Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Internet. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2012

Libertas ad ACTA

Skojarzenia to rzecz okropnie męcząca. Zanim się człowiek połapie, myśli wędrują w rejony oddalone od pierwszej inspiracji o całe lata świetlne. Choć, przyznam, czasem lubię się tak okropnie pomęczyć. Może to jakaś choroba? Nauczony doświadczeniem zapytam o to przy okazji jakiegoś fachowca. W Internecie już podpowiedzi szukał nie będę. Nie dość, że to prosta droga na manowce, to jeszcze narażę się nie wiedzieć komu. W końcu są jakieś ACTA. Na 22 stronach na pewno są jakieś kruczki… A tak swoją drogą… ACTA kojarzyły mi się dotychczas z „aktami”. A kiedy myślę o „aktach” przed oczami staje mi okładka książki Marka Lasoty „Donos na Wojtyłę” (Kraków 2006). Stąd już krótka droga do myśli o wolności. Np. wolności słowa. Umiejętność korzystania z tego przywileju jest sztuką, czego wyraz dał swego czasu król Hiszpanii Jan Karol I w reakcji na brednie Hugo Cháveza.
O wolności słowa głośno zrobiło się z okazji ACTA. Choć nie do końca jestem przekonany, czy tylko o wolność tu chodzi. W tle widać dużą kasę i wielką politykę. A skoro tak, przeciwnikom ACTA wróżę taką samą przyszłość, jak tybetańskim mnichom, którzy – nota bene - w walce o wolność potrafią poświęcić znacznie więcej, niż kilka chwil niezbędnych do uruchomienia programu blokującego rządowe strony WWW.
O ACTA i wolności sporo mówią ostatnio osoby o wiele bardziej kompetentne niż ja. Zamiast więc walić w klawiaturę po próżnicy pomyślałem sobie, że - mimo wszystko -wykorzystam tych kilka ostatnich chwil wolności i posłucham muzyki, z wolnością w tle. Zanim mi ją zdejmą z sieci…

I żeby postawić mocną kropkę nad „i”:
 

