Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 listopada 2014

Anatomia strachu

Cztery strachy będą w najbliższym czasie wpływały na obrót spraw politycznych w Krakowie i Małopolsce. Pierwszy ma wymiar szerszy. Dotyczy całego kraju. To strach o skutki totalnego blamażu, jaki zafundowała nam wszystkim Państwowa Komisja Wyborcza – a obecnie wyzyskują do swoich celów niektóre środowiska polityczne - podważając zaufanie obywateli do podstawowej instytucji demokracji, jaką są wybory. Drugi ma również wymiar ponadregionalny, a jest nim strach przed PiS. Wyhodowany przez media, nie bez znaczącego udziału samych przedstawicieli tej partii, w czasach, gdy sprawowała ona w Polsce władzę, nadal skutecznie zniechęca do niej sporą rzeszę potencjalnych wyborców, zmęczonych już rządami Platformy i nieufnie patrzących lub niedostrzegających alternatywy dla binarnego układu sił dwóch głównych graczy politycznych. Trzeci strach ma typowo krakowski charakter. To strach przed jakąkolwiek zmianą. Bo trudno tu mówić o konserwatyzmie. Konserwatyzm ma swój wyraz ideowy. Krakowski strach jest bezideowy i bezimienny. I w końcu trzeba powiedzieć o strachu, który opanował część – opozycyjnie nastawionej do Grzegorza Lipca – krakowskiej PO. Fakt, iż partia ta uzyskała lepsze niż się spodziewano wyniki w wyborach samorządowych, niewątpliwie wzmacnia pozycję szefa struktur regionalnych Platformy, co może być groźne dla tych sił w tej partii, które za Lipcem – delikatnie sprawę ujmując – nie przepadają.

Pierwszym z tych strachów zajmował się nie będę. Trzeba poczekać na wyniki II tury wyborów samorządowych, by móc formułować w tej kwestii jakieś oceny. Ale o trzech pozostałych warto skreślić kilka zdań. 

Wynik zmagań, których stawką jest fotel Prezydenta Miasta, nie wydaje się w Krakowie wcale taki oczywisty, jak zdaje się o tym sądzić spora część miejscowego mainstreamu. W rzeczy samej Marek Lasota ma poważne szanse na sukces. Jest w Krakowie postacią rozpoznawalną, ze sporym dorobkiem, akceptowaną przez wiele środowisk i popieraną przez ugrupowanie polityczne, które jednoznacznie chce być kojarzone z „jakąś” jakościową zmianą. Piszę „jakąś”, bo dociec na czym ta zmiana miałaby polegać, po dokładniejszym przyglądnięciu się dokumentom programowym i wypowiedziom polityków PiS – nie sposób. Jedno jest jednak pewne. Lasota może liczyć na wierny elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego oraz głosy tej części mieszkańców Krakowa, którzy „jakiejś” zmiany oczekują.

Czy rzeczywiście jednak w Krakowie czeka się na zmiany? Czy nie jest to miasto, które bardziej ceni to, co znane, a czego upostaciowieniem jest Jacek Majchrowski? Przemawiają za nim niewątpliwe pomnikowe osiągnięcia. Nie sposób bowiem zgodzić się z krytykami obecnego Prezydenta, którzy zarzucają mu brak inicjatywy. Miasto pod jego rządami zmienia się sukcesywnie. Ilość gminnych inwestycji jest co najmniej satysfakcjonująca. Jackowi Majchrowskiemu można by więc (i należałoby) zarzucać nie tyle ich brak, co chaos w tym obszarze. Trudno bowiem dociec, jaką wizję Krakowa w ten sposób realizujemy.

Profesor Majchrowski może więc liczyć na głosy zadowolonych z obrotu krakowskich spraw. W jeszcze większej mierze jednak przypadną mu w udziale głosy tych wszystkich, którzy boją się zmian w ogóle, a zmian kojarzonych z PiS w szczególności. Marek Lasota, jako człowiek którego pisowska afiliacja jest bardzo świeżej daty, ów lęk wprawdzie łagodzi, ale całkowicie go nie znosi. Pojawiające się w debacie publicznej głosy, że jest człowiekiem bez zaplecza, o którego dalszym bycie politycznym decydować będzie środowisko partii Jarosława Kaczyńskiego, nie są pozbawione swoich racji.

Przyglądając się wynikom I tury wyborów prezydenckich w Krakowie, można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż ostateczne wyniki, jakie uzyskają 30 listopada obydwaj kontrkandydaci, będą mocno do siebie zbliżone. Bez względu jednak na to, który z nich stanie się gospodarzem Pałacu Wielopolskich można przyjąć, że bez większych problemów ułoży on sobie relacje z Radą Miasta. Marek Lasota może liczyć wszak na klub PiS – partii, która wygrała wybory samorządowe w mieście. Niewątpliwie może też liczyć na współpracę z klubem Jacka Majchrowskiego, który w przypadku przegranej swojego lidera, będzie musiał poszukiwać możliwości obrony swoich przyczółków. W przypadku wygranej tego ostatniego, prawdopodobna jest kontynuacja dotychczasowej koalicji z PO, która do Rady Miasta wprowadziła jedynie jednego radnego mniej, niż PiS.

