niedziela, 15 grudnia 2024

Pęd

Kończy się adwent. Czas dla niepraktykujących zasadniczo niezauważalny. Zaraz po Wszystkich Świętych sklepy atakują nas świątecznymi ozdobami i kojarzącą się z Bożym Narodzeniem muzyką. Już chwilę później pojawiają się one w przestrzeni publicznej. Oderwana od treści forma ma wprawić nas w nastrój, który sprzyja zakupom, a te przysparzają zysków nie tylko sieciom handlowym, ale i państwu - napędzają gospodarkę. Nasze PKB oparte jest na konsumpcji...

Jest coś niezwykłego w tym naszym pędzie za świąteczną atmosferą. Nie wiem na na ile ta skłonność stanowi efekt nostalgii, na ile zaś rynkowej kreacji. Wiem jednak, że ciągle nam jej mało. Pewnie dlatego jesteśmy skłonni przemierzać świat w poszukiwaniu coraz to innych świątecznych kiermaszy, pędzić do kin i teatrów na bożonarodzeniowe produkcje, i przemierzać godzinami bezmiar Internetu w poszukiwaniu idealnych prezentów.

Podczas tej gonitwy popełniamy oczywiście sporo błędów. Do najmniej bolesnych należy zapewne zakup na krakowskim Rynku pajdy ze smalcem za 50 zł, czy czarnej bombki w kształcie Lorda Vadera za dwa razy tyle, a nawet wybranie się na "Nową opowieść wigilijną" do miejscowej opery. Bo choć to wszystko pozbawione często smaku, płaskie w treści i ubogie w formie (nawet jeśli scenografia i wykonanie są całkiem udane), to jednak nie boli tak bardzo, jak uświadomienie sobie, że wszystkie te wysiłki nie mają większego sensu, bez treści, która stanowi dla nich pretekst...

Witold Pruszkowski,
"Spadająca gwiazda",
(1884, olej na płótnie),
Muzeum Narodowe w Warszawie.



sobota, 2 listopada 2024

Golden hour

Nawet najbardziej ulotne chwile pozostawiaja w nas ślady. Czasem kruche, nieostre jak mgła. Innym razem trwałe i dojmująco wyraźne, bo w swej strukturze przypominające "szlachetne" minerały. Nic w tym odkrywczego. Przynajmniej do czasu, gdy znajdziesz w sobie odwagę, by podzielić się nimi z drugim i metodę, jak do niego dotrzeć. Justyna Adamczyk robi to w sposób mistrzowski.

Na zdjęciach: fragmenty instalacji z wystawy "Golden hour" (Radom, Muzeum im. Jacka Malczewskiego, 5/07-3/11 2024).





czwartek, 1 kwietnia 2021

Ecce HOMO

 

Pod powłoką ciała kryją się

serce gniewu

żółć goryczy

krew zemsty

trzewia zamętu

żyły egoizmu

kości uporu

mięśnie niesprawiedliwości.

Usuń je wszystkie jedno po drugim o Boże

wymień je na

serce miłości

pęcherzyk uczynności

krew braterstwa

trzewia współczucia

żyły solidarności

kości wierności

a wraz z nimi

w końcu pojawi się:

CZŁOWIEK.

 

Autorką tego wiersza jest Jeta Duka, albańska Romni (Mećkaria), żona zmarłego 4 kwietnia 2021 roku, w wieku 67 lat, Marcela Courthiade. To właśnie on mi go przysłał 3 lata temu, z informacją, że „Jeta napisała go dla jakiejś bułgarskiej piosenkarki” (gdzieś ok. 2008 roku), która zamierzała wydać płytę, ale chyba tego nie zrobiła. Zasugerował też, bym wykorzystał go publicznie. Najlepiej przy okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

Czyniąc zadość tej sugestii robię to niniejszym, zaznaczając zarazem, że Marcel przesłał mi tekst w swoim stylu, a więc w czterech językach: albańskim, bułgarskim, romani i angielskim (zamieszczam je w końcowej części tego wpisu). Z polskim tłumaczeniem musiałem zmierzyć się sam. Zdaję sobie sprawę z jego niedoskonałości i za nią przepraszam. Niestety, nie mam tej zdolności, jaką miał Marcel, który bez wątpienia był geniuszem językowym. Sam nie wiem, ile języków znał. Na pewno wszystkie dialekty romskie. Że o oficjalnym języku romani nie wspomnę. Wszak odegrał kluczową rolę w procesie jego kodyfikacji. Ten niezwykły erudyta, człowiek o wspaniałym umyśle, niezwykłym poczuciu humoru i wielkim sercu, zasłużył się nie tylko społeczności romskiej. Wszystkich nas uczył, co znaczy, i że warto być CZŁOWIEKIEM. Żałuję, że nigdy nie spotkałem go w realu… Zmartwychwstanie Pańskie daje mi nadzieję, że kiedyś uda mi się to nadrobić.

Nadzieja. Jej wszystkim życzę na te święta. A wiersz Jety, jak sądzę, doskonale pokazuje kierunek, z jakiego należy jej wyglądać.


[wersja albańska]

Njeriu në lekurën e vet

mban zemrën e zemërimit

temthin e hidhërimit

gjakun e hakmarrjes

zorrat e ngatërresës

damaret e egoizmit

kockat e kofëfortësisë

mishrat e padrejtësisë.

Hiqi ata një nga një, o Zot,

e zëvendësoji

me zemrën e dashurisë

me temthin e kujdesës

me gjakun e vëllazërisë

me zorrat e dhimsurisë

me damaret e solidaritetit

me kockat e besnikërisë

e me këtë trup të përtëritur,

do të lindë më në fund

NJERIU.


[wersja bułgarska]

Човекът в своя кожа

побира сърцето на гнява

жлъчката на огорчението

кървта на отмъстта

червинате на объркването

вените на егоизма

костите на ината/твърдоглавието

мускулите на несправедността.

Изтегли ги всички еден по еден, Боже

и ги замени

със сърцето на любовта

жлъчката на грижата

кървта на братството

червинате на съчуствието

вените на солидарността

костите на вярността

и със този подновен труп

най-стене ще се роди

ЧОВЕКЪТ.