wtorek, 16 sierpnia 2011

20 lat polskiego Internetu


20 lat. Piękny wiek. Z rozrzewnieniem wspominam czasem te lata. Hasło „Internet” mówiło mi mniej więcej tyle, co podróże na Marsa. Niby wiedziałem o co chodzi, ale w realność projektu trudno było – w krótszej perspektywie czasowej - uwierzyć.  Tymczasem pierwsze połączenie sieciowe Warszawy z Kopenhagą (17 sierpnia 1991 roku) uznawane za dzień narodzin polskiego Internetu, rozpoczęło prawdziwą rewolucję. Już kilka lat później, korzystając z różnorakich „koneksji”, można było zacząć z niego korzystać. Dla możliwości swobodnego surfowania po sieci podjąłem się nawet opieki nad rachityczną pracownią komputerową w moim instytucie. No po prostu łezka w oku się kręci.
Przy okazji warto zauważyć, jak przedziwnym tworem jest ludzka pamięć. Bo jakże trudno dzisiaj uwierzyć, że życie offline  było w ogóle możliwe. Podobne uczucia towarzyszą nam, kiedy popatrzymy na nasz telefon komórkowy (żeby jeden…) i szereg innych gadżetów, bez których dzisiaj trudno byłoby się nam obyć. A jednak. 40 wiosen na karku zobowiązuje do pamiętania o czasach, kiedy znalezienie sprawnej budki telefonicznej graniczyło z cudem, a cnotę cierpliwości ćwiczyło się czekając na swoją kolej do słuchawki wmontowanej w ścianę.
Internet, jako specyficzne osiągnięcie XX wieku, nabiera szczególnego znaczenia w stuleciu kolejnym. Wykorzystywany początkowo do celów naukowych, szybko zawładnięty został przez świat rozrywki, by obecnie wyewoluować także do postaci potężnej gałęzi gospodarki. Wystarczy zauważyć, że sklepy z elektroniką (dla przykładu) w realu, stają się powoli wielkimi wzorcowniami. Idziemy tam, by pooglądać, ale kupujemy – taniej – w necie. Zachwyt nad fenomenem Internetu nie może nam jednak przysłaniać faktu, że poza możliwościami sieci pozostaje całkiem spora rzesza ludzi.
Zjawisko to ma dwojaki charakter. Technologiczny i kompetencyjny. Po pierwsze bowiem nie wszędzie jeszcze sieć ma swoje końcówki lub ze względów ekonomicznych jest powszechnie dostępna, po drugie zaś istnieją całe grupy społeczne, którym brak wystarczających kompetencji do wykorzystania możliwości, jakie daje Internet. Wraz z jego rozwojem wyrosło nam nowe zjawisko, zwane wykluczeniem cyfrowym. Zjawisko, o bardzo poważnych konsekwencjach.
Od kilku lat staram się obserwować polskie zmagania z tym problemem. Nie można powiedzieć, że jesteśmy względem niego bezczynni. Powstają wszak projekty budowy regionalnych sieci szerokopasmowych, które mają zapewnić tani dostęp do szybkiego Internetu w najdalszych zakątkach kraju. Powstają też strategie walki z wykluczeniem cyfrowym w obszarze kompetencyjnym. W obydwu przypadkach zakłada się wykorzystanie możliwości finansowych związanych z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ich realizacja przebiegała sprawniej, niż ma to miejsce obecnie.
