środa, 10 kwietnia 2013

Czas...

Wszystkie ścieżki ludzkiego ethosu przechodzą przez bramy prawdy, których obchodzić nie wolno.
ks. Józef Tischner


Nie jest do końca istotne, czy czas istnieje obiektywnie, czy też tylko subiektywnie egzystuje w naszych umysłach, jako wytrych do rzeczywistości. Ważne jest jedynie to, że bez pojęcia czasu trudno nam wyobrazić sobie cokolwiek, co ma związek z istnieniem. Być to bowiem zmieniać się. Zmiana z kolei trochę niesłusznie kojarzona jest z rozwojem, ten zaś, jeszcze niesłuszniej, z postępem. Prawdą jest jednak, że postęp i czas - jako pojęcia - są ze sobą związane nierozerwalnie.
Zasadniczo, motorem postępu jest ponoć nasze lenistwo. Mianowicie - jesteśmy innowacyjni po to jedynie, by nasze wynalazki zaoszczędziły nam wysiłku. Wygospodarowany dzięki nim czas moglibyśmy bowiem przeznaczyć na nicnierobienie. Tymczasem, wydaje się, że jesteśmy bodajże tyleż leniwi, co chciwi.  Zamiast więc pożytkować rozwój cywilizacyjny na piaszczystych plażach Zanzibaru, zaprzęgamy go do kieratu wydajności, sami pracując wielokrotnie więcej niż w dobie przedindustrialnej.
Praca znalazła się w absolutnym centrum ludzkiego etosu. Zajęła miejsce początkowo zarezerwowane dla Boga, później dla człowieka, rozumu, ducha czy rozwoju. Stanowi sens i osnowę narracji opisujących rzeczywistość w skali makro i mikro. Nie piszemy już nawet życiorysów. Zamiast nich tworzymy CV. Nie jest już bowiem tak ważne kim naprawdę jesteśmy. Swą wagę ma jedynie to, jakie zgromadziliśmy – związane z pracą - doświadczenia.
Mam swoje powody, by w szczególny sposób pochylać się dzisiaj nad ostatnimi dwiema dekadami mojego życia. Praca stanowiła o tyle istotną ich treść, że częstokroć przesłaniała to, co - wiem to dzisiaj - powinno było zawsze stać ponad tym, co zmienne. Z drugiej strony jestem tu gdzie jestem dzięki serii wyborów, jakich dokonałem. Na ile - podejmując poszczególne decyzje - świadomy byłem ich konsekwencji? Nie wiem. Ale czy w ogóle dana jest nam taka zdolność? Czy potrafimy żyć w poprzek rzeczywistości? Niektórzy pewnie tak...

czwartek, 28 marca 2013

Alleluja!

(...) A kiedy Anioł głaz odwalił z grobu
i jasne słońce do czeluści wpadło,
powstał i wyszedł z kamiennego żłobu
w chustach śmiertelnych i z twarzą pobladłą.


I na świat patrzył jeszcze na wpół senny,
i taki smutny szedł w blask słońca złoty,
jak kiedy w cierniach i krzyżem brzemienny
wśród wrzasków tłumu szedł na szczyt Golgoty.


(Jerzy Żuławski, „O trzeciej dobie”)


czwartek, 21 lutego 2013

Czterdzieści i dwa

„My, to znaczy kto? My, ludzie dzisiejsi, ludzie jakiegoś dzisiaj, którzy długo już trwają i długo jeszcze trwać będą w dłużyźnie, dla której żaden rachunek czasu historii nie wprowadzi nigdy miary”.
Martin Heidegger*

