poniedziałek, 2 maja 2011

Targowica*

Klęska Konfederacji Barskiej i pierwszy rozbiór Polski uświadomił zarówno Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, jak i sporej części elity Rzeczypospolitej Obojga Narodów, że dalsze jej trwanie uzależnione jest od podjęcia zdecydowanych reform politycznych. Konstatacja ta doprowadziła ostatecznie do przyjęcia przez Sejm Czteroletni Ustawy Rządowej, nazwanej z racji dnia jej uchwalenia, Konstytucją 3 Maja. Jej przyjęcie i zaprzysiężenie w zanarchizowanym protektoracie rosyjskim możliwe było tylko dzięki sprzyjającemu zbiegowi okoliczności oraz sprytowi - skupionych wokół króla - reformatorów. Jednocześnie wywołało reakcję zarówno opozycji wewnątrzkrajowej, jak i – zainteresowanych utrzymaniem słabości Rzeczpospolitej – państw zaborczych.
Przeciwnicy reform konstytucyjnych skupili się pod sztandarami Konfederacji Generalnej Koronnej zawiązanej wiosną 1792 w Targowicy oraz – nieco później – Konfederacji Generalnej Wielkiego Księstwa Litewskiego. I choć obydwie konfederacje – na życzenie carycy Katarzyny II – połączyły się ostatecznie w Najjaśniejszą Konfederację Obojga Narodów, historia skupionych w nich przeciwników reform nazwała mianem targowiczan. Z czasem termin ten w języku polskim stał się synonimem zdrady i kolaboracji. Choć zapewne powinien oznaczać również polityczną krótkowzroczność, żeby nie powiedzieć głupotę. Trzeba bowiem pamiętać, że efektem działań targowiczan był drugi rozbiór Polski, co część z nich przyjęła z zaskoczeniem tak wielkim, że – podobnie jak wcześniej spora grupa reformatorów – udała się na emigrację.
Hasło „Targowica” na trwałe wrosło w polski język debaty politycznej. Stojący po obu stronach barykady adwersarze chętnie przypinają tę łatkę swoim przeciwnikom. Jedni i drudzy widzą się jako zdrajców. Jedni i drudzy zapominają, że problemu „Targowicy” do zdrady jedynie zawężać nie można. Konfederaci bowiem, choć oddali się pod protektorat rosyjski, odwoływali się nie tyle do idei utrzymania zależności Rzeczypospolitej od imperium carycy Katarzyny, co wartości republikańskich. Ich sprzeciw budził nowy porządek polityczny, a zwłaszcza wzmocnienie władzy wykonawczej oraz ograniczenie niektórych przywilejów stanowych. Przywódcy konfederaccy nie byli skłonni w tym zakresie do kompromisu. W wyznawanych przez nich systemie wartości utrzymanie owych przywilejów stało znacznie wyżej niż poprawa kondycji państwa polsko-litewskiego, co w rzeczy samej oznaczało warunek konieczny dla jego przetrwania.
Klęska obozu reform oznaczała zarazem koniec Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po drugim rozbiorze kraju jej ostateczne unicestwienie było już tylko kwestią czasu. Los Polski przesądził upadek Powstania Kościuszkowskiego. Instytucjonalne dziedzictwo Konstytucji 3 Maja zlikwidowane zostało jeszcze przed tymi aktami. Dokonała jej Najjaśniejsza Konfederacja Obojga Narodów pod osłoną rosyjskich bagnetów, wprowadzając w kraju rządy terroru. Sama idea reformy państwa, której symbolem stała się Konstytucja, zabić się jednak nie dała. Stanowiła odtąd swoisty punkt odniesienia, rodzaj znaku rozpoznawczego dla obozu niepodległościowego. Stało się bowiem jasne, że restytucja Rzeczypospolitej nie może oznaczać przywrócenia sytuacji sprzed 3 maja 1791 roku. Niestety, równie żywotnym okazał się w naszym życiu publicznym duch Targowicy. Skrajny partykularyzm oraz brak umiejętności zawierania kompromisów w kwestiach zasadniczych to przecież jedne z ważniejszych przyczyn upadku kolejnych powstań niepodległościowych, słabości II Rzeczypospolitej i w końcu obecnej kondycji niepodległego państwa polskiego.

*Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że tekst ten (pod tytułem "Krótki tekst o zabijaniu") ukazał się w najnowszym numerze „Ilustrowanego Kuriera Samorządowego” wydawanego przez Korporację Samorządową im. Józefa Dietla.

niedziela, 1 maja 2011

Niech się święci 1 maja!

Wielu konkurentów ma ostatnio Święto Pracy. Pomijając ogródkową fetę otwierającą sezon grillowy, lekko zaległe imieniny cioci Afrodyzji i jak najbardziej aktualne imieniny wujków: Jakuba, Jeremiego, Jeremiasza, Józefa oraz Lubomira w grę wchodzą także obchody rocznicy naszego wejścia do Unii Europejskiej. Te ostatnie jedni będą obchodzić radośnie inni zaś wręcz przeciwnie. Oto bowiem nowe pokolenie targowiczan sprzedało Polskę za parę miliardów euro. Nie spodziewałbym się jednak ulicznych starć euroentuzjastów z eurosceptykami. Obydwie frakcje pogodzi telewizja, która transmitować będzie uroczystości beatyfikacyjne papieża Jana Pawła II.
Na tą okoliczność pani minister Magdalena Środa popełniła we „Wprost” wcale niezły felieton pod wielce przewrotnym tytułem „Moralność ważna jest” (internetowe wydanie nie zawiera całego tekstu, a szkoda). Piszę „niezły” dla kilku zawartych w nim myśli. „Wcale” – dla całej reszty. Treść felietonu stanowią wyrwane z kontekstu skróty stwierdzeń encyklik Papieża-Polaka zderzone z polską (choć nie tylko…, po prostu ludzką) codziennością. Pani Profesor z tego telegraficznego przeglądu wywodzi wniosek, że wymagania moralne stawiane przez Jana Pawła II są nie do pogodzenia z ludzką rzeczywistością. Ta przesiąknięta jest konsumpcjonizmem, więc papieska propozycja życia w zgodzie z regułami Ewangelii jest po prostu wołaniem na puszczy. Wydaje się, że – zdaniem Magdaleny Środy – człowiek z natury nie jest zdolny do sprostania ewangelicznym wymogom, dlatego zadaniem Nauczycielskiego Urzędu Kościoła jest przystosowywanie ich do realiów współczesności. Nie człowiek więc ma słuchać i poszukiwać Boga, lecz Bóg winien zmieniać ustanowione przez siebie zasady (których depozytariuszem – w pewnym sensie – jest Kościół) dla człowieka.
W ogóle nie zadziwiły mnie te stwierdzenia. Dziesiątki, żeby nie rzecz setki prowadzonych przeze mnie rozmów, skłaniają do wniosku, że Pani Minister nie jest w tym poglądzie odosobniona. Jako że jednak osobiście do tego chóru nie należę przyznam zarazem, że podzielam inną część poglądów Magdaleny Środy. Myślę o refleksji w rodzaju: „Są jak motyle, przyszpilone uwielbieniem, martwe, za szybą. Jan Paweł II spomnikowany za życia, dzielony na relikwie po śmierci – będzie teraz uzdrawiał, ożywiał i czynił cuda. Jego nauka mało kogo obchodzi i mało kto ją zna”, albo „Nikt nie pochyli się nad jego tekstami. Będziemy tylko krzyczeć „Santo subito!” i że wielkim autorytetem był. Największym. A molarność jak to moralność – zadeklarujemy, że ważną jest. I będziemy robić swoje”. Że ma rację widać na każdym kroku. Ot chociażby oglądając dzisiaj publiczną telewizję i słuchając, co mamy do powiedzenia, gdy ktoś zadaje nam pytanie: „Kim dla Ciebie jest Jan Paweł II?”. Wytrzymałem tę katorgę przez godzinę. Zmieniłem kanał i stanąłem mocno na ziemi. Zobaczyłem to:
No cóż. Wiosna. Chyba ruszę się gdzieś, żeby zobaczyć ją w naturze. Telewizji w majowy weekend nie zdzierżę.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Zamiast życzeń