[wersja w języku romani]

O manuś andra pire morthǎθe

dikǎrel e xolǎqo barrutno ilo

o xolipen e kerkimasqo

o rat e virmarimasqo

o porǎ e ćingaraqe

o damàrǎ e egoizmesqe

o kòkala e śeresqe-thulimasqe

o masa e bengimasqe.

Nikal len jekh a jekh, o Devl!a,

thaj ćhiv anda lenqo than

o ilo e kamimasqo

o buko e amalimasqo

o rat e phralimasqo

o porǎ akatar k-o kovlo-ilo

o damàrǎ e jekhimasqe

o kòkala e pakǎimasqe

thaj akale nevǎrde trupoça

si agore te biandǒl

O MANUŚ.


[tłumaczenie Marcela Courthiade na język angielski]

Human in his skin

contains the heart of anger

the gall of bitterness

the blood of revenge

the guts of bewilderment

the veins of egoism

the bones of stubbornness

the flesh of devilry.

Remove all of them one by one

o God and put in their place

the heart of love

the gall of helpfulness

the blood of brotherhood

the guts of compassion

the veins of solidarity

the bones of faithfulness

and with this renewed body

then finally s/he will emerge :

THE HUMAN.

 Hieronymus Bosch, "Ecce homo"
(Stadelsches Kunstinstitut, Frankfurt nad Menem).


środa, 4 lipca 2018

Termopile

Są kwestie, o które trudno się sprzeczać. Są i takie, o które sprzeczać się warto. Do pierwszej z tych kategorii należy konstatacja, że egzystencja jednostki jest na tyle krótka, że sam jej fakt może pozostać niezauważony i w większości przypadków takim pozostaje. Nie umniejsza to jednak wadze żadnego z istnień, gdyż (…) czymże jest każdy ocean jeśli nie morzem kropel? (David Mitchell, Atlasie chmur). Tyle tylko, ze w tym krótkim zdaniu kryje się pułapka. Bo czyż ową kroplą nie stajemy się dopiero wówczas, gdy działamy? Tak jak chciałby tego Albert Schweitzer, gdy pisze: To, co możesz uczynić, jest tylko maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym, co nadaje znaczenie Twojemu życiu. Na czym ma polegać to działanie? I czy o działanie zawsze tu chodzi? Bo czyż podobnego znaczenia, w pewnych sytuacjach, nie nabiera odmowa działania, czy też inna, bierna forma sprzeciwu wobec tego, co nas przytłacza?

I to jest właśnie ta druga strona medalu. Pytanie, odpowiedź na które nasuwa przypuszczenie, że nie każde zwycięstwo jest zwycięstwem, a klęska – klęską, że pokonany bywa zwycięzcą, a zwycięzca – pokonanym. Nie trzeba jakichś nadzwyczajnych uzdolnień, by móc wyobrazić sobie, że to, co dzisiaj wydaje nam się porażką, z upływem czasu jawi się jako sukces, zaś to, co bylibyśmy skłonni uznać za wygraną, po pewnym czasie jawi się, jako porażka. Chronos, jako wielki sędzia, rozstrzygający, po której stronie leży racja. Powiedzcie to Leonidasowi… Ręczę, ze Was nie zrozumie. Jego porażka, była dla niego realną przegraną, bez względu na to, jak widzimy dzisiaj Termopile. To zaś, że postrzegamy je w taki, a nie inny sposób, jest wynikiem tego, że miał odwagę stanąć do nierównej walki, ze świadomością, że zostanie pokonany. Bo czasem przegrać warto.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

O zadośćuczynieniu

Stredoeurópsky sochár:
Ukrižovaný Kristus (Morový krucifix).
Po 1709. SNG, Bratislava
Ale Bóg [naucza Anzelm Kantuareński] jest nie tylko sprawiedliwością, lecz zarazem miłością, a z nią nie da się pogodzić wieczne potępianie całej ludzkości. Istnieje zatem konflikt między sprawiedliwością i miłością bożą. Jedynym wyjściem z tego konfliktu jest zadośćuczynienie dane przez kogoś, który sam będąc człowiekiem, przecież jest bez winy, a zarazem dać może zadośćuczynienie nieskończenie wielkie. Warunki te może jednoczyć w sobie tylko ktoś taki, co jest równocześnie niewinnym człowiekiem i nieskończonym Bogiem, więc Bóg-człowiek, urodzony bez zmazy grzechu.

(Kazimierz Twardowski, O filozofii średniowiecznej wykładów sześć, paragraf 89)

Życzę wspaniałej Wielkanocy!

wtorek, 21 lutego 2017

Świat według Dalego

Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji,
ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie.
Salvador Dali


Równo rok temu swój urodzinowy wpis opatrzyłem zdjęciem przedstawiającym mnie w Raju. Chciałbym dzisiaj kontynuować ten wątek. Nie żeby się jakoś szczególnie na nim koncentrować. Raczej traktując go jako pretekst. Poza tym zamiast słowa „raj” pojawi się „niebo”. Aktualna nadal pozostaje konstatacja, że najciekawszym elementem tych postów są zawarte w nich cytaty. Idąc tym tropem cały dzisiejszy wpis – pominąwszy wstęp – składał będzie się z fragmentów Mojego sekretnego życia Salvadora Dalego*.

Moją ulubioną lekturą był Kant, z którego nic nie rozumiałem, co napełniało mnie dumą i satysfakcją. Uwielbiałem gubić się w labiryncie jego rozumowania, które nabrzmiewało we mnie jak niebiańska muzyka. Człowiek taki jak Kant, który pisał książki równie ważne i równie bezużyteczne, mógł być jedynie aniołem! Zapamiętanie, z jakim czytałem to, czego nie rozumiałem, musiało brać się z jakiegoś potężnego głodu duchowego i podobnie jak brak wapnia w organizmie sprawia, iż dzieci zdrapują i zjadają wapno i gips ze ścian, tak samo mój umysł potrzebował owego imperatywu kategorycznego, który przeżuwałem całymi latami nie mogąc go przełknąć. Wszelako pewnego dnia mi się udało. Jakieś drzwi się otworzyły i zrozumiałem (str. 119-120).