W swoje urodziny trafiłem na pogrzeb. Nie swój własny rzecz jasna, ale to, że i na taki kiedyś trafię, jest przecież jedynie kwestią czasu. Nic nadzwyczajnego w tej zbieżności nie ma. Zwykły zbieg okoliczności. Przypadek. Potwierdzenie prawdy, że skoro się narodziliśmy, przyjedzie pewnie i umrzeć. Oczywistość takiej kolei rzeczy wprawia mnie nieodmiennie w swoiste osłupienie. Bo jeśli żyjemy z taką świadomością, to co nadaje naszemu życiu sens? Jego kres?
W perspektywie religijnej sprawa jest jasna. Życie tu i teraz to bytowanie w skończoności, śmierć zaś jest przejściem do realności wyższej, w której skończoność zostaje przezwyciężona. Jakość tego nowego bytowania jest zależna od sposobu, w jaki spożytkujemy dany nam w doczesności potencjał. Reszta jest tylko kwestią przyjęcia (na wiarę, ale także rozumowo) takich bądź innych założeń. Dotyczą one w pierwszym rzędzie znaczenia naszej woli i roli łaski, jaką otrzymujemy od Tego, który daje życie. Między tymi biegunami roztacza się przestrzeń interpretacji czynów i intencji. Przestrzeń dobra i zła. Przestrzeń wolności i fatum.
Problem skończoności, a w zasadzie możliwości jej przezwyciężenia, stanowi również istotę światopoglądów niereligijnych. W tym przypadku nadawanie sensu życiu odbywa się w oderwaniu od Absolutu, a w odniesieniu do wartości uznanych (przyjętych) za szczególnie istotne. Gama możliwości w tym zakresie jest na tyle szeroka, że nie sposób znaleźć rozsądną zasadę, do której można by je sprowadzić, oczywiście poza tą, że ich celem jest usensowienie życia. Unieśmiertelnienie następuje tu chociażby poprzez przekazywanie genów i wzorców, trwanie w pamięci pokoleń, rozwój społeczeństw itd. Jest ono możliwe dzięki osiągnięciu przez jednostkę określonych zdolności, w tym zdolności etycznych.
To teleologiczne zdeterminowanie naszego bytowania jedynie pozornie znosi pytanie o sens życia. O jego istotę. Nie rozstrzyga bowiem o tym, dlaczego życie w ogóle jest konieczne. Dlaczego takie a nie inne sprawności mają zagwarantować przezwyciężenie skończoności i czy samo to przezwyciężanie ma jakąś wartość, jakiś sens. Pytania te można mnożyć do granic – nomen omen – nieskończoności, o ile nieskończoność jakieś granice posiada. Sama zaś próba znalezienia na nie odpowiedzi może bądź to nadać ludzkiemu życiu sens, bądź też prowadzić do skrajnego pesymizmu, od którego już niedaleko do zakwestionowania samego życia.
Nie może więc dziwić, że historia człowieka to historia poszukiwania sensu - znaczenia ukrytego w nieznanych odpowiedziach na znane pytania. Filozofia, sztuka, literatura… Wszystkie te próby okazują się daremne. Być może dlatego, że – jak twierdzi Martin Heidegger – jeszcze nie nauczyliśmy się myśleć. Zamiast tego – „kombinujemy”. Efekty tych zabiegów bywają mniej lub bardziej pociągające. Zważywszy na osobisty wydźwięk dzisiejszego dnia i korzystając z pewnej inspiracji przypomnę jeden z nich, autorstwa Douglasa Adamsa. W jego „Autostopem przez Galaktykę” odpowiedź na wielkie pytania o życie, wszechświat i wszystko inne stanowi liczba 42. I pewnie coś w tym jest. W końcu – jak wierzyli starożytni Egipcjanie – na sądzie dusz obecne są 42 demony…

* Martin Heidegger, Co znaczy myśleć? (M. Heidegger: Was heisst Denken?, w: tenże: Vorträge und Aufsätze, Pfüllingen 1954; odczyt wygłoszony w radiu bawarskim w maju 1952 r., opublikowany po raz pierwszy w „Merkur" R. VI, 1952. Korzystałem z polskiego tłumaczenia autorstwa Janusza Mizery i Józefa Tischnera).

piątek, 1 lutego 2013

Na szczęście...