Na koniec dnia udało mi się wreszcie coś przeczytać. Już prawie Wielki Piątek więc poszukałem czegoś odpowiedniego. Padło na „Między śmiercią a zmartwychwstaniem” Izabelli Smentek („Warszawskie Studia Teologiczne” XVIII/2005, s. 179-194). Kawałkiem się podzielę:
 
W wyniku swej ludzkiej śmierci Chrystus oddaje ducha Ojcu. Jako Jednorodzony Syn, równy w naturze, był z Nim zawsze. Teraz jednak pojawia się sytuacja nowa: duch człowieka, który doskonale ukochał Boga znajduje się u Ojca. To pierwsza w historii, pierwsza i jedyna w swej wartości taka śmierć (por. Kol 1, 18). Syn człowieczy wynagrodził Ojcu brak miłości ze strony ludzi ofiarowując Mu doskonałą miłość. Skoro teraz „jest u Ojca”, skoro już uczestniczy w odpowiednich dla Niego radości i pokoju Trójcy, dlaczego ma zmartwychwstać? Dlatego, że jest człowiekiem. Bycie Bogiem–Człowiekiem to teraz Jego własny, dany Mu przez Ojca sposób istnienia. Syn Boży po to stał się człowiekiem, aby człowiek idąc Jego śladami, uczestnicząc w Jego tajemnicach, szedł do Ojca. Dlatego ma zmartwychwstać, aby dla każdego po śmierci rozpoczynała się droga ku zmartwychwstaniu, osiąganie pełni nowego stworzenia. Dlatego właśnie chrzest jest zanurzeniem w śmierci Chrystusa (por. Rz 6, 3-4).
 
W sumie po czymś takim życzenia świąteczne wydają się już zbędne. Zamiast nich jeszcze jeden malutki cytat. Wydał mi się na czasie nie tylko dlatego, że zbliża się Wielkanoc.

(…)
O, zmartwychwstanie wszystkiemu, co mdleje,
Co traci ducha, i moc, i nadzieję...
O, zmartwychwstanie Łazarzom i Hiobom,
Pękniętym sercom, zapomnianym grobom,
Światłom gasnącym w ucisku stuleci,
Gwieździe, co spadła - i w błocie gdzieś świeci...
Temu co dobre, i wielkie i piękne,
I co ku wzlotom najwyższym napięte,
Przecież zdeptane jest, - i jest wyklęte...

(…)

(Maria Konopnicka, "O! Zmartwychwstanie…")


sobota, 16 kwietnia 2011

96. rocznica ludobójstwa Ormian

Przeglądam właśnie zaproszenia. Jedno szczególnie przykuwa uwagę. 30 kwietnia 2011 r. o godz. 16:00 w  kościele św. Mikołaja  w Krakowie przy ul. Kopernika 9 odbędzie się uroczysta msza św. w 96. rocznicę ludobójstwa Ormian. Po mszy będzie można złożyć kwiaty i zapalić znicze pod ustawionym obok kościoła kilka lat temu Chaczkarem. Więcej informacji na ten temat (i nie tylko) znaleźć można na stronie Ormiańskiego Towarzystwa Kulturalnego. Przy okazji polecam również witrynę Centrum Badań Ormiańskich oraz Cyfrową Bibliotekę Ormiańską.


