Pracownia Badań nad Mniejszościami Narodowymi i Etnicznymi, która funkcjonuje w Instytucie Politologii Uniwersytetu Zielonogórskiego, przygotowuje trzeci numerze czasopisma „Przegląd Narodowościowy - Journal of Nation” (pierwszy numer został poświęcony Kurdom, drugi szeroko rozumianej etniczności), który poświęcony będzie społeczności romskiej (zarówno w Polsce jak i na świecie). W związku z powyższym istnieje możliwość nadesłania tekstów z tego zakresu. Mogą one dotyczyć m.in. zagadnień historycznych, socjologicznych, prawnych, politologicznych czy z dziedziny kulturoznawstwa. Artykuły nadsyłać można do 15 października 2013 roku (ogólne wymagania techniczne: czcionka 12, przypisy na dole strony, krótkie streszczenie artykułu - 100-150 znaków). Adres e-mail, na który należy przesyłać teksty jest spersonalizowany, dlatego udostępnię go bezpośrednio osobom zainteresowanym.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 maja 2013
czwartek, 19 kwietnia 2012
Między kazaniem, lekturą i polityką
I znów odwieczny dylemat. Pisać czy nie pisać? Gdyby tak milczeć, można by zasłużyć na miano filozofa. Tym jednakowoż nie jestem, a stanu rzeczy w żaden sposób poprawić nie może fakt, iż od kilku lat, konsekwentnie pozwalam sobie być brodaczem. Najwyraźniej broda nie ma nic wspólnego z filozofią. Fakt jej posiadania lub nieposiadania pozostaje dla niej okolicznością obojętną. Żywymi ilustracjami tego stanu rzeczy mogą być z jednej strony niżej podpisany, z drugiej zaś - konsekwentnie bezbrody minister sprawiedliwości, ikona polskiego konserwatyzmu - Jarosław Gowin.
Ustaliliśmy więc, że nie jestem filozofem. Wbrew obiegowej opinii, z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że - przynajmniej z tytułu specjalizacji naukowej - nie jest nim też obecny Minister Sprawiedliwości. Do ustalenia w ramach wstępu pozostaje nam jeszcze jedno: czy ja, niegodny, mam takie samo prawo wypowiadać się w danej sprawie, jak minister rządu Rzeczypospolitej? Pytanie ze wszech miar zasadne. Mam bowiem w swoim bagażu doświadczeń również wspomnienie sprzed kilku lat, telefonu od jednego z ministrów, który takie pozytywne przeświadczenie kwestionował. Otóż, przyjmując za dobrą monetę zadekretowany konstytucyjnie ustrój Najjaśniejszej, mam! Wszak, jak pisał Henry Francois Becque "Być może demokrację należy rozumieć w ten sposób, że wady niektórych są dostępne dla wszystkich".
No to się wypowiem. I to nie o byle czym, a o Konwencji Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Ten, liczący zaledwie 31 stron tekst, stał się ostatnio jądrem ideologicznego sporu, swego rodzaju cezurą oddzielającą przeciwnych jej ratyfikacji, zatroskanych o przyszłość małżeństwa i rodziny w gnijącej Europie "konserwatystów" i ogarniętych filohomoseksualnym amokiem, antyrodzinnych, skażonych lewicowym myśleniem "postępowców". Po lekturze tego tekstu dochodzę do wniosku, że wygenerowanie takiego dyskursu było możliwe wyłącznie przy przyjęciu założenia, że nikt z publiczności nie zada sobie trudu, by dokument ten przeczytać. Tymczasem jego lektura każe zadać sobie pytanie o sens takich chociażby wypowiedzi ministra Gowina: "To konwencja służąca zwalczaniu tradycyjnego modelu rodziny i promowaniu związków homoseksualnych". Wypowiedzi opartych niewątpliwie na lekturze art. 12 ust. 1 Konwencji, który głosi: "Strony stosują konieczne środki, aby promować zmiany w społecznych i kulturowych wzorcach zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i wszelkich innych praktyk opartych na pojęciu niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn". I chyba wyłącznie tego przepisu. Bo gdyby przeczytać tak całą Konwencję okazałoby się, że istotą tego zapisu jest wola zmierzenia się z takimi zjawiskami, jak ubezwłasnowolnianie, molestowanie, katowanie, okaleczanie i mordowanie kobiet, które często bywa podyktowane względami kulturowymi. Część tych zjawisk egzystuje na gruncie tradycji europejskiej. Z innymi (zwłaszcza okaleczaniem i "honorowymi" morderstwami) mamy do czynienia od stosunkowo niedawna, w związku z rosnącą w Europie rzeszą imigrantów. Ani słowa o homoseksualizmie i innych tego typu zjawiskach! Dużo natomiast o ofiarach przemocy domowej i dzieciach, które są tego przymusowymi świadkami; okaleczeniach kobiecych narządów płciowych; przymusowych małżeństwach itp.; oraz metodach zwalczania tych patologii.
Nie jest tak, że niektóre zapisy Konwencji nie budzą moich wątpliwości. Czytam je jednak w kontekście całego dokumentu i trudno jest mi uznać je za zagrażające tradycyjnie pojętemu małżeństwu (o ile za tradycyjne nie uznamy systematycznego pastwienia się domowego damskiego boksera nad pozbawioną czci i racji małżonką) czy rodzinie. Jednym z nich jest przepis art. 39, który za przestępstwo uznaje jedynie "przeprowadzanie aborcji bez uprzedniej i świadomej zgody kobiety" nie zaś zabójstwo nienarodzonego dziecka w ogóle. Przyjmuję jednak, że my - Europejczycy, ciągle jeszcze dojrzewamy. Już nie wyżynamy w pień sąsiadów (choć nie tak znowuż odległa w czasie wojna na Bałkanach może przeczyć tej optymistycznej opinii) i nie wysyłamy do komór gazowych całych narodów. Być może więc kiedyś dorośniemy i do wniosku, że życie człowieka jest wartością, którą chronić jesteśmy zobowiązani bez względu na fazę, w jakiej się znajduje.
Fakt, że mamy rozliczne wątpliwości, nie może jednak usprawiedliwiać braku polskiego akcesu do tej Konwencji. W ostateczności bowiem, wobec okoliczności, że wykluczone jest składanie do niej - poza "drobnymi" wyjątkami (art. 78 ust. 2) - zastrzeżeń (art. 78 ust. 1) jej ratyfikacji towarzyszyć może przyjęcie deklaracji interpretacyjnej. Skoro można było tak zrobić przy okazji przystępowania do Konwencji ramowej Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych, zapewne można to samo zrobić i w tym przypadku, wskazując granice do jakich można się w Polsce posunąć kreatywnie czytając przedmiotowy dokument. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że spór z Konwencją Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w tle nie ma na celu wypracowania nie tylko takiego, ale jakiegokolwiek kompromisowego rozwiązania. Tym bardziej jego celem nie jest ochrona tradycyjnie pojmowanego małżeństwa i rodziny czy też wręcz przeciwnie: podważenie tradycyjnych podstaw współczesnych społeczeństw. Spór ten ma cele stricte polityczne. W jakiejś mierze lokujące się w wewnątrzpartyjnym układaniu stosunku sił. W innej – petryfikacji sceny politycznej w odmienny, niż tego by chciała część opozycji sposób. Wszystkie te opcje prowadzą jednakowoż do dyskredytacji konserwatyzmu, który niebawem będzie kojarzył się z biciem kobiet i ochroną mężczyzn zabijających swoje siostry z powodów „honorowych”. W działania te opinia publiczna wyjątkowo łatwo daje się – w dużej mierze dzięki bezkrytycznym (?) relacjom mediów - wmanewrować. Jest na to tylko jedno remedium. Trzeba czytać zamiast słuchać "kazań".
Etykiety:
dyskryminacja,
etyka,
feminizm,
Jarosław Gowin,
kobiety,
konserwatyzm,
konstytucja,
konwencja,
media,
moralność,
obyczaje,
politycy,
polityka,
prawo,
przemoc,
społeczeństwo
czwartek, 13 października 2011
Komunikaty
W związku z rozpoczynającymi się zajęciami z przedmiotu pod nazwą Uregulowania prawne dotyczące mniejszości narodowych w ramach podyplomowego studium Romowie w Polsce – historia, prawo, kultura, stereotypy etniczne w niniejszym poście publikowane będą nagłówki komunikatów dla Słuchaczy. Przejście do komunikatu odbywa się poprzez kliknięcie jego tytułu. W przypadku jakichkolwiek pytań proszę o kontakt na adres e-mail.
Pierwsze zajęcia odbędą się 16 października 2011 r. w sali nr 550 – główny budynek UP, ul. Podchorążych.
I.
I.