W życiu nie chodzi o szczęście, lecz o dobre życie.
prof. Barbara Skarga

 
Przełom starego i nowego roku sprzyja wyjątkowo myśleniu o szczęściu. Ostatnie dni grudnia i pierwsze stycznia obfitują w rozliczne życzenia, które bądź to do tego pojęcia się sprowadzają, bądź też bezpośrednio go dotyczą. Gdyby życzenia się sprawdzały, bylibyśmy zapewne permanentnie szczęśliwi, z wyłączeniem tych nielicznych jednostek, którym większość życzy zgoła czegoś odmiennego, zazwyczaj zresztą nieszczerze składając życzenia szczęścia. Tak czy inaczej szczerość czy nieszczerość intencji leżących u źródła życzeń nie ma większego znaczenia, podobnie jak sprawczego znaczenia nie mają one same, pozostając jedynie sympatycznym świadectwem pamięci i dobrych intencji bliźnich.
Fakt, że powszechnie życzymy sobie szczęścia zdaje się świadczyć o tym, iż wszyscy go pożądamy. Pragniemy mieć szczęście i być szczęśliwymi, zazwyczaj zresztą utożsamiając te stany. Tymczasem mieć szczęście nie oznacza zarazem bycia szczęśliwym. To, że ktoś miał szczęście i (dla przykładu) wygrał sporą sumę na loterii, nie czyni go automatycznie szczęśliwym. Ba! Bywa, że jest wręcz odwrotnie. Mający – w ujęciu obiektywnym - szczęście może bowiem subiektywnie uważać, że gdyby rzeczywiście je miał wygrałby znacznie więcej, gdy tymczasem zdobył sumę, która nie pozwala mu spełnić wszystkich pokładanych w wygranej oczekiwań. Poza tym staje się on natychmiast adresatem rozlicznych próśb i wniosków bliskich i znajomych, którzy takiego szczęścia nie mieli, a chętnie też poczuliby się nieco bardziej szczęśliwi. A indagacje te bynajmniej szczęśliwym go nie czynią.
Pragnienie szczęścia najwyraźniej nas pochłania, czego wyrazem jest wiele obiegowych opinii krążących na jego temat. Jedna z nich głosi np., że kto ma szczęście w kartach nie ma szczęścia w miłości, zaś kto ma szczęście w miłości nie powinien próbować hazardu. Inna z kolei, że pieniądze szczęścia nie dają. Wynikałoby z tego niezbicie, że „szczęściarz” wygrywający w karty z góry skazuje się na bycie nieszczęśliwym. Z kolei ten, któremu szczęście w kartach nie dopisuje, zyska miłość, która zasadniczo również ze szczęściem wiele wspólnego nie ma, bo - jak powiada ludowe porzekadło - „Miłość je sto razy gorszo niż wściekłość, bo od wściekłości pomoże, a od miłości - uchowaj, Boże”. Ludowym mądrościom w sukurs przychodzi literatura światowej klasy, gdzie o przykłady harmonii pomiędzy szczęściem a miłością trudniej niż o dokładne oszacowanie ilości diabłów na łebku szpilki.
Ta nieuchwytność szczęścia prowadzi do poczucia jego deficytu, zaś deficyt rodzi pożądanie. To, iż wszyscy pragniemy szczęścia sprawia
z kolei, że kształtuje się rynek, na którym zdobyć można niezawodne ponoć sposoby jego pozyskania. Sprzedawcy szczęścia (ot choćby psychologowie pozytywni) niewątpliwie zbijają fortuny, co – zgodnie z przytoczoną wyżej opinią – z definicji czyni ich nieszczęśliwymi. Trudno więc, by uznać ich za wiarygodnych. Wniosek ten potwierdzają badania naukowe, z których niezbicie wynika, że pogoń za szczęściem jest najlepszą drogą do bycia permanentnie nieszczęśliwym.
Czy zatem szczęście istnieje? Niewątpliwie tak. Negacja w tym przypadku kłóciłaby się ze zdrowym rozsądkiem. Każdy z nas zaznał bowiem kiedyś szczęścia. I choćby była to najbardziej ulotna z chwil, trudno byłoby jej zaprzeczyć. Owo doświadczenie uczy zarazem, że poczucie szczęścia jest efektem ubocznym innych zdarzeń, samo w sobie pozostając niezamierzonym. Choć może nie tak do końca. Kiedy – dla przykładu - idziemy w góry, nie robimy tego przecież, by wypoc hektolitry wody ze swojego organizmu. Zamierzamy raczej osiągnąć jakiś realny cel - zdobyć szczyt. Wychodząc w góry wiemy, albo chociaż przypuszczamy, że jego osiągnięcie uczyni nas szczęśliwymi. Choćby na chwilę…