Regionalne sieci szerokopasmowe powstają z bardzo dużymi problemami. Warto wspomnieć, że do notyfikacji w Komisji Europejskiej zgłoszono dotychczas bodajże (a mówimy o perspektywie finansowej 2007-2013) jedynie warty 300 milionów euro projekt sieci szerokopasmowej dla Polski Wschodniej. Pozostałe, jak sądzę, są daleko w lesie, choć niektórzy z moich znajomych - zaangażowani w te przedsięwzięcia – mówią, że przesadzam. Oby mieli rację. Niezbyt optymistycznie wygląda też wykorzystanie środków przeznaczonych na upowszechnianie Internetu w ośrodkach peryferyjnych. Tu – jak sądzę – zasadniczym powodem jest brak świadomości wagi tego problemu oraz przytłaczający ciężar „dziur w drogach”.
Znacznie lepiej mogłoby być także z wdrażaniem strategii walki z wykluczeniem cyfrowym. Obecne działania postrzegam jako rozproszone i pozbawione jakiejkolwiek koordynacji. Z drugiej strony cieszę się, że swoje miejsce w ich realizacji odnalazły biblioteki publiczne. Warto tutaj przypomnieć chociażby implementację programu „Ikonka”, czy – dla przykładu – działania podejmowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie na rzecz zwalczania wykluczenia cyfrowego wśród seniorów.
Pomimo tych niedociągnięć przyszłość polskiego Internetu widzieć można w jasnych barwach. Wydarzenia tego roku pokazały siłę Internautów. Mam więc nadzieję, że władze publiczne nie będą podejmowały więcej prób ograniczania swobody w przestrzeni globalnej sieci (przykładów tego typu działań daleko w świecie szukać nie trzeba), skupiając się raczej na rozwoju e-administracji. Im więcej swobody, tym więcej innowacji. Bez swobody w Internecie nie mielibyśmy dzisiaj chociażby boomu w zakresie crowdsourcing’u. Owszem. Internet ma też swoje ciemne strony. Ale wszak ze względu na grupę idiotów na katedrach nie ogranicza się swobody badań naukowych. Od tego, jak wykorzystamy możliwości stwarzane przez rozwój sieci, w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądał XXI wiek.
Urodzinowe – wszystkiego najlepszego! Szczerze!

piątek, 12 sierpnia 2011

Wirus kampanijny

Bardzo powoli rozkręca się tegoroczna kampania wyborcza. Po falstarcie ochrzczonym mianem „kampanii informacyjnych” przyszedł czas zwierania szyków na powakacyjne, skomasowane uderzenie. Im bliżej będzie 9 października, tym uderzenie będzie mocniejsze, a przeciętnemu wyborcy trudniej będzie uniknąć ciosu. A że ciosy będą padały dokładnie ze wszystkich stron, trudno mu będzie nawet zorientować się od kogo dostał w papę. Podpowiadam więc – dopóki jeszcze panuje jako taki spokój warto zadbać o dobre skojarzenia. A w tym zakresie najprzydatniejsze są virale. Dobrze przemyślany viral podgrzewa temperaturę kampanii i znacząco obniża jej koszty. Poza tym pozwala dotrzeć do praktycznie nieskończonej ilości wyborców. To nic, że często spoza swojego okręgu wyborczego. Praca na rzecz marki ugrupowania też ma swoje znaczenie. Zwłaszcza w kontekście obowiązującej w Polsce ordynacji wyborczej.
Do lamusa odchodzą już virale tekstowe, przekazywane za pomocą maila lub sms-a. Szkoda, bo tkwił w nich duży potencjał. Niektóre z nich były tyleż zabawne, co inspirujące. Spełniać musiały jedynie trzy warunki: mieć jakiś przekaz, rym i rytm. Celem ilustracji, niżej niezaangażowana po żadnej stronie sporu politycznego rymowanka, w której podmiot liryczny zatroskany nad dziejami parlamentaryzmu w III RP rozważa tak istotny ich aspekt, jak nietykalność poselska:

Siąść okrakiem na równiku,
powywracać biurka w NIK-u,
zrobić zdjęcie papilotu,
zebrać pełną szklankę potu,
głupio gadać po próżnicy,
wydzierżawić wóz pszenicy,
wypić całe piwo Jeża,
gdy się ten kumplowi zwierza,
wrzucić swoje ekskrementy,
w zimnej, pitnej wód odmęty,
nawet w mordę strzelić drwala
immunitet mi pozwala.

Z viralami tekstowymi jest jednak pewien problem. Po pierwsze bowiem jego potencjalny odbiorca musi umieć czytać. Po drugie – czytać ze zrozumieniem. I w końcu: nie drażnią one wystarczającej ilości zmysłów, by zadowolić rasowego marketera. Z tego punktu widzenia znacznie lepszym narzędziem są internetowe (możliwe do wykorzystania także w innych mediach) spoty. Ostatnie, zalewające sieć,  przeróbki oficjalnych spotów partyjnych, to niezbyt udany przykład tego segmentu. Lada moment pojawią się zapewne bardzie wyrafinowane, choć nie wiem, czy komuś uda się przebić klasyka tego gatunku, spot starosty bocheńskiego – Jacka Pajątka.


Ale próbować warto. Niżej kilka przykładów, jak to się robi poza polityką:





wtorek, 2 sierpnia 2011

Niby-polszczyzna

Trochę dziwnie się wczoraj poczułem. Najpierw Herkules zrzucający ulotki. Wyglądał całkiem jak Liberator. Przy wyjściu z metra harcerze rozdają patriotyczne śpiewniki. O 17.00 miasto staje na baczność. Wyją syreny. Nad głową przelatuje mi F-16. Ciarki przechodzą po plecach.
Nie poszedłem ani na Powązki, ani na Plac Piłsudskiego, ani w żadne z tych miejsc, gdzie oficjalnie czczono rocznicę. Wystarczył mi krótki spacer przez Mokotów. Jak zwykle wyschnięte wieńce i niedopalone znicze przy tablicach. Tu 10, tam 15 w innym miejscu 7 ofiar ludobójstwa. W sumie 150.000. Różne rzeczy przechodzą mi przez głowę, kiedy widzę te zwiędnięte gałązki jedliny w mieście, gdzie wyrzuca się do śmieci palące się jeszcze znicze…
Dzisiaj, po całym dniu spędzonym ze specami od reklamy internetowej, mądrzejszy jestem o arsenał „myków”, na które nie powinienem dać się nabrać i bogatszy o kilka kolejnych siwych włosów. Bo skoro powstanie wybuchło w TYSIĄC DZIEWIĘĆSET czterdziestym czwartym roku, to dlaczego jego sześćdziesiątą siódmą rocznicę obchodzimy w roku DWUTYSIĘCZNYM jedenastym? I czy to aby nie oznacza, że dwieście sześćdziesiątą siódmą rocznicę nasze prawnuki obchodzić będą w roku DWUTYSIĘCZNYM DWUSETNYM jedenastym, a bitwa pod Grunwaldem miała miejsce w roku TYSIĘCZNYM CZTERECHSETNYM dziesiątym, a nie – jak mnie uczono w socjalistycznej szkole – TYSIĄC CZTERYSTA dziesiątym?
Słucham speców od reklamy, dziennikarzy i polityków, którzy gremialnie WŁANCZAJĄ się do dyskusji, żeby w CUDZYSŁOWIU (w CUDZYSŁOWIE dodam, że zapewne w dupiu brzmi bardziej kulturalnie niż w dupie) stwierdzić, że choć II wojna światowa wybuchła w TYSIĄC DZIEWIĘĆSET TRZYDZIESTYM DZIEWIĄTYM roku, to koniec świata, albo jakiś inny kataklizm nastąpi zapewne w roku DWUTYSIĘCZNYM DZIEWIĘĆSETNYM TRZYDZIESTYM DZIEWIĄTYM. No i jak to słyszę chce mi się wyć i WYŁĄCZAM radio. Mam płyty. Jestem szczęściarzem. Posłucham „Iwony” i od razu lepiej…
Coraz gorzej mówimy po polsku. Trudno się temu dziwić. Niby-polszczyzna zalewa nas zewsząd. Język debaty politycznej, język mediów – to przedziwne twory pełne DWUTYSIĘCZNYCH JEDENASTYCH WŁANCZANYCH W CUDZYSŁOWIU. Trudno się dziwić, że nasiąkamy tym wszyscy. Ale dziwić pewnie się trzeba. Podobnie jak zdjąć wyschniętą jedlinę z tablic upamiętniających miejsca tragicznej historii sześćdziesięciu trzech dni powstania. I może nie kłaść już nowych, a zamiast tego, w hołdzie i ku pamięci, zadbać o to jak mówimy.

