-zakrytymi-ramionami…
Jest jeszcze jedna możliwość. Benedyktyni – świadomie czy nie - podzielają, obecny przez wieki w Kościele, lęk przed kobietami. Lęk, który każe spychać je do ról służebnych, w dużej mierze odpodmiotawia. „Dziwne jest miejsce kobiety w Kościele. Centralno-marginalne. Są wszędzie, ale ich nie ma. Ciągle o nich mowa, ale nie mają głosu. Żyjąc w coraz bardziej egalitarnym społeczeństwie, jednocześnie uczestniczą w życiu instytucji zarządzanej w pełni przez mężczyzn”. I są przez tych mężczyzn oceniane kryterium nie-do-końca-zakrytych-ramion.
Szanuję prawo benedyktynów do wytyczania reguł na skrawku ziemi, jaki wytyczają mury ich opactwa. Jeśli będę chciał tam jeszcze kiedykolwiek pójść (a wcześniej zastanowię się czterdzieści cztery tysiące razy) podporządkuję się tym prawidłom. Nie o mnie jednak chodzi. Chodzi o te wszystkie upokarzane kobiety, którym publicznie – z powodu nie-do-końca-zakrytych-ramion - zarzuca się w klasztornej bramie brak wyczucia, jeśli nie wyuzdanie. Ile z nich, po powrocie do domu, powie sobie: „to nie mój Kościół”?

poniedziałek, 2 maja 2011

Targowica*

Klęska Konfederacji Barskiej i pierwszy rozbiór Polski uświadomił zarówno Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, jak i sporej części elity Rzeczypospolitej Obojga Narodów, że dalsze jej trwanie uzależnione jest od podjęcia zdecydowanych reform politycznych. Konstatacja ta doprowadziła ostatecznie do przyjęcia przez Sejm Czteroletni Ustawy Rządowej, nazwanej z racji dnia jej uchwalenia, Konstytucją 3 Maja. Jej przyjęcie i zaprzysiężenie w zanarchizowanym protektoracie rosyjskim możliwe było tylko dzięki sprzyjającemu zbiegowi okoliczności oraz sprytowi - skupionych wokół króla - reformatorów. Jednocześnie wywołało reakcję zarówno opozycji wewnątrzkrajowej, jak i – zainteresowanych utrzymaniem słabości Rzeczpospolitej – państw zaborczych.
Przeciwnicy reform konstytucyjnych skupili się pod sztandarami Konfederacji Generalnej Koronnej zawiązanej wiosną 1792 w Targowicy oraz – nieco później – Konfederacji Generalnej Wielkiego Księstwa Litewskiego. I choć obydwie konfederacje – na życzenie carycy Katarzyny II – połączyły się ostatecznie w Najjaśniejszą Konfederację Obojga Narodów, historia skupionych w nich przeciwników reform nazwała mianem targowiczan. Z czasem termin ten w języku polskim stał się synonimem zdrady i kolaboracji. Choć zapewne powinien oznaczać również polityczną krótkowzroczność, żeby nie powiedzieć głupotę. Trzeba bowiem pamiętać, że efektem działań targowiczan był drugi rozbiór Polski, co część z nich przyjęła z zaskoczeniem tak wielkim, że – podobnie jak wcześniej spora grupa reformatorów – udała się na emigrację.
Hasło „Targowica” na trwałe wrosło w polski język debaty politycznej. Stojący po obu stronach barykady adwersarze chętnie przypinają tę łatkę swoim przeciwnikom. Jedni i drudzy widzą się jako zdrajców. Jedni i drudzy zapominają, że problemu „Targowicy” do zdrady jedynie zawężać nie można. Konfederaci bowiem, choć oddali się pod protektorat rosyjski, odwoływali się nie tyle do idei utrzymania zależności Rzeczypospolitej od imperium carycy Katarzyny, co wartości republikańskich. Ich sprzeciw budził nowy porządek polityczny, a zwłaszcza wzmocnienie władzy wykonawczej oraz ograniczenie niektórych przywilejów stanowych. Przywódcy konfederaccy nie byli skłonni w tym zakresie do kompromisu. W wyznawanych przez nich systemie wartości utrzymanie owych przywilejów stało znacznie wyżej niż poprawa kondycji państwa polsko-litewskiego, co w rzeczy samej oznaczało warunek konieczny dla jego przetrwania.
Klęska obozu reform oznaczała zarazem koniec Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po drugim rozbiorze kraju jej ostateczne unicestwienie było już tylko kwestią czasu. Los Polski przesądził upadek Powstania Kościuszkowskiego. Instytucjonalne dziedzictwo Konstytucji 3 Maja zlikwidowane zostało jeszcze przed tymi aktami. Dokonała jej Najjaśniejsza Konfederacja Obojga Narodów pod osłoną rosyjskich bagnetów, wprowadzając w kraju rządy terroru. Sama idea reformy państwa, której symbolem stała się Konstytucja, zabić się jednak nie dała. Stanowiła odtąd swoisty punkt odniesienia, rodzaj znaku rozpoznawczego dla obozu niepodległościowego. Stało się bowiem jasne, że restytucja Rzeczypospolitej nie może oznaczać przywrócenia sytuacji sprzed 3 maja 1791 roku. Niestety, równie żywotnym okazał się w naszym życiu publicznym duch Targowicy. Skrajny partykularyzm oraz brak umiejętności zawierania kompromisów w kwestiach zasadniczych to przecież jedne z ważniejszych przyczyn upadku kolejnych powstań niepodległościowych, słabości II Rzeczypospolitej i w końcu obecnej kondycji niepodległego państwa polskiego.

*Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że tekst ten (pod tytułem "Krótki tekst o zabijaniu") ukazał się w najnowszym numerze „Ilustrowanego Kuriera Samorządowego” wydawanego przez Korporację Samorządową im. Józefa Dietla.

wtorek, 5 kwietnia 2011

22

Czasem zastanawiam się, co zrobiłbym z wolnym czasem, gdyby akurat zdarzyło się tak, że będę go miał przed godziną 22. Wiele rzeczy przychodzi mi wówczas do głowy. Ot np. żeby powłóczyć się po Polach Mokotowskich. Kilka dni temu wmurowano tam tablicę upamiętniającą fakt, że w 1981 r. przy ul. Batorego 14 w Warszawie mieściła się redakcja „Tygodnika Solidarność”, pierwszego w PRL pisma w pełni niezależnego od komunistycznych władz. Kto pamięta pierwsze numery „Tysola” pamiętać musi też wypieki na twarzy, które towarzyszyły jego lekturze. Pacholęciem będąc uczyłem się na nim nie tyle polityki, co trudnych słówek (jak dziś pamiętam moje osłupienie wobec „dezawuować”). Obecnie patrzę na archiwalne numery bardziej już okiem historyka, niż świadka tamtych dni.
Mógłbym też pójść do kina. A jest na co. „Czarny czwartek” Antoniego Krauzego już widziałem. Film może mną nie wstrząsnął, ale że go widziałem – nie żałuję.
Pewnie nie pożałuję też wyprawy na „Niepokonanych”, film Petera Weira oparty na motywach „Długiego Marszu” Stanisława Rawicza,
czy „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego.
Po takim seansie nie od rzeczy byłoby zajrzeć 16 kwietnia na Służew, gdzie o godz. 20, po zachodzie słońca, rozpocznie się monumentalne Misterium Męki Pańskiej. Poprzedzi je msza św. o 17.30 w pobliskim kościele pw. św. Maksymiliana Kolbe przy ul. Rzymowskiego.
Żeby nie było żem taki święty przyznam otwarcie, że marzy mi się też krótki wypad do Włoch i to bynajmniej nie na beatyfikację Jana Pawła II. W rzymskim Palazzo Venezia ma bowiem miejsce - zamykająca obchody 400. lecia śmierci malarza - wystawa „Caravaggio. Warsztat geniusza”, której „Rzeczpospolita” poświęciła tekst pod wiele mówiącym tytułem: „Bachus przez soczewkę”.
Ale skąd tu wziąć jakiś wolny czas przed 22? Na otarcie łez pozostają mi więc książki. A jest w czym przebierać. Po tym, jak zobaczyłem swego czasu „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha
bierze mnie co jakiś czas na wspominki. Materiał poglądowy jest. Ukazały się ostatnio przynajmniej trzy pozycje, które ułatwiają odświeżanie pamięci. O dwóch z nich – „Buntownicy. Polskie lata 70. i 80.” Anki Grupińskiej i Joanny Wawrzyniak oraz „Obok albo ile procent Babilonu” mr’a makowskiego i Michała Szymańskiego – doniosła ostatnio „Wyborcza”. Trzecią: „Artyści, wariaci, anarchiści” autorstwa Pawła Konnaka, Jarosława Janiszewskiego i Krzysztofa Skiby mam już za sobą.
Nie tylko wspomnieniami jednak człowiek żyje. Rozejrzeć trzeba się też za jakąś przyzwoitą lekturą dla młodszego pokolenia. Coś mi mówi, że audiobooki dziecku rodzicielskiego czytania wieczorem nie zastąpią. A rozglądać trzeba się dobrze. Bo o podróbkę teraz znacznie łatwiej niż o oryginał.
Na szczęście na polu walki z tandetą zanotowaliśmy właśnie duży postęp. Swe podwoje otworzył Instytut Bajki w Europejskim Centrum Bajki im. Koziołka Matołka w Pacanowie. Uff!