Swoją drogą fakt, iż to PiS a nie PO wygrało w Krakowie wybory do Rady Miasta, wydaje się niezwykle – z politologicznego punktu widzenia – ciekawy. Zestawiając go bowiem z wynikami głosowania, w tym samym okręgu, do Sejmiku Województwa Małopolskiego (wygrana PO z PiS stosunkiem mandatów 5 do 3), trzeba zdecydowanie odrzucić tezę, że oto Kraków staje się kolejnym pisowskim bastionem. W jakim procencie o wyniku tym zadecydowała technika wyborcza (numer Komitetu Wyborczego), trudno orzec.  Niewątpliwie jednak zasadnicze znaczenie miała w tym przypadku słaba kampania Marty Pateny. Kandydatka PO na urząd Prezydenta Miasta Krakowa prowadziła kampanię, dla której określenia znajduję tylko jedno słowo – defensywa. Odnosiłem bowiem wrażenie, że nawet przez moment nie wierzyła w możliwość uzyskania dobrego wyniku, a tak w ogóle to bardziej interesowało ją utrzymanie mandatu radnej, niż zasiadanie w fotelu szefa Miasta. PO ma więc przed sobą poważne zadanie na przyszłość. Jeżeli nie chce zaliczyć za cztery lata kolejnej wpadki w krakowskich wyborach samorządowych, musi wykreować kandydata na Prezydenta, który będzie wierzył w swoje możliwości. Chociaż tyle…

Czy PO ma zdolność wykreowania takiego kandydata? Myślę, że tak. Obserwując tegoroczną kampanię wyborczą zauważyć można co najmniej dwie postaci, które walczyły o mandat radnego Sejmiku Województwa Małopolskiego, a które mają odpowiedni potencjał, by za cztery lata ubiegać się o fotel gospodarza Krakowa. Dobry wynik Platformy w tych wyborach to też całkiem przyzwoity prognostyk szans takiego kandydata. Na chwilę obecną partia ta jednak musi poradzić sobie z odium „przegranych wyborów”. Piszę w cudzysłowie, bo mówienie o przegranej Platformy w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest jakimś nieporozumieniem. Wystarczy spojrzeć na sondaże przedwyborcze, by jasno stwierdzić, że PO wykonała po raz kolejny w Małopolsce rzecz teoretycznie niewykonalną. Bo choć utraciła w Sejmiku kilka mandatów – nadal rządzić będzie Województwem.

Od lat przyglądam się preferencjom wyborczym Małopolan. I od lat kolejne porażki PiS są dla mnie poważnym zaskoczeniem. Zauważmy, że w roku 2006 partia ta – w koalicji ze Wspólnotą Małopolską - była w stanie wygrać wybory do Sejmiku, by chwilę później utracić władzę w Województwie wskutek nieudolnie prowadzonego przewrotu, którego celem miała być zmiana na stanowisku Marszałka. Otworzyło to Platformie drogę do współrządzenia Małopolską. Cztery lata temu z kolei, PiS wykreował listy wyborcze, które nie tyle stanowiły odpowiedź na oczekiwania elektoratu, co były wynikiem przygotowań do wewnętrznych frond. Wygrana wówczas PO była w dużej mierze efektem słabości kandydatów wystawionych przez Zbigniewa Ziobrę. W tym roku, PiS zaprezentowało się już jako ugrupowanie skonsolidowane, a jego listy wyborcze trzeba uznać za mocne. W takiej sytuacji wygrana tej partii w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego jest czymś oczywistym. Tyle tylko, że wobec braku aktualnie zdolności koalicyjnej, wygrana taka miałaby sens jedynie wówczas, gdyby gwarantowała w nim większość umożliwiającą samodzielny wybór Marszałka.

Fakt ten to zapewne jedna z przyczyn, dla której małopolskie struktury Prawa i Sprawiedliwości dość oszczędnie chełpią się sukcesem i raczej jedynie półgębkiem wspominają o „porażce” Platformy Obywatelskiej. W tym ostatnim, wystarczająco wyręczają je niektórzy działacze PO odsłaniając przy okazji, jak przebiega obecnie linia zasadniczego podziału wewnątrz tego ugrupowania. Szereg czołowych jej postaci, które w zeszłorocznych wyborach partyjnych musiały ustąpić pola Grzegorzowi Lipcowi, najwyraźniej potrzebowały owej przegranej własnej opcji, by pozbyć się świeżo upieczonego lidera. To dlatego zapewne ostrze krytyki – której wyrazicielem stały się niektóre media – skierowane jest wyłącznie w jego kierunku. Całkowicie zaś pomija się odpowiedzialność Marka Sowy, który nie tylko – jako Marszałek Województwa – był twarzą PO przez ostatnie cztery lata, ale także odpowiadał za regionalną kampanię tej partii. Ani słowem nie wspomina się o nikłym wsparciu centrali czy też słabym zaangażowaniu w kampanię większości platformianych parlamentarzystów. Obiektywnie dobry wynik, jaki w Krakowie zanotowała lista PO w wyborach do Sejmiku Województwa Małopolskiego i ewidentność ataku wymierzonego w Lipca, na dłuższą metę umocni pozycję tego ostatniego, co ma szczególne znaczenie w kontekście przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Tym niemniej atak ten – jak sądzę – zapewne chwilowo osłabi zdolności negocjacyjne Platformy, co nie pozostanie bez skutku dla sposobu, w jaki wykreowane zostaną gremia decyzyjne w Krakowie i w Małopolsce.