(...) pragnąłem się podobać eleganckim kobietom (...). A kto to jest kobieta elegancka? To kobieta, która tobą gardzi i nie ma włosów pod pachami (str. 145).

Nasza epoka zdycha z moralnego sceptycyzmu i duchowej nicości! Lenistwo wyobraźni, zawierzywszy powojennemu pseudopostępowi technicznemu, doprowadziło do uwiądu umysłu, rozbroiło go i zniesławiło. Mechaniczna cywilizacja zostanie unicestwiona przez wojnę, a masy, które ją zbudowały, posłużą za mięso armatnie (str. 256).

Ja osobiście nigdy nie interesowałem się polityką. Uważam ją za dziedzinę anegdotyczną i godną pożałowania, a nawet niebezpieczną. Studiowałem natomiast historię religii, zwłaszcza zaś religii katolickiej, z dnia na dzień dochodząc do co raz głębszego przekonania, że to „architektura doskonała” (str. 286).

Europa okresu powojennego gotowa jest już zdechnąć od swoich „izmów”, od ich anarchii, braku ścisłości w polityce, w estetyce, moralności. Europa zdycha od sceptycyzmu, arbitralności, bezwoli, bezkształtności, braku syntezy i Wiary. Ponieważ odgryzła kawałek zakazanego owocu specjalizacji, uznała, że wszystko wie, i zaufała anonimowej gnuśności wszystkiego co „kolektywne”. Nasze ekskrementy są tym, co zjedliśmy. Europa żywiła się "izmami" i rewolucjami. Jej odchody muszą więc mieć kolor wojny i cuchnąc śmiercią. Zapomniała, że szczęście to rzecz indywidualna i subiektywna i że jej nieszczęsna cywilizacja pod pretekstem, iż pragnie obalić wszelkiego rodzaju ograniczenia, stawała się w istocie niewolnicą swojej wolności. Karol Marks napisał: „Religia to opium dla ludu”, lecz Historia miała szybko dowieść, że materializm stanie się najbardziej skoncentrowaną trucizną nienawiści, z powodu której wszystkie ludy w końcu pomrą zduszone w obskurnych, śmierdzących, bombardowanych korytarzach metra współczesnego życia (str. 298) [+ przypis: Marksizm jest w równym stopniu odpowiedzialny za bolszewizm rosyjski co za narodowy socjalizm, który był liryczną sentymentalną reakcją na komunizm, lecz obarczoną przecież pierworodnym grzechem kolektywizmu, systemu mechanistycznego i antykatolicyzmu].

Ta książka dobiega końca. Zazwyczaj pisarze spisują pamiętniki pod koniec życia, gdy już zgromadzą życiowe doświadczenia. Na przekór wszystkim mądrzejszym wydało mi się najpierw napisać pamiętniki, a potem dopiero je przeżyć. Żyć! Do tego najpierw trzeba przeżyć połowę egzystencji, ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie. Zabiłem swoją przeszłość, aby pozbyć się jej, jak wąż pozbywa się starej skóry, którą w moim przypadku było bezkształtne rewolucyjne życie po wojnie (str. 328).

Moją metamorfozą jest tradycja, albowiem  tradycja to właśnie zmiana i wymyślenie nowej skóry. Nie chodzi o chirurgię plastyczną czy okaleczenie, lecz o odrodzenie. Nie wyrzekam się niczego. Kontynuuję. A kontynuuje od początku, ponieważ zacząłem od końca. Czy ja się wreszcie zestarzeję? Zawsze zaczynałem od śmierci. Śmierć i zmartwychwstanie, rewolucja i renesans, takie są dalijskie mity mojej tradycji (str. 329).

Europa międzywojenna zdychała w swej starej skórze, zdychała z powodu bezwoli, lenistwa, orgii psychologicznych, materialistycznego sceptycyzmu, monstrualnej specjalizacji, braku wiary. Obudzi się bardziej świadoma z obeschniętymi łzami. Kataklizm pochłonie rewolucje, a realna siła francuskiego katolicyzmu filozoficznego i walczącego katolicyzmu hiszpańskiego zatriumfuje, doprowadzając do jedności Europy. Watykan pozostaje symbolem niepodzielności starego kontynentu (str. 329).

Szczegółowe nauki naszych czasów wyspecjalizowały się w badaniu trzech stałych elementów życia: instynktu seksualnego, odczucia śmierci i czasoprzestrzennej trwogi. Po przeanalizowaniu tych wartości należy je wysublimować: instynkt seksualny w estetyce, odczucie śmierci w miłości i czasoprzestrzenna trwoga w metafizyce religii. Koniec z negacją! Potrzebna jest afirmacja! Koniec z pragnieniem uzdrawiania. Trzeba sublimować, uwznioślać. Styl zastąpi automatyzm, technika - nihilizm, wiara - sceptycyzm, ścisłość - bylejakość, indywidualizm i hierarchia - kolektywizm i uniformizację, tradycja - eksperymentowanie. Po Reakcji i Rewolucji - Renesans (str. 330).

Od roku 1929 bez ustanku badałem postęp i odkrycia nauki dokonane w ciągu stu ostatnich lat. Chociaż niemożliwe okazało się zgłębienie wszystkich jej tajników, a to z powodu co raz bardziej monstrualnej specjalizacji, niemniej intuicyjnie pojąłem kierunek, w jakim zmierza, i jej ontologiczne znaczenie. Pomiędzy tyloma rzeczami, które pozostaną dla nas na zawsze tajemne i niezgłębialne, jedna tylko prawda nie przestaje błyszczeć z równą siłą i wielkością: żadne z filozoficznych, moralnych, estetycznych czy biologicznych odkryć nie pozwala zanegować Boga. Co więcej, świątynia, której mury wzniosły nauki szczegółowe, nie może mieć innego dachu prócz Boskiego nieba (str. 332-333).

A czym jest Niebo? (...) Niebo nie znajduje się ani wysoko, ani nisko, ani na prawo, ani na lewo, Niebo jest dokładnie pośrodku piersi człowieka, który ma Wiarę (str. 333).


*Salvador Dali, Moje sekretne życie, Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2001.