wtorek, 15 marca 2011

Słowiańska Atlantyda

Lada dzień rozpoczyna się  MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HUCULSKI „Słowiańska Atlantyda” –  ośmiomiesięczna wędrówka przez przygotowane - zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie - wydarzenia festiwalowe. Obecna edycja Festiwalu przypada w roku 40. rocznicy śmierci wybitnego Polaka, filozofa, pisarza, autora jednej z największych epopei dotyczących Huculszczyzny – Stanisława Vincenza.

wtorek, 8 marca 2011

8 marca

Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z poezją turpistyczną i moje wielkie zaskoczenie tym, że brzydota może stać się elementem literackiej admiracji. Im jednak głębiej wczytywałem się w to, co mieli do powiedzenia polscy turpiści, tym bardziej byłem przekonany, że w rzeczy samej chodzi nie tyle o afirmację życia takim jakie ono jest, lecz znalezienie sposobu na radzenie sobie z szarą rzeczywistością czasów, w jakich utwory te powstawały. Sam uległem swego rodzaju fascynacji tym sposobem asymilowania współczesności. Zresztą nie tylko ja. Efektem tejże stał się tryptyk Grupy Literackiej „Mać” pod wiele mówiącym tytułem „Klop Story”. Do dzisiaj przechowuję w swoich papierzyskach naganę, jaką otrzymałem (koledzy również) od władz przemyskiego oddziału Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury za nie uzgodnione z cenzorem wojewódzkim i tymiż odczytanie go podczas wieczoru autorskiego w siedzibie Stowarzyszenia PAX.
Co ciekawe, choć nam wydawało się, że oto staliśmy się turpistami, to w rzeczy samej – dziś wiem to już z całą pewnością – do turpizmu wówczas jeszcze nie dorośliśmy. „Klop Story” należałoby raczej lokować w zupełnie innym nurcie. Co jednak zrobić. Pojęcie „fekalizm” było zupełnie obce przemyskim licealistom. Nie wiedzieliśmy więc, że staliśmy się – przynajmniej na moment – fekalistami, co w rzeczy samej oznaczało totalną kontestację (a to już zjawisko bardziej trwałe) „coszarej” rzeczywistości PRL. Turpistą jestem dopiero teraz. Turpistą dojrzałym. I jestem z tego dumny. Zawsze. A zwłaszcza każdej wiosny.
Jak zawsze o tej porze roku próbuję pożegnać zimowe zgnuśnienie ruszając się intensywnie w poszukiwaniu doznań estetycznych. W tym roku padło na zamczyska. Była już fortalicja w Sobkowie, zamki w Pszczynie i Będzinie, ruiny w Siewierzu, Rudnie i Ogrodzieńcu. A to zapewne jeszcze nie koniec. Perypetii z tymi peregrynacjami związanych opisywał dzisiaj nie będę, choć kto wie? Może kiedyś. Wspomnę jedynie, że każdy z tych obiektów jawi się niczym perła na polu obornika. Urbanistyczny i architektoniczny chaos (wyjątkiem może – gdyby nie układ komunikacyjny - byłaby Pszczyna), wszechobecny bałagan organizacyjny, fruwające w powietrzu foliowe reklamówki, generalny brud i pomarańczowa, podarta folia, którą na zimę opatulono jakieś sprzęty. Dodajmy jeszcze dziurawe drogi, które trzeba pokonać, by z Krakowa dotrzeć do tych wszystkich miejsc. Żeby kochać ten kraj trzeba oswoić jakoś syf. W przeciwnym wypadku pozostałoby tylko zobojętnieć. A to chyba najgorsze, co może się człowiekowi przytrafić.
Zimno i brzydko jest każdego przedwiośnia. Za chwilę wybuja trwa, która swą zielenią przykryje trochę brudu. Zrobi się cieplej, więc ludzkie siedliska stracą charakterystykę komory gazowej. Na szosy wyjadą ekipy drogowców, którzy załatają co większe dziury. Zrobi się znośniej. Zanim to jednak nastąpi trzeba jakoś sobie radzić. Poszukiwanie piękna w brzydocie to jeden ze sposobów. Innym jest wyglądanie piękna tam, gdzie ono bezpretensjonalnie po prostu jest. I pewnie właśnie dlatego Dzień Kobiet przypada na marzec. Odwraca naszą uwagę od – w swej istocie – kwestii drugoplanowych, koncentrując ją na tym, co w rzeczy samej na admirację, w pełnym tego słowa znaczeniu, zasługuje. Nieprzenikniona tajemnica kobiecości wymyka się literackim konwencjom i konwenansom nadając sens egzystencji bez względu na jej uwarunkowania. Dlatego tak lubię 8 marca. 8 marca, to jedyny dzień w roku, gdy – w niewymuszony sposób – nie jestem turpistą. No i trzyma mnie to przy życiu przez następne 364 dni.