W najbliższym czasie czekają nas więc w Małopolsce rządy koalicji PO i – poważnie wzmocnionego – PSL. To właśnie to ostatnie ugrupowanie może mówić o niekwestionowanym sukcesie. Podwojenie liczby mandatów oznacza nieproporcjonalnie większe możliwości wpływu na zarządzanie Regionem. Co więcej. Przy ewentualnej zmianie koalicji rządowej w końcówce przyszłego roku zapewnia swobodę wymiany partnera także w Małopolsce. W przypadku wygranej Jacka Majchrowskiego w II turze wyborów prezydenckich partia ta utrzyma też swoje wpływy w Mieście. Jeśli wygra Marek Lasota - będzie zapewne podobnie. W tym przypadku bowiem liczyć się będzie ewentualność zmiany koalicji rządzącej Małopolską. To dobra karta przetargowa także w kontekście polityki gminnej. O tym, czy ten scenariusz będzie miał jakieś widoki na sukces zdecydują jednak wyborcy w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Nie zdziwiłbym się, gdyby za rok do wyborów poszli jedynie najbardziej zdyscyplinowani spośród nich…

piątek, 12 sierpnia 2011

Wirus kampanijny

Bardzo powoli rozkręca się tegoroczna kampania wyborcza. Po falstarcie ochrzczonym mianem „kampanii informacyjnych” przyszedł czas zwierania szyków na powakacyjne, skomasowane uderzenie. Im bliżej będzie 9 października, tym uderzenie będzie mocniejsze, a przeciętnemu wyborcy trudniej będzie uniknąć ciosu. A że ciosy będą padały dokładnie ze wszystkich stron, trudno mu będzie nawet zorientować się od kogo dostał w papę. Podpowiadam więc – dopóki jeszcze panuje jako taki spokój warto zadbać o dobre skojarzenia. A w tym zakresie najprzydatniejsze są virale. Dobrze przemyślany viral podgrzewa temperaturę kampanii i znacząco obniża jej koszty. Poza tym pozwala dotrzeć do praktycznie nieskończonej ilości wyborców. To nic, że często spoza swojego okręgu wyborczego. Praca na rzecz marki ugrupowania też ma swoje znaczenie. Zwłaszcza w kontekście obowiązującej w Polsce ordynacji wyborczej.
Do lamusa odchodzą już virale tekstowe, przekazywane za pomocą maila lub sms-a. Szkoda, bo tkwił w nich duży potencjał. Niektóre z nich były tyleż zabawne, co inspirujące. Spełniać musiały jedynie trzy warunki: mieć jakiś przekaz, rym i rytm. Celem ilustracji, niżej niezaangażowana po żadnej stronie sporu politycznego rymowanka, w której podmiot liryczny zatroskany nad dziejami parlamentaryzmu w III RP rozważa tak istotny ich aspekt, jak nietykalność poselska:

Siąść okrakiem na równiku,
powywracać biurka w NIK-u,
zrobić zdjęcie papilotu,
zebrać pełną szklankę potu,
głupio gadać po próżnicy,
wydzierżawić wóz pszenicy,
wypić całe piwo Jeża,
gdy się ten kumplowi zwierza,
wrzucić swoje ekskrementy,
w zimnej, pitnej wód odmęty,
nawet w mordę strzelić drwala
immunitet mi pozwala.

Z viralami tekstowymi jest jednak pewien problem. Po pierwsze bowiem jego potencjalny odbiorca musi umieć czytać. Po drugie – czytać ze zrozumieniem. I w końcu: nie drażnią one wystarczającej ilości zmysłów, by zadowolić rasowego marketera. Z tego punktu widzenia znacznie lepszym narzędziem są internetowe (możliwe do wykorzystania także w innych mediach) spoty. Ostatnie, zalewające sieć,  przeróbki oficjalnych spotów partyjnych, to niezbyt udany przykład tego segmentu. Lada moment pojawią się zapewne bardzie wyrafinowane, choć nie wiem, czy komuś uda się przebić klasyka tego gatunku, spot starosty bocheńskiego – Jacka Pajątka.


Ale próbować warto. Niżej kilka przykładów, jak to się robi poza polityką:





piątek, 8 lipca 2011

FF, LAT, DINKs...