(Dali, jak sam napisał w Epilogu, zakończył pracę nad tą książką 30 lipca 1941 roku, w samo południe, przebywając wówczas w Hampton Manor). 

piątek, 8 kwietnia 2016

JAWEN SASTE BAHTAŁE SARENGE ROMA PE DA SWETO!

Od początku tego roku moja biblioteczka romologiczna powiększyła się o 3 pozycje. Jakoś nie było dotąd okazji, by o tym wspomnieć. Lepszej, niż przypadający na dzisiaj Międzynarodowy Dzień Romów - długo nie będzie. Przejdźmy więc do rzeczy.

Pierwszą z nich jest wydana przez Muzeum Okręgowe w Tarnowie książeczka autorstwa Adama Bartosza pt.: Małopolski szlak martyrologii Romów (Tranów 2015). Najlepszą rekomendację dla tej pracy stanowi sama postać jej twórcy. Pozycja nie jest obszerna, nie można jej uznać za pracę naukową, ale niewątpliwie trzeba przypisać jej walor znacznie wyższy niż pracy stricte popularyzatorskiej. Poza kilkoma wstępnymi paragrafami, prowadzi nas ona przez miejsca pamięci o zagładzie Romów w czasie II wojny światowej znajdujące się na terenie obecnego województwa małopolskiego, a następnie w innych rejonach Polski.

Druga ze wspomnianych pozycji również związana jest z osobą Adama Bartosza. Tym razem jako redaktora naczelnego rocznika Studia Romologica. Dotarł do mnie mianowicie 8 numer tego pisma (Tarnów 2015). W nim zaś teksty takich autorów jak Marushiakowa, Popov, Szyszlak, Popieliński, Kapralski, van Baar, Szewczyk, Grzymała-Kazłowski, Mirga-Wójtowicz, Kocój, Krinkovà czy Odrzywołek. W Części III – Recenzje – Opinie zamieszczony został również tekst mojego pióra pt.: O europejskich Cyganach. Bez upiększeń poświęcony książce Rolfa Bauerdicka – Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem (Warszawa, Grupa Wydawnicza Foksal, 2015), którą z czystym sumieniem każdemu z PT czytelników niniejszego posta polecam.

I w końcu ostatnia praca, o której chciałbym dzisiaj wspomnieć. Jest nią Przyszłość – Odasojawła, czyli to co będzie (Bytom 2015) zredagowana przez Dorotę Żuber i wydana przez Szkołę Podstawową nr 16 im. Marii Konopnickiej w Bytomiu. Stanowi ona poszerzoną dokumentację niezwykle cennego projektu, ukierunkowanego na budowanie pozytywnych wzorców związanych z pracą, zrealizowanego przez działającą przy wspomnianej placówce świetlicę integracyjną Amaro Strychos. Jej koordynatorką, a zarazem nauczycielem wspomagającym zatrudnionym w bytomskiej SP nr 16 jest pani Agata Kołodziejczyk. To jej zawdzięczam, że mogłem do tej publikacji przygotować krótki, propedeutyczny wstęp.

sobota, 26 marca 2016

Wyimki wielkanocne



Kiedy zobaczyłem ten tryptyk z klasztoru św. Katarzyny na Synaju (XII wiek) przypomniała mi się jedna z książek ks. prof. Wacława Hryniewicza, a dokładniej Nasza Pascha z Chrystusem. Autor wywodzi w niej m.in., że wprawdzie śmierć Jezusa nastąpiła w przemijającym czasie historii, ale zawiera w sobie zarazem koniec czasów(1). Tego samego stwierdzenia nie da się już użyć w stosunku do Zmartwychwstania, gdyż dokonało się ono poza zasięgiem czasu, niejako na styku z wiecznością(2). W rzeczywistości nie jest już ono wydarzeniem należącym do ziemskiego sposobu egzystencji. Granicą czasu jest bowiem śmierć, początek wieczności(3).

Wszystkim życzę dobrych świąt! Alleluja!

(1) W. Hryniewicz, Nasza Pascha z Chrystusem. Zarys chrześcijańskiej teologii paschalnej, t. 2, Lublin 1987, s. 269.
(2) Tamże, s. 271.
(3) Tamże.

Szerzej: S. Anna Murawska, Kosmiczny wymiar pełni zbawienia w Chrystusie Paschalnym w ujęciu ks. Wacława Hryniewicza, „Teologia w Polsce”, nr 9,2 (2015), s. 131-147.



niedziela, 21 lutego 2016

A gdzież tam!

Całe życie żyliśmy jakby na walizkach. Tysiące przejść, niepewności, załamań. Ciągła prowizorka, tymczasowość, byle do jutra. A kiedyś zacznie się prawdziwe życie. No i masz. Przychodzi starość i gdzie to prawdziwe życie?
(Tadeusz Konwicki, Zwierzoczłekoupiór)

Zacznę od autodenuncjacji. Uroczyście oświadczam, że nie mam w zwyczaju czytać tych spośród swoich tekstów, które dostąpiły zaszczytu publikacji. Bez względu na czas i miejsce, w którym ujrzały światło dzienne, pozostają one zasadniczo własnością PT Czytelników. Z zasadami jest jednak tak, że kochają wyjątki. Te zdarzają się również i mi. Rzadko, bo rzadko. Ale jednak. Jeden z takich wyjątków wydarzył się dzisiaj. Przejrzałem mianowicie swoje wpisy na blogu datowane na 21 lutego. I choć nie znalazłem w nich nic szczególnie wartego uwagi, już sam fakt, że chciało mi się je czytać sprawił, iż poczułem się zdecydowanie skonfundowany. Mam więc już na co zwalić winę za ewentualnie dziwne samopoczucie, które – kto wie – może dotknąć mnie tego właśnie dnia AD 2016.

Było usprawiedliwienie (częściowo prewencyjne), czas więc rozwinąć, ledwie wyżej zasygnalizowaną, autokrytykę. Jak się okazuje, najciekawszymi elementami tych wpisów są przytaczane w nich cytaty. Zdaje się to potwierdzać tezę, że choć żyjemy w czasach, gdy wszyscy piszą, ale mało kto czyta (chyba jako pierwszy fakt ten stwierdził Tadeusz Konwicki), tendencji tej utrwalać nie należy. Zwłaszcza że, jak był łaskaw obwieścić w „Nędznikach” Wiktor Hugo: „Nie można bezkarnie czytać głupstw”. A przecież skoro są piszący, znajdą się też jacyś czytelnicy. Zważywszy, że niniejszy tekst, drogi Czytelniku, ma wszelkie szanse nie być mądrzejszy od innych mych wpisów z 21 lutego, zastanów się proszę, czy warto czytać dalej. W razie gdybyś się na to zdecydował, pamiętaj, ostrzegałem.