I.1. Plan zajęć
I.2. Pomoce naukowe
I.3. Warunki zaliczenia
I.4. Pilny komunikat dla Słuchaczy – nauczycieli: Zapisy na warsztaty: „Edukacja dla integracji – warsztaty wrażliwości kulturowej”
II.
II.1. Kolejne zajęcia odbędą się 5 listopada br. w godzinach od 14.30 do 17.30 w sali 550.
II.2. Przypominam lektury do przygotowania:
- Karta Narodów Zjednoczonych
- Powszechna Deklaracja Praw Człowieka
- K. Wolsza, Prawa człowieka – lista życzeń czy wyraz afirmacji osoby?, w: K. Wolsza (red.), Współczesne dylematy etyczne, Opole 2005.
II.3. Komunikat dla Słuchaczy-nauczycieli: Seminarium - Edukacja dla dialogu międzykulturowego (MCK, 7 listopada br.)
X. Tych z Państwa, którzy nie stawili się na teście zaliczeniowym, proszę o kontakt na adres e-mail, celem uzgodnienia dodatkowego, wrześniowego terminu kolokwium.
I.2. Pomoce naukowe
I.3. Warunki zaliczenia
I.4. Pilny komunikat dla Słuchaczy – nauczycieli: Zapisy na warsztaty: „Edukacja dla integracji – warsztaty wrażliwości kulturowej”
II.
II.1. Kolejne zajęcia odbędą się 5 listopada br. w godzinach od 14.30 do 17.30 w sali 550.
II.2. Przypominam lektury do przygotowania:
- Karta Narodów Zjednoczonych
- Powszechna Deklaracja Praw Człowieka
- K. Wolsza, Prawa człowieka – lista życzeń czy wyraz afirmacji osoby?, w: K. Wolsza (red.), Współczesne dylematy etyczne, Opole 2005.
II.3. Komunikat dla Słuchaczy-nauczycieli: Seminarium - Edukacja dla dialogu międzykulturowego (MCK, 7 listopada br.)
III.
III.1. Nasze kolejne zajęcia odbędą się w styczniu 2012 roku. Ich dokładna data i miejsce zostaną Państwu podane przez Kierownika Studium.
III.2. Przypominam lekturę na następne zajęcia:
- Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych
- Międzynarodowy Pakt Praw Ekonomicznych, Socjalnych i Kulturalnych
- Międzynawowa Konwencja w Sprawie Likwidacji Wszelkich Form Dyskryminacji Rasowej
- Deklaracja Praw Osób Należących do Mniejszości Narodowych lub Etnicznych, Religijnych i Językowych
- Deklaracja o Upowszechnianiu Wśród Młodzieży Ideałów Pokoju, Wzajemnego Poszanowana i Porozumienia Między Narodami
III. 3. Dodatkowo zachęcam do zapoznania się z krótkim tekstem S. Łozińskiego pt. Międzynarodowe standardy ochrony i wspierania mniejszości narodowych. Instytucje oraz organizacje powołane do ochrony mniejszości
IV.
IV.1. Nasze najbliższe zajęcia odbędą się 14 stycznia w godzinach od 13.00 do 16.00 w sali 550.
IV.2. Materiały do przygotowania opisane zostały w pkt. III.2.
IV.3. Pilne komunikaty dla Słuchaczy-nauczycieli:
- Ambasada Amerykańska zaprasza nauczycieli do ubiegania się o uczestnictwo w szkoleniu w USA poświęconym edukacji nt Holokaustu. Termin składania aplikacji upływa 27 stycznia br.
- Trwa nabór na warsztaty wrażliwości kulturowej w Willi Decjusza - termin do 15 lutego 2012 roku.
V. Poniżej znajdą Państwo linki do materiałów pomocniczych dotyczących zagadnień
V.1. już przez nas omawianych:
- Mirosław Kędzia, Źródła praw człowieka
- Mirosław Kędzia, Prawa człowieka. Wprowadzenie
- Mirosław Kędzia, Ochrona mniejszości w programie Organizacji Narodów Zjednoczonych
- Mirosław Sadowski, Godność człowieka – aksjologiczna podstawa państwa i prawa
V.2. które będą przedmiotem naszego zainteresowania w najbliższym czasie:
- Mirosław Kędzia, Prawa człowieka. Mechanizmy i procedury
- Mirosław Kędzia, Wysoki Komisarz ds. Praw Człowieka
- Deklaracja i Program działania – Durban 2001
- Krajowy Program Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji 2004 – 2009
- Sprawozdanie z realizacji Krajowego Programu Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji za Lata 2004-2009
V.3. oraz materiały ogólne:
- Sławomir Łodziński, Ochrona praw osób należących do mniejszości narodowych i etnicznych – perspektywa europejska, Warszawa 2002.
VI.
VI.1. Nasze najbliższe zajęcia odbędą się 12 lutego br. w godz. od 14.00 do 17.00 (sala 550).
VI.2. Materiały do przygotowania to 1) Deklaracja i Program działania – Durban 2001; 2) Krajowy Program Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji 2004 – 2009; 3) Sprawozdanie z realizacji Krajowego Programu Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji za Lata 2004-2009, linki do których znajdą Państwo w punkcie V.2.
VI.3. Dodatkowo zajmiemy się dorobkiem KBWE/OBWE. W związku z powyższym proszę o zapoznanie się z pracą Arie Bloed'a, Dwadzieścia lat procesu KBWE. Od konfrontacji do współpracy, Warszawa 1995 – w pierwszej kolejności rozdział 4.5, a w uzupełnieniu cały rozdział 2.
VII.
VII.1. Termin i miejsce naszych kolejnych zajęć ogłosi Kierownik Studium zwykłym komunikatem.
VII.2. Proszę zapoznać się z poniższymi materiałami:
- Ochrona praw mniejszości narodowych i etnicznych w porozumieniach wielostronnych
- Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności
- Europejska karta języków regionalnych lub mniejszościowych
- Konwencja ramowa Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych
VIII.
VIII.1. Do końca kursu pozostały nam jeszcze dwa spotkania. Poświęcimy je na omówienie prawnego dorobku Unii Europejskiej oraz Rzeczypospolitej Polskiej w zakresie ochrony praw mniejszości narodowych i etnicznych. Dlatego proszę Państwa o wnikliwe przestudiowanie co najmniej:
- Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/43/WE;
- Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/78/WE;
- Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym wraz z aktami wykonawczymi
oraz następującej pozycji
- Maryla Koss-Goryszewska, Polska polityka antydyskryminacyjna wobec mniejszości narodowych, etnicznych i rasowych w świetle prawa Unii Europejskiej, Warszawa 2010.
VIII.2. W ramach lektury uzupełniającej zachęcam do zapoznania się z artykułem Grzegorza Pawlikowskiego, System ochrony praw osób należących do mniejszości narodowych i etnicznych w Europie, „Polityka i Społeczeństwo” 8/2011.
VIII.3. Zajęcia odbędą się: 15 kwietnia w godzinach od 14.00 do 17.45 oraz 10 czerwca w godzinach od 13.45 do 17.30. Podczas zajęć 10 czerwca odbędzie się test zaliczeniowy. Proponuję przyłożyć się do powtarzania materiału, gdyż poprawki będą możliwe dopiero we wrześniu.
IX. Dla zainteresowanych: Dom Spotkań im. Angelusa Silesiusa zaprasza na bezpłatne warsztaty dotyczące kultury romskiej z elementami warsztatu antydyskryminacyjnego oraz warsztatu kompetencji międzykulturowych. Zajęcia odbędą się w kwietniu 2012 we Wrocławiu.
III.1. Nasze kolejne zajęcia odbędą się w styczniu 2012 roku. Ich dokładna data i miejsce zostaną Państwu podane przez Kierownika Studium.
III.2. Przypominam lekturę na następne zajęcia:
- Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych
- Międzynarodowy Pakt Praw Ekonomicznych, Socjalnych i Kulturalnych
- Międzynawowa Konwencja w Sprawie Likwidacji Wszelkich Form Dyskryminacji Rasowej
- Deklaracja Praw Osób Należących do Mniejszości Narodowych lub Etnicznych, Religijnych i Językowych
- Deklaracja o Upowszechnianiu Wśród Młodzieży Ideałów Pokoju, Wzajemnego Poszanowana i Porozumienia Między Narodami
III. 3. Dodatkowo zachęcam do zapoznania się z krótkim tekstem S. Łozińskiego pt. Międzynarodowe standardy ochrony i wspierania mniejszości narodowych. Instytucje oraz organizacje powołane do ochrony mniejszości
IV.
IV.1. Nasze najbliższe zajęcia odbędą się 14 stycznia w godzinach od 13.00 do 16.00 w sali 550.
IV.2. Materiały do przygotowania opisane zostały w pkt. III.2.
IV.3. Pilne komunikaty dla Słuchaczy-nauczycieli:
- Ambasada Amerykańska zaprasza nauczycieli do ubiegania się o uczestnictwo w szkoleniu w USA poświęconym edukacji nt Holokaustu. Termin składania aplikacji upływa 27 stycznia br.