Jednym z podstawowych prawideł, o którym dowiadują się rodzice, jest to mówiące, iż poczucie bezpieczeństwa malucha buduje się poprzez stałość. Poszczególne aktywności powinny następować w stałych sekwencjach. Śniadanie, spacer, drugie śniadanie, piaskownica, obiad, drzemka, zabawa, podwieczorek, zabawa, kolacja, sen. Wszystko o stałych porach. Każde zaburzenie tego ładu rodzi swoje konsekwencje. Niemiłe tak dla malucha, jak i jego rodziców.
I tak nam już zostaje do końca życia. Niby zrzucamy sztywny gorset pór karmienia (wiadomo, przychodzi czas kiedy hormony buzują), ale już na zawsze każda zmiana będzie wiązała się z mniej lub bardziej poważnymi emocjami. Wystarczy, żeby w lipcu przez kilka dni zapanował listopad i już wszyscy wpadamy a to w przygnębienia, a to w furię. No bo przecież rok to kilka następujących po sobie pór: najpierw wiosna, potem lato, jesień i zima. Kiedy idzie w takim porządku – czujemy się bezpieczni i zadowoleni. Kiedy coś w tym ładzie szwankuje – odczuwamy zagrożenie.
Można by przypuszczać, że u podłoża tego zjawiska leży nasze dążenie do wiedzy. W tym sensie mianowicie, że czujemy się bezpieczniejsi, kiedy wiemy mniej więcej co nas czeka; a zagrożeni, kiedy bądź to nasze przewidywania się nie sprawdzają, bądź też kompletnie nie mamy pojęcia, co się może w niedalekiej przyszłości wydarzyć. Pewnie dlatego tak wypatrujemy symptomów. Przebiśniegi? Zaraz będzie wiosna. Liście opadają z drzew? Niechybnie zima za progiem. Politycy odgrzewają temat aborcji i związków partnerskich? Lada moment wybory.
I już chyba tylko w tym sensie temat aborcji rozgrzewa ludzkie emocje. Oklepany stanowi normalny element kampanijnych dekoracji pozwalający zorientować się wyborcom na jakim etapie kadencji parlamentu się znajdujemy. Wprawdzie co niektórzy próbują nadać mu nowy sznyt wprowadzając do języka „debaty” potworki językowe (np. zamiast dziecko – płód), albo rozlepiając na murach plakaty przedstawiające drastyczne zdjęcia z masakry nienarodzonych. Na nic to jednak. Hasło „aborcja” ma takie samo znaczenie jak „przedwiośnie”. Po przedwiośniu przychodzi wiosna. Po kampanii za liberalizacją lub zaostrzeniem ustawy zwanej antyaborcyjną (dziwna nazwa dla aktu prawa, który zezwala na zabijanie dzieci) – oficjalna kampania wyborcza.
Temat związków partnerskich wydaje się mniej oklepany. W naszym małym zapiecku zalatuje nawet pewną świeżością. Co więcej – można mu wróżyć jakąś przyszłość. Bo jest faktem, że do sakramentalnych związków – statystycznie rzecz biorąc - nam nieśpieszno, a jakoś tak żyć samemu też niewygodnie. Poza tym trochę tolerancyjni jednak jesteśmy, więc choć o małżeństwach „jednopłciowych” myśli w swej masie nie dopuszczamy, to coś mi się wydaje, że kontrakty cywilne osób homoseksualnych bylibyśmy w stanie strawić. Choć oczywiście mogę się mylić.
A właśnie! Odnoszę dziwne wrażenie, że naszą polską dyskusję o związkach partnerskich zdominowało przeświadczenie, że są to związki homoseksualne. Tymczasem – jak pokazuje chociażby doświadczenie francuskie – 94% takich zalegalizowanych związków (PACS), to związki heteroseksualne. To zresztą dość naturalne. Homoseksualiści stanowią w sumie niewielki odsetek ludzkości.
Zalegalizowane czy nie związki partnerskie plenią się po świecie. Warto więc czem prędzej pogłębić swoją znajomość tematu. Bo taki prosty on wcale nie jest. Patrząc na społeczeństwa, które połknęły tę żabę nieco wcześniej niż my, możemy zaobserwować przynajmniej kilka modeli takich relacji. Trzy z nich wydaja się dominować:
FF – czyli Fucking Friends (inaczej - Friendship with Benefits): klarowny układ – seks bez żadnych zobowiązań, także emocjonalnych.
LAT – czyli Living Apart Together: razem, ale osobno. LAT to życie na dwa domy; w stałym związku, ale z pozostawieniem dużej przestrzeni dla indywidualnej wolności.
DINKs - czyli Double Income No Kids: podwójna pensja, żadnych dzieci. Świadomie wybrana bezdzietność pozwala kultywować wybrany styl życia, rozwijać karierę, realizować pasje bez obciążeń i życiowych zobowiązań.
No więc uczę się tych nazw. Człowiek wszak uczy się całe życie, a i tak durny umiera.

wtorek, 5 lipca 2011

Polska według X

Jeśli szukasz czegoś inspirującego polecam raporty. Jeśli nie masz siły, by przebrnąć przez setki, czasem mało zrozumiałych, stron – poczytaj chociaż o raportach. A ostatnio mamy szczególny na nie urodzaj. Dzisiaj dla przykładu dotarła do mnie informacja o publikacji „Life in transition. After the crisis”. Wynika z niego niezbicie, że Polacy są najbardziej zadowolonym z życia narodem w Europie. No i nie ma się w rzeczy samej czemu dziwić. Wyjaśnienie tego fenomenu przynoszą bowiem inne raporty. Ot chociażby najnowsze dane GUS, które mówią, iż przeciętne wynagrodzenie miesięczne w I kwartale br. było wyższe od takiegoż w I kwartale 2010 r. o 4,5%, zaś siła nabywcza przeciętnego wynagrodzenia wzrosła o 0,8%.
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych.  Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej  (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa,  opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!