piątek, 21 grudnia 2012

Dobrych Świąt! Dobrego roku!

Stefan Mrożewski – Pokłon pasterzy
Ach! zła Ewa narobiła, kłopotu nas nabawiła, z wężem sama rozmawiała, i jabłuszka kosztowała.- Narobiła.
Adam z raju wypędzony zostawił płód zarażony.
Ale go z kłopotu tego, Matka Syna Przedwiecznego. - Wybawiła.
Robak chytry zwiódł mężatkę, za tę winę sam wpadł w klatkę.
Bo mu głowę podeptała, która od wieku przyjść miała - Białogłowa.
Czego dawno pożądali, cni Ojcowie oglądali, i już są dziś wypełnione, od Proroków objawione - Święte słowa.
Dziś w żłobie odpoczywa, z nieba zszedłszy prawda żywa,
Która nie będzie zawarta, owszem na wieki otwarta, - Że Zbawiciel
Od Aniołów ogłoszony, z Panny w stajni narodzony, Skąd wesele nam przynosi, Miły pokój ludziom głosi – Odkupiciel.


(Ze zbioru: Kantyczki. Pieśni na Boże Narodzenie, Księgarnia Luxemburgska 1867, T. II, s. 3-4)

sobota, 24 listopada 2012

Kobiety na traktory! Sportowcy na drogi!

An nescis, mi fili, quantilla prudentia mundus regatur? (Juliusz III)