- Trwa nabór na warsztaty wrażliwości kulturowej w Willi Decjusza - termin do 15 lutego 2012 roku.
V. Poniżej znajdą Państwo linki do materiałów pomocniczych dotyczących zagadnień
V.1. już przez nas omawianych:
- Mirosław Kędzia, Źródła praw człowieka
- Mirosław Kędzia, Prawa człowieka. Wprowadzenie
- Mirosław Kędzia, Ochrona mniejszości w programie Organizacji Narodów Zjednoczonych
- Mirosław Sadowski, Godność człowieka – aksjologiczna podstawa państwa i prawa
V.2. które będą przedmiotem naszego zainteresowania w najbliższym czasie:
- Mirosław Kędzia, Prawa człowieka. Mechanizmy i procedury
- Mirosław Kędzia, Wysoki Komisarz ds. Praw Człowieka
- Deklaracja i Program działania – Durban 2001
- Krajowy Program Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji 2004 – 2009
- Sprawozdanie z realizacji Krajowego Programu Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji za Lata 2004-2009
V.3. oraz materiały ogólne:
- Sławomir Łodziński, Ochrona praw osób należących do mniejszości narodowych i etnicznych – perspektywa europejska, Warszawa 2002.
VI.
VI.1. Nasze najbliższe zajęcia odbędą się 12 lutego br. w godz. od 14.00 do 17.00 (sala 550).
VI.2. Materiały do przygotowania to 1) Deklaracja i Program działania – Durban 2001; 2) Krajowy Program Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji 2004 – 2009; 3) Sprawozdanie z realizacji Krajowego Programu Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Związanej z Nimi Nietolerancji za Lata 2004-2009, linki do których znajdą Państwo w punkcie V.2.
VI.3. Dodatkowo zajmiemy się dorobkiem KBWE/OBWE. W związku z powyższym proszę o zapoznanie się z pracą Arie Bloed'a, Dwadzieścia lat procesu KBWE. Od konfrontacji do współpracy, Warszawa 1995 – w pierwszej kolejności rozdział 4.5, a w uzupełnieniu cały rozdział 2.
VII.
VII.1. Termin i miejsce naszych kolejnych zajęć ogłosi Kierownik Studium zwykłym komunikatem.
VII.2. Proszę zapoznać się z poniższymi materiałami:
- Ochrona praw mniejszości narodowych i etnicznych w porozumieniach wielostronnych
- Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności
- Europejska karta języków regionalnych lub mniejszościowych
- Konwencja ramowa Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych
VIII.
VIII.1. Do końca kursu pozostały nam jeszcze dwa spotkania. Poświęcimy je na omówienie prawnego dorobku Unii Europejskiej oraz Rzeczypospolitej Polskiej w zakresie ochrony praw mniejszości narodowych i etnicznych. Dlatego proszę Państwa o wnikliwe przestudiowanie co najmniej:
- Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/43/WE;
- Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/78/WE;
- Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym wraz z aktami wykonawczymi
oraz następującej pozycji
- Maryla Koss-Goryszewska, Polska polityka antydyskryminacyjna wobec mniejszości narodowych, etnicznych i rasowych w świetle prawa Unii Europejskiej, Warszawa 2010.
VIII.2. W ramach lektury uzupełniającej zachęcam do zapoznania się z artykułem Grzegorza Pawlikowskiego, System ochrony praw osób należących do mniejszości narodowych i etnicznych w Europie, „Polityka i Społeczeństwo” 8/2011.
VIII.3. Zajęcia odbędą się: 15 kwietnia w godzinach od 14.00 do 17.45 oraz 10 czerwca w godzinach od 13.45 do 17.30. Podczas zajęć 10 czerwca odbędzie się test zaliczeniowy. Proponuję przyłożyć się do powtarzania materiału, gdyż poprawki będą możliwe dopiero we wrześniu.
IX. Dla zainteresowanych: Dom Spotkań im. Angelusa Silesiusa zaprasza na bezpłatne warsztaty dotyczące kultury romskiej z elementami warsztatu antydyskryminacyjnego oraz warsztatu kompetencji międzykulturowych. Zajęcia odbędą się w kwietniu 2012 we Wrocławiu.
X. Tych z Państwa, którzy nie stawili się na teście zaliczeniowym, proszę o kontakt na adres e-mail, celem uzgodnienia dodatkowego, wrześniowego terminu kolokwium.
Etykiety:
Cyganie,
edukacja,
mniejszości etniczne,
mniejszości narodowe,
nauka,
prawo,
romologia,
studia podyplomowe
wtorek, 16 sierpnia 2011
20 lat polskiego Internetu
20 lat. Piękny wiek. Z rozrzewnieniem wspominam czasem te lata. Hasło „Internet” mówiło mi mniej więcej tyle, co podróże na Marsa. Niby wiedziałem o co chodzi, ale w realność projektu trudno było – w krótszej perspektywie czasowej - uwierzyć. Tymczasem pierwsze połączenie sieciowe Warszawy z Kopenhagą (17 sierpnia 1991 roku) uznawane za dzień narodzin polskiego Internetu, rozpoczęło prawdziwą rewolucję. Już kilka lat później, korzystając z różnorakich „koneksji”, można było zacząć z niego korzystać. Dla możliwości swobodnego surfowania po sieci podjąłem się nawet opieki nad rachityczną pracownią komputerową w moim instytucie. No po prostu łezka w oku się kręci.
Przy okazji warto zauważyć, jak przedziwnym tworem jest ludzka pamięć. Bo jakże trudno dzisiaj uwierzyć, że życie offline było w ogóle możliwe. Podobne uczucia towarzyszą nam, kiedy popatrzymy na nasz telefon komórkowy (żeby jeden…) i szereg innych gadżetów, bez których dzisiaj trudno byłoby się nam obyć. A jednak. 40 wiosen na karku zobowiązuje do pamiętania o czasach, kiedy znalezienie sprawnej budki telefonicznej graniczyło z cudem, a cnotę cierpliwości ćwiczyło się czekając na swoją kolej do słuchawki wmontowanej w ścianę.
Internet, jako specyficzne osiągnięcie XX wieku, nabiera szczególnego znaczenia w stuleciu kolejnym. Wykorzystywany początkowo do celów naukowych, szybko zawładnięty został przez świat rozrywki, by obecnie wyewoluować także do postaci potężnej gałęzi gospodarki. Wystarczy zauważyć, że sklepy z elektroniką (dla przykładu) w realu, stają się powoli wielkimi wzorcowniami. Idziemy tam, by pooglądać, ale kupujemy – taniej – w necie. Zachwyt nad fenomenem Internetu nie może nam jednak przysłaniać faktu, że poza możliwościami sieci pozostaje całkiem spora rzesza ludzi.
Zjawisko to ma dwojaki charakter. Technologiczny i kompetencyjny. Po pierwsze bowiem nie wszędzie jeszcze sieć ma swoje końcówki lub ze względów ekonomicznych jest powszechnie dostępna, po drugie zaś istnieją całe grupy społeczne, którym brak wystarczających kompetencji do wykorzystania możliwości, jakie daje Internet. Wraz z jego rozwojem wyrosło nam nowe zjawisko, zwane wykluczeniem cyfrowym. Zjawisko, o bardzo poważnych konsekwencjach.
Od kilku lat staram się obserwować polskie zmagania z tym problemem. Nie można powiedzieć, że jesteśmy względem niego bezczynni. Powstają wszak projekty budowy regionalnych sieci szerokopasmowych, które mają zapewnić tani dostęp do szybkiego Internetu w najdalszych zakątkach kraju. Powstają też strategie walki z wykluczeniem cyfrowym w obszarze kompetencyjnym. W obydwu przypadkach zakłada się wykorzystanie możliwości finansowych związanych z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ich realizacja przebiegała sprawniej, niż ma to miejsce obecnie.
Regionalne sieci szerokopasmowe powstają z bardzo dużymi problemami. Warto wspomnieć, że do notyfikacji w Komisji Europejskiej zgłoszono dotychczas bodajże (a mówimy o perspektywie finansowej 2007-2013) jedynie warty 300 milionów euro projekt sieci szerokopasmowej dla Polski Wschodniej. Pozostałe, jak sądzę, są daleko w lesie, choć niektórzy z moich znajomych - zaangażowani w te przedsięwzięcia – mówią, że przesadzam. Oby mieli rację. Niezbyt optymistycznie wygląda też wykorzystanie środków przeznaczonych na upowszechnianie Internetu w ośrodkach peryferyjnych. Tu – jak sądzę – zasadniczym powodem jest brak świadomości wagi tego problemu oraz przytłaczający ciężar „dziur w drogach”.