wtorek, 5 lipca 2011

Polska według X

Jeśli szukasz czegoś inspirującego polecam raporty. Jeśli nie masz siły, by przebrnąć przez setki, czasem mało zrozumiałych, stron – poczytaj chociaż o raportach. A ostatnio mamy szczególny na nie urodzaj. Dzisiaj dla przykładu dotarła do mnie informacja o publikacji „Life in transition. After the crisis”. Wynika z niego niezbicie, że Polacy są najbardziej zadowolonym z życia narodem w Europie. No i nie ma się w rzeczy samej czemu dziwić. Wyjaśnienie tego fenomenu przynoszą bowiem inne raporty. Ot chociażby najnowsze dane GUS, które mówią, iż przeciętne wynagrodzenie miesięczne w I kwartale br. było wyższe od takiegoż w I kwartale 2010 r. o 4,5%, zaś siła nabywcza przeciętnego wynagrodzenia wzrosła o 0,8%.
O powszechności tego zjawiska można by rzecz jasna dyskutować. Bo – powiedzą malkontenci – co to znaczy „przeciętna”? I zapewne przytoczą zaraz kolejny świeży raport Antal International o wysokości zarobków wysoko wykwalifikowanych specjalistów i menadżerów, którzy bynajmniej większości społeczeństwa nie stanowią, a ową średnią znacząco zawyżają. Ba. Zaczną owi malkontenci nawet przytaczać dane na temat wysp bezrobocia w naszym generalnie szczęśliwym kraju. A niechby nawet. Malkontenci nie maja racji!!! Wyraźny kłam ich dywagacjom zadaje bowiem – równie świeży – raport „Talent Edge 2020” , z którego wynika, że owa kasta specjalistów i menadżerów wysokiej klasy kurczy się w zastraszającym tempie i grozi nam zjawisko „niedoboru talentów”. Ni mniej ni więcej nie mogą więc znacząco wpłynąć na średnią statystyczną. Co ciekawe, raport ten dokładnie charakteryzuje nam takiego klasycznego malkontenta. Wynika z niego bowiem, że najbardziej niezadowoleni oraz niedowartościowani są pracownicy tzw. Generacji X (osoby urodzone w latach 1961 - 1981). Aż 72% z nich deklaruje chęć zmiany pracy. Jako główny powód podają brak perspektyw rozwoju swej kariery.
Zostawmy te jałowe dywagacje o statystyce. Ważne wszak, że jesteśmy generalnie zadowoleni. Jedni z poborów, inni ze zbliżającego się urlopu, jeszcze inni z powodów mniej osobistych. I tak np., cieszyć można się z tego, że Polska dostała 578 mln euro z funduszy norweskich. Większość z tych środków zostanie przeznaczona na ochronę środowiska – 247 mln euro, z czego 75 mln euro na wsparcie efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Na projekty związane z polepszeniem dostępności opieki zdrowotnej ma pójść 70 mln euro; na konserwację i rewitalizację dziedzictwa kulturowego – 60 mln euro. Pozostała część środków będzie przeznaczona m.in. na współpracę badawczą Polski i Norwegii, Fundusz Stypendialny oraz wsparcie wymiaru sprawiedliwości.
Poza tym zagospodarowaliśmy już 63% alokacji środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, a Komisja Europejska zwróciła Polsce już 84% środków przyznanych z Funduszu Spójności, czyli ponad 4,7 mld euro. Dofinansowanie dotyczy inwestycji realizowanych w sektorze transportu i środowiska. Pozostała suma (ok. 900 mln euro) ma zostać przekazana Polsce po pełnym rozliczeniu finansowym projektów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że dobrze radzimy sobie nie tylko w ramach EFS, a Polska jest największym placem budowy w Europie. Poza tym jak grzyby po deszczu wyrastają Orliki, Parki Naukowo-Technologiczne, przyzwoicie rośnie produkt krajowy brutto (a i w przyszłym roku ma być niezgorzej), spadają ceny mieszkań, ustawa o ograniczaniu barier w gospodarce przyniesie 6 mld zł oszczędności, nawet dług publiczny jest nieco niższy niż przewidywano.
I tak mógłbym jeszcze wyliczać i wyliczać. Mógłbym, bo przypomniałem sobie, że niedawno ukazał się raport Extended DISC, z którego wynika, że Polacy to najbardziej zestresowani pracownicy na świecie – Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI) Polski wynosi aż 2,22 pkt. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzecie miejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68), Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania (1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). I wystarczyło, żeby otworzyć Puszkę Pandory. A z niej już po kolei sypia się raporty NIK. Najpierw ten o fatalnym stanie polskich dróg (swoją drogą to rzeczywiście niezwykłe odkrycie Izby...), później o opóźnieniach w przygotowaniach do Euro 2012. Lewiatan z kolei donosi, że choć w zastraszającym tempie rośnie liczba urzędników - rząd ogranicza liczbę tych najlepiej wykształconych.  Ci - zapewne w akcie zemsty – blokują reformatorskie zapędy władzy. Poza tym deficyt w handlu zagranicznym wzrósł w 2010 r. do 13,5 mld euro , rosną ceny, spada kurs złotego, znaleźliśmy się w grupie krajów o największej nierównowadze fiskalnej  (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł w 2010 r. 7,9% PKB), gminy zwalniają nauczycieli, pogarsza się płynność w sektorze budownictwa,  opornie idzie budowanie regionalnych sieci szerokopasmowych, polskie firmy boją się inwestować, co raz trudniej idzie nam spłata kredytów hipotecznych, w dłuższej perspektywie grozi nam dryf rozwojowy, a młodzież grozi, że jakby co to czmychnie za granice.
Oj..! Zagalopowałem się trochę. Z przerażeniem dostrzegam, że mógłbym tak jeszcze długo. Wytłumaczenie tego faktu jest jednakowoż proste. Ja również należę do Generacji X. I choć – generalnie rzecz ujmując – należę do grona ludzi z życia zadowolonych, to – z definicji wszak – jestem po prostu malkontentem. I już.
Ale kiedy tak sobie zestawiam te wszystkie raporty i newsy, jedna myśl tak naprawdę nie daje mi spokoju. Odnoszę bowiem dziwne wrażenie, że szereg z nich stoi ze sobą w skrajnej sprzeczności. Raz co do faktów, innym razem ich ocen. I tak sobie myślę, że czeka nas po wakacjach ciekawa kampania wyborcza, bo amunicji pod dostatkiem i nie są to raczej kapiszony. No chyba że ugrzęźnie w banale. E… Co ja gadam. Wszystko przez to generacyjne skrzywienie!