czwartek, 3 marca 2011

Polityka historyczna

Termin „polityka historyczna” ma u nas swój ciężar gatunkowy. Przy czym w rzeczy samej akcent kładziemy raczej na „politykę” niż na „historię”. Szkoda, bo z tej drugiej sporo można by się nauczyć, a nauka taka zapewne dobrze przysłużyłaby się jakości tej pierwszej.
Wspominam o tym, bo – tak jakoś mi się widzi – mamy dziś w prasie dzień historiozoficzny. No chyba że jest tak zazwyczaj, tylko ja tego na co dzień nie dostrzegam. Mniejsza z tym. Ad rem!
Czukcze byli na ziemi, nim Lech, Czech i Rus ruszyli w drogę, nim Romulus i Remus zyskali nową matkę, a Egipcjanie i Babilończycy zabrali się do budowy piramid. Byli, zanim na ich ziemi wyginęły mamuty, i trwali w tym miejscu, zanim Grecy wyprawili się na Troję. Tylko później mniej się u nich działo i zmieniło” – donosi „Duży Format” „Gazety Wyborczej”. W głównym grzbiecie z kolei tekst o wysiłkach zmierzających do rekonstrukcji posągów Buddy w afgańskiej dolinie Bamjan. Prawie 1500 lat temu starożytni artyści wyrzeźbili w piaskowcu pięć ogromnych posągów Buddy. „Dwa największe miały 55 i 38 metrów wysokości. Znajdowały się w centrum buddyjskiego kompleksu klasztornego. Obie rzeźby stały się celem ataku talibów. Twierdzili, że należy je zniszczyć, bo są to wizerunki bożków niewiernych, a pozostawienie ich jest niezgodne z nauką islamu”.
W „Rzeczpospolitej” w oczy bije tytuł „Czarni winią Żydów za niewolnictwo”. Z tekstu wynika, że zdaniem Narodu Islamu Żydzi są sługami szatana, którzy kontrolują rząd i w dużej mierze odpowiadają za historyczne cierpienia Afroamerykanów. Nieco inaczej problem narodu wybranego rysuje się w przedrukowywanym przez tę gazetę z „Die Welt” wywiadzie z prof. Władysławem Bartoszewskim. Wypowiedziane przez niego słowa: „Jeżeli ktoś się kogoś lękał, to nie Niemców. Nie musiałem się obawiać na ulicy oficera, który nie miał rozkazu aresztowania mnie. Ale musiałem się bać sąsiada, który zauważył, że kupuję więcej chleba niż zwykle” wywołały prawdziwą burzę. Jednak nie tylko my mamy problem z wizją własnej historii. Na Ukrainie np. – o czym również donosi „Rzepa” coraz silniej forsowana jest sowiecka wersja dziejów. „Mniej mówi się o Wielkim Głodzie, a więcej o Armii Czerwonej”.