Skoro powiedziało się „a”, trzeba powiedzieć też „b”. Czas więc na autodiagnozę. Banalność moich urodzinowych wpisów musi mieć przecież jakąś przyczynę, a przyczyna ta musi gdzieś tkwić. Najpewniej we mnie samym. Kto wie, czy nie jest nią zwykła bezradność w obliczu mijającego czasu? Żaden tam ze mnie jednak Proust. Nie czuję w jakiś szczególny sposób, bym go utracił. Nie poczuję więc, jakby co, że go odnalazłem. Być może więc jest nią zupełna wobec tego faktu obojętność, pełne pogodzenie się z rzeczywistością, w której nawet wzrastanie jest formą przemijania? Sam nie wiem jednak, czy rzeczywiście jestem wobec tej oczywistości tak bardzo niewzruszony... Klucz do rozwiązania tej zagadki leży zapewne gdzieś blisko. Znacznie bliżej niż mogłoby się wydawać. Podobnie jak zima, którą odnaleźliśmy wczoraj nie gdzieś w okolicach bieguna, ale w sąsiednim powiecie…

Na razie jednak nie znam właściwej odpowiedzi. Autodiagnoza więc mi się nie udała. Czas więc odwołać się do innego „a”. Niech nim będzie autoironia. Powodów do niej jest wystarczająco dużo. Ot choćby i ten: wyczytałem mianowicie jakiś czas temu, że niezwykle ważna, międzynarodowa organizacja uznała, że świat zmienił się na tyle, iż należy przesunąć grancie poszczególnych okresów życia. I tak młodość kończy się obecnie wraz z 45 rokiem życia. Spierać się z ważnymi, międzynarodowymi organizacjami można. Ale co to da? Czyż nie lepiej uznać, trawestując Wieszcza, że oto skończyła się ma „młodość górna i durna”, a zaczął się dla mnie „wiek męski, wiek klęski”? A gdzież tam:-)!


niedziela, 26 kwietnia 2015

Bezradność

Kathmandu
Wielka Stupa
W sumie brakuje mi słów. Piszę chyba jedynie po to, by zwalczyć dojmujące poczucie bezradności. Może też po to, by poszukać w głowie tych właściwych.

Pod świątynią Annapurny
w Kathmandu

Nepal to przecież gdzieś bardzo daleko. Niewiele nas na co dzień interesuje. Słyszymy o nim zazwyczaj przy okazji relacji z wypraw w Himalaje. Ostatnio, co raz częściej, także w momentach, kiedy przydarzy się tam coś dramatycznego.
A takich dramatycznych wydarzeń ostatnio nie brakuje. Zwłaszcza w okolicach Annapurny i Mount Everestu. Jednak trzęsienie ziemi, które miało miejsce wczoraj, to wydarzenie o zupełnie innej skali. A dramatu, jaki przeżywają obecnie Nepalczycy, nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Bhaktapur

Śledzę media. Relacje są skąpe, a materiały filmowe częstokroć z Indii, a nie z Nepalu…  Dzięki Internetowi wiem, że niektórzy moi znajomi są cali i zdrowi, ale stracili dach nad głową. Co z innymi, dowiem się pewnie za kilka dni. Z tego, co do mnie dociera, wyłania się bardzo ponury obraz. Tysiące ofiar, dziesiątki tysięcy ludzi, którzy stracili cały swój dobytek, zrujnowane miasta (wiem o dużych zniszczeniach w Kathmandu i Bhaktapur).

Pokhara

 
Zastanawia mnie brak informacji z Pokhary. To przecież w okolicach pasma Annapurny znajdowało się epicentrum wstrząsów. Tymczasem w Pokharze znajduje się duży zbiornik wodny, a w jej sąsiedztwie – kolejny. 
Pokhara

 
 
 
 
 
 
Nie chcę nawet myśleć o tym, co mogłoby wydarzyć się w położonych niżej dolinach, gdyby uszkodzeniu uległy urządzenia hydrotechniczne utrzymujące te masy wód w ryzach sztucznych zalewów.

Okolice Annapurna BC
 
 
 
Nepalczycy to dzielni i niezwykle ciepli ludzie. Ich egzystencja w przytłaczającej mierze zależy od ruchu turystycznego. Jego załamanie się, co w obecnej sytuacji wydaje się być bardzo prawdopodobne, może mieć bardzo dalekosiężne skutki. Warto pamiętać o tym już teraz, kiedy skupiamy się na kwestiach związanych z doraźną pomocą w obliczu dramatu, jaki ich dotknął. No właśnie. Pomoc i pamięć. To chyba dobre słowa... I z nimi Was zostawiam.








 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wielkanoc A.D. 2015

Tam, skąd pochodzę, ludzie w niedzielę i poniedziałek wielkanocny pozdrawiają się słowami:
- Chrystus zmartwychwstał!
- Prawdziwie z martwych powstał!

Czasem żałuję, że tylko w okresie Świąt Wielkanocnych, tak wyraziście uświadamiamy sobie tę fundamentalną dla wszystkich chrześcijan prawdę… Dlatego życzę Wszystkim, by towarzyszyła Nam każdego dnia!