O tym, że kobiety cywilizują mężczyzn, nikogo przekonywać nie trzeba. Z faktami po prostu dyskutować nie przystoi. A że robią to czasem używając ciosów – nomen omen - poniżej pasa? Cóż. Widać muszą. O tym, że ciosy te są o tyle dotkliwe, co skuteczne świadczy historia naszej cywilizacji. Nie dziwi więc, że i w kulturze temat ten, acz bolesny i niewygodny, nie został całkowicie przemilczany. Klasycznym przykładem ekspozycji tego motywu jest dramat Arystofanesa z 411 r. p.n.e. pt.: "Lizystrata". Osobom o słabszej pamięci śpieszę przypomnieć, że ogniskuje się on wokół problemu zakończenia II wojny peloponeskiej. By skłonić swoich mężów do pokoju kobiety zawiązują spisek, w ramach którego separują ich od swoich alkow i wdzięków do czasu, aż zmądrzeją. Wyrazem tej mądrości miało zaś być zawarcie pokoju.
Opisaną przez Arystofanesa "historię" przypominał jakiś czas temu w "Dużym Formacie" Wojciech Orliński. Przyczynkiem zaś do tych wspominek był opisany przez  "Guardiana" przypadek dzielnych kobiet z kolumbijskiego miasteczka Barbacoas, które zastosowały metodę strajku seksualnego, by wymusić na swoich mężczyznach budowę upragnionej drogi. Nie muszę chyba dodawać, że metoda okazała się skuteczna, co szczególnie dziwić nie może.
Kontempluję ten przypadek już jakieś półtora roku zastanawiając się, czy aby nie jest to metoda warta rozpropagowania w kraju nad Wisłą, zważywszy, że i u nas z drogami - nadal - licho. Więc może gdyby tak małżonki/małżonkowie naszych panów posłów i pań posłanek postawiły/postawili analogiczne ultimatum, to kto wie, kto wie... Wzdragam się jednak przed nadmiernym eksponowaniem takiego postulatu zważywszy co najmniej trzy bezsporne fakty:
1. byłoby to w najwyższym stopniu niehumanitarne;
2. jako lud północny dłużej niż południowcy obywać się możemy bez uciech cielesnych;
3. z instytucji publicznych na "b" w naszym arcykatolickim kraju równie łatwo o zamtuz jak o bibliotekę z niewielkim wskazaniem na ten pierwszy przybytek.
Zważywszy wszystkie te fakty, skuteczniejszą metodą wydało mi się ograniczenie przywilejów poselskich poprzez odebranie paniom posłankom i panom posłom prawa do bezpłatnych przelotów/przejazdów, a nawet nałożenie nań obowiązku samodzielnego kierowania pojazdami mechanicznymi oraz wykluczenie z zakresu immunitetu wykroczeń drogowych. Przy okazji zabroniłbym im dodatkowo używania CB, co zresztą może niebawem zacząć dotyczyć nas wszystkich. Coś mi się wydaje, że wszędzie na świecie ta metoda mogłaby okazać się skuteczna. Wszędzie, wyjmując z tej reguły kraje na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej, gdyż jak wiadomo zamieszkujące te tereny ludy mają przedziwną zdolność do nieszablonowego radzenia sobie z narzuconymi przemocą regułami. Pozostaje więc szukać dalej.
A że żyć przyszło mi w ciekawych czasach daleko szukać nie musiałem. Świeże jeszcze wspomnienie EURO 2012 i związanego z nim cywilizacyjnego skoku w zakresie infrastruktury każe wierzyć, że jedyną skuteczną metodą na podtrzymanie tego trendu jest jak najszybsze przyznanie Polsce praw do organizacji (kolejność nieprzypadkowa):
1. Zimowych Igrzysk Olimpijskich,
2. Letnich Igrzysk Olimpijskich,
3. Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.
Na oko biorąc, po takim maratonie będziemy najlepiej komunikacyjnie rozwiniętym krajem świata, że o innej infrastrukturze nie wspomnę. I choć żal mi naszych Taterek, zdania nie zmienię. Paniom i panom posłom pragnę zaś za Krzysztofem Wargą przypomnieć słowa Thomasa Bernharda z "Przyczyna. Przypomnienie": "We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciwko sobie".