Mamy też w prasie tematy odnoszące się do historii bardziej nam bliskiej. „Wyborcza” znowu sugeruje, że katastrofa smoleńska mogła mieć związek naciskami na pilotów podczas słynnej wyprawy do Tbilisi, w „Dzienniku. Gazecie Prawnej’ zaś prof. Jadwiga Staniszkis dowodzi, że „Zawłaszczone przez komunistyczne władze mienie wciąż niezwrócone właścicielom to przykład porażki polskiej transformacji. Zwrot nie opłacał się ani lewicowym, ani prawicowym rządom. Teraz szanse na przeprowadzenie tego procesu z roku na rok maleją”.
Wszystko to bardzo inspirujące. Bo i na dowcipy o Czukczach pozwala spojrzeć z innej perspektywy, i na hitlerowskiego okupanta jakby okiem łaskawszym. Mnie jednak najbardziej zainteresowała wzmianka o przyszłości polskiej polityki repatriacyjnej. Pisze o niej „Dziennik” („Więcej Polaków wróci do kraju”). Przyznam, że mam mieszane uczucia. Repatriacja to bowiem nie tylko umożliwienie powrotu do kraju Polakom rozsianym po świecie. Repatriacja to bardzo skomplikowany proces adaptacji do realiów kraju przodków. A o tym dziwnie cicho.

piątek, 22 października 2010

Czytajmy!!!

Zdarzyło mi się kiedyś być w Madrycie. Pierwszy kontakt z tym miastem to lotnisko i znajdująca się pod nim stacja metra. Po kilku chwilach mogłem już przesiąść się na linię docelową. Widok jaki zobaczyłem na stacji pośredniej sprawił, że oniemiałem. Centralny jej punkt stanowiła… biblioteka! Mała, nowoczesna, dobrze zaopatrzona. Ten obraz prześladuje mnie za każdym razem, kiedy czytam kolejne dane dotyczące czytelnictwa w Polsce i przypominam sobie stan polskich bibliotek publicznych.

Ostatni, roczny raport Instytutu Książki i Czytelnictwa przynosi informację, że jedynie 38% Polaków ma jakikolwiek kontakt z książką. To najniższa wartość tego wskaźnika od początku prowadzenia tych badań – czyli od 1992 roku. Systematyczny spadek tej wielkości też nie napawa optymizmem. Jeszcze w 2004 roku ten sam wskaźnik był dokładnie 20% wyższy (58%).

Jeśli już czytamy, sięgamy przede wszystkim po popularne powieści: obyczajowo-romansowe (18%) i sensacyjno-kryminalne (15%) oraz książki encyklopedyczno-poradnikowe (14%). Czytamy również literaturę faktu (11%), książki dla dzieci i młodzieży (10%), fantastykę (10%) oraz lektury szkolne i podręczniki (10%). Nieco rzadziej zdarza nam się zagłębiać w lekturę książek religijnych (7%) i opracowań fachowych (7%). Niektórzy lubią eseistykę i publicystykę (2%) oraz literaturę ezoteryczną (1%).