Ilustracja:
1268, Hromkla monastery, Cilicia 
Written and illuminated by Toros Roslin

poniedziałek, 24 listopada 2014

Anatomia strachu

Cztery strachy będą w najbliższym czasie wpływały na obrót spraw politycznych w Krakowie i Małopolsce. Pierwszy ma wymiar szerszy. Dotyczy całego kraju. To strach o skutki totalnego blamażu, jaki zafundowała nam wszystkim Państwowa Komisja Wyborcza – a obecnie wyzyskują do swoich celów niektóre środowiska polityczne - podważając zaufanie obywateli do podstawowej instytucji demokracji, jaką są wybory. Drugi ma również wymiar ponadregionalny, a jest nim strach przed PiS. Wyhodowany przez media, nie bez znaczącego udziału samych przedstawicieli tej partii, w czasach, gdy sprawowała ona w Polsce władzę, nadal skutecznie zniechęca do niej sporą rzeszę potencjalnych wyborców, zmęczonych już rządami Platformy i nieufnie patrzących lub niedostrzegających alternatywy dla binarnego układu sił dwóch głównych graczy politycznych. Trzeci strach ma typowo krakowski charakter. To strach przed jakąkolwiek zmianą. Bo trudno tu mówić o konserwatyzmie. Konserwatyzm ma swój wyraz ideowy. Krakowski strach jest bezideowy i bezimienny. I w końcu trzeba powiedzieć o strachu, który opanował część – opozycyjnie nastawionej do Grzegorza Lipca – krakowskiej PO. Fakt, iż partia ta uzyskała lepsze niż się spodziewano wyniki w wyborach samorządowych, niewątpliwie wzmacnia pozycję szefa struktur regionalnych Platformy, co może być groźne dla tych sił w tej partii, które za Lipcem – delikatnie sprawę ujmując – nie przepadają.

Pierwszym z tych strachów zajmował się nie będę. Trzeba poczekać na wyniki II tury wyborów samorządowych, by móc formułować w tej kwestii jakieś oceny. Ale o trzech pozostałych warto skreślić kilka zdań. 

Wynik zmagań, których stawką jest fotel Prezydenta Miasta, nie wydaje się w Krakowie wcale taki oczywisty, jak zdaje się o tym sądzić spora część miejscowego mainstreamu. W rzeczy samej Marek Lasota ma poważne szanse na sukces. Jest w Krakowie postacią rozpoznawalną, ze sporym dorobkiem, akceptowaną przez wiele środowisk i popieraną przez ugrupowanie polityczne, które jednoznacznie chce być kojarzone z „jakąś” jakościową zmianą. Piszę „jakąś”, bo dociec na czym ta zmiana miałaby polegać, po dokładniejszym przyglądnięciu się dokumentom programowym i wypowiedziom polityków PiS – nie sposób. Jedno jest jednak pewne. Lasota może liczyć na wierny elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego oraz głosy tej części mieszkańców Krakowa, którzy „jakiejś” zmiany oczekują.

Czy rzeczywiście jednak w Krakowie czeka się na zmiany? Czy nie jest to miasto, które bardziej ceni to, co znane, a czego upostaciowieniem jest Jacek Majchrowski? Przemawiają za nim niewątpliwe pomnikowe osiągnięcia. Nie sposób bowiem zgodzić się z krytykami obecnego Prezydenta, którzy zarzucają mu brak inicjatywy. Miasto pod jego rządami zmienia się sukcesywnie. Ilość gminnych inwestycji jest co najmniej satysfakcjonująca. Jackowi Majchrowskiemu można by więc (i należałoby) zarzucać nie tyle ich brak, co chaos w tym obszarze. Trudno bowiem dociec, jaką wizję Krakowa w ten sposób realizujemy.

Profesor Majchrowski może więc liczyć na głosy zadowolonych z obrotu krakowskich spraw. W jeszcze większej mierze jednak przypadną mu w udziale głosy tych wszystkich, którzy boją się zmian w ogóle, a zmian kojarzonych z PiS w szczególności. Marek Lasota, jako człowiek którego pisowska afiliacja jest bardzo świeżej daty, ów lęk wprawdzie łagodzi, ale całkowicie go nie znosi. Pojawiające się w debacie publicznej głosy, że jest człowiekiem bez zaplecza, o którego dalszym bycie politycznym decydować będzie środowisko partii Jarosława Kaczyńskiego, nie są pozbawione swoich racji.

Przyglądając się wynikom I tury wyborów prezydenckich w Krakowie, można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż ostateczne wyniki, jakie uzyskają 30 listopada obydwaj kontrkandydaci, będą mocno do siebie zbliżone. Bez względu jednak na to, który z nich stanie się gospodarzem Pałacu Wielopolskich można przyjąć, że bez większych problemów ułoży on sobie relacje z Radą Miasta. Marek Lasota może liczyć wszak na klub PiS – partii, która wygrała wybory samorządowe w mieście. Niewątpliwie może też liczyć na współpracę z klubem Jacka Majchrowskiego, który w przypadku przegranej swojego lidera, będzie musiał poszukiwać możliwości obrony swoich przyczółków. W przypadku wygranej tego ostatniego, prawdopodobna jest kontynuacja dotychczasowej koalicji z PO, która do Rady Miasta wprowadziła jedynie jednego radnego mniej, niż PiS.

Swoją drogą fakt, iż to PiS a nie PO wygrało w Krakowie wybory do Rady Miasta, wydaje się niezwykle – z politologicznego punktu widzenia – ciekawy. Zestawiając go bowiem z wynikami głosowania, w tym samym okręgu, do Sejmiku Województwa Małopolskiego (wygrana PO z PiS stosunkiem mandatów 5 do 3), trzeba zdecydowanie odrzucić tezę, że oto Kraków staje się kolejnym pisowskim bastionem. W jakim procencie o wyniku tym zadecydowała technika wyborcza (numer Komitetu Wyborczego), trudno orzec.  Niewątpliwie jednak zasadnicze znaczenie miała w tym przypadku słaba kampania Marty Pateny. Kandydatka PO na urząd Prezydenta Miasta Krakowa prowadziła kampanię, dla której określenia znajduję tylko jedno słowo – defensywa. Odnosiłem bowiem wrażenie, że nawet przez moment nie wierzyła w możliwość uzyskania dobrego wyniku, a tak w ogóle to bardziej interesowało ją utrzymanie mandatu radnej, niż zasiadanie w fotelu szefa Miasta. PO ma więc przed sobą poważne zadanie na przyszłość. Jeżeli nie chce zaliczyć za cztery lata kolejnej wpadki w krakowskich wyborach samorządowych, musi wykreować kandydata na Prezydenta, który będzie wierzył w swoje możliwości. Chociaż tyle…