poniedziałek, 23 maja 2011

Bełkot



Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem

Na fali ogólnonarodowej debaty o chamstwie w Internecie i ja postanowiłem zagłębić się w jego przestworzach. A że koszula najbliższa ciału wygooglowałem siebie. A co! No dobrze. Nie tylko wygooglowałem. Zajrzałem też w kilka miejsc „poleconych” mi ostatnio przez znajomych. Zaglądają tam regularnie. Ja od wielkiego dzwonu. No i zagrzmiał. A głos jego donośny jak cholera.
Czego to się człowiek nie dowie o sobie w sieci. Zabawa pyszna. Doprawdy. Choć i przykro się robi, że Matka Ziemia tylu frustratów musi nosić na swoich spracowanych barkach. No cóż. 4,5 mld lat temu przetrwała uderzenie planety wielkości Marsa (stąd mamy księżyc), a i mniejsze obiekty kosmiczne – przez ostatnich 4,6 mld lat - nie szczędziły jej razów. Równie mocno jej wytrzymałość testowali amatorzy przyspieszonego Armagedonu częstując ją serią eksplozji nuklearnych. Wytrzymała? A jakże. Przetrwała sobotni koniec świata punkt o 18.00,  więc przetrwa też zmasowany atak frustratów w cyberprzestrzeni.
Trzy rzeczy uderzyły mnie szczególnie podczas tej wycieczki w głąb ludzkich resentymentów. Pierwsza to trwałość niektórych tematów. Powiedzmy, że brałem udział w jakimś konkursie, który – tak bywa – wygrałem. Zawsze wówczas zdarzy się jakiś kontrkandydat twierdzący jeszcze niemal dekadę później, że konkurs musiał być ustawiony. No bo przecież – a jakże – w przeciwnym wypadku zakończyłby się zgoła innym werdyktem. Druga to różnorodność form. Przeważają wpisy na forach, ale zaraz po nich plasuje się multiplikowanie nieprzychylnych opinii w każdym możliwym miejscu. Ale to, co dostałem ostatnio mailem (publikacja w sieci jest dopiero zapowiadana) przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Stałem się ja oto – marny żuczek – bohaterem (negatywnym oczywiście) opowiadania. Ba! Powieści w odcinkach! Ukazał się dopiero pierwszy. Z niecierpliwością oczekuję następnych. Mam nawet kilka pomysłów, jak mogłaby się rozwinąć akcja.
No i w końcu rzecz trzecia. Określę ją jednym słowem: bełkot. Tym, którzy nie do końca wiedzą, co to takiego, polecam wygooglowanie ostatnich uchwał Zarządu Województwa Małopolskiego dotyczących Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (odwołanie mnie ze stanowiska dyrektora, cofnięcie pani Annie Wiśniewskiej „powierzenia obowiązków dyrektora”, ogłoszenie konkursu na dyrektora). Zachęcam zwłaszcza do przeczytania ich uzasadnień. Istny kabaret. To że podawane w nich fakty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (pomyłka w dacie powołania mnie na to stanowisko sięga 4 lat!) to nic w porównaniu ze stylem w jakim powstały. Dadaiści spaliliby się ze wstydu czytając te bzdury.
Dwie refleksje na koniec. Widząc jakim błotem obrzucany bywam w sieci zastanawiam się, czy warto silić się na jakąś reakcję. Publikować polemiki? Po co? Przecież nie jest to rodzaj krytyki, a ordynarny atak. Krytykę można przyjąć, albo – nie zgadzając się z nią – przedstawić kontrargumenty. Ale polemizować z bełkotem? A może użyć środków prawnych? Anonimowych (choć nie zawsze) autorów wpisów na formach można namierzyć. Tylko po co? Włóczenie się po sądach to zajęcie niezwykle przykre. Potrzebne mi jeszcze te dodatkowe przykrości? Może lepiej niech problemem zajmą się Ci, którzy najlepiej się na tym znają. Psychiatrzy. Kilka doktoratów kategoryzujących sieciowych frustratów widzę już oczyma wyobraźni.
Jeśli mam się już włóczyć to najlepiej po świecie. Ot chociażby tam, gdzie o zasięg globalnej sieci trudno. Dla przykładu – można wsiąść na prom i popływać po Bałtyku. Przy okazji zajrzeć do Sztokholmu i Tallina, albo zapuścić się i głębiej. Pooglądać kamienie runiczne w Sigtunie, albo zadumać się nad grobem Linneusza w Uppsali. Szwedzi – jak tylko zaświeci słońce - to bardzo radośni ludzie. Nieco gorzej sprawa ma się z Estończykami. Kryzys daje im się mocno we znaki. Zastąpienie narodowej waluty Euro spowodowało wzrost cen. I choć z uśmiechem opowiadają np. o swojej malutkiej armii, w której ostatnio zlikwidowano kompanię rowerową, aż strach się bać zaglądać na estońskie forma internetowe…