Głównym źródłem książek są dla Polaków biblioteki (40%), zwłaszcza publiczne (27%), następnie własny księgozbiór (36%), księgozbiory rodziny i znajomych (35%), ostatnie zakupy (35%). Zakup co najmniej jednej książki rocznie deklaruje jedynie 23% Polaków. Jeszcze w 2002 roku było ich 14% więcej. Warto żebyśmy pamiętali, iż część z osób deklarujących, że kupują książki, przyznaje zarazem, że są to podręczniki szkolne dla ich dzieci…

To, że nie czytamy pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje. Mierzy się je m.in. tzw. poziomem piśmienności. Na szeroką skalę badania w tym zakresie przeprowadzono pod auspicjami OECD w 1994 roku. Ich celem było stwierdzenie jaki wpływ ma piśmienność (rozumiana jako sprawność odczytywania ze zrozumieniem różnego typu tekstów) na życie lokalnych społeczności. Badania te wykazały, że piśmienność jest podstawą, która określa jednostki (i całe społeczeństwa) jako zdolne do dostosowywania się do szybko zachodzących zmian w świecie, posiadające umiejętność skutecznego uczenia się, podatne na przyswajanie wiedzy, otwarte na wszelkie zmiany i innowacje, co jest niezmiernie ważne dla zawodowej mobilności. Wyniki tych badań unaoczniły wszystkim, że dobrze pojęty interes ogólny to utrzymanie członków społeczeństwa na wysokim poziomie piśmienności. Jest to bowiem ważny czynnik wzrostu ekonomicznego kraju, warunkujący jego rozwój społeczny i kulturalny. Jednostce natomiast umożliwia właściwe funkcjonowanie w nowoczesnym społeczeństwie.

Efektem tego badania w Polsce są wyniki, które budzą co najmniej niepokój. Około 40% współczesnych Polaków cechuje bardzo niski poziom piśmienności, co oznacza, że nie są oni przygotowani do uczestnictwa w obiegu informacji. Nie poradzili sobie z takimi zadaniami, jak: czytanie ze zrozumieniem tekstów, liczenie podczas zakupów, wypełnianie kwestionariuszy, zażywanie leków zgodnie z zaleceniami na ulotce itp. Jest to równoznaczne z wykluczeniem takich osób poza nawias nowoczesnego, demokratycznego społeczeństwa, gdyż piśmienność traktuje się jako istotny element określający przygotowanie jednostki do uczestnictwa w kulturze i życiu publicznym. A pamiętajmy, że badania te przeprowadzono 16 lat temu. Spadek czytelnictwa w tym czasie jest na tyle dramatyczny, iż można przypuszczać, że dzisiaj wyniki te byłyby jeszcze gorsze.

Niski poziom czytelnictwa przekłada się nie tylko na stan kapitału społecznoekonomicznego Polaków, czy niską świadomość wyborów politycznych, ale także zagraża ich tożsamości, jako wspólnocie. Książka zaspokaja ciekawość poznawczą czytelnika, potrzeby emocjonalne, stanowi kulturalną rozrywkę, rozwija wrażliwość na piękno języka. Jest zarazem taką formą utrwalania informacji, która pozwala powracać do niej wielokrotnie, stanowiąc dzięki temu istotne źródło zdobywania wiadomości i wywoływania różnego rodzaju przeżyć intelektualnych, moralno-społecznych, czy estetycznych. Treści zawarte w czytanych tekstach odgrywają zasadniczą rolę w kształtowaniu się poglądów, systemów wartości, opinii i tożsamości kulturowej człowieka. My, Polacy, powinniśmy to rozumieć w sposób szczególny. "Historii naszego kraju – jak pisze w jednej ze swoich książek prof. Papuzińska - zwłaszcza w XIX wieku towarzyszyło przeświadczenie o wielkiej władzy słowa pisanego nad ludzkimi myślami i czynami, żarliwa wiara w jego moc, w społeczne posłannictwo pisarza. To właśnie literaturze między innymi zawdzięczamy utrzymanie swej narodowej świadomości i zwartości. Książka i prasa przejmowały w okresie zaborów funkcje wielu nie istniejących instytucji publicznych, gorące słowa poetów, filozofów i społeczników mobilizowały całe zbiorowości do społecznych i narodowych zrywów". Czy więc – w tym kontekście – nie jest zasadne pytanie o naszą przyszłość, jako niepodległej wspólnoty, w sytuacji, kiedy przestajemy sięgać po książki?