Znacznie lepiej mogłoby być także z wdrażaniem strategii walki z wykluczeniem cyfrowym. Obecne działania postrzegam jako rozproszone i pozbawione jakiejkolwiek koordynacji. Z drugiej strony cieszę się, że swoje miejsce w ich realizacji odnalazły biblioteki publiczne. Warto tutaj przypomnieć chociażby implementację programu „Ikonka”, czy – dla przykładu – działania podejmowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie na rzecz zwalczania wykluczenia cyfrowego wśród seniorów.
Pomimo tych niedociągnięć przyszłość polskiego Internetu widzieć można w jasnych barwach. Wydarzenia tego roku pokazały siłę Internautów. Mam więc nadzieję, że władze publiczne nie będą podejmowały więcej prób ograniczania swobody w przestrzeni globalnej sieci (przykładów tego typu działań daleko w świecie szukać nie trzeba), skupiając się raczej na rozwoju e-administracji. Im więcej swobody, tym więcej innowacji. Bez swobody w Internecie nie mielibyśmy dzisiaj chociażby boomu w zakresie crowdsourcing’u. Owszem. Internet ma też swoje ciemne strony. Ale wszak ze względu na grupę idiotów na katedrach nie ogranicza się swobody badań naukowych. Od tego, jak wykorzystamy możliwości stwarzane przez rozwój sieci, w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądał XXI wiek.
Urodzinowe – wszystkiego najlepszego! Szczerze!
Etykiety:
administracja,
Biblioteka,
edukacja,
fundusze europejskie,
gospodarka,
Internet,
media,
prawo,
społeczeństwo,
WBP w Krakowie
piątek, 8 lipca 2011
FF, LAT, DINKs...
Jednym z podstawowych prawideł, o którym dowiadują się rodzice, jest to mówiące, iż poczucie bezpieczeństwa malucha buduje się poprzez stałość. Poszczególne aktywności powinny następować w stałych sekwencjach. Śniadanie, spacer, drugie śniadanie, piaskownica, obiad, drzemka, zabawa, podwieczorek, zabawa, kolacja, sen. Wszystko o stałych porach. Każde zaburzenie tego ładu rodzi swoje konsekwencje. Niemiłe tak dla malucha, jak i jego rodziców.
I tak nam już zostaje do końca życia. Niby zrzucamy sztywny gorset pór karmienia (wiadomo, przychodzi czas kiedy hormony buzują), ale już na zawsze każda zmiana będzie wiązała się z mniej lub bardziej poważnymi emocjami. Wystarczy, żeby w lipcu przez kilka dni zapanował listopad i już wszyscy wpadamy a to w przygnębienia, a to w furię. No bo przecież rok to kilka następujących po sobie pór: najpierw wiosna, potem lato, jesień i zima. Kiedy idzie w takim porządku – czujemy się bezpieczni i zadowoleni. Kiedy coś w tym ładzie szwankuje – odczuwamy zagrożenie.
Można by przypuszczać, że u podłoża tego zjawiska leży nasze dążenie do wiedzy. W tym sensie mianowicie, że czujemy się bezpieczniejsi, kiedy wiemy mniej więcej co nas czeka; a zagrożeni, kiedy bądź to nasze przewidywania się nie sprawdzają, bądź też kompletnie nie mamy pojęcia, co się może w niedalekiej przyszłości wydarzyć. Pewnie dlatego tak wypatrujemy symptomów. Przebiśniegi? Zaraz będzie wiosna. Liście opadają z drzew? Niechybnie zima za progiem. Politycy odgrzewają temat aborcji i związków partnerskich? Lada moment wybory.
I już chyba tylko w tym sensie temat aborcji rozgrzewa ludzkie emocje. Oklepany stanowi normalny element kampanijnych dekoracji pozwalający zorientować się wyborcom na jakim etapie kadencji parlamentu się znajdujemy. Wprawdzie co niektórzy próbują nadać mu nowy sznyt wprowadzając do języka „debaty” potworki językowe (np. zamiast dziecko – płód), albo rozlepiając na murach plakaty przedstawiające drastyczne zdjęcia z masakry nienarodzonych. Na nic to jednak. Hasło „aborcja” ma takie samo znaczenie jak „przedwiośnie”. Po przedwiośniu przychodzi wiosna. Po kampanii za liberalizacją lub zaostrzeniem ustawy zwanej antyaborcyjną (dziwna nazwa dla aktu prawa, który zezwala na zabijanie dzieci) – oficjalna kampania wyborcza.
Temat związków partnerskich wydaje się mniej oklepany. W naszym małym zapiecku zalatuje nawet pewną świeżością. Co więcej – można mu wróżyć jakąś przyszłość. Bo jest faktem, że do sakramentalnych związków – statystycznie rzecz biorąc - nam nieśpieszno, a jakoś tak żyć samemu też niewygodnie. Poza tym trochę tolerancyjni jednak jesteśmy, więc choć o małżeństwach „jednopłciowych” myśli w swej masie nie dopuszczamy, to coś mi się wydaje, że kontrakty cywilne osób homoseksualnych bylibyśmy w stanie strawić. Choć oczywiście mogę się mylić.
A właśnie! Odnoszę dziwne wrażenie, że naszą polską dyskusję o związkach partnerskich zdominowało przeświadczenie, że są to związki homoseksualne. Tymczasem – jak pokazuje chociażby doświadczenie francuskie – 94% takich zalegalizowanych związków (PACS), to związki heteroseksualne. To zresztą dość naturalne. Homoseksualiści stanowią w sumie niewielki odsetek ludzkości.
Zalegalizowane czy nie związki partnerskie plenią się po świecie. Warto więc czem prędzej pogłębić swoją znajomość tematu. Bo taki prosty on wcale nie jest. Patrząc na społeczeństwa, które połknęły tę żabę nieco wcześniej niż my, możemy zaobserwować przynajmniej kilka modeli takich relacji. Trzy z nich wydaja się dominować:
FF – czyli Fucking Friends (inaczej - Friendship with Benefits): klarowny układ – seks bez żadnych zobowiązań, także emocjonalnych.
LAT – czyli Living Apart Together: razem, ale osobno. LAT to życie na dwa domy; w stałym związku, ale z pozostawieniem dużej przestrzeni dla indywidualnej wolności.
DINKs - czyli Double Income No Kids: podwójna pensja, żadnych dzieci. Świadomie wybrana bezdzietność pozwala kultywować wybrany styl życia, rozwijać karierę, realizować pasje bez obciążeń i życiowych zobowiązań.
No więc uczę się tych nazw. Człowiek wszak uczy się całe życie, a i tak durny umiera.
I tak nam już zostaje do końca życia. Niby zrzucamy sztywny gorset pór karmienia (wiadomo, przychodzi czas kiedy hormony buzują), ale już na zawsze każda zmiana będzie wiązała się z mniej lub bardziej poważnymi emocjami. Wystarczy, żeby w lipcu przez kilka dni zapanował listopad i już wszyscy wpadamy a to w przygnębienia, a to w furię. No bo przecież rok to kilka następujących po sobie pór: najpierw wiosna, potem lato, jesień i zima. Kiedy idzie w takim porządku – czujemy się bezpieczni i zadowoleni. Kiedy coś w tym ładzie szwankuje – odczuwamy zagrożenie.
Można by przypuszczać, że u podłoża tego zjawiska leży nasze dążenie do wiedzy. W tym sensie mianowicie, że czujemy się bezpieczniejsi, kiedy wiemy mniej więcej co nas czeka; a zagrożeni, kiedy bądź to nasze przewidywania się nie sprawdzają, bądź też kompletnie nie mamy pojęcia, co się może w niedalekiej przyszłości wydarzyć. Pewnie dlatego tak wypatrujemy symptomów. Przebiśniegi? Zaraz będzie wiosna. Liście opadają z drzew? Niechybnie zima za progiem. Politycy odgrzewają temat aborcji i związków partnerskich? Lada moment wybory.
I już chyba tylko w tym sensie temat aborcji rozgrzewa ludzkie emocje. Oklepany stanowi normalny element kampanijnych dekoracji pozwalający zorientować się wyborcom na jakim etapie kadencji parlamentu się znajdujemy. Wprawdzie co niektórzy próbują nadać mu nowy sznyt wprowadzając do języka „debaty” potworki językowe (np. zamiast dziecko – płód), albo rozlepiając na murach plakaty przedstawiające drastyczne zdjęcia z masakry nienarodzonych. Na nic to jednak. Hasło „aborcja” ma takie samo znaczenie jak „przedwiośnie”. Po przedwiośniu przychodzi wiosna. Po kampanii za liberalizacją lub zaostrzeniem ustawy zwanej antyaborcyjną (dziwna nazwa dla aktu prawa, który zezwala na zabijanie dzieci) – oficjalna kampania wyborcza.