sobota, 9 kwietnia 2011

10 kwietnia rok później

Obejrzałem „W milczeniu”. Mądry film. Nie rozdrapując ran pokazuje indywidualny wymiar tragedii jaka dotknęła rodziny ofiar katastrofy prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem. To pierwszy film dotykający problemów związanych z wydarzeniami sprzed roku, jaki zdecydowałem się obejrzeć. „Mgła” i „Lista pasażerów” ciągle czekają na właściwy moment. Zresztą niebawem pewnie pojawią się kolejne.
„Katastrofa smoleńska” stała się też tematem wielu książek. Jeśli którąś z nich miałbym przeczytać to zapewne „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie” Joanny Racewicz. Jak większość Polaków i ja zmęczony jestem całym tym politycznym zgiełkiem wokół wydarzeń z 10 kwietnia ubiegłego roku. To zmęczenie jednak – jak mi się wydaje – nie przeszkadza nam w byciu solidarnym z tymi, którzy stracili przyjaciół i najbliższych.
W jednym z niedawnych wywiadów kardynał Stanisław Dziwisz zauważył, że „przechodziliśmy już "wiele innych, może większych nieszczęść" niż katastrofa samolotu pod Smoleńskiem, i nie może nas ona zatrzymać w przeszłości”. To bardzo wyważona i raczej reprezentatywna dla „oficjalnego Kościoła” wypowiedź wskazująca na konieczność zakończenia żałoby. Kościół zapewne dołoży starań, by odbyło się to godnie, zwłaszcza że sam, w „polityczny zgiełk” po katastrofie został dość boleśnie wplątany. Boleśnie chociażby dlatego, że do politycznej awantury, wykorzystano najważniejszy dla niego symbol – krzyż.
Zakończenie żałoby nie oznacza ani końca pamięci o ofiarach katastrofy, ani zamknięcia procesu dochodzenia do prawdy o jej przyczynach. Nie wierzę też, by przyczyniło się do zmniejszenia jej udziału w bieżącej walce politycznej. Temat jest zbyt – w tym sensie – nośny, by w roku wyborczym można było na to liczyć. Przestałem także wierzyć w to, że tak katastrofa, jak i ta chwila jedności, jaka po niej nastąpiła, nauczyły nas czegokolwiek.
Miłość mądra i miłość zaślepiona: Barbara Skarga i Leszek Kolakowski o patriotyzmie.