sobota, 9 kwietnia 2011

10 kwietnia rok później

Obejrzałem „W milczeniu”. Mądry film. Nie rozdrapując ran pokazuje indywidualny wymiar tragedii jaka dotknęła rodziny ofiar katastrofy prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem. To pierwszy film dotykający problemów związanych z wydarzeniami sprzed roku, jaki zdecydowałem się obejrzeć. „Mgła” i „Lista pasażerów” ciągle czekają na właściwy moment. Zresztą niebawem pewnie pojawią się kolejne.
„Katastrofa smoleńska” stała się też tematem wielu książek. Jeśli którąś z nich miałbym przeczytać to zapewne „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie” Joanny Racewicz. Jak większość Polaków i ja zmęczony jestem całym tym politycznym zgiełkiem wokół wydarzeń z 10 kwietnia ubiegłego roku. To zmęczenie jednak – jak mi się wydaje – nie przeszkadza nam w byciu solidarnym z tymi, którzy stracili przyjaciół i najbliższych.
W jednym z niedawnych wywiadów kardynał Stanisław Dziwisz zauważył, że „przechodziliśmy już "wiele innych, może większych nieszczęść" niż katastrofa samolotu pod Smoleńskiem, i nie może nas ona zatrzymać w przeszłości”. To bardzo wyważona i raczej reprezentatywna dla „oficjalnego Kościoła” wypowiedź wskazująca na konieczność zakończenia żałoby. Kościół zapewne dołoży starań, by odbyło się to godnie, zwłaszcza że sam, w „polityczny zgiełk” po katastrofie został dość boleśnie wplątany. Boleśnie chociażby dlatego, że do politycznej awantury, wykorzystano najważniejszy dla niego symbol – krzyż.
Zakończenie żałoby nie oznacza ani końca pamięci o ofiarach katastrofy, ani zamknięcia procesu dochodzenia do prawdy o jej przyczynach. Nie wierzę też, by przyczyniło się do zmniejszenia jej udziału w bieżącej walce politycznej. Temat jest zbyt – w tym sensie – nośny, by w roku wyborczym można było na to liczyć. Przestałem także wierzyć w to, że tak katastrofa, jak i ta chwila jedności, jaka po niej nastąpiła, nauczyły nas czegokolwiek.
Miłość mądra i miłość zaślepiona: Barbara Skarga i Leszek Kolakowski o patriotyzmie.

czwartek, 7 kwietnia 2011

O Romach w polityce i literaturze

Głośno było swego czasu o determinacji z jaką francuskie władze próbowały pozbyć  się ze swojego terytorium rumuńskich i bułgarskich Romów. Później o sprawie przycichło. Oburzenie działaczy organizacji społecznych, obrońców praw człowieka czy wysokich przedstawicieli Unii Europejskiej najwyraźniej nie zrobiło na Francuzach szczególnego wrażenia. Świadczyć może o tym fakt, że nie tak dawno minister spraw wewnętrznych Brice Hortefeux poinformował, że od lipca 2010 r. Francja przymusowo odesłała do krajów pochodzenia 3,7 tys. Romów. Wypowiedź tą natychmiast skontrowały organizacje pozarządowe twierdząc, że Romów jest tyle samo co przed rozpoczęciem działań władz, tylko żyją w jeszcze gorszych warunkach. Wnosząc z moich doświadczeń ze społecznością romską daję tym twierdzeniom wiarę.
Nie jest jednak tak, że polityka rządu Nicolasa Sarkozy'ego nie przyniosła żadnych pozytywnych skutków, choć nie sądzę, że akurat takie efekty gabinet ten założył. Jednym z nich było uznanie przez Prezydencję Węgierską poprawy losu Romów i zatrzymania narastającej ksenofobi za jeden z jej priorytetów. Viktor Orban zadeklarował nawet, że do końca czerwca br. Unia będzie miała wspólną strategię w tym obszarze. Niestety media nie przynoszą (albo ja się ich nie  doszukałem) dalszych informacji w tej sprawie. Dopiero ostatnio pojawiła się wiadomość, że Komisja Europejska zajęła się tym problemem uznając za priorytet poprawę sytuacji w zakresie edukacji Romów. Podjęła również decyzję, że kraje Unii mają wpisać swe szczegółowe plany pomocy Romom w programy reform, które zatwierdzi szczyt UE.
Sprawy idą więc w dobrym kierunku, a i Polska może w tym względzie kilka ciekawych rozwiązań zaproponować. Realizacja najpierw Pilotażowego programu rządowego na rzecz społeczności romskiej w województwie małopolskim na lata 2001-2003, następnie zaś ogólnopolskiego i zaplanowanego na 10 lat (z możliwością kontynuacji po tym okresie) rządowego Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce pozwoliła sprawdzić skuteczność wielu rodzajów działań. Także w zakresie edukacji, gdzie notujemy całkiem przyzwoite wyniki.
Program pozwala na realizowanie wielu działań w bardzo różnych obszarach. Część z nich – jak chociażby podyplomowe studia romologiczne – służy poprawianiu poziomu wiedzy o Romach wśród nie-Romów. Inne wspierają refleksje naukową i popularyzują ustalenia badawcze. Przykładem takich działań jest m.in. jutrzejsza konferencja w Willi Decjusza: Romowie w literaturze. Kto może niech wybierze się koniecznie. Warto!