Kiedy zadaje takie pytania słyszę czasem, że przesadzam. Że w świecie nowych mediów znaczenie książki spada w sposób naturalny. Tymczasem jednak, pomimo intensywnego rozwoju nowoczesnych form utrwalania i wymiany informacji, takich jak telewizja, radio film, czy Internet, książka nadal pozostaje głównym źródłem zdobywania wiedzy o współczesnej rzeczywistości i o naszej przeszłości historycznej. Nowe media są często atrakcyjniejsze, łatwiejsze w odbiorze, bardziej sugestywne, bo atakujące wiele zmysłów jednocześnie. Książka jednak zachowała swą uprzywilejowaną pozycję między innymi dlatego, że daje możliwość indywidualnego wyboru oraz różnorodności form zastosowania, możliwość ingerencji w treść i tempo prezentacji materiału, czy w końcu możliwość przemyślenia czytanego tekstu, jak też i jego utrwalenia przez wielokrotne czytanie. Poza tym pewnych przeżyć, jakie daje książka nic nie jest w stanie zastąpić. Osobliwość kontaktu z nią polega bowiem na tym, że jest ona tylko impulsem dla ludzkiej wyobraźni. Prawdopodobnie dzięki temu czytanie jest jak najbardziej "prywatną, osobistą i podlegającą samokontroli czynnością człowieka".

W naszym dobrze pojętym interesie leży więc wspólny wysiłek, którego celem jest przywrócenie książce należnego jej miejsca - zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym. Uświadomienie sobie po raz kolejny, że "Książka jest – jak czytamy w jednym z dokumentów UNESCO – paszportem do świata, paszport ten pozwala przekraczać granice czasu i przestrzeni, przynosi człowiekowi radość i przyczynia się do jego rozwoju. Dla czytelnika książka może być wiernym towarzyszem życiowym, inspiratorem marzeń albo źródłem mądrości. Czytelnik jest obdarzony wolnością wyboru tematu, jak i wyznaczania celu swej lektury, dzięki temu książka staje się środkiem uprzywilejowanego komunikowania się z innymi ludźmi".


Korzystałem z:

1. E. Malmquist, Nauka czytania w szkole podstawowej, Warszawa 1987

2. J. Papuzińska, Czytanie domowe, Warszawa 1975

3. L. Marszałek, Paszport do świata, Warszawa 1986

4. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku – komunikat z badań Biblioteki Narodowej, dokument elektroniczny

5. T. Zatorska, Rozważania naukowe nad czytelnictwem, dokument elektroniczny

poniedziałek, 18 października 2010

Kwesta!!!

W tym roku po raz trzydziesty na krakowskich cmentarzach odbędzie się kwesta na rzecz ratowania zabytkowych nagrobków. Jak dotychczas organizatorom udało się wyremontować ponad 400 nagrobków. Do akcji włączyła się Gmina miasta Krakowa, Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa, a także liczni prywatni dysponenci. Dzięki ich wsparciu ogólna liczba odnowionych nagrobków sięga 1000. Kolejne czekają na ratunek. Skala potrzeb jest ogromna. Komitetowi można pomóc nie tylko poprzez własną hojność, ale także uczestnicząc w kweście jako osoba kwestująca.

W tym roku kwesta odbędzie się na Cmentarzu Rakowickim w dniach 30 i 31 października oraz 1 listopada 2010 r. od godz. 10-tej do zmroku; na Nowym Cmentarzu Podgórskim w dniach 31 października oraz 1 listopada 2010 r. od godz. 10-tej do zmroku, na Cmentarzu Bronowickim na Pasterniku w dniu 1 listopada 2010 r. od godz. 10-tej do zmroku.

Datki można też przekazywać na konto: OKRK Kraków ul. Sławkowska 17/26, Bank BSR nr konta : 26 8589 0006 0000 0029 7963 0014.