Temat związków partnerskich wydaje się mniej oklepany. W naszym małym zapiecku zalatuje nawet pewną świeżością. Co więcej – można mu wróżyć jakąś przyszłość. Bo jest faktem, że do sakramentalnych związków – statystycznie rzecz biorąc - nam nieśpieszno, a jakoś tak żyć samemu też niewygodnie. Poza tym trochę tolerancyjni jednak jesteśmy, więc choć o małżeństwach „jednopłciowych” myśli w swej masie nie dopuszczamy, to coś mi się wydaje, że kontrakty cywilne osób homoseksualnych bylibyśmy w stanie strawić. Choć oczywiście mogę się mylić.
A właśnie! Odnoszę dziwne wrażenie, że naszą polską dyskusję o związkach partnerskich zdominowało przeświadczenie, że są to związki homoseksualne. Tymczasem – jak pokazuje chociażby doświadczenie francuskie – 94% takich zalegalizowanych związków (PACS), to związki heteroseksualne. To zresztą dość naturalne. Homoseksualiści stanowią w sumie niewielki odsetek ludzkości.
Zalegalizowane czy nie związki partnerskie plenią się po świecie. Warto więc czem prędzej pogłębić swoją znajomość tematu. Bo taki prosty on wcale nie jest. Patrząc na społeczeństwa, które połknęły tę żabę nieco wcześniej niż my, możemy zaobserwować przynajmniej kilka modeli takich relacji. Trzy z nich wydaja się dominować:
FF – czyli Fucking Friends (inaczej - Friendship with Benefits): klarowny układ – seks bez żadnych zobowiązań, także emocjonalnych.
LAT – czyli Living Apart Together: razem, ale osobno. LAT to życie na dwa domy; w stałym związku, ale z pozostawieniem dużej przestrzeni dla indywidualnej wolności.
DINKs - czyli Double Income No Kids: podwójna pensja, żadnych dzieci. Świadomie wybrana bezdzietność pozwala kultywować wybrany styl życia, rozwijać karierę, realizować pasje bez obciążeń i życiowych zobowiązań.
No więc uczę się tych nazw. Człowiek wszak uczy się całe życie, a i tak durny umiera.
wtorek, 5 lipca 2011
Polska według X
Jeśli szukasz czegoś inspirującego polecam raporty. Jeśli nie masz siły, by przebrnąć przez setki, czasem mało zrozumiałych, stron – poczytaj chociaż o raportach. A ostatnio mamy szczególny na nie urodzaj. Dzisiaj dla przykładu dotarła do mnie informacja o publikacji „Life in transition. After the crisis”. Wynika z niego niezbicie, że Polacy są najbardziej zadowolonym z życia narodem w Europie. No i nie ma się w rzeczy samej czemu dziwić. Wyjaśnienie tego fenomenu przynoszą bowiem inne raporty. Ot chociażby najnowsze dane GUS, które mówią, iż przeciętne wynagrodzenie miesięczne w I kwartale br. było wyższe od takiegoż w I kwartale 2010 r. o 4,5%, zaś siła nabywcza przeciętnego wynagrodzenia wzrosła o 0,8%.
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych. Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa, opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych. Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa, opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!
Etykiety:
administracja,
drogi,
ekonomia,
fundusze europejskie,
gospodarka,
Internet,
media,
mieszkalnictwo,
polityka,
prawo,
przedsiębiorczość,
raport,
samorząd,
społeczeństwo,
UE,
wybory
poniedziałek, 23 maja 2011
Bełkot
Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem
Na fali ogólnonarodowej debaty o chamstwie w Internecie i ja postanowiłem zagłębić się w jego przestworzach. A że koszula najbliższa ciału wygooglowałem siebie. A co! No dobrze. Nie tylko wygooglowałem. Zajrzałem też w kilka miejsc „poleconych” mi ostatnio przez znajomych. Zaglądają tam regularnie. Ja od wielkiego dzwonu. No i zagrzmiał. A głos jego donośny jak cholera.
Czego to się człowiek nie dowie o sobie w sieci. Zabawa pyszna. Doprawdy. Choć i przykro się robi, że Matka Ziemia tylu frustratów musi nosić na swoich spracowanych barkach. No cóż. 4,5 mld lat temu przetrwała uderzenie planety wielkości Marsa (stąd mamy księżyc), a i mniejsze obiekty kosmiczne – przez ostatnich 4,6 mld lat - nie szczędziły jej razów. Równie mocno jej wytrzymałość testowali amatorzy przyspieszonego Armagedonu częstując ją serią eksplozji nuklearnych. Wytrzymała? A jakże. Przetrwała sobotni koniec świata punkt o 18.00, więc przetrwa też zmasowany atak frustratów w cyberprzestrzeni.
Trzy rzeczy uderzyły mnie szczególnie podczas tej wycieczki w głąb ludzkich resentymentów. Pierwsza to trwałość niektórych tematów. Powiedzmy, że brałem udział w jakimś konkursie, który – tak bywa – wygrałem. Zawsze wówczas zdarzy się jakiś kontrkandydat twierdzący jeszcze niemal dekadę później, że konkurs musiał być ustawiony. No bo przecież – a jakże – w przeciwnym wypadku zakończyłby się zgoła innym werdyktem. Druga to różnorodność form. Przeważają wpisy na forach, ale zaraz po nich plasuje się multiplikowanie nieprzychylnych opinii w każdym możliwym miejscu. Ale to, co dostałem ostatnio mailem (publikacja w sieci jest dopiero zapowiadana) przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Stałem się ja oto – marny żuczek – bohaterem (negatywnym oczywiście) opowiadania. Ba! Powieści w odcinkach! Ukazał się dopiero pierwszy. Z niecierpliwością oczekuję następnych. Mam nawet kilka pomysłów, jak mogłaby się rozwinąć akcja.
No i w końcu rzecz trzecia. Określę ją jednym słowem: bełkot. Tym, którzy nie do końca wiedzą, co to takiego, polecam wygooglowanie ostatnich uchwał Zarządu Województwa Małopolskiego dotyczących Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (odwołanie mnie ze stanowiska dyrektora, cofnięcie pani Annie Wiśniewskiej „powierzenia obowiązków dyrektora”, ogłoszenie konkursu na dyrektora). Zachęcam zwłaszcza do przeczytania ich uzasadnień. Istny kabaret. To że podawane w nich fakty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (pomyłka w dacie powołania mnie na to stanowisko sięga 4 lat!) to nic w porównaniu ze stylem w jakim powstały. Dadaiści spaliliby się ze wstydu czytając te bzdury.
Dwie refleksje na koniec. Widząc jakim błotem obrzucany bywam w sieci zastanawiam się, czy warto silić się na jakąś reakcję. Publikować polemiki? Po co? Przecież nie jest to rodzaj krytyki, a ordynarny atak. Krytykę można przyjąć, albo – nie zgadzając się z nią – przedstawić kontrargumenty. Ale polemizować z bełkotem? A może użyć środków prawnych? Anonimowych (choć nie zawsze) autorów wpisów na formach można namierzyć. Tylko po co? Włóczenie się po sądach to zajęcie niezwykle przykre. Potrzebne mi jeszcze te dodatkowe przykrości? Może lepiej niech problemem zajmą się Ci, którzy najlepiej się na tym znają. Psychiatrzy. Kilka doktoratów kategoryzujących sieciowych frustratów widzę już oczyma wyobraźni.
Jeśli mam się już włóczyć to najlepiej po świecie. Ot chociażby tam, gdzie o zasięg globalnej sieci trudno. Dla przykładu – można wsiąść na prom i popływać po Bałtyku. Przy okazji zajrzeć do Sztokholmu i Tallina, albo zapuścić się i głębiej. Pooglądać kamienie runiczne w Sigtunie, albo zadumać się nad grobem Linneusza w Uppsali. Szwedzi – jak tylko zaświeci słońce - to bardzo radośni ludzie. Nieco gorzej sprawa ma się z Estończykami. Kryzys daje im się mocno we znaki. Zastąpienie narodowej waluty Euro spowodowało wzrost cen. I choć z uśmiechem opowiadają np. o swojej malutkiej armii, w której ostatnio zlikwidowano kompanię rowerową, aż strach się bać zaglądać na estońskie forma internetowe…
Etykiety:
administracja,
Biblioteka,
Estonia,
gospodarka,
Internet,
Małopolska,
media,
moralność,
obyczaje,
prawo,
psychiatria,
Szwecja,
WBP w Krakowie
poniedziałek, 2 maja 2011
Targowica*
Klęska Konfederacji Barskiej i pierwszy rozbiór Polski uświadomił zarówno Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, jak i sporej części elity Rzeczypospolitej Obojga Narodów, że dalsze jej trwanie uzależnione jest od podjęcia zdecydowanych reform politycznych. Konstatacja ta doprowadziła ostatecznie do przyjęcia przez Sejm Czteroletni Ustawy Rządowej, nazwanej z racji dnia jej uchwalenia, Konstytucją 3 Maja. Jej przyjęcie i zaprzysiężenie w zanarchizowanym protektoracie rosyjskim możliwe było tylko dzięki sprzyjającemu zbiegowi okoliczności oraz sprytowi - skupionych wokół króla - reformatorów. Jednocześnie wywołało reakcję zarówno opozycji wewnątrzkrajowej, jak i – zainteresowanych utrzymaniem słabości Rzeczpospolitej – państw zaborczych.