Czy PO ma zdolność wykreowania takiego kandydata? Myślę, że tak. Obserwując tegoroczną kampanię wyborczą zauważyć można co najmniej dwie postaci, które walczyły o mandat radnego Sejmiku Województwa Małopolskiego, a które mają odpowiedni potencjał, by za cztery lata ubiegać się o fotel gospodarza Krakowa. Dobry wynik Platformy w tych wyborach to też całkiem przyzwoity prognostyk szans takiego kandydata. Na chwilę obecną partia ta jednak musi poradzić sobie z odium „przegranych wyborów”. Piszę w cudzysłowie, bo mówienie o przegranej Platformy w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest jakimś nieporozumieniem. Wystarczy spojrzeć na sondaże przedwyborcze, by jasno stwierdzić, że PO wykonała po raz kolejny w Małopolsce rzecz teoretycznie niewykonalną. Bo choć utraciła w Sejmiku kilka mandatów – nadal rządzić będzie Województwem.

Od lat przyglądam się preferencjom wyborczym Małopolan. I od lat kolejne porażki PiS są dla mnie poważnym zaskoczeniem. Zauważmy, że w roku 2006 partia ta – w koalicji ze Wspólnotą Małopolską - była w stanie wygrać wybory do Sejmiku, by chwilę później utracić władzę w Województwie wskutek nieudolnie prowadzonego przewrotu, którego celem miała być zmiana na stanowisku Marszałka. Otworzyło to Platformie drogę do współrządzenia Małopolską. Cztery lata temu z kolei, PiS wykreował listy wyborcze, które nie tyle stanowiły odpowiedź na oczekiwania elektoratu, co były wynikiem przygotowań do wewnętrznych frond. Wygrana wówczas PO była w dużej mierze efektem słabości kandydatów wystawionych przez Zbigniewa Ziobrę. W tym roku, PiS zaprezentowało się już jako ugrupowanie skonsolidowane, a jego listy wyborcze trzeba uznać za mocne. W takiej sytuacji wygrana tej partii w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest czymś oczywistym. Tyle tylko, że wobec braku aktualnie zdolności koalicyjnej, wygrana taka miałaby sens jedynie wówczas, gdyby gwarantowała w nim większość umożliwiającą samodzielny wybór Marszałka.

Fakt ten to zapewne jedna z przyczyn, dla której małopolskie struktury Prawa i Sprawiedliwości dość oszczędnie chełpią się sukcesem i raczej jedynie półgębkiem wspominają o „porażce” Platformy Obywatelskiej. W tym ostatnim, wystarczająco wyręczają je niektórzy działacze PO odsłaniając przy okazji, jak przebiega obecnie linia zasadniczego podziału wewnątrz tego ugrupowania. Szereg czołowych jej postaci, które w zeszłorocznych wyborach partyjnych musiały ustąpić pola Grzegorzowi Lipcowi, najwyraźniej potrzebowały owej przegranej własnej opcji, by pozbyć się świeżo upieczonego lidera. To dlatego zapewne ostrze krytyki – której wyrazicielem stały się niektóre media – skierowane jest wyłącznie w jego kierunku. Całkowicie zaś pomija się odpowiedzialność Marka Sowy, który nie tylko – jako Marszałek Województwa – był twarzą PO przez ostatnie cztery lata, ale także odpowiadał za regionalną kampanię tej partii. Ani słowem nie wspomina się o nikłym wsparciu centrali czy też słabym zaangażowaniu w kampanię większości platformianych parlamentarzystów. Obiektywnie dobry wynik, jaki w Krakowie zanotowała lista PO w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego i ewidentność ataku wymierzonego w Lipca, na dłuższą metę umocni pozycję tego ostatniego, co ma szczególne znaczenie w kontekście przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Tym niemniej atak ten – jak sądzę – zapewne chwilowo osłabi zdolności negocjacyjne Platformy, co nie pozostanie bez skutku dla sposobu, w jaki wykreowane zostaną gremia decyzyjne w Krakowie i w Małopolsce.

W najbliższym czasie czekają nas więc w Małopolsce rządy koalicji PO i – poważnie wzmocnionego – PSL. To właśnie to ostatnie ugrupowanie może mówić o niekwestionowanym sukcesie. Podwojenie liczby mandatów oznacza nieproporcjonalnie większe możliwości wpływu na zarządzanie Regionem. Co więcej. Przy ewentualnej zmianie koalicji rządowej w końcówce przyszłego roku zapewnia swobodę wymiany partnera także w Małopolsce. W przypadku wygranej Jacka Majchrowskiego w II turze wyborów prezydenckich partia ta utrzyma też swoje wpływy w Mieście. Jeśli wygra Marek Lasota - będzie zapewne podobnie. W tym przypadku bowiem liczyć się będzie ewentualność zmiany koalicji rządzącej Małopolską. To dobra karta przetargowa także w kontekście polityki gminnej. O tym, czy ten scenariusz będzie miał jakieś widoki na sukces zdecydują jednak wyborcy w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Nie zdziwiłbym się, gdyby za rok do wyborów poszli jedynie najbardziej zdyscyplinowani spośród nich…

poniedziałek, 10 listopada 2014

O dwóch tablicach z piaskowca

Budynek przy ul. Basztowej 22 w Krakowie. Podwójne, reprezentacyjne schody z parteru prowadzą na półpiętro. Stamtąd, już jednym biegiem, na pierwszy poziom. To tutaj, oddzieleni zaledwie jedną salą konferencyjną i sekretariatem, urzędują Wojewoda Małopolski i Marszałek Województwa Małopolskiego. Wojewoda po lewej stronie. Marszałek po prawej. Jeden reprezentuje rząd krajowy, drugi – samorząd regionalny. Obydwaj, choć w bardzo różny sposób, reprezentują Małopolskę.