wtorek, 5 kwietnia 2011

22

Czasem zastanawiam się, co zrobiłbym z wolnym czasem, gdyby akurat zdarzyło się tak, że będę go miał przed godziną 22. Wiele rzeczy przychodzi mi wówczas do głowy. Ot np. żeby powłóczyć się po Polach Mokotowskich. Kilka dni temu wmurowano tam tablicę upamiętniającą fakt, że w 1981 r. przy ul. Batorego 14 w Warszawie mieściła się redakcja „Tygodnika Solidarność”, pierwszego w PRL pisma w pełni niezależnego od komunistycznych władz. Kto pamięta pierwsze numery „Tysola” pamiętać musi też wypieki na twarzy, które towarzyszyły jego lekturze. Pacholęciem będąc uczyłem się na nim nie tyle polityki, co trudnych słówek (jak dziś pamiętam moje osłupienie wobec „dezawuować”). Obecnie patrzę na archiwalne numery bardziej już okiem historyka, niż świadka tamtych dni.
Mógłbym też pójść do kina. A jest na co. „Czarny czwartek” Antoniego Krauzego już widziałem. Film może mną nie wstrząsnął, ale że go widziałem – nie żałuję.
Pewnie nie pożałuję też wyprawy na „Niepokonanych”, film Petera Weira oparty na motywach „Długiego Marszu” Stanisława Rawicza,
czy „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego.
Po takim seansie nie od rzeczy byłoby zajrzeć 16 kwietnia na Służew, gdzie o godz. 20, po zachodzie słońca, rozpocznie się monumentalne Misterium Męki Pańskiej. Poprzedzi je msza św. o 17.30 w pobliskim kościele pw. św. Maksymiliana Kolbe przy ul. Rzymowskiego.
Żeby nie było żem taki święty przyznam otwarcie, że marzy mi się też krótki wypad do Włoch i to bynajmniej nie na beatyfikację Jana Pawła II. W rzymskim Palazzo Venezia ma bowiem miejsce - zamykająca obchody 400. lecia śmierci malarza - wystawa „Caravaggio. Warsztat geniusza”, której „Rzeczpospolita” poświęciła tekst pod wiele mówiącym tytułem: „Bachus przez soczewkę”.
Ale skąd tu wziąć jakiś wolny czas przed 22? Na otarcie łez pozostają mi więc książki. A jest w czym przebierać. Po tym, jak zobaczyłem swego czasu „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha
bierze mnie co jakiś czas na wspominki. Materiał poglądowy jest. Ukazały się ostatnio przynajmniej trzy pozycje, które ułatwiają odświeżanie pamięci. O dwóch z nich – „Buntownicy. Polskie lata 70. i 80.” Anki Grupińskiej i Joanny Wawrzyniak oraz „Obok albo ile procent Babilonu” mr’a makowskiego i Michała Szymańskiego – doniosła ostatnio „Wyborcza”. Trzecią: „Artyści, wariaci, anarchiści” autorstwa Pawła Konnaka, Jarosława Janiszewskiego i Krzysztofa Skiby mam już za sobą.
Nie tylko wspomnieniami jednak człowiek żyje. Rozejrzeć trzeba się też za jakąś przyzwoitą lekturą dla młodszego pokolenia. Coś mi mówi, że audiobooki dziecku rodzicielskiego czytania wieczorem nie zastąpią. A rozglądać trzeba się dobrze. Bo o podróbkę teraz znacznie łatwiej niż o oryginał.
Na szczęście na polu walki z tandetą zanotowaliśmy właśnie duży postęp. Swe podwoje otworzył Instytut Bajki w Europejskim Centrum Bajki im. Koziołka Matołka w Pacanowie. Uff!