środa, 23 marca 2011

Horror w bibliotece

Pewnie mało kto z Was wie, że wśród wielu wydawanych przez Bibliotekę Narodową pozycji znajdują się i horrory. Czytuję je od lat i przyznaję, że z roku na rok stają się co raz to bardziej drastyczne. Kilka z nich chciałbym dzisiaj zarekomendować. Nosiłem się z tym od pewnego czasu, ale dopiero dziś – jak się wydaje - jest najbardziej właściwy wieczór, by parę słów na ich temat skreślić.
Pierwszy to praca autorstwa Izabeli Koryś i Katarzyny Wolff pt. „Wybieram książkę. Społeczny zasięg książki w Polsce w 2008 roku” (Warszawa 2010). Jest to - oparta o prowadzony co dwa lata ogólnopolski sondaż - analiza stanu i zasięgu czytelnictwa w Polsce. Kolejne reprezentatywne dane będziemy mieli więc w roku 2012 i będą one dotyczyły roku 2010. Tymczasem więc musimy zadowolić się wiedzą z lat 1989 (wówczas zainaugurowano projekt „Społeczny zasięg książki”) – 2008. Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wyników badań. Ogólne informacje na ich temat podały już media. Bardziej zainteresowanych odsyłam do źródła. Przytoczę jedynie najbardziej generalne dane. Otóż jedynie 38% Polaków zadeklarowało przeczytanie/przejrzenie przynajmniej jednej książki w roku. 62% z nich stwierdziło, że nie czytają książek. Dla porównania trzeba zaznaczyć, że w 1992 roku odsetek osób z pierwszej grupy wynosił 71%, następnie przez wiele lat utrzymywał się w przedziale 50-58%, by w 2008 roku spaść do dramatycznego poziomu 38%.
Co czytamy? Sięgamy przede wszystkim po książki obyczajowo-romansowe (18%), sensacyjno-kryminalne (15%), encyklopedyczno-poradnikowe (14%) i literaturę faktu (11%). Większość czytających stanowią kobiety, co po części tłumaczy, iż do najpopularniejszych autorów 2008 roku należała Katarzyna Grochola. Chętnie czytano również powieści Moniki Szwai oraz Małgorzaty Kalicińskiej. Spośród autorów zagranicznych zauważyć można było zwiększone zainteresowanie twórczością Danielle Steel oraz Nicolasa Sparksa.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście wiele. Jedną z nich jest zapewne stan polskich bibliotek. Zwłaszcza bibliotek publicznych. Bo choć wiele zmienia się w nich na lepsze, to w rzeczy samej – przy obecnym poziomie nakładów na kulturę w ogóle, a promocję czytelnictwa w szczególe – zmiany te nie są w stanie zahamować dramatycznego spadku czytelnictwa. Potwierdzenie tej tezy przynosi lektura kolejnych dwóch horrorów z kolekcji Biblioteki Narodowej: „Biblioteki publiczne w liczbach. 2008” opracowane przez Małgorzatę Jezierską, Barbarę Budyńską i Dominikę Stępniewską (Warszawa 2010) oraz „Księgozbiory gminnych bibliotek publicznych a potrzeby czytelnicze gimnazjalistów. Raport z badań” Olgi Dawidowicz-Chymkowskiej (Warszawa 2010). Z pierwszej z tych prac dowiadujemy się m.in., że o ile w 1989 roku mieliśmy w Polsce 10313 bibliotek publicznych, to w roku 2008 było ich już tylko 8420. Jedynie na przestrzeni lat 2007-2008 ubyło 69 placówek. Druga kreśli rzeczywistość nieco jaśniejsza kreską. Co więcej – kończy się pozytywną konkluzją. Jednakże wnikliwa jej lektura skłania raczej do wniosku, że szklanka jest w rzeczy samej w połowie pusta.
Z dużą satysfakcją obserwuję, że stan naszego czytelnictwa stał się przedmiotem zainteresowania największych polskich mediów. Dla przykładu „Gazeta Wyborcza” szuka pozytywnych wzorców w świecie. Dowiedzieliśmy się już z niej,  jak czytają m.in. Niemcy, Francuzi czy Czesi. Jednocześnie znajdujemy tam i takie konstatacje: „Polskie elity przestały czytać. Co gorsza przestały też się wstydzić, że nie zależy im na kontakcie z literaturą. Książki dostępne online nie znajdują odbiorców, a zwolennicy "papieru" masowo likwidują swoje księgozbiory. Polacy tracą kompetencje do rozumienia dłuższych tekstów i porządkowania informacji”. Inną drogę wybrała „Rzeczpospolita”. Jak gdyby przecząc  tezie „Wyborczej” szuka dobrych wzorów czytelniczych wśród polskich polityków. Zresztą nie tylko tam. Użyteczne okazują się też ikony popkultury.
Szkoda, że w tym szlachetnym pospolitym ruszeniu brakuje głębszej refleksji, której przedmiotem byłoby polskie bibliotekarstwo publiczne. Od lat lansuje się bowiem u nas tezę, że instytucje te, bez szkody dla ich misji, łączyć można z innymi. Ekstremalny pomysł promował kilka lat temu jeden z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który uznał, że można je łączyć nawet z placówkami pocztowymi. W efekcie powstało kilka efemeryd nazwanych dumnie Centrami Komunikacji Społecznej. Obecnie także próbuje się przeforsować zmiany, które pozbawią rzeszę bibliotek samodzielności organizacyjnej. Mało też mówi się o konieczności stałego podnoszenia nakładów na budowę (o obiektach takich jak nowa biblioteka w Magdeburgu nawet nie śmiem marzyć), modernizację i bieżącą działalność bibliotek. Bo choć w ostatnimi laty udało się u nas zbudować kilka nowych obiektów służących bibliotekom ( w samej Małopolsce wspomnieć trzeba Oświęcim, Chrzanów, Brzesko i Pałecznicę), to analiza nakładów na ich bieżącą działalność sprawia, iż zaczynamy podejrzewać się o schizofrenię. Politycy mają bowiem słabość do przecinania wstęg. Późniejsze losy uposażonych w nowe obiekty instytucji interesują ich raczej średnio.
Tymczasem poprawa warunków funkcjonowania bibliotek przynosi efekty niemalże natychmiastowe. Za przykład może posłużyć nam nowa czytelnia Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dane dotyczące odwiedzin tego przybytku na przestrzeni kilku ostatnich lat kształtują się następująco:
2006 - 60 593
2007 - 45 400
2008 - 51 190
2009 - 65 674 - nowa czytelnia otwarta od 15.09
2010 - 128 537
Czytelnia ta stała się nie tylko obiektem szturmu czytelników (ustawiają się do niej długie kolejki oczekujących), ale także inspiracją do działań artystycznych czy też pretekstem do organizowania się grup na portalach społecznościowych. Jej zdjęcia pojawiają się w mediach nawet przy okazji tekstów odnoszących się do bibliotek oddalonych od Krakowa o setki kilometrów.
Jeśli przypomnieć, że adaptacja zawilgoconego poddasza na tę czytelnię stała się powodem odsądzania mnie (i nie tylko mnie) od czci i wiary, a po jej uruchomieniu biblioteka nie uzyskała środków umożliwiających jej bezpieczne realizowanie podstawowych zadań, to wnioski nasuwają się same. Trudno zakładać, że bez zmiany mentalności polityków i świadomości mediów będziemy mogli przekształcić nasze biblioteki w instytucje efektywnie promujące czytelnictwo. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni nadal będą one li tylko listkiem figowym maskującym naszą bierność, zaś te, którym uda się wybić ponad przeciętną – łakomym kąskiem politycznym.
Bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Jednakże ilekroć o nich myślę, przed oczami staje mi szereg niezwykłych, oddanych swojej pracy osób, które bez względu na warunki otoczenia z pełną determinacją starają się sprostać piętrzącym się przed nimi wyzwaniom. Jedną z takich osób jest pani Anna Wiśniewska. Do wczoraj dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów odwołana przez Zarząd Województwa Małopolskiego z pełnionej przez siebie – z dużymi sukcesami – przez ostatnie cztery lata funkcji. To dla mnie najbardziej drastyczny, acz nie jedyny znany mi tego typu przypadek po ostatnich wyborach samorządowych. Stwierdzić, że nie napawa to optymizmem, to naprawdę stanowczo za mało.