W miejscu, gdzie zbiegają się podwójne schody znajdują się dwie tablice wykute w piaskowcu. Jedna, poświęcona pamięci pierwszego po 1989 roku wojewodzie krakowskiemu – Tadeuszowi Piekarzowi; druga – pierwszemu marszałkowi województwa małopolskiego: Markowi Nawarze. Dwie postaci, które położyły fundament pod dzisiejsze Województwo Małopolskie. Różne, ale jakże podobne…

Nie znałem osobiście wojewody Piekarza. Przez kilka lat jednak dane mi było pracować z jego bliskimi współpracownikami. Nigdy nie zapomnę, jak wielkie wywarł na nich piętno. Powtarzał im ponoć uparcie, że praca w administracji to przede wszystkim służba ludziom. Że spoza tych wszystkich ustaw, rozporządzeń, zarządzeń, paragrafów muszą dostrzec konkretnego człowieka. Jego potrzeby i problemy.

Od marszałka Marka Nawary, z którym miałem zaszczyt współpracować, nigdy takich słów nie usłyszałem. Nie były potrzebne. To był zupełnie inny człowiek. Ale jakże podobny... Stawiał nas do pionu za każdym razem, gdy uznał, że zapominamy, po co jest samorząd i komu ma on służyć. Miał wizję i niezłomną wolę jej realizacji. Wielokroć, kiedy patrzyłem na jego zmagania, przypominały mi się słowa Józefa Piłsudskiego: Głową muru nie przebijesz, ale jeśli zawiodły inne metody należy spróbować i tej. Marek próbował. I często mu się udawało.

Obydwaj swoje zaangażowanie w pracę na rzecz Małopolski przypłacili zdrowiem. Kończyli swą misję zmagając się z ciężką chorobą. Obydwaj, do końca swych dni, aktywnie włączali się w sprawy dla regionu najważniejsze.

Na Basztowej 22 nie byłem od kilku lat. Ilekroć jednak przechodzę w pobliżu stają mi przed oczami te dwie postaci. Dzisiaj, pewnie dlatego, że zbliża się 11 listopada, przypomniały mi się dwie tablice z piaskowca. Idealnie naprzeciwko siebie. Niemalże identyczne, a jakże różne…

czwartek, 6 listopada 2014

Romowie w Polsce i w Europie – od dyskryminacji do tolerancji

Zainteresowanych tematyką romologiczą zachęcam do udziału w konferencji: Romowie w Polsce i w Europie – od dyskryminacji do tolerancji, która odbędzie się na Uniwersytecie Pedagogicznym im. KEN w Krakowie (ul. Podchorążych 2, sala 539  ) w dniach 20–21 listopada br. 

Program konferencji przedstawia się następująco:

(20 listopada 2014):

9.00-9.20 Rejestracja Uczestników
9.20-9.30 Powitanie Gości
 
9.30-10.40 Obrady
  • Agnieszka Ogonowska, Antycyganizm i media: ujęcie psychologiczne
  • Piotr Borek, Badania cyganologiczne Jerzego Ficowskiego
  • Adam Bartosz,  Jak się tworzyło „Romskie Muzeum” w Tarnowie

10.40-11.00 Przerwa

11.00-12.35 Obrady i dyskusja
  • Andrzej Gurbiel,  Cyganie w literaturze polskiej XVIII i XIX wieku
  • Marek Karwala, Izoldy Kwiek zatrzymywanie czasu
  • Bogusław Gryszkiewicz, Cygan z rożna, czyli o mechanizmach dehumanizacji w dowcipie antyromskim

12.45-13.30 Przerwa

13.45-14.45 Obrady
  • Sławomir Kapralski, Od „kozła ofiarnego” do „ofiar zastępczych”: ewolucja postaw antyromskich w Polsce w latach 1980-1990
  • Marcin Szewczyk, Unijne Ramy i polska strategia integracji Romów. Sposób zgodności
  • Magdalena Stoch, Metodologia wrażliwości i aktywnego działania - czyli jak walczyć ze stereotypami na różnych szczeblach edukacji

14.45-15.00 Przerwa

15.00-16.30 Obrady i dyskusja
  • Artur Paszko, Społeczność romska jako podmiot procesu integracji europejskiej
  • Dawid Jędrzejak, Edukacja romska w ramach rządowych programów na Słowacji
  • Leszek Gorycki, „Uporczywie prowadzą koczowniczy tryb życia ...”. Romowie w dokumentach MSW w latach 50. i 60. ubiegłego wieku

(21 listopada 2014):

10:00-14:00
Projekcja filmu „Nasza szkoła”, reż. Mona Nicoara, USA, Szwajcaria, Rumunia 2011, połączona z dyskusją o filmie i warsztat: „Stereotypy społeczne w mediach, tekstach kultury i mentalności społecznej”

Organizatorami konferencji są: Zakład Badań nad Mniejszościami Narodowymi i Etnicznymi (w ramach działalności Ośrodka Badań nad Mediami Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie), Instytut Filologii Polskiej UP, Muzeum Okręgowe w Tarnowie.

wtorek, 28 października 2014

Wieści z rynku księgarskiego

Z wielką przyjemnością śpieszę donieść, że na rynku księgarskim pojawiała się właśnie praca zbiorowa, pod redakcją Tadeusza Lewowickiego, Barbary Chojnackiej–Synaszko i Gabrieli Piechaczek–Ogierman, zatytułowana: Edukacja dzieci i młodzieży w środowiskach zróżnicowanych kulturowo (Cieszyn-Warszawa-Toruń 2014) . A w niej osobny paragraf romologiczny, w którym obok tekstów Jaroslava Baldvina i Lenki Haburajovej Ilavskiej oraz Łukasza Kwadransa, także mój – Romskie dziecko w polskiej szkole (szeroki abstrakt: tutaj).

Trochę przypadkiem wpadła mi też w ręce publikacja Instytutu Obywatelskiego stanowiąca zapis debaty pt. Przyszłość Romów w Polsce, która odbyła się 15 października 2010 roku w Krakowie. Przyczynkiem do niej stała się dyskusja, która w 2010 roku przetoczyła się przez media europejskie, a dotyczyła działań rządów francuskiego i włoskiego wobec mniejszości romskiej. Całość publikacji – jak się okazuje – można znaleźć w sieci (PDF – tutaj). Znajdziecie w niej także mój głos (Przekraczając barierę nieufności, s. 32-35). Szerzej na ten temat pisałem już na blogu w kilku miejscach. Zainteresowanym przypominam zwłaszcza wpis: Polityki publiczne wobec Romów. Garść refleksji.