wtorek, 30 października 2012

Jesień rulez

The Traktor

Ponoć – tak przynajmniej chce Søren Kierkegaard – mądrość zdobywamy wyłącznie patrząc wstecz, choć by żyć musimy patrzeć do przodu (dosłownie: „(...) Livet maa forstaaes baglænds. Men (...) det maa leves forlænds”). Na szczęście po jakimś czasie, intensywne patrzenie wstecz pozwala nabrać pewności, co do zdarzeń przyszłych. I tak nadszedł czas zimowy, co przypuszczaliśmy, a o czym wielokrotnie powiadomiły nas media, zaś niedowiarków gruntownie i namacalnie uświadomili wszelacy przewoźnicy. Nadszedł, jest i jak co roku oszukuje. Bo nadszedł jakoby co nieco za wcześnie. Wszak jesień jeszcze! I to jaka! A jesień taka sprzyja nostalgii, o czym zresztą – również z doświadczenia – wiemy i co dzięki doświadczeniu mogliśmy przewidzieć.
Nostalgię – zwłaszcza jesienią w wieku drugiej młodości – pogłębiają najskuteczniej koledzy, w ową drugą młodość zagłębieni poważniej niźli my sami. A co tam. Niech im będzie! Najlepiej lżej. Dzwoni więc taki i wspomina, jak tośmy generała ważnego „olali”, znaczy „umyli”, i że film o tym chcą kręcić. No i rozmarzenie pełne. Nie. Nie o filmie bynajmniej. Film to ściema celuloidowa. Jeno to mycie/olewanie generała wypadło nam gdzieś w okolicach 1988, a może i rok wcześniej. Zresztą. Co mi tam. Wiek usprawiedliwia. Nie wszystko już człowiek pamięta. Ważne, że upadek Konstantynopola w roku 1453 nastąpił, a bitwa pod Wiedniem była w 1683, ni mniej ni więcej.
Tyle tylko, że później człowiek tknięty tą wątpliwością grzebać zaczyna w papierach. Bo a nuż gdzieś notatka jakaś, sugestia się znajdzie, napatoczy. Bo i Kupaliści wszak chyba niezły kawałek o tym wiekopomnym myciu/olewaniu po koncertach ryczeli. A tu jak na złość po Kupalistach ledwie dwie stronice tekstów mi się ostały. I nic, nic. Czarna dziura, czarna masa i istota szara. Nawet „The Traktor” jeden odnalazłem. Zin taki z epoki. Nasz. Przemyski. Kilka numerów wyszło i coś tam nawet rękę do jednego czy dwóch przyszło przyłożyć. Jakieś pozostałości po Grupie Inicjatyw Oddolnych „Jeże” oraz Literackiej „Mać” też. W tym ostatnim przypadku łatwiej o daty, bo wiadomo: poeta to i czas i miejsce dla potomności zanotuje, by młodzieży gimnazjalnej za łatwo nie było. Ale śladu datowania z generała olewania – zero.


Kupalisci

No i z tej żałości nastroje futurystyczne mnie opanowały. Mianowicie zastanawiać się zacząłem, jakby to było, gdyby Kupaliści dzisiaj właśnie grali. „Gumowa konserwa” to hicior z przesłaniem ponadepokowym. Nadaje się więc na zwieńczenie koncertu w każdym systemie ustrojowym a nawet/ zwłaszcza pod okupacją. A wypełniacze? W jakim by to mogło pójść kierunku? No i wypłynąłem…

Czego wy ode mnie chcecie
Jam jest nuklearne dziecię
Jam dziedzicem Czarnobyla
I przyczyną śnięcia kryla

Wbij w garnitur się pod szyje
Zawiąż krawat w srebrne żmije
Módl się często, módl się szczerze
„A w co wierzysz? W Polskę wierzę!”
Czcij też ojca, kochaj matkę
Mniej w pamięci starszych gadkę

Czego wy ode mnie...

Idź w pochodzie w pierwszym rzędzie
Słowa wodza miej na względzie
Czerwień wlej w swe serce szczere
Tyś jest z ludu oficerem
W próchno świata rzuć kamieniem
Lud twą wiarą, twym sumieniem

Czego wy ode mnie...

Poznaj siłę swych pieniędzy
Kraj wyciągnij z szarej nędzy
Bogać się za wszelką cenę
Śmiało z buta właź na scenę
I wierz w siłę, co tkwi w tobie
„Co pomyślę, to i zrobię”!

Czego wy ode mnie...

Drze swą mordę dziki bełkot
Drży w posadach bryła świata
Radia nieustanny warkot
Zagłusza wciąż kroki kata...
 
Więc apeluję. Zanim wypłynę tak daleko, że zawrócić ni jak nie będzie i dokąd, poddajcie moi mili, w którym że to było roku (bo że 1 czerwca nie ulega wątpliwości) i czy ktoś przechowuje fotki, których napstrykano nam wtedy pod dostatkiem..? Bo jak nie, to „Misiowie puszyści”.