Przeciwnicy reform konstytucyjnych skupili się pod sztandarami Konfederacji Generalnej Koronnej zawiązanej wiosną 1792 w Targowicy oraz – nieco później – Konfederacji Generalnej Wielkiego Księstwa Litewskiego. I choć obydwie konfederacje – na życzenie carycy Katarzyny II – połączyły się ostatecznie w Najjaśniejszą Konfederację Obojga Narodów, historia skupionych w nich przeciwników reform nazwała mianem targowiczan. Z czasem termin ten w języku polskim stał się synonimem zdrady i kolaboracji. Choć zapewne powinien oznaczać również polityczną krótkowzroczność, żeby nie powiedzieć głupotę. Trzeba bowiem pamiętać, że efektem działań targowiczan był drugi rozbiór Polski, co część z nich przyjęła z zaskoczeniem tak wielkim, że – podobnie jak wcześniej spora grupa reformatorów – udała się na emigrację.
Hasło „Targowica” na trwałe wrosło w polski język debaty politycznej. Stojący po obu stronach barykady adwersarze chętnie przypinają tę łatkę swoim przeciwnikom. Jedni i drudzy widzą się jako zdrajców. Jedni i drudzy zapominają, że problemu „Targowicy” do zdrady jedynie zawężać nie można. Konfederaci bowiem, choć oddali się pod protektorat rosyjski, odwoływali się nie tyle do idei utrzymania zależności Rzeczypospolitej od imperium carycy Katarzyny, co wartości republikańskich. Ich sprzeciw budził nowy porządek polityczny, a zwłaszcza wzmocnienie władzy wykonawczej oraz ograniczenie niektórych przywilejów stanowych. Przywódcy konfederaccy nie byli skłonni w tym zakresie do kompromisu. W wyznawanych przez nich systemie wartości utrzymanie owych przywilejów stało znacznie wyżej niż poprawa kondycji państwa polsko-litewskiego, co w rzeczy samej oznaczało warunek konieczny dla jego przetrwania.
Klęska obozu reform oznaczała zarazem koniec Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po drugim rozbiorze kraju jej ostateczne unicestwienie było już tylko kwestią czasu. Los Polski przesądził upadek Powstania Kościuszkowskiego. Instytucjonalne dziedzictwo Konstytucji 3 Maja zlikwidowane zostało jeszcze przed tymi aktami. Dokonała jej Najjaśniejsza Konfederacja Obojga Narodów pod osłoną rosyjskich bagnetów, wprowadzając w kraju rządy terroru. Sama idea reformy państwa, której symbolem stała się Konstytucja, zabić się jednak nie dała. Stanowiła odtąd swoisty punkt odniesienia, rodzaj znaku rozpoznawczego dla obozu niepodległościowego. Stało się bowiem jasne, że restytucja Rzeczypospolitej nie może oznaczać przywrócenia sytuacji sprzed 3 maja 1791 roku. Niestety, równie żywotnym okazał się w naszym życiu publicznym duch Targowicy. Skrajny partykularyzm oraz brak umiejętności zawierania kompromisów w kwestiach zasadniczych to przecież jedne z ważniejszych przyczyn upadku kolejnych powstań niepodległościowych, słabości II Rzeczypospolitej i w końcu obecnej kondycji niepodległego państwa polskiego.
Przeciwnicy reform konstytucyjnych skupili się pod sztandarami Konfederacji Generalnej Koronnej zawiązanej wiosną 1792 w Targowicy oraz – nieco później – Konfederacji Generalnej Wielkiego Księstwa Litewskiego. I choć obydwie konfederacje – na życzenie carycy Katarzyny II – połączyły się ostatecznie w Najjaśniejszą Konfederację Obojga Narodów, historia skupionych w nich przeciwników reform nazwała mianem targowiczan. Z czasem termin ten w języku polskim stał się synonimem zdrady i kolaboracji. Choć zapewne powinien oznaczać również polityczną krótkowzroczność, żeby nie powiedzieć głupotę. Trzeba bowiem pamiętać, że efektem działań targowiczan był drugi rozbiór Polski, co część z nich przyjęła z zaskoczeniem tak wielkim, że – podobnie jak wcześniej spora grupa reformatorów – udała się na emigrację.
Hasło „Targowica” na trwałe wrosło w polski język debaty politycznej. Stojący po obu stronach barykady adwersarze chętnie przypinają tę łatkę swoim przeciwnikom. Jedni i drudzy widzą się jako zdrajców. Jedni i drudzy zapominają, że problemu „Targowicy” do zdrady jedynie zawężać nie można. Konfederaci bowiem, choć oddali się pod protektorat rosyjski, odwoływali się nie tyle do idei utrzymania zależności Rzeczypospolitej od imperium carycy Katarzyny, co wartości republikańskich. Ich sprzeciw budził nowy porządek polityczny, a zwłaszcza wzmocnienie władzy wykonawczej oraz ograniczenie niektórych przywilejów stanowych. Przywódcy konfederaccy nie byli skłonni w tym zakresie do kompromisu. W wyznawanych przez nich systemie wartości utrzymanie owych przywilejów stało znacznie wyżej niż poprawa kondycji państwa polsko-litewskiego, co w rzeczy samej oznaczało warunek konieczny dla jego przetrwania.
Klęska obozu reform oznaczała zarazem koniec Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po drugim rozbiorze kraju jej ostateczne unicestwienie było już tylko kwestią czasu. Los Polski przesądził upadek Powstania Kościuszkowskiego. Instytucjonalne dziedzictwo Konstytucji 3 Maja zlikwidowane zostało jeszcze przed tymi aktami. Dokonała jej Najjaśniejsza Konfederacja Obojga Narodów pod osłoną rosyjskich bagnetów, wprowadzając w kraju rządy terroru. Sama idea reformy państwa, której symbolem stała się Konstytucja, zabić się jednak nie dała. Stanowiła odtąd swoisty punkt odniesienia, rodzaj znaku rozpoznawczego dla obozu niepodległościowego. Stało się bowiem jasne, że restytucja Rzeczypospolitej nie może oznaczać przywrócenia sytuacji sprzed 3 maja 1791 roku. Niestety, równie żywotnym okazał się w naszym życiu publicznym duch Targowicy. Skrajny partykularyzm oraz brak umiejętności zawierania kompromisów w kwestiach zasadniczych to przecież jedne z ważniejszych przyczyn upadku kolejnych powstań niepodległościowych, słabości II Rzeczypospolitej i w końcu obecnej kondycji niepodległego państwa polskiego.
*Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że tekst ten (pod tytułem "Krótki tekst o zabijaniu") ukazał się w najnowszym numerze „Ilustrowanego Kuriera Samorządowego” wydawanego przez Korporację Samorządową im. Józefa Dietla.
środa, 23 marca 2011
Horror w bibliotece
Pewnie mało kto z Was wie, że wśród wielu wydawanych przez Bibliotekę Narodową pozycji znajdują się i horrory. Czytuję je od lat i przyznaję, że z roku na rok stają się co raz to bardziej drastyczne. Kilka z nich chciałbym dzisiaj zarekomendować. Nosiłem się z tym od pewnego czasu, ale dopiero dziś – jak się wydaje - jest najbardziej właściwy wieczór, by parę słów na ich temat skreślić.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej, jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej, jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Jeśli przypomnieć, że adaptacja zawilgoconego poddasza na tę czytelnię stała się powodem odsądzania mnie (i nie tylko mnie) od czci i wiary, a po jej uruchomieniu biblioteka nie uzyskała środków umożliwiających jej bezpieczne realizowanie podstawowych zadań, to wnioski nasuwają się same. Trudno zakładać, że bez zmiany mentalności polityków i świadomości mediów będziemy mogli przekształcić nasze biblioteki w instytucje efektywnie promujące czytelnictwo. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni nadal będą one li tylko listkiem figowym maskującym naszą bierność, zaś te, którym uda się wybić ponad przeciętną – łakomym kąskiem politycznym.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.
Etykiety:
Biblioteka,
książki,
kultura,
literatura,
Małopolska,
media,
polityka,
prawo,
WBP w Krakowie,
wybory
czwartek, 3 marca 2011
Polityka historyczna
Termin „polityka historyczna” ma u nas swój ciężar gatunkowy. Przy czym w rzeczy samej akcent kładziemy raczej na „politykę” niż na „historię”. Szkoda, bo z tej drugiej sporo można by się nauczyć, a nauka taka zapewne dobrze przysłużyłaby się jakości tej pierwszej.