środa, 3 listopada 2010

Wybory

21 listopada 2010 roku odbędą się wybory samorządowe. Kandyduję w nich do Sejmiku Województwa Małopolskiego z 16 (ostatniego) miejsca na liście nr 10 Komitetu Wyborczego Wyborców „Wspólnota Małopolska Marka Nawary” (okręg nr 3 obejmujący miasto Kraków). Nie prowadzimy szeroko zakrojonej kampanii. Nie jesteśmy partią polityczną. Nie dysponujemy publicznymi środkami, które można by na ten cel przeznaczyć. Ma to jednak i swoje zalety. Bo choć nie możemy sobie pozwolić na bilbordy i spoty telewizyjne, to nie musimy słuchać rozkazów z Warszawy. KWW „Wspólnota Małopolska Marka Nawary” gromadzi ludzi doświadczonych, samorządowców, przedsiębiorców, społeczników… Ich wybór stanowi gwarancję rzetelnego zajęcia się sprawami Małopolski. Hasło naszej kampanii to: SERCE I WIEDZA DLA MAŁOPOLSKI. Osobiście dodałem do tego jeszcze SOLIDNIE – UCZCIWIE – SKUTECZNIE!

Jest kilka spraw, którym szczególnie chciałbym poświęcić się, jako radny Województwa Małopolskiego. Wierzę bowiem, że od tego, jak będzie rozwijał się Kraków, jako stolica regionu, zależy przyszłość całego województwa. Aby Kraków był metropolią, Sejmik Województwa Małopolskiego musi dołożyć starań, żeby:

* Zapewnić miastu dostępność komunikacyjną. To konieczność dokończenia budowy obwodnicy Krakowa oraz budowy nowego przebiegu dróg wojewódzkich łączących miasto z subregionami. Radni Sejmiku muszą dołożyć wszelkich starań, by połączenie drogowe z Kielcami i Warszawą znalazło się w planach inwestycyjnych na najbliższe lata. Podobne zadania czekają samorząd w sprawie przebudowy szlaków kolejowych oraz budowy sprawnego systemu przewozów regionalnych. Komunikację ze światem musi zapewnić rozbudowane i racjonalnie zarządzane lotnisko w Balicach, które powinno uzyskać dogodne połączenie drogowe i kolejowe z centrum Krakowa.

* Zapewnić miastu bezpieczeństwo powodziowe. W tym zakresie Województwo ma szczególnie dużo do zrobienia. Niezbędne jest dokończenie modernizacji wałów wiślanych, przeprowadzenie prac modernizacyjnych na mniejszych ciekach wodnych, zastąpienie śluz łączących je z Wisłą przepompowniami. Dotyczy to zwłaszcza Potoku Kostrzeckiego, Strugi Rusieckiej, Potoku Sidzinka i Serafy. Dopracowania wymaga też system reagowania na zagrożenie powodziowe służb melioracyjnych oraz instytucji odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysowe.

* Zapewnić miastu dobrze zorganizowaną opiekę medyczną. Wzmocnienia wymaga cały system ratownictwa medycznego - od Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego po sieć Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Szpitalom Wojewódzkim należy stworzyć warunki, w których będą w stanie w pełnym zakresie realizować swoją misję. Oznacza to ich dokapitalizowanie oraz wsparcie dla działań restrukturyzacyjnych i modernizacyjnych. Województwo powinno wspierać też innowacyjne inicjatywy w zakresie służby zdrowia, w tym ideę budowy w Krakowie pierwszego w Europie Centrum Leczenia Szpiczaka.

* Zapewnić wszystkim krakowianom dostęp do kultury. Województwo nie tylko powinno dbać o powstawanie nowych instytucji kultury i nowych obiektów, w których one funkcjonują, ale przede wszystkim mieć wieloletnią strategię ich funkcjonowania, popartą odpowiednimi gwarancjami finansowymi. W szczególny sposób Województwo powinno zadbać o biblioteki publiczne oraz inne inicjatywy zmierzające do promocji czytelnictwa.

* Zapewnić warunki dla rozwoju przedsiębiorczości. Będzie to możliwe dzięki właściwemu wykorzystaniu środków europejskich, a także wydajnemu gospodarowaniu majątkiem Województwa. Oznacza to konieczność włączenia się w działania zmierzające do zapewnienia Polsce jak największego udziału w europejskim budżecie na lata 2014-2020 oraz podjęcie pracy nad innym niż dotychczas sposobem wykorzystywania majątku, którego nasz Region jest właścicielem. Środki europejskie i dochody z majątku służyć muszą wspieraniu powstawania nowych podmiotów gospodarczych oraz innowacyjnych projektów przedsiębiorstw już istniejących.

* Stworzyć warunki dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. To konieczność rozszerzenia zakresu współpracy z organizacjami pozarządowymi poprzez stworzenie funduszu małych i dużych grantów oraz odbiurokratyzowanie sposobu wydatkowania tych środków. Obecnie obowiązujące regulacje paraliżują realizację wielu cennych projektów. Koniecznym jest wykorzystywanie możliwości „powierzania” stowarzyszeniom i fundacjom realizacji zadań publicznych. W wielu przypadkach będą one wykonywały je lepiej i taniej niż administracja.