Wspominam o tym, bo – tak jakoś mi się widzi – mamy dziś w prasie dzień historiozoficzny. No chyba że jest tak zazwyczaj, tylko ja tego na co dzień nie dostrzegam. Mniejsza z tym. Ad rem!
„Czukcze byli na ziemi, nim Lech, Czech i Rus ruszyli w drogę, nim Romulus i Remus zyskali nową matkę, a Egipcjanie i Babilończycy zabrali się do budowy piramid. Byli, zanim na ich ziemi wyginęły mamuty, i trwali w tym miejscu, zanim Grecy wyprawili się na Troję. Tylko później mniej się u nich działo i zmieniło” – donosi „Duży Format” „Gazety Wyborczej”. W głównym grzbiecie z kolei tekst o wysiłkach zmierzających do rekonstrukcji posągów Buddy w afgańskiej dolinie Bamjan. Prawie 1500 lat temu starożytni artyści wyrzeźbili w piaskowcu pięć ogromnych posągów Buddy. „Dwa największe miały 55 i 38 metrów wysokości. Znajdowały się w centrum buddyjskiego kompleksu klasztornego. Obie rzeźby stały się celem ataku talibów. Twierdzili, że należy je zniszczyć, bo są to wizerunki bożków niewiernych, a pozostawienie ich jest niezgodne z nauką islamu”.
W „Rzeczpospolitej” w oczy bije tytuł „Czarni winią Żydów za niewolnictwo”. Z tekstu wynika, że zdaniem Narodu Islamu Żydzi są sługami szatana, którzy kontrolują rząd i w dużej mierze odpowiadają za historyczne cierpienia Afroamerykanów. Nieco inaczej problem narodu wybranego rysuje się w przedrukowywanym przez tę gazetę z „Die Welt” wywiadzie z prof. Władysławem Bartoszewskim. Wypowiedziane przez niego słowa: „Jeżeli ktoś się kogoś lękał, to nie Niemców. Nie musiałem się obawiać na ulicy oficera, który nie miał rozkazu aresztowania mnie. Ale musiałem się bać sąsiada, który zauważył, że kupuję więcej chleba niż zwykle” wywołały prawdziwą burzę. Jednak nie tylko my mamy problem z wizją własnej historii. Na Ukrainie np. – o czym również donosi „Rzepa” coraz silniej forsowana jest sowiecka wersja dziejów. „Mniej mówi się o Wielkim Głodzie, a więcej o Armii Czerwonej”.
Mamy też w prasie tematy odnoszące się do historii bardziej nam bliskiej. „Wyborcza” znowu sugeruje, że katastrofa smoleńska mogła mieć związek naciskami na pilotów podczas słynnej wyprawy do Tbilisi, w „Dzienniku. Gazecie Prawnej’ zaś prof. Jadwiga Staniszkis dowodzi, że „Zawłaszczone przez komunistyczne władze mienie wciąż niezwrócone właścicielom to przykład porażki polskiej transformacji. Zwrot nie opłacał się ani lewicowym, ani prawicowym rządom. Teraz szanse na przeprowadzenie tego procesu z roku na rok maleją”.
Wszystko to bardzo inspirujące. Bo i na dowcipy o Czukczach pozwala spojrzeć z innej perspektywy, i na hitlerowskiego okupanta jakby okiem łaskawszym. Mnie jednak najbardziej zainteresowała wzmianka o przyszłości polskiej polityki repatriacyjnej. Pisze o niej „Dziennik” („Więcej Polaków wróci do kraju”). Przyznam, że mam mieszane uczucia. Repatriacja to bowiem nie tylko umożliwienie powrotu do kraju Polakom rozsianym po świecie. Repatriacja to bardzo skomplikowany proces adaptacji do realiów kraju przodków. A o tym dziwnie cicho.
Wspominam o tym, bo – tak jakoś mi się widzi – mamy dziś w prasie dzień historiozoficzny. No chyba że jest tak zazwyczaj, tylko ja tego na co dzień nie dostrzegam. Mniejsza z tym. Ad rem!
„Czukcze byli na ziemi, nim Lech, Czech i Rus ruszyli w drogę, nim Romulus i Remus zyskali nową matkę, a Egipcjanie i Babilończycy zabrali się do budowy piramid. Byli, zanim na ich ziemi wyginęły mamuty, i trwali w tym miejscu, zanim Grecy wyprawili się na Troję. Tylko później mniej się u nich działo i zmieniło” – donosi „Duży Format” „Gazety Wyborczej”. W głównym grzbiecie z kolei tekst o wysiłkach zmierzających do rekonstrukcji posągów Buddy w afgańskiej dolinie Bamjan. Prawie 1500 lat temu starożytni artyści wyrzeźbili w piaskowcu pięć ogromnych posągów Buddy. „Dwa największe miały 55 i 38 metrów wysokości. Znajdowały się w centrum buddyjskiego kompleksu klasztornego. Obie rzeźby stały się celem ataku talibów. Twierdzili, że należy je zniszczyć, bo są to wizerunki bożków niewiernych, a pozostawienie ich jest niezgodne z nauką islamu”.
W „Rzeczpospolitej” w oczy bije tytuł „Czarni winią Żydów za niewolnictwo”. Z tekstu wynika, że zdaniem Narodu Islamu Żydzi są sługami szatana, którzy kontrolują rząd i w dużej mierze odpowiadają za historyczne cierpienia Afroamerykanów. Nieco inaczej problem narodu wybranego rysuje się w przedrukowywanym przez tę gazetę z „Die Welt” wywiadzie z prof. Władysławem Bartoszewskim. Wypowiedziane przez niego słowa: „Jeżeli ktoś się kogoś lękał, to nie Niemców. Nie musiałem się obawiać na ulicy oficera, który nie miał rozkazu aresztowania mnie. Ale musiałem się bać sąsiada, który zauważył, że kupuję więcej chleba niż zwykle” wywołały prawdziwą burzę. Jednak nie tylko my mamy problem z wizją własnej historii. Na Ukrainie np. – o czym również donosi „Rzepa” coraz silniej forsowana jest sowiecka wersja dziejów. „Mniej mówi się o Wielkim Głodzie, a więcej o Armii Czerwonej”.
Mamy też w prasie tematy odnoszące się do historii bardziej nam bliskiej. „Wyborcza” znowu sugeruje, że katastrofa smoleńska mogła mieć związek naciskami na pilotów podczas słynnej wyprawy do Tbilisi, w „Dzienniku. Gazecie Prawnej’ zaś prof. Jadwiga Staniszkis dowodzi, że „Zawłaszczone przez komunistyczne władze mienie wciąż niezwrócone właścicielom to przykład porażki polskiej transformacji. Zwrot nie opłacał się ani lewicowym, ani prawicowym rządom. Teraz szanse na przeprowadzenie tego procesu z roku na rok maleją”.
Wszystko to bardzo inspirujące. Bo i na dowcipy o Czukczach pozwala spojrzeć z innej perspektywy, i na hitlerowskiego okupanta jakby okiem łaskawszym. Mnie jednak najbardziej zainteresowała wzmianka o przyszłości polskiej polityki repatriacyjnej. Pisze o niej „Dziennik” („Więcej Polaków wróci do kraju”). Przyznam, że mam mieszane uczucia. Repatriacja to bowiem nie tylko umożliwienie powrotu do kraju Polakom rozsianym po świecie. Repatriacja to bardzo skomplikowany proces adaptacji do realiów kraju przodków. A o tym dziwnie cicho.
Etykiety:
gospodarka,
historia,
II wojna światowa,
integracja,
katastrofa,
media,
nauka,
obyczaje,
polityka,
prawo,
religia,
smoleńsk,
tradycja
wtorek, 15 lutego 2011
Okulista czy psychoanalityk?
Jesteśmy jednak niesamowici. I jacy bezpruderyjni!! „Co dziesiąty podatnik pytany w urzędzie skarbowym skąd ma pieniądze odpowiada, że ze świadczenia usług seksualnych”. Te wszak są nieopodatkowane. Nie trzeba ich więc ewidencjonować. I wszystko jasne. A że jasność widzenia może popsuć nam zbyt duża dawka wina i na to jeden z naszych rodaków znalazł sposób. Niewątpliwie jedynie pod pozorem walki o świeckość państwa zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego uchwałę zielonogórskich radnych o obwołaniu św. Urbana patronem miasta. Gdyby tak bowiem Święty sprawił się ponad miarę wszyscy siedzieliby przy lampce wina zamiast korzystać z uciech cielesnych, co niewątpliwie pogrążyłoby wiele domowych budżetów.
Możliwe zresztą, że już pijemy stanowczo za dużo, przez co nie mamy siły budować autostrad. Mają to za nas zrobić Chińczycy. Niebawem 500 z nich pojawi się na placu budowy autostrady A2. I na tym zapewne nie koniec. Bo autostrady powstawać muszą. No i mogą. Wszak – w ślad za światowym trendem - poprawia się koniunktura w polskiej gospodarce. Rzec by można nawet „Polski przemysł silny jak Chiny”. Wyraźnym przejawem tego trendu jest też rosnąca od kilku miesięcy produkcja cementu. W styczniu wyliczono, że w stosunku rok do roku aż o 240,5% . Zauważają to światłe umysły, co pozwala im twierdzić: „Widzieliśmy w Polsce silny wzrost w ostatnich latach. Historycznie polski rynek dosięgnął poziomu szczytowego. Oczekujemy, że rok 2011 będzie rokiem wzrostowym, jednakże w naszej branży panuje konsensus co do tego, że od 2012 roku zarejestrujemy spadek na rynku sprzedaży sprzętu budowlanego w Polsce” . Nowa odsłona pomroczności jasnej? Nie! Zapewne tylko nieco zbyt wiele wina z Zielonej Góry.
Co tu się jednak dziwić, że pijemy. Wszak to i przyjemniejsze, i tańsze niż jazda po polskich drogach. A sytuacji w tym względzie nie zmienią nawet Chińczycy. Bo jeśli nawet te autostrady w końcu nam wybudują, to jeździć będą po nich wyłącznie rządowe limuzyny. A i śmiertelnikowi pewnie fajnie będzie się przejechać od święta najdroższymi, płatnymi autostradami w Europie! I w dodatku przepisowo. Bo prędkości nie będą mierzyły nam już jakieś tam fotoradary. Policzy się średnią przejazdu pomiędzy bramkami i wszystko będzie jasne. System ten, już niebawem, testowany będzie w Warszawie. Ciekawe, czy wyjdzie tak, jak z zakupem nowych samochodów dla polskiej policji? Miały poskramiać piratów drogowych, a stoją bezczynnie na parkingu, bo okazało się, że ktoś skitrasił specyfikację istotnych warunków zamówienia.
Zresztą. To chyba nawet lepiej. Wystarczy już utrapienia z tymi, które jeżdżą po polskich drogach. W poprzedni piątek, na siódemce, odcinek Warszawa – Kraków, naliczyłem pięć nieoznakowanych radiowozów z wideorejestratorami. Czas przejazdu 300 km? Pięć godzin z lekkim okładem. Niezły wynik? Prawda? No bo jakoś tak pusto było!!! Poza tym mogę bezkarnie „pomylić się” o 10 km/h. O więcej bym nie śmiał, gdyż policjant już nie pouczy - ma być surowy. To zresztą nie jedyna zmiana w relacjach na linii kierowcy – służby porządku publicznego. Z największą nadzieją większość z nas przyjęła zapewne zapowiedź demontażu atrap fotoradarów. Miały zniknąć od 1 stycznia. Jakoś tego nie zauważyłem… A 180 dni niepewności, to naprawdę bardzo dużo! Nie wiem więc, czy udać się do okulisty, żeby dostrzec znikające atrapy, czy do psychoanalityka, by nauczył mnie cierpliwego oczekiwania na przesyłkę z przekazem pocztowym. Wybiorę chyba tę drugą opcję. Cierpliwość się przyda, bo nowe zmiany w Prawie o ruchu drogowym już niebawem.
Męczy mnie przeświadczenie, że wszystkie te zmiany zaostrzą jeszcze bardziej toczącą się na polskich drogach wojnę. Z jednej strony uzbrojeni w fotoradary, radary, wideorejestratory i któż tam jeszcze zliczy co więcej stróże prawa, z drugiej kierowcy, którzy – za cenę pół miliarda złotych rocznie – bronią się przy pomocy CB-radia, antyradarów, jammerów oraz elektrycznych rolet zasłaniających tablice rejestracyjne I jakoś wyobraźni mi nie starcza, by dociec dokąd to wszystko nas zaprowadzi. Z tą wyobraźnią to nie dziwota. Homo sum et nil humanum a me alienum esse puto, więc mózg mi się kurczy, jak i reszcie mego rodzaju. Dzięki Bogu tylko kurczy. Bo cóż by to było, gdybym go tak np. zgubił rozum...?
Możliwe zresztą, że już pijemy stanowczo za dużo, przez co nie mamy siły budować autostrad. Mają to za nas zrobić Chińczycy. Niebawem 500 z nich pojawi się na placu budowy autostrady A2. I na tym zapewne nie koniec. Bo autostrady powstawać muszą. No i mogą. Wszak – w ślad za światowym trendem - poprawia się koniunktura w polskiej gospodarce. Rzec by można nawet „Polski przemysł silny jak Chiny”. Wyraźnym przejawem tego trendu jest też rosnąca od kilku miesięcy produkcja cementu. W styczniu wyliczono, że w stosunku rok do roku aż o 240,5% . Zauważają to światłe umysły, co pozwala im twierdzić: „Widzieliśmy w Polsce silny wzrost w ostatnich latach. Historycznie polski rynek dosięgnął poziomu szczytowego. Oczekujemy, że rok 2011 będzie rokiem wzrostowym, jednakże w naszej branży panuje konsensus co do tego, że od 2012 roku zarejestrujemy spadek na rynku sprzedaży sprzętu budowlanego w Polsce” . Nowa odsłona pomroczności jasnej? Nie! Zapewne tylko nieco zbyt wiele wina z Zielonej Góry.
Co tu się jednak dziwić, że pijemy. Wszak to i przyjemniejsze, i tańsze niż jazda po polskich drogach. A sytuacji w tym względzie nie zmienią nawet Chińczycy. Bo jeśli nawet te autostrady w końcu nam wybudują, to jeździć będą po nich wyłącznie rządowe limuzyny. A i śmiertelnikowi pewnie fajnie będzie się przejechać od święta najdroższymi, płatnymi autostradami w Europie! I w dodatku przepisowo. Bo prędkości nie będą mierzyły nam już jakieś tam fotoradary. Policzy się średnią przejazdu pomiędzy bramkami i wszystko będzie jasne. System ten, już niebawem, testowany będzie w Warszawie. Ciekawe, czy wyjdzie tak, jak z zakupem nowych samochodów dla polskiej policji? Miały poskramiać piratów drogowych, a stoją bezczynnie na parkingu, bo okazało się, że ktoś skitrasił specyfikację istotnych warunków zamówienia.
Zresztą. To chyba nawet lepiej. Wystarczy już utrapienia z tymi, które jeżdżą po polskich drogach. W poprzedni piątek, na siódemce, odcinek Warszawa – Kraków, naliczyłem pięć nieoznakowanych radiowozów z wideorejestratorami. Czas przejazdu 300 km? Pięć godzin z lekkim okładem. Niezły wynik? Prawda? No bo jakoś tak pusto było!!! Poza tym mogę bezkarnie „pomylić się” o 10 km/h. O więcej bym nie śmiał, gdyż policjant już nie pouczy - ma być surowy. To zresztą nie jedyna zmiana w relacjach na linii kierowcy – służby porządku publicznego. Z największą nadzieją większość z nas przyjęła zapewne zapowiedź demontażu atrap fotoradarów. Miały zniknąć od 1 stycznia. Jakoś tego nie zauważyłem… A 180 dni niepewności, to naprawdę bardzo dużo! Nie wiem więc, czy udać się do okulisty, żeby dostrzec znikające atrapy, czy do psychoanalityka, by nauczył mnie cierpliwego oczekiwania na przesyłkę z przekazem pocztowym. Wybiorę chyba tę drugą opcję. Cierpliwość się przyda, bo nowe zmiany w Prawie o ruchu drogowym już niebawem.
Męczy mnie przeświadczenie, że wszystkie te zmiany zaostrzą jeszcze bardziej toczącą się na polskich drogach wojnę. Z jednej strony uzbrojeni w fotoradary, radary, wideorejestratory i któż tam jeszcze zliczy co więcej stróże prawa, z drugiej kierowcy, którzy – za cenę pół miliarda złotych rocznie – bronią się przy pomocy CB-radia, antyradarów, jammerów oraz elektrycznych rolet zasłaniających tablice rejestracyjne I jakoś wyobraźni mi nie starcza, by dociec dokąd to wszystko nas zaprowadzi. Z tą wyobraźnią to nie dziwota. Homo sum et nil humanum a me alienum esse puto, więc mózg mi się kurczy, jak i reszcie mego rodzaju. Dzięki Bogu tylko kurczy. Bo cóż by to było, gdybym go tak np. zgubił rozum...?
Etykiety:
drogi,
ekonomia,
gospodarka,
obyczaje,
policja,
polityka,
prawo,
ruch drogowy,
święci,
wino
Subskrybuj:
Posty (Atom)