* Zapewnienie instytucjom publicznym możliwości profesjonalizacji działań i rozwoju. Oznacza to wdrożenie w życie zasad „nowego zarządzania publicznego”. Administracja regionalna i inne podległe Województwu jednostki powinny kierować się jednolitymi (transparentnymi i obiektywnymi) standardami zatrudniania oraz awansu wewnętrznego opartego o kompetencje i zaangażowanie. To one – a nie koneksje polityczne – winny decydować o tym, kto w nich pracuje i nimi zarządza.

Czy potrafię zmierzyć się z tymi problemami? Gwarancją tego, że tak, jest moje dotychczasowe doświadczenie.
Niebawem skończę 40 lat. Od dwudziestu jestem związany z Krakowem. Tutaj studiowałem, założyłem rodzinę, dojrzewałem zawodowo i społecznie. Studia ukończyłem na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie uzyskałem stopień naukowy doktora nauk humanistycznych. Od dziesięciu lat jestem związany z instytucjami publicznymi. Pełniłem funkcje Rzecznika Prasowego Wojewody Małopolskiego, Pełnomocnika Wojewody ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych, Dyrektora Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, Dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego. W ramach licznych projektów i inicjatyw dydaktycznych współpracuję z Małopolską Szkołą Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, Uniwersytetem Pedagogicznym w Krakowie oraz Stowarzyszeniem Willa Decjusza. Jestem członkiem Stowarzyszenia „U siebie – At home”, Korporacji Samorządowej im. Józefa Dietla oraz Małopolskiego Stowarzyszenia Rozwoju Regionalnego, gdzie pełnię funkcję Przewodniczącego Zarządu.
Mam nadzieje, że zetknęli się Państwo z efektami mojej dotychczasowej pracy. Bardzo bym chciał, żeby to one mówiły raczej o mnie niż ja sam. Każdy głos, który uzyskam dzięki temu, że znacie mnie takim jakim jestem, polecił Wam moją kandydaturę ktoś, kto mnie osobiście zna lub zetknął się z tym, co udało mi się dotychczas zrobić to dla mnie wartość, której przecenić nie sposób.
W życiu kieruję się prostymi zasadami - solidność, lojalność, uczciwość i skuteczność. Za konsekwentne ich przestrzeganie czasem muszę płacić bardzo wysoką cenę. Nie zniechęciło mnie to jednak do pracy na rzecz dobra wspólnego. Chciałbym swoją wiedzą i doświadczeniem służyć Państwu jako Radny Województwa Małopolskiego. Dlatego proszę o Państwa głos w wyborach 21 listopada br.


dr Artur, Zygmunt Paszko
kandydat na Radnego Województwa Małopolskiego
Lista nr 10, miejsce 16 (ostatnie)
Komitet Wyborczy Wyborców „Wspólnota Małopolska Marka Nawary”

poniedziałek, 1 listopada 2010

Obciach

Okres przedwyborczy od lat traktuję ze szczególną czułością. Bo choć napracować się trzeba, to i zabawy jest co niemiara. Kiedyż bowiem indziej można – wyciągając pocztę ze skrzynki – zobaczyć więcej obciachowych zdjęć, czy przeczytać więcej bardziej nieporadnie skleconych zdań? A i ta celność obietnic skojarzona z rzeczywistymi kompetencjami organów, do których aspirują kandydaci. Rzecz godna badań najwyższych autorytetów!
W tym roku przyglądam się wyborom w sposób szczególny. Wszak sam biorę w nich udział. Może dlatego jakiś taki przeczulony jestem. No bo dziwnie się poczułem, kiedy na pierwszym miejscu podkrakowskiej listy PO do Sejmiku Województwa Małopolskiego zobaczyłem aktualnego radnego, który wszem i wobec ogłosił był swego czasu, że nie wiedział nad czym głosuje. Dzisiaj przebił go kolejny polityk PO, starający się o reelekcję do Rady Miasta Krakowa. Okazało się bowiem, że plakaty klei na oklejonych dyktach innego kandydata PO. Tyle że do Parlamentu Europejskiego. I jakoś nikt z przeze mnie pytanych nie chciał uwierzyć, że są to podkłady z odzysku. Można więc założyć, że nawet jeśli ów kandydat radnym ponownie zostanie, nie będzie miał lekko w partii.
Na Olimp wyborczego obciachu wspiął się jednak tarnowski PiS. Otóż pełnomocnik wyborczy tej partii w jednym z okręgów zarejestrował listy ułożone według własnego pomysłu, a nie zgodne z decyzją Komitetu Wyborczego Wyborców. Przy okazji usunął z niej większość powiatowych, politycznych tuzów. Awantura z prokuratorem w tle, a kobyłka u płota.
Obciach w polityce to chleb powszedni. Może więc ktoś zdecydowałby się prowadzić jego ranking? Mógłbym nawet ufundować nagrodę. Coś na kształt trójkowych „Srebrnych Ust”. Jeśli znajdzie się chętny zgłaszam pierwszego kandydata – „minister ds. TVN 24” Julię Piterę, która - choć nie zrealizowała żadnego z zadań przypisanych jej jako Pełnomocnikowi Rządu ds. Opracowania Programu Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych - znajduje czas na osobiste sprawdzanie tysięcy anonimowych donosów i tropienie przekrętów z kategorii tych z dorszem zakupionym za 8,